wjazd do kiszyniowa Mołdawia

Kiszyniów. Beton w rozkładzie

Kiszyniów? A gdzie to w ogóle jest? – A co tam jest? – Po co tam jechać? To chyba najczęstsze pytania, które padają, kiedy mówię dokąd jedziemy w weekend. Jak zwykle, trochę trudno mi odpowiadać. Mój znajomy Ukrainiec, kiedy to słyszy, tylko uśmiecha się pod nosem. Wszystkie nasze głupie kawały o policjantach, Ukraińcy mają w wersji z Mołdawianami właśnie. Zazwyczaj trudno zrozumieć po co ktoś wybiera się do miasta nieraz okrzykniętego mianem najbrzydszej stolicy europejskiej. Miasta, o którym trudno coś powiedzieć na podstawie lektur, bo takich nie ma. Jakby nikt się nim nie interesował. Może właśnie dlatego. Żeby odkrywać to, koło czego inni przechodzą bez zainteresowania, żeby patrzeć, słuchać, wąchać. Żeby zadawać sobie pytania. Żeby dowiedzieć się czegoś o innych. I o sobie. Kiszyniowie – Nadchodzimy!

Hotel Cosmos - Kiszyniów

Kiszyniów - stolica Mołdawii

Dzień wita nas promieniami słońca przebijającymi się bezlitośnie przez szpary w czarno-srebrnych grubych zasłonach. Poszarzałe od brudu firanki też nie pomagają. Razem ze słońcem, do pokoju wbija się letni żar i niesamowity zgiełk miasta. Klaksony, hamulce, silniki, wszystko zlewające się w jeden wielki miejski szum. Delikatnie odsłaniam firanki i wychodzimy na balkon. Z dwunastego piętra hotelu Cosmos podziwiamy Kiszyniów, a raczej jego południowo-wschodnią część. Patrzymy i trudno nam cokolwiek powiedzieć o tym co widzimy. Przestrzeń miejska zamieniona w gigantyczne rumowisko. To miasto to kupa tępych, ociosanych betonowych bloków porozrzucanych pomiędzy drzewami. Bez jakiegokolwiek planu, bez najmniejszej potrzeby estetyki. Tu faktycznie jest brzydko, ale jakiś masochizm nie pozwala nam się od tego oderwać. Miasto łapie nas od razu i wciąga niczym wir.

img_8377

Ruszamy do centrum Kiszyniowa, to znaczy – na największy targ, przy którym znajduje się dworzec autobusowy. W każdym miejscu, do którego jedziemy, bazar z jedzeniem to punkt obowiązkowy, to przecież tu najlepiej można poznać ludzi, ich obyczaje, to jak żyją. Na dworcu chcemy sprawdzić rozkład autobusów do Naddniestrza. Idziemy kolejnymi ulicami wśród katalogowych budowlach z czasów ZSRR. Całość przypomina trochę stare zdjęcia z czasów PRL czy ZSRR, tylko przeciągnięte przez kiepskie filtry z Instagrama i obklejone bez żadnego planu reklamami, plakatami, szyldami, ogłoszeniami. Odarte z resztek jakiejkolwiek estetyki.

img_8378

img_8379

Chodzenie w upale po betonowej pustyni jest dość męczące. Schronienie dają rosnące tu i ówdzie drzewa. Nie ma tu alejek, są pojedyncze iglaki powtykane chyba zupełnie przypadkiem. Naokoło rządzi brzydota, szarość pooklejana dosłownie wszystkim czym się da i rozkład. Rozkład betonu, stali i szkła. Zapomniane gmaszyska, niegdyś będące chlubą Mołdawskiej SSR. Teraz zostały po nich wydmuszki, beton poobgryzany przez czas, wystające zbrojenia, spróchniałe dechy, szkło chrzęszczące pod butami. Epicentrum rozkładu jest hotel National – jeszcze 30 lat temu był zapewne na pocztówkach z Kiszyniowa – dumny, śnieżnobiały, na tle pięknego błękitnego nieba. Dziś, pusty, niczym nawiedzony, brudny, wyblakły z grafiką na elewacji, która przypomina wielką Bukę. Straszy, stoi zakłopotany niemal w centrum miasta, jakby sam nie wiedział co tu robi. Stoi, a Kiszyniow, wydaje się o nim zapomniał, jakby go w ogóle nie było.

img_8373

Jesteśmy dość oszołomieni miastem. Idziemy dalej uważając na ciągłe braki w chodniku – kamienie, dziury, doły, wystające rury. Powoli, stopniowo luźny, nieuporządkowany ruch pieszy zamienia się w tłum, ściśnięty, napierający z każdej strony, przelewający się coraz węższymi alejkami i uliczkami, pomiędzy straganami. Miasto płynnie przeszło w targ rozlewający się naokoło Piata Centrala. Tłum niesie nas niczym rwąca rzeka. Przemykamy pomiędzy kolorowymi ludźmi straganami, w akompaniamencie okrzyków, przekrzykiwań. Jest tu dosłownie wszystko. Chcemy zatrzymać się choć na chwilę, popatrzeć, dotknąć, powąchać,  ale luźniej robi się dopiero na dworcu autobusowym. Tu wszystko dzieje się jeszcze szybciej. Pytanie – Awtobus w Tiraspol? – szybka odpowiedz – Tuda, tuda! – i już siedzimy w autobusie. Wygląda na to że jedziemy do Tiraspola. Teraz!

img_8572

O Tiraspolu jest tutaj. Pochłonął nas na resztę dnia. Kiedy w końcu wracamy z tej czarnej dziury gdzieś na obrzeżach Europy, robi się nam lekko na sercu. Po całym dniu spędzonym gdzieś w przeszłości – na starych czarno-białych, pomiętych zdjęciach, filmach z czasów ZSRR i wspomnieniach z dzieciństwa – wracamy do rzeczywistości. Tętniący życiem Kiszyniów wydaje się centrum wszechświata. Ulice pełne ludzi, bałagan, reklamy, kolorowe plakaty, samochody, dużo samochodów – wszystko to sprawia, że miasto jest prawdziwe. Żyje a nie po prostu sobie jest, niczym wielka makieta wokół kolejki elektrycznej.

img_8574

Marszrutka wysadza nas gdzieś niedaleko centrum. Chcemy wysiąść kiedy tylko przed nami z morza betonu wyłania się ogromna bryła Nationala. Lądujemy pod Cerkwią św. Teodora Tirona. Niebo powoli zaczyna się robić pomarańczowe. Zaczyna się ta pora dnia – krótka chwila – kiedy słońce wyostrza wszystko naokoło. W tym świetle cerkiew ze swoimi sterylnymi, idealnie błyszczącymi cebulami wygląda niczym jakiś baśniowy pałac. Ze środka wydobywają się przytłumione zawodzenia popa. W powietrzu czuć delikatną woń kadzidła.

img_8579

img_8589

Przemykamy przez centrum wyłożone ociosanymi bryłami brutalistycznymi budynków. Wraca ten klimat. Pomieszanie scenografii z Mechanicznej Pomarańczy z Moskwą lat ’70 a wszystko to oplecione setkami kilometrów kabli, obtoczone w kolorowych, śmieciowych plakatach i na koniec wrzucone w sam środek azjatyckiego targowiska. Oto przepis na centrum Kiszyniowa. Zaraz za tą surową, bezduszną fasadą odkrywamy małe uliczki, przeniesione rodem z małych miasteczek – z parterowymi domkami ukrytymi za malowanymi płotami, z pięknymi, zaniedbanymi do granic możliwości kamienicami oszpeconymi nadbudówkami i talerzami anten satelitarnych. Cokolwiek, kiedykolwiek tu było pięknego, przez lata zostało odarte z jakiejkolwiek estetyki, obrosło warstwą bezguścia, beznadziei i bierności. Zwyczajnie zwiędło.

img_8590

img_8595

Szukamy miejsca, w którym można zjeść coś tutejszego. Trafiamy do poleconej jednej z „lokalnych” restauracji, gdzieś w podziemiach jednej z takich zwiędłych kamienic. Zaraz po nas do knajpy wlewa się grupa kilkudziesięciu Polaków – jakaś wycieczka. Gotowe stoły, wjeżdża orkiestra. Głośno i tak jakby luksusowo. Uciekamy czym prędzej i lądujemy w jednej z La Placinte – mołdawskiej sieciówce, ale serwującej tradycyjne jedzenie. Jesteśmy koszmarnie głodni, nie mamy siły szukać. Nie będziemy wybrzydzać. Nie mamy oczekiwań. Siedzimy sobie w ogródku, popijamy miejscowe rose. Jest ciemno, naokoło migają nieśmiało miasta światła. Randka. Na stół wjeżdża lokalny przysmak – mamałyga z bryndzą i kwaśną śmietaną. Do tego duszone mięso i placinta – placek ze słoną bryndzą. Na koniec sałatka. A raczej bukiet zieleniny, warzywa, bryndza i całe ząbki czosnku. Żadnego siekania, żadnej oliwy, pogniecionych liści sałaty. Duże kawałki warzyw. Wszystko aromatyczne, słoniutkie i wyraziste. Jedzenie najprostsze z możliwych. Idealne w swej prostocie. Potem znowu wino i deser – pieczone pulpeciki serowe nadziewane konfiturą morelową. Jeżeli ktoś zadaje pytanie – po jaką cholerę jechać do Mołdawii – to jedzenie jest argumentem ZA. Idealne zakończenie dnia. Do tego tanie – kolacja w restauracji na 2 osoby z karafką wina i napiwkiem za mniej niż 60 PLN.

Kiszyniów o poranku

Kiszyniów rano

Nazajutrz rano idę pobiegać po okolicy. W niedziele rano Kiszyniów powoli budzi się do życia. Ciężko i ospale miasto stopniowo nabiera energii. Na ulicach pojawiają się coraz to nowe samochody. Jest coraz goręcej, powietrze przesyca zapach spalin. Smog jest w Kiszyniowie sporym problemem. Biegnę wzdłuż Bulevardul Dacia który ciągnie się po wysokiej estakadzie. Poniżej mnie wieś. Pojedyncze zapuszczone domki jakby pochłaniane przez okoliczny las. Zupełnie inny świat, jakby miasto po prostu unosiło się nad wioską. Patrząc z góry wydaje mi się, że obserwuję jakąś mikroskopijną makietę w muzeum. Las rozrasta się na wszystkie strony. Na obrzeżach rozsiane są sowieckie blokowiska z wielkiej płyty.

img_8669

Wbiegam w blokowiska, kręcę się pomiędzy poszarzałymi, obdrapanymi, łuszczącymi się chruszczowowskimi blokiszczami. Są brzydkie, zaniedbane, zdewastowane, zapomniane przez ludzi, naturę, czas. Do tego, lata kapitalizmy okładają je jeszcze szyldami, tablicami, neonami, plakatami i bazgrołami. Klimat miejsca jest niesamowity, ale przykre, że ktoś w tym musi żyć. Nie wyobrażam sobie nawet jak bardzo musi to być przygnębiające. Ale Kiszyniów i pod tym względem mnie zaskakuje. Mimo tego syfu, upadku, zepsucia i zapomnienia, to miasto ma w sobie jakąś niesamowitą energię. Tak jak luzie. Bije od nich życie. Oni nie chcą, żeby się nad nimi użalać. Ciężko pracują i prą do przodu, wbrew przeciwnościom, od rana do nocy, brodząc w tym swoim syfie, styrani przez komunę, potem wydymani przez transformację. Pracują i wzbudzają szacunek. Taki spacer po samym sercu Kiszyniowa, jego betonowym wnętrzu uczy pokory.

img_8387

Po śniadaniu ruszamy jeszcze raz na bazar. Tym razem chcemy tam spędzić więcej czasu. Wczoraj się nie udało, bo nie wiem jakim cudem, momentalnie znaleźliśmy się w autobusie do Tiraspola. Teraz chcemy go przejść, powąchać, posłuchać, podotykać, słowem – przeżyć! Znowu to samo – tłum, rzeka ludzi. Co ja mówię – morze. Są wszędzie, znowu płyniemy z prądem tych wszystkich twarzy, spojrzeń, słów. Trochę jakbyśmy się unosili na fali rąk. Trochę nam zajmuje zanim się w tym wszystkim odnajdujemy i zaczynamy samodzielnie poruszać. Zupełnie jakby ktoś nagle wrzucił nas do wody. Przez chwilę, zaskoczenie, nerwowe szamotanie, żeby wydostać się na powierzchnie, potem łapiemy powietrze i dajemy się spokojnie ponieść nurtowi i oglądamy wszystko naokoło.

img_8383

Najpierw handlarze wszystkim. Smutne twarze babuszek handlujących czym tylko się dało – sprzęty domowe, stare buty, zdezelowane telefony, jakieś brudne, połamane zabawki, cokolwiek dało się znaleźć w domu, piwnicy, na strychu, na ulicy. Pozbywały się kolejno wszystkiego tego co gromadziły przez całe swoje życie. Teraz sprzedawały to swoje życie, zapewne żeby przetrwać. Mało kto coś kupował, ludzie przechodzili tylko, czasami przystawali, żeby popatrzeć, o coś zapytać. W głowie dźwięczy mi cytat z jednej z książek, Ziemowita Szczerka („Przyjdzie Mordor i nas zje”):  Nikt nie kupował, bo ich życia nie były nikomu potrzebne. Każdy miał wystarczająco własnych problemów ze znalezieniem uzasadnienia dla własnego. Ot co.

img_8614

Dalej były warzywa. Dużo warzyw. Piękne, kolorowe, pachnące, idealnie niedoskonałe. Pogniecione, brudnawe, naturalne aż do bólu. Z ziemi a nie z hodowli. Ułożone w stosy, rządki, kupki, stosiki z niesłychanym pietyzmem, uśmiechały się do nas z każdego zakątka hali. Wszystkich chciało się dotknąć, powąchać. To niesamowite jak dotyk pozwala zbliżyć się do oglądanego przedmiotu. Pozwala go poczuć, choć na chwilę złączyć się, wymienić energię. Nie mogę się nigdy powstrzymać od dotykania warzyw i owoców na targu. Wciągnięcie ich zapachu sprawia, że są już w nas. W jednej chwili wypełniają nasze nozdrza, potem w ułamku sekundy są już w naszym mózgu. Krążą gdzieś tam głęboko, aż znajdują swoje miejsce gdzieś w zakątku zwanym „wspomnienia”, i zagnieżdżają się niczym mały gryzoń. I zostają tam już na dłuuugo. Niby to tylko głupi owoc czy warzywo, ale jest z tego miejsca, w tej chwili, jego wspomnienie jest bezcenne.

img_8605

Potem jest przerażająca hala z mięsem. Wiszące świńskie głowy, każde stoisko wyspecjalizowane w innych częściach zwierząt. Tu leżą mózgi, tu wątroby, tam ogony, to z kolei całe łby. Są stoiska, na których trudno powiedzieć co jest. To chyba jedyne miejsce, kiedy nasze zmysły nie szaleją. Jest jak w rzeźni. Uciekamy.

img_9158

img_8620

Nareszcie TO miejsce. Ciągnie nas do niego już z daleka. Czujemy ten zapach. Korci nas i trąca już jakiś czas przed wejściem, ale dopiero po wejściu do chłodnej hali z nabiałem, możemy się rozkoszować przeboskim zapachem serów, mleka i śmietany. Wszystko wymieszane w powietrzu miło łechce nasze nozdrza. Znamy to już z Tiraspola, ale przepiękny zapach młodości na nowo rozkochuje nas w sobie. I znowu błądzimy po hali jak zahipnotyzowani. Panie sprzedające nawołują nas, odkrawają nam przepyszne „kusoczki” żółtawego i bosko tłustego, słodkiego twarogu, słonej bryndzy i żółciutkiego masła. Mieszają gęstą śmietanę szpatułkami i zachęcają. Ich babcine głosy: „kuszajcie na zdarowie” dosłownie wzruszają i rozczulają. To nie są roboty z supermarketu klepiące odruchowo „dziękuję, zapraszam ponownie”, one to mówią z głębi serca, jakby fundamentem zdrowia był właśnie ich ser, śmietana czy masło. Są kochane.

img_8634

Bazar to przygoda. Z niechęcią opuszczamy ten wir zmysłów i emocji i idziemy dalej – na spacer po mieście. Na dziś mieliśmy w planach odwiedzić Mileștii Mici – największe piwnice win na świecie, ale okazało się, że są zamknięte. Idziemy więc główną ulicą – Bulwardem Stefan cel Mare. W zasadzie to po prostu się kręcimy. Bez określonego celu i planu. Po prostu korzystamy z upału. Kiedy koło południa robi się nieznośny, zatrzymujemy się w La Placinte na zimne rose i coś słodkiego. Przyjemnie zimne wino popychamy wypatrzonym wcześniej caciula lui guguta – naleśnikach nadziewanych wiśniami, w kremowej polewie. Wykwintność deseru przypomina desery z lodziarni „Hortexu” z młodości. Czujemy się jak dzieciaki. Gdyby nie to wino…

img_8650

Centrum Kiszyniowa to Park Katedralny. W jego środku – owszem – katedra. Raczej skromna na miarę najbiedniejszego państwa Europy. Łapię się na tym, ze spodziewałem się jakiegoś wypasu, czegoś na wzór Warszawy, Pragi czy Budapesztu, może nawet Rumunii. Tymczasem katedra standardem zbliżona jest do zabudowy Placu Trzech Krzyży w Warszawie. W końcu wiara powinna być w sercu, a nie pustych zimnych murach. Na skraju parku Łuk Triumfalny. Zastanawiam się skąd ten łuk. Na cześć jakiego triumfu? Mołdawia nie kojarzy mi się raczej z wieloma triumfami. Nie daje mi to spokoju. Wujaszek Google podpowiada, że powstał w 1840 roku na cześć zwycięstwa Rosji nad Imperium Ottomańskim w Wojnie Rosyjsko-Tureckiej 1828-29. Sam łuk wygląda na jakiś lichy, jest dziwnie karłowaty. Jakby ktoś spuścił z niego powietrze. Rozmach Francuzów, Belgów czy nawet Rumunów podniósł wysoko poprzeczkę. Przez zawieszony na nim zegar przypomina raczej jakiś gigantyczny przystanek, lub w najlepszym przypadku wejście na stację metra gdzieś w Moskwie.

img_8625

img_8645

img_8640

Dalej ciągną się budynki rządowe – to pałac prezydencki, to siedziba parlamentu. Wszystko w jednym, tym samym stylu – ponure nijakie gmaszyska z flagami i ochroną. Chciałbym znaleźć choć jedną rzecz, która by wyróżniała któryś z nich i odróżniała od siebie. Budynki rządowe są poprzecinane jakimiś budowami, pustostanami, budynkiem opery, ruinami, cerkwiami lub po prostu pustą przestrzenią. Nie chce się wierzyć, że jesteśmy w centrum miasta. Wygląda na po części opuszczone, puste, wieje od niego chłodem. Tu nie ma już ludzi, nie ma tkanki miejskiej, wesołych ludzi, handlu. Nawet drzewa są jakieś smutniejsze. To w tej części miasta zauważyliśmy, że niemal wszystkie liście na drzewach są już złote. A jest przecież dopiero pierwszy weekend września, prawie 30 stopni. 500 metrów dalej wszystko jest zielone.

img_8642

img_8643

Kręcimy się po mieście i oglądamy. Przypominam sobie trochę jak to wszystko wyglądało u nas 20 lat temu. Początek lat ’90 – wszechogarniający bajzel. Transformacja systemowa. Najpierw ludzie pracowali prze 50 lat i nic nie mieli. Zamiast w tłuszcz niepotrzebnych przedmiotów, obrastali w pożądanie, chęć posiadania. Jeansów, koszulki polo z krokodylem albo jakiejś innej, zwykłej, gumy balonowej, coli, czy chociaż cholernej szynki – tyle ile chcę, a nie ile mogę. Nagle przyszły czasy, że się dało. Od tej pory wszystko zostało podporządkowane temu, żeby robić, mieć, zdobywać. Wszystko inne było nieważne. Miasta pozbawione jakiejkolwiek estetyki. Kto by o tym myślał, kiedy najważniejsze było, żeby w końcu mieć to czego nigdy nie było. Tak teraz jest w Mołdawii. Cały czas. Tu wszystko idzie wolniej. Jak warto tu przyjechać i się rozejrzeć. Zobaczyć to wszystko. Nie po to, żeby się przekonać, że w końcu jest miejsce w Europie, gdzie jest gorzej. Ale po to, żeby przypomnieć sobie lub wręcz zdać sprawę z tego przez co przeszliśmy. I to docenić.

Kiszyniów panorama

Robi się już późnawo i od chodzenia robimy się głodni. Postanawiamy jechać do jakiejś super lokalnej restauracji na skraju miasta. Nie mamy pojęcia o panującym tu systemie marszrutek. Wydawałoby się, że zatrzymują się – jak wszędzie w krajach byłego ZSRR – przy każdym skrzyżowaniu, okazuje się jednak, że nie. Tu marszrutki maja przystanki. Spośród dziesiątek numerów i tabliczek z trasami, próbujemy w locie wyłapać jakąś jadącą w interesującym nas kierunku. Wiemy, że to niedaleko ogrodu botanicznego, więc wyłapujemy cos co ma w napisie „Botanica”. Marszrutka przecina Kiszyniów, kręci po maleńkich uliczkach, przejeżdża przez bazary, wjeżdża na estakadę skąd widać poniżej mrze zieleni z powbijanymi w nią betonowymi blokami i dźwigami. Okazuje się, że z marszrutką trafiamy idealnie. Po wyciśnięciu się z przepełnionej furgonetki mamy do przejścia dosłownie kilka kroków przez jedno z blokowisk.

Kiszyniów i jego kuchnia - mamałyga

Znajdujemy Popasul Dacilor. To klimatyczna restauracja urządzona w ogromnym drewnianym gmachu przypominającym raczej system połączonych domków na drzewach. Klimat mocno myśliwski, ale jednocześnie niezwykle ciepły. Siadamy na tarasie przy parku. Znowu czeka nas mołdawska uczta z grillowanych mięs, mamałygi, placinty, świeżutkich warzyw z bryndzą i oczywiście wina. Po raz kolejny doceniamy prostotę jedzenia i jego doskonałość. Tak, warto tu przyjechać chociażby, właśnie dla jedzenia. Żeby przekonać się jak niewiele potrzeba do szczęścia. I to wino. Przyjechać tu i nie napić się wina, to jak pozwolić odejść miłości swojego życia. Potem nic już nie będzie takie samo.

img_8682

Po kolacji wracamy w stronę miasta. jesteśmy w zasadzie na jego granicy. Postanawiamy sobie zrobić spacer po blokowiskach przy zachodzie słońca. Romantyczny na swój sposób. Po jednej stornie drogi są małe domki skryte w ogrodach, dalej lasy. Po drugiej – tej miejskiej – blokowiska. Szare brzydkie, beznadziejne, zaniedbanie, brzydkie. Są jak blizna po strasznej traumie jaką był komunizm. Tak bardzo nie pasują do tego sielskiego krajobrazu po drugiej stronie ulicy. Te bloki wyglądają przy małych domkach jak banda oprychów o zakazanych gębach, które stają nad swoją ofiarą, żeby ją zatłuc. Większe i silniejsze. Tyle, ze zamiast patrzeć na ofiarę z wyższością, agresją i nienawiścią, jakby się same siebie wstydziły i w gruncie rzeczy były niegroźne.

img_8694

Dochodzimy do głównej drogi wjazdowej do Kiszyniowa. Przed nami flagowy projekt stolicy – Wrota Miejskie. To dwa ogromne, długie bloki mieszkalne położone symetrycznie po obu stronach głównej drogi. Z daleka witają przyjezdnych jadących z lotniska. Wyglądają niczym wielka betonowa góra rozstępująca się i zapraszająca do swojego wnętrza. To jakaś groteskowa wersja do tajemniczego eldorado ukrytego w środku góry. A co w niej jest? Beton, jeszcze więcej betonu – złota komuny. Przede wszystkim są tam wspomnienia. Kiszyniów to żywy obraz tego co kiedyś było, obraz zmian w nieco zwolnionym tempie. To obraz małego, biednego, ciężko pracującego kraju walczącego z podniesionym czołem i determinacją o to by w końcu żyło się lepiej. Na to wszystko patrzy się nie z politowaniem czy żalem, a z poczuciem, że skądś to znamy. Przejście przez te wrota to odkrywanie nowych rzeczy, ale także powrót do starych, znanych i chyba już nieco zapomnianych.

Kiszyniów, Mołdawia