Komsomolec, Proletarskij. W krainie lodowców

Dzień 5: 14,6 km, 7 godzin

Po ciężkim dniu śpimy jak zabici. Rano budzi mnie przenikliwe zimno. Jak w lodówce. Każdy ruch wywołuje opad leciutkich kryształków lodu z poszycia namiotu. Wszystko oszronione. Kiedy otwieram namiot, zimny jęzor otula mnie i zaciska wokół całego ciała. Zakładam obie kurtki – puchówkę i zimową, zaczynam skakać – Jezzu jak jest zimno! – panuje już poranna szarzyzna, ale zanim słońce wyjdzie zza gór i podniesie się nad lodowiec, minie jeszcze sporo czasu. Tu zasłaniają je już sześciotysięczniki. Wchodzę na wybrzuszenie ponad obozem, byle bliżej słońca. Próbuję się rozgrzać, skaczę, macham rękami. Patrzę na otaczające nas przepiękne, surowe szczyty. Inylczek Południowy, gdzieś pomiędzy Jeziorem Merzbachera a lodowcem Komsomolec. Na samym środku brudnej, zagruzowanej moreny. Jest bajecznie. Przepięknie. Zapominam nawet jak bardzo jest zimno.

Zwijamy powoli obóz. Ta sama nudna rutyna: otrzepywanie namiotów, suszenie, zwijanie linek, pakowanie, upychanie. Idę uzupełnić zapasy wody. Kiedy docieram do strumyczka, okazuje się, że wody nie ma. Nie płynie. Wszystko zamarzło przez noc. Woda pocieknie za kilka godzin, kiedy promienie słońca zaczną topić lodowiec. Zatem śniadanie będzie bez herbaty. Jesteśmy na siebie źli, bo w tym miejscu bardzo łatwo o odwodnienie. Wody, przynajmniej tej nadającej się do picia, wbrew pozorom nie jest tak dużo. Do tego jest niemal zupełnie jałowa, jak destylowana. Nie ma w niej nic. Ma dziwny, pusty smak i zostawia dziwną suchość w ustach. Dlatego trzeba jej pić naprawdę dużo.

Kiedy słońce wreszcie wychodzi zza gór, ruszamy w kierunku majestatycznych, ośnieżonych szczytów na końcu doliny lodowca. Wczoraj, przez zmęczenie chyba tego nie dostrzegliśmy, ale droga przez lodowiec przypomina spacer po jakimś gigantycznym cmentarzysku. To surowy, obcy i absolutnie nieprzyjazny teren. Pustynia. Tor przeszkód, wybryk natury, pobojowisko, które chyba nigdy nie miało być odwiedzane przez człowieka. Mimo że nad nami rozpościera się przepiękne, soczyście błękitne niebo i świeci słońce, jest szaro, ponuro i smutno. Wszędzie kamienie, miliony kamieni. Małe, duże, wielkości samochodu, ogromne głazy narzutowe. Okrągłe, kanciaste, grzybowate. Wielki, ilustrowany atlas kamieni. Jeszcze chyba nigdy nie widziałem, aby niebo tak wyraźnie oddzielało się od ziemi, jakby istniały w dwóch różnych światach. Jakby nie mogły się ze sobą spasować, cały czas gryzły. Tak bardzo sobie obce. Jak światło i cień, jak życie i śmierć, radość i smutek.

Droga przez lodowiec to prawdziwa mordęga. Męczące podejścia, omijanie kolejnych dziur, szczelin i urwisk. Ślisko a zarazem ostro i nieprzyjemnie. Na szczęście droga wydaje się w miarę jasna. A może to nasze zregenerowane po odpoczynku organizmy i odbudowane morale, bo szlak nadal jest średnio oznaczony. Po prostu idziemy przed siebie. Punktem orientacyjnym ma być obóz przy lodowcu Komsomelec (Komsomolskiy), do którego naiwni chcieliśmy dotrzeć wczoraj. Według naszych obliczeń, powinniśmy do niego trafić po jakichś siedmiu kilometrach marszu. Mając jasny cel i dużo sił, przemy do przodu nie zważając na dość dołujące otoczenie. Patrzymy przed siebie na bajecznie piękne, ośnieżone szczyty.

Po przejściu na środek moreny droga wydaje się bardziej komfortowa. Nie trzeba już tak kręcić. Jedyną niedogodnością pozostają kamienie. Śliskie, ruchome, od niechcenia porozrzucane przez żywioły. Mijamy kolejne bezimienne szczyty ustawione w szeregach po obu stronach. Te z północy tworzą ogromną ścianę, z której wystają kolejne piki – Koljada, Tjurina, Petrowskiego, Żawżarowa, Ryżowa, Krupskiej, Werbljud. Wspinają się stopniowo aż do wystającego gdzieś w oddali szczytu Gorkiego (6050 m n.p.m.). Z południowej ściany z kolei, co chwila spływają lodowce, te mniejsze – zwały śniegu wylewające się z kotłów lodowcowych wyrytych bezpośrednio w ścianie i te duże ciągnące się kilkanaście kilometrów. Jednym z nich jest właśnie lodowiec Komsomolec (Komsomolskiy). Kiedy przecinamy jego morenę po obozie nie ma najmniejszego śladu. Według wskazówek powinien znajdować się gdzieś przy lodowcu. Nic nie widać, więc po prostu idziemy dalej.

Po przejściu lodowca, wydało nam się dziwne, że nie trafiliśmy na obóz. Zaczęliśmy nawet konfrontować otoczenie z mapą, czy aby na pewno jesteśmy tu gdzie nam się wydaje. Przebyty dystans i nasze zdolności orientacyjne mówiły nam jednoznacznie – musieliśmy go minąć! – a może obozu wcale nie było? Idziemy więc dalej i po chwili trafiamy na kolejny przepiękny, tym razem nieco mniejszy lodowiec – Proletarskij – sięgający kilka kilometrów wgłąb gór. Doskonale widać przepiękne kotły lodowcowe na górach otaczających lodowiec. Wylewają się z nich ogromne masy śniegu. Znajdujemy się już na wysokości ponad 3800 m n.p.m., więc i lodowce, spływające z ponad 4000 metrów są czyste i śnieżnobiałe. Sterylne, błyszczące jęzory leniwie wiją się pomiędzy skałami. Miła odmiana po kilometrach marszu po brudnym lodowo – kamiennym rumowisku.

Liczyliśmy, że jakimś cudem ów Lodowiec Proletarskij okaże się jednak Komsomolcem i trafimy na wyczekiwany obóz, ale po przejściu łącznie 13 kilometrów, straciliśmy już wszelkie złudzenia. Musieliśmy przejść obóz dawno temu, jakieś 6 kilometrów wcześniej. Postoju nie będzie, jesteśmy już dalej, zbliżamy się coraz bardziej do celu naszej wędrówki. Trasa znowu przykleja się do krawędzi moreny i idziemy niemal przy samej ścianie gór. Chcemy dotrzeć do kolejnego obozu na trasie – Camp Dikiy, jednak po przejściu 14 kilometrów, siły i morale siadają momentalnie. Nie wiem co się dzieje. Obolałe, spuchnięte od kamieni nogi, rozrzedzone powietrze sprawiające, że każdy ruch zaczyna męczyć czy może pogarszająca się pogoda sprawiają, że niemal jednocześnie wszyscy zaczynają kręcić nosami, chrząkać i nieśmiało pytać – dokąd dziś chcemy dojść? – W końcu ktoś się przełamuje – starczy na dziś, rozbijmy się.

Łatwo powiedzieć. Trudniej zrobić. Ogromne rumowisko, po którym chodzimy jest nierówne, pofalowane, pełne uskoków i załamań. Do tego zza naszych pleców idą gęste, nieprzyjemne chmury. Czujemy w kościach, że za chwilę będzie naprawdę brzydko i zimno. Staramy się znaleźć jakieś osłonięte miejsce. Po kilku próbach decydujemy się na mały, osłonięty taras, nad którym góruje szczyt Pesnya Abaya (4901 m n.p.m.). Sterty ostrych kamieni postanawiamy rozgrzebać i tak jak poprzedniej nocy ułożyć tarasy z płaskich głazów. Mamy w tym już doświadczenie – można powiedzieć, że staliśmy się samoukami w prymitywnej sztuce wysokogórskiego glazurnictwa skalnego. Zabieramy się za robotę, ale już po chwili okazuje się, że będzie źle. Z powodu wysokości – niby nic, zaledwie jakieś 300 metrów wyżej – każdy kamień wydaje się nienaturalnie ciężki. Uda pieką przy kucaniu a mięśnie rąk przy podnoszeniu płaskich skał.

Do tego pośpiech. Dociera do nas przenikliwy ziąb, nadciągająca z zachodu chmura zmienia się w śnieżycę. Widzimy nadciągającą mlecznobiałą masę. W zespole zaczynają puszczać nerwy. Krzywo położony kamień, źle położony plecak, nienaciągnięta linka. Najmniejsza bzdura potrafi spowodować niekontrolowany wybuch gniewu. Kidy tylko rozstawiamy namioty zaczyna padać śnieg. Pierwszy tego lata! Na szczęście nie jest aż tak źle. Zamiast użalać się nad sobą i idziemy na poszukiwanie wody. Znajdujemy ją dość szybko, kawałek od obozu w szczelinie na lodowcu. Ściekające strużki krystalicznie czystej i lodowato zimnej wody powoli napełniają nasze butelki, a my stoimy i patrzymy na lodowiec. Otaczająca nas natura jest przytłaczająca. Ponury krajobraz, chłód i ten przenikliwy, tajemniczy szum wiatru. Chciałoby się coś powiedzieć, podzielić emocjami, wrażeniami, ale brakuje słów. Zresztą słowa nie są tu potrzebne, czujemy chyba to samo – zachwyt, szacunek i pokorę.

Momentalnie, jak ręką odjął, wypogadza się. Po kilkunastu minutach zacinającego śniegu nie ma już śladu. Chmury znikają gdzieś na końcu doliny, rozpierzchają się w starciu z ogromną ścianą sześciotysięczników. Nad nami znowu rozpościera się soczyście błękitne niebo. Od wschodu świeci słońce, które coraz bardziej zniża się pomiędzy skalne ściany doliny. Na szczytach naprzeciwko nas zostają tylko gęste, białe chmurki. Wyglądają jak przyczepione. Kojarzy mi się to trochę z kępkami waty, które w przedszkolu przypinaliśmy do choinki jako sztuczny śnieg. Jest absolutnie przepięknie. W tym wszystkim, jak co dzień szykujemy pyszną gorącą herbatę w parzącej usta menażce i liofilizowane smakołyki z torby. Już chyba przywykliśmy do tego jedzenia. A herbata. Ta tutaj, jest najpyszniejsza. Z gorącej blachy.

Pomimo coraz większego mrozu siadam na kamieniach i patrzę jak zahipnotyzowany na lodowiec rozciągnięty w dolinie. Ręce ogrzewa herbata, serce – niesamowity widok. Oddech jest krótki, urywany, cały czas łapczywie łykam powietrze, staram się wychwycić każdą, najmniejszą cząsteczkę tlenu. W końcu doliny tam, dokąd zmierzamy, po ścianach pięciotysięczników rozlewa się bajeczne pomarańczowo-różowe światło. Po drugiej stronie – na zachodzie błyskają oślepiające promienie dogasającego słońca. Po raz kolejny zdaję sobie sprawę jak bardzo kocham góry, jak za nimi tęskniłem. Czuję, że z każdej strony przeszywa mnie to niesamowite światło. Przypomina mi się książka „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak” Jacka Hugo-Badera i cytat, który utkwił mi tak bardzo w pamięci „Człowieka, który kocha opromienia Boskie Światło”. To ja. Kocham góry!

Gdzieś u stóp góry Pesnya Abaya