Jezioro Alakol lub Alakul widziane z przełęczy o tej samej nazwie - przepiękne szmaragdowe wody, szczyty Tien Szan i lodowce. Chwilo Trwaj. To jest Kirgistan, Park Narodowy Karakol

Kirgistan na weekend. Czyste szaleństwo

Dobrze wiedziałem, że jeszcze tu wrócę. Musiałem. Po to, żeby przekonać samego siebie, że Kirgistan to rzeczywiste miejsce a nie jakieś nierzeczywiste wspomnienie czy sen. Góry, ogromne niebo, bezkresne przestrzenie, wspaniali ludzie. Kolory, zapachy, szybsze bicie serca. Nie przypuszczałem jednak, że będzie mi dane wrócić tu tak szybko. Podjęcie decyzji trwało mniej niż pięć minut. Wybieram termin. W sumie 6 dni. Szybka matematyka. Dwa dni zajmie mi dolot do Kirgistanu. Dwa dni dojazd z Biszkeku do Karakol. Zostają dwa dni na trekking. To czyste szaleństwo. Dlatego kliknąłem „zapłać teraz”.

Dolina Kel’deke - zejście z przełęczy Ala Kol, w stronę doliny Altyn Arashan, gdzies w górach Tien Szan, Kirgistan

Plecak, namiot, karimata, buty do trekkingu, w sumie 8 kg bagażu. Rozwaga przede wszystkim. Całość będzie ze mną wędrowała po górach. Plan jest ambitny. Park narodowy Karakol na wschodzie Kirgistanu. Szlak od wejścia do parku, do jeziora Ala Kol potem przełęcz o tej samej nazwie i zejście do doliny Altyn Arashan i powrót do Aksuu. Cała trasa w dwa dni. Jakieś 60 km po górach. Z czego prawie połowa pod górę. Wszystkie przewodniki piszą, że to minimum 3 dni i 2 noce. Ja nie mam tyle czasu. Mam za to chęci.

tradycyjny kirgiski chleb czyli lepioszka - po drodze z Biszkeku do Karakol, Kirgistan

Samoloty w Biszkeku lądują o barbarzyńskim poranku, ok 4-5 rano. Nasz się spóźnił, więc nie trzeba czekać na lotnisku na pierwszą marszrutkę do miasta. W zasadzie mój, bo znów lecę sam. Na tak intensywny wyjazd nie ma chętnych. Chociaż nie jestem sam, bo na lotnisku poznaję Anetę. Ona też przyleciała sama. Udajemy się w to samo miejsce. We dwoje raźniej. Poza tym ja wiem co i jak. Kiedy spostrzegam ukradkiem jej paszport pełen pieczątek, mały plecak i błysk w oku, od razu wiem, że się dogadamy. Ten sam typ wariata. Najpierw kupiła bilet, potem się zastanawiała.

droga z Biszkeku do Karakol, Kirgistan

Plan jest prosty – dostać się do Karakol. Ale najpierw śniadanie. O tej porze, najlepszą opcją jest Osz Bazaar. Po woli otwierają się tam stoiska. Najpierw te najcenniejsze – z lepioszkami. Do wyboru do koloru. Nan, z cebulą, z czarnuszką, grubszy, cieńszy, mniej, bardziej wypieczony… i ten zapach. Chleb prosto z pieca. Nos wariuje. Oczy też. Nie wiadomo, gdzie patrzeć, który brać. Najlepiej wszystkie. Pycha! Kończymy siedząc na schodkach i maczając chlebek w ogromnej puszce hummusu, który przyleciał z Polski.

widok na góry Tien Szan, gdzieś tam rozicąga się Kazachstan, Kirgistan

Potem dworzec autobusowy i już siedzimy w marszrutce do Karakol. Przed nami sześć godzin jazdy. Za oknem krajobraz zmienia się co chwila. Najpierw gwarny Biszkek. Potem pola i łąki rodem z Mazowsza. Tylko gdzieś na horyzoncie majaczą góry. Później prawie pustynna wyżyna wzdłuż kazachskiej granicy. Górskie przełęcze. Jazda wzdłuż jeziora Issyk-Kul – drugie co do wielkości jezioro górskie świata, po Titicaca. Potem soczyście zielone góry Tien Szan.

Karakol - znany również jako Przewalsk (Pieriewalsk) to małe miasteczko pełne drewnianych chat, Kirgistan

Kończymy w Karakole, znanym również jako Przewalsk. Małe, raczej szpetne miasteczko, gdzie pokołchozowe bloki mieszają się z malowniczymi chałupkami. Całość tonie w zieleni drzew. Widoku dopełniają majestatyczne góry zaraz za miasteczkiem. Wszystko idzie tak gładko, że zapominam o napiętym planie podróży. Po dwóch godzinach czuję się jakbym tu był już kilka dni. Nie mam zegarka. Wyłączyłem telefon. Żadnego Facebooka. Żadnych maili, telefonów. Zero kontaktu ze światem zewnętrznym. Liczy się tylko tu i teraz. Snuję się po sennych uliczkach, zaglądam przez kolorowe płoty, zrywam malutkie morele z przydrożnych drzew. Przy okazji trafiam na słynną cerkiew Św. Trójcy.

Cerkiew Św. Trójcy - jedna z atrakcji Karakol Przewalska - ale nie dla cerkwii przyjeżdżają tu ludzie, a dla niesamowitych gór

Wdycham TO powietrze. Przy okazji się aklimatyzuje i przyzwyczajam do wysokości. Jeszcze wczoraj byłem kilkanaście metrów nad poziomem morza. Dzisiaj jestem ponad 1 700 m, jutro będę na 3 560 m n.p.m. Po woli robię zapasy na wyprawę. Jedzenie, woda. Kompletnie nie wiem ile czego mi potrzeba. W sumie to moja pierwsza tego typu wyprawa. Tym bardziej jestem podekscytowany. Przygotowania kończą się kiedy spotykamy się w Hostelu Nice z Anetą i jej koleżankami, które od kilku dni chodzą już po Tien Szanie.

Namiot rozbity w hostelowym ogródku pośród jabłoni i malin, Karakol, Kirgistan

Kolejne osoby, dowiedziawszy się, że jestem tu tylko na 4 dni, stwierdzają, że jestem szalony. Najważniejsza próba. Właściciel hostelu, kiedy usłyszał o mojej trasie, powiedział, ze jest „ambitna”, ale nie, że niewykonalna. Automatycznie uznałem więc, że jest do zrobienia i ją zrobię. Towarzyszy nie znalazłem. Z Anetą zrobię pierwsze 10 km w dolinie. Potem ona zostaje, ja idę dalej w górę. Reszta wieczoru to rozmowy, lekkie zamroczenie kirgiskim, niezbyt szlachetnym piwem Naszje Szachtjorskoje i odrobiną równie niewyszukanej kirgiskiej wódki. W pewnym momencie słyszę hawajskie ukulele. To nie wódka! Ktoś naprawdę przywiózł ze sobą do Kirgistanu hawajską mini-gitarę.

śniadanie mistrzów, czyli bosko słodki melon kupiony na targu w Karakole, Kirgistan

Ambicja i chęć pójścia w góry wygrała z naleganiami współtowarzyszy aby napić się jeszcze, więc poranek jest łatwy. Szybkie zwijanie namiotu i śniadanie na tarasie w porannym słońcu. To jeden z tych niepozornych, które na zawsze pozostaną w pamięci i sercu. Ekscytacja tym co się zaraz stanie, trochę niepewności, czy się uda, czy pogoda dopisze. I smak. Niezapomniany smak kirgiskiego melona. Ten owoc zasługuje na oddzielny wpis na blogu. Jest to absolutnie jeden z najpyszniejszych owoców jakie jadłem. Nie ma nic wspólnego z tymi z marketów. Słodki i zarazem świeży zapach jaki roznosi się na uliczkach Karakolu, przy których leżą góry różnej wielkości melonów na sprzedaż to coś, co już na zawsze będzie mi się kojarzyło z tym miejscem. Czułem się jakby ktoś mnie dosłownie zamknął wewnątrz owocu. Najlepiej.

wejście do Parku Narodowego Karakol, tu zaczyna się szlak. Kirgistan

Ruszamy. Marszrutka do wejścia parku. Wchodzimy do doliny. Mimo soboty, nie ma ruchu. Czasami minie nas jakiś samochód. Rzadko kogoś mijamy. Pogoda jest super. Świeci słońce, lekki powiew. Trekking zapowiada się idealnie. Idziemy wzdłuż strumienia. Mijamy kolejne łąki, pasące się konie. Co i raz droga odbija do pobliskiego lasu. Dolina jest piękna, szeroka, na zboczach widać idealnie trójkątne, wysokie świerki.

Kirgiz prosi aby pomóc załadować mu kilkusetkilowy nefryt do Lexusa. Karakol Kirgistan

Po paru kilometrach zatrzymuje nas młody Kirgiz i prosi o pomoc. Nieopodal, wraz z ojcem próbują zapakować około 300-kg głaz nefrytu do swojego… Lexusa. W parku narodowym… w pierwszej chwili nie zrozumieliśmy tej abstrakcyjnej sytuacji. Była ona tak niedorzeczna, że bez wahania pomogliśmy. Z pomocą polskiej myśli technicznej zainspirowanej budową piramid egipskich, dźwigni i niemal spuszczaniu powietrza z kół auta, udało się zapakować kamień do auta. Jak to wytłumaczyć? Do tej pory nie wiem. Uznałbym to za fatamorganę, gdyby nie to, że Aneta też tam była i gdyby nie zdjęcia, które zrobiła.

stara radziecka Wołga cały czas na chodzie - i wjedzie wysoko w góry. Karakol, Kirgistan

Dalej kolejna niedorzeczność. W lesie mija nas stara niebieska Wołga. Nie wiem jak tu dojechała po tak tragicznej drodze. Wszędzie doły, dziury, kamienie, kałuże. Wydawało mi się, że jedyne pojazdy jakie mogą się tu poruszać, to stare radzieckie UAZ-y 452. Auta które wydają się przeczyć wszelkim prawom fizyki, sprawiają wrażenie niezniszczalnych i wszędobylskich. A tu nagle Wołga z dwójką emerytów w środku.

szlak idzie dalej w głąb doliny Karakol, Kirgistan

Wchodzimy coraz głębiej w dolinę. Droga prowadzi lekko pod górę. Mijamy coraz to nowe pastwiska. Wszędzie naokoło soczysta zieleń traw i świerków, pomieszana z szafirowym ogromem nieba. Kolory są tak wyraźne, że mam wrażenie jakby można ich było posmakować. Ogromne wrażenie robi niczym nieograniczona przestrzeń. Wydaje się, że nas pochłania. Można iść i krzyczeć co tchu. Można skakać. A my po prostu idziemy w ciszy zachwyceni.

zajadamy dzikie poziomki zebrane w dolinie Karakol, Kirgistan

Idąc dalej wzdłuż doliny natrafiamy na rosnące nieopodal poziomki. To niesamowite ile szczęścia mogą przynieść te malutkie czerwone owoce. Sam ich widok napawa radością i optymizmem. Wystarczy je powąchać a na twarzy pojawia się błogostan. A smak. Ze względu na małą ilość, poziomki zawsze pozostaną czymś niesamowitym, niezdobytym. Zawsze jest ich za mało. Są zwyczajnie pyszne. A te kirgiskie, z całym swoim otoczeniem są po prostu przepoziomkami!

Pasterze przepędzający bydło w dolinie Karakol, Kirgistan

Jak to w górach, pogoda szybko się zmienia. Zaczyna padać, robimy więc szybki postój pod gęstymi świerkami. Korzystając z okazji wyjadamy nasze zapasy. W pewnym momencie przed nami, w odległości pół metra dosłownie przetacza się, niemal nas tratując, całe stado krów. Co by nie było za łatwo piknikować. Najlepsze na takich wycieczkach są zawsze desery. To taka nagroda za to co już udało się przejść i zachęta, by iść dalej. Z plecaka Anety wyjeżdża czekolada z masłem orzechowym. No wiedziałem, że się dogadamy.

Dolina Karakol to zdecydowanie jeden z najpiękniejszych szlaków, jakie zrobiłem. Kirgistan

W końcu dolina się wypłaszcza i idziemy wzdłuż, rwącego, rozlewającego się strumienia. To jest jedno z tych bajkowych miejsc, które pozostało mi w pamięci z poprzedniej wędrówki. Gdyby nie zdjęcia, uznałbym, ze mi się śniło. Dzięki swojemu naturalnemu pięknu, delikatności a zarazem niezrównanemu majestatowi, stanowi jedno z najbardziej wyjątkowych miejsc w całym kraju. To jest TO miejsce.

dolina Karakol, Kirgistan - świetne miejsce na trekking

widok w stronę ujścia doliny Karakol - przez ostatnie parę godzin przeszliśmy ten szlak. Kirgistan

W końcu docieramy do kresu wspólnej wędrówki. Scena jak z filmu. Pożegnanie na mostku rozciągniętym nad rwącym górskim strumieniem. Dwoje włóczęgów z plecakami. Szkoda, że nie było komu tego uwiecznić. Spędzone wspólnie dwa dni, ale wiem, że kontakt się nie urwie. Dobrze spotkać kogoś, kto patrzy na świat jak na przygodę. Kto nigdy nie jest w stanie zaspokoić swojej ciekawości. Kogo celem jest odkrywać. Kwestionować. Stawiać pytania i szukać odpowiedzi. Kogoś kto pracuję, żeby ŻYĆ a nie na odwrót. Tacy ludzie inspirują. Wzbogacają. Do zobaczenia!

Droga w górę - z doliny Karakol ruszam stromym szlakiem do jeziowa Alakol. Kirgistan

Zaczynają się schody. Droga pnie się pod górę. Najpierw las. Sterty kamieni i głazów narzutowych. Trzeba robić coraz większe susy. Pogoda się psuje. Zaczyna mżyć. Pod mokrymi drzewami jest jeszcze gorzej. Gałązka zahaczona niechcący plecakiem zapewnia niezły prysznic. Wychodzę w końcu ponad granicę drzew.

szlak z doliny Karakol na jezioro Alakol robi sie coraz bardziej stromy. Kirgistan bedzie mekką trekkingu

Zaczynam czuć wysokość. Krew przenosi mniej tlenu, jest coraz gęstsza, człowiek momentalnie się męczy. Przy bardziej stromych odcinkach, robię przerwę co 5-10 kroków. Zaczynam się zastanawiać czy dobrze zrobiłem ruszając tak szybko, bez aklimatyzacji. Zobaczymy co będzie dalej. Mimo zmęczenia idę.

camping po drodze jezioro Alakol, to zazwyczaj tu nocują ludzie idący z doliny Karakol. Ja idę dalej, aż do samego jeziora. Kirgistan

Mijam obozowisko „Sierota” i wspinam się coraz wyżej wzdłuż strumienia. Mijam kolejne wodospady. Szum wody i huk jest już tak głośny, że nie mam wyboru. Musze dotrzeć na górę, nad jezioro, bo nawet jeżeli znajdę kawałek płaskiej ziemi, żeby rozbić namiot, to przy takim hałasie i tak nie ma mowy o spaniu.

szlak pnie się wyżej i wyżej - już niedługo ujrzę jezioro Alakol. W oddali dolina Karakol, z której przyszedłem. Kirgistan jest przepiękny

Momentalnie się wypogadza. Podczas dzisiejszej wędrówki doświadczyłem już kilkunastu zmian pogody. Wszystkie chmury przechodzą, słońce zaczyna niemiłosiernie prażyć. Jestem coraz bliżej celu. Droga staje się naprawdę ciężka. Jest już nie tylko stromo. Szlak zaczyna się wić zygzakami, przez co wydaje się jeszcze dłuższy. Przecinają go kamienie, które trzeba omijać. Momentami żwir i drobne kamienia dosłownie uciekają spod nóg i powodują, że zwyczajnie się zsuwam.

rwący strumień lodowatej wody wypływającej z jeziora Alakol. Spływa prosto do doliny Karakol, skąd dostanie się do jeziora Issyk kul. Kirgistan

Siły opuszczają mnie prawie zupełnie. W głowie szumi. Ostatni odcinek szlaku, pokonuję na autopilocie. W końcu staję na górze! Jestem nad jeziorem. Osiągnąłem mój cel! Takie małe zwycięstwo. Zrobiłem to. Przeszedłem 19,5 km, wspiąłem się prawie 1 800 metrów! Po to tu przyjechałem, żeby zobaczyć jezioro Ala Kol w całej swej okazałości. Jego piękna turkusowa powierzchnia jest hipnotyzująca. Kolor wody jest tak nieprawdopodobny, ze można się w nie wpatrywać godzinami. Jestem tak wykończony, że po prostu siadam i patrzę.
Pierwsze spojrzenie na jezioro Alakol, a może własniwie Alakul? W każdym razie wido szafirowej tafli jest imponujący. Karakol, Kirgistan
Wysokość mnie zniszczyła. Każdy ruch to jak katorga na siłowni. Nigdy nie czułem się tak zmęczony fizycznie. Ostatkiem sił rozstawiam namiot na skarpie, wsuwam się do niego, jem na leżąco i padam jak nieżywy. Budzi mnie dopiero łoskot piorunów. Po kilku godzinach przepięknej pogody, rozpętała się burza. Wiatr, deszcz, prawdziwa nawałnica. Zbliża się z południowego zachodu.

rozbijam namiot na niewielkiej skarpie nad samym jeziorem Alakol. Kirgistan

przepiękny widok znad jeziora Alakol w stronę doliny Karakol. Kirgistan nie bez powodu został nazwany najpiękniejszym krajem na swiecie

Co robić? Namiot w górach, w czasie burzy. Byłem chyba jedyną osobą, która się denerwowała. Właściciele kilku namiotów poniżej powiedzieli, że nie ma się czego bać. Więc zamknąłem się w namiocie i poszedłem spać. Lało prawie całą noc. Mam chyba szczęście pierwszaka, bo pożyczony namiot nie przepuścił nawet kropelki. Jedyne niewygody to kamienie, zimno i okropne pająki próbujące się dostać do namiotu. Zmęczenie pokonało jednak wszystko inne. nawet strach.

Poranek nad jeziorem Alakol - góry Tien Szan odbijające się w tafli wody. Coś pięknego. Karakol w Kirgistanie to rajna ziemi

poranne chmury unoszace sie nad doliną schodzącą do Karakol. Biwakowanie nad jeziorem Alakol było strzałem w dziesiątkę. Kirgistan

Poranek to niesamowity, pełen magii spektakl. Linia cienia powoli przesuwająca się w dół po zboczu czterotysięcznika wraz ze wschodzącym słońcem. Góry zalane światłem i szafirowe niebo obijające się w tafli jeziora. Chmury tańczące w dolinach. Płynące powoli, unoszące się, pochłaniające na chwilę całe obozowisko, wreszcie znikające nad taflą jeziora. Wszystko to jest tak niesamowite, że nie czuję kiedy moje stopy i dłonie całkowicie kostnieją od porannego chłodu.

szmaragdowe wody jeziora Alakol widziane ze szlaku na przełęcz o tej samej nazwie. Park narodowy Karakol, Kirgistan

Zwijam jeszcze mokry namiot i przed 7:00 rano wyruszam na przełęcz Ala Kol. Czeka mnie jeszcze 300 metrów podejścia. Najpierw jednak droga po kamiennych zboczach wzdłuż jeziora. Im wyżej, tym lepszy widok na zieloną, już nie szafirową, a nieco mętną w porannym świetle taflę jeziora. Początkowy odcinek jest dość przyjemny. Potem zaczyna się strome podejście. Trochę się już zaaklimatyzowałem, mam siłę, ale wysokość i stromizna nadal robią swoje. 300 metrów wysokości i kilka kilometrów zajmuje mi blisko 2 godziny. W końcu docieram na 3800 m n.p.m.

Przełęcz Alakol - 3800 m n.p.m. = absolutne mistrzostwo świata. Widok na ośnieżone szczyty Tien Szan, lodowce i oczywiście szmaragdowe jezioro

Jest wiele pięknych miejsc na świecie. Wiele widoków, które robią wrażenie. Ten jeden mnie dosłownie zmiażdżył. Przy tej przepięknej pogodzie, widok na całe jezioro, pasmo Tien Szan skąpane w lekkich chmurach, lodowce. Widok tak dostojny i majestatyczny, dla mnie wyjątkowy. Być może przez to, że to moja pierwsza poważna wyprawa w góry. Najwyższy szczyt zrobiony pieszo. To jest dla mnie obraz wolności. Ja na przełęczy, wpatrzony w bezkresną przestrzeń. W jęzor lodowca leniwie spływający do uśpionego jeziora Ala Kol. Tak blisko nieba, że można go niemal dotknąć! Nie chce mi się stąd nigdzie ruszać. Ale mam jeszcze do zrobienia dziś prawie 30 km.

Dolina Keldeke po drugiej stronie przełęczy Alakol to już inny świat - bardziej przypomina Szkocję niż Alpy jak Karakol

Północne zbocze Ala Kol do tej pory zasłaniały chmury. To niesamowite, stojąc na przełęczy po jednej stronie miałem widok na jezioro, po drugiej nic nie było widać. Tylko chmury. W jakieś pół godziny, wiatr je powoli przewiał. Oczom ukazała mi się dolina Keldeke. O ile w dolinie Karakol scenerię można było przyrównać do Gór Skalistych Montany czy szwajcarskich Alp, Keldeke ze swoimi bezkresnymi łąkami przypominała raczej Szkocję, tyle że odciętą na wschodzie czarnymi, niemal pionowymi granitami Tien Szan.

Dolina Keldeke w kierunku Altyn Araszan, Kirgistan

Zejście nie należy do najłatwiejszych. Prowadzi po stromym zboczu usianym piaskiem, żwirem i kamieniami. To nie zejście, raczej zjazd. Jeden krok i lecę jakieś 5 metrów w dół. 500 metrów w dół pokonuję w jakieś 10 minut. Nie wyobrażam sobie podejścia na przełęcz z tej strony. W końcu jestem na dole. Przede mną bezkresna zieleń. Ogromna, przepiękna dolina, ciągnąca się przez ponad 15 km.

Prześliczne zielone pastwiska otoczone ostrymi skałami Tien Szan - to dolina Keldeke w kierunku Altyn Araszan. Kirgistan

Idę wzdłuż strumienia. Mijam kolejne stada krów, owiec, koni. Co i raz wpadam na Kirgizów dumnie jadących na swoich koniach. Stłumiony szum strumienia, słońce, zieleń trawy, szafirowe niebo. dolina otoczona z obu stron stromymi ciemnymi skałami. Gęba cieszy się tak szeroko, że od czasu do czasu do ust wpadają mi irytujące muchy. Chce mi się aż krzyczeć ze szczęścia. Ta niesamowita przestrzeń. To strasznie podnosi na duchu. Ładuje baterie. Przyjechałem tu tylko na 4 dni. Wyrwałem się niemal wprost od biurka. Nikt w pracy nie ma pojęcia, że tu jestem. Tego nie będzie na Facebooku. Żadnych zdjęć, lajków. Tym razem jadę zupełnie incognito. Ta wyprawa jest tylko dla mnie. O wyprawie wiedzą tylko dwie bliskie mi osoby.

idę sobie doliną Keldeke, gdzies po środku niczego. Wokół mnie tylko góry Tien Szan. Kiergistan jest świetnym miejscem, żeby się oderwać od codzienności

Ta kameralność dziwnie sprawia, że mogę się cieszyć tą krótką ucieczką od codziennego życia jeszcze bardziej. Mija drugi dzień, ale przez intensywność wyprawy czuję się jakbym tu był już co najmniej tydzień. To pozytywne otoczenie, tam kirgiska magia napełnia mnie energią. Odwracam się w głąb doliny, żeby jeszcze raz zobaczyć skąd przyszedłem. Przełęcz już się powoli chowa za górami. Zostawiłem ją w tyle. Droga prowadzi cały czas w dół. Naprawdę nie wyobrażam sobie podchodzenia na Ala Kol od północnej strony.

spojrzenie w tył - oddalam się od wysokich szczytów Tien Szan. droga do doliny Altyn Araszan schodzi coraz niżej

W końcu zielone szkockie łąki przechodzą w gęsty świerkowy las. W upale czuć zapach suchego drewna. Zupełnie jakbym wchodził do sauny. Droga jest coraz trudniejsza. Na ziemi gęste błoto, które przyczepia się do butów. W lesie coraz trudniej też znaleźć szlak. Wystarczy jednak trzymać się strumienia.

docieram wreszcie do doliny Altyn Araszan - bajecznie zielonej, pełnej pasących się koni. Kirgistan

W końcu docieram do rzeki Arashan, która biegnie środkiem szerokiej doliny o tej samej nazwie. Już prawie koniec. Jeszcze tylko 15 km w dół doliny, do końca szlaku. Mijam gorące źródła Altyn Arashan – skupisko kilku domków i pola namiotowe.

Wracam doliną Altyn Arashann wzdłuż rzeki o tej samej nazwie. Dwudniowa wędrówka z Karakol powoli dobiega końca

Droga ciągnie się dalej na północ. Wzdłuż malowniczego strumienia. Po dwóch dniach spędzonych pośród najdoskonalszych górskich scenerii, droga dolina nie robi na mnie szczególnego wrażenia, mimo że należy do naprawdę wyjątkowych.

W Altyn Arashan idę kolejne 12 kilometrów. Szlak jest już zdecydowanie mniej stromy, ale nadal piękny. Kirgistan jest najlepszy

Po kolejnych trzech godzinach marszu docieram do wioski Tieplokluczenka. Jest niedziela 17:00. Cały czas upał. Zrzucam plecak pod małym sklepem. Kupuje 1,5 litra wody i opróżniam niemal duszkiem. Siedzę bez sił pod starą studnia przy ulicy i czekam na marszrutkę, która zawiezie mnie do Karakol. Chciałem to zrobić i zrobiłem. Przy pierwszej okazji. Bo o to chyba chodzi, prawda? Miałem marzenie i kiedy przyszła możliwość jego realizacji, nie zawahałem się nawet przez chwilę.

Udało się, dotarłem do wioski Tieplokluczenka u ujścia doliny Altyn Arashan. Wracam marszrutką do Krakol.

W życiu się tak fizycznie nie umęczyłem co podczas tej dwudniowej katorgi. Moje stopy były całe w bąblach, odciskach i otarciach. Nogi i plecy bolały. Mało spałem. Spędziłem 4 dni i 4 noce w podróży: w samolotach, autobusach, marszrutkach. Wszystko po to aby przez dwa dni pochodzić po górach. Do tego zapłaciłem za to jakieś 1 200 zł. Czy się opłacało? Pewnie nie. Przecież to szalone. Czy było warto? Gdybym miał to zrobić jeszcze raz, zrobiłbym bez wahania!

 

Karakol/Przewalsk, Kirgistan