Kukuczka. Książka, która nie daje spokoju

Na książkę o Jerzym Kukuczce trafiłem zupełnie przypadkowo. Kiedyś w pracy rozmawialiśmy o reportażach i ktoś rzucił zupełnie od czapy, że czyta „Kukuczka” duetu Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski. Po usłyszeniu paru anegdot o PRL-u i jaraniu haszyszu w namiocie gdzieś u podnóży Himalajów, postanowiłem, że zaryzykuję i kupię. Tematyka himalaizmu była dla mnie równie bliska i porywająca co haftowanie czy gra na flecie poprzecznym. Ale zawsze interesował mnie PRL. To jak ludzie walczyli z upodleniem, próbowali normalnie żyć, marzyli i walczyli aby te marzenia spełniać.

Albumowa forma książki przy pierwszym kontakcie trochę mnie rozczarowała. Zapowiadała się średnia lektura grubszej ulotki pt. „Kukuczka” składającej się z samych zdjęć i krótkich opisów. Przełamałem się jednak i… Od pierwszych stron mroczne lata powojenne, bieda Śląska, ogólna szarość, bylejakość, nędza. W tym wszystkich pojawia się młody człowiek, który odkrywa w sobie to coś i przepada. Zupełnie nie wiem kiedy to się stało. Kiedy książka wciągnęła mnie zupełnie jak jakiś narkotyk. Czytam o kolejnych zdobywanych szczytach. Wyprawach organizowanych w czasach głębokiej komuny. O sile, walce z przeciwnościami losu, o niesamowitym zacięciu i przedsiębiorczości. O tym jak Polacy nie mając nic – zmuszeni do robienia wszystkiego samemu – od butów, kurtek i śpiworów aż po czekany, śruby i szable – rzucają światu wyzwanie i zostają prawdziwymi dzikami! Rozpoczynają himalaizm zimowy. Zdobywają zimą najwyższe szczyty świata. Robią coś co wszyscy do tej pory uznawali za niemożliwe.

„Kukuczka” to historia o spełnianiu marzeń, o ciągłym parciu do przodu. Ale i o tym jak marzenia i pragnienia potrafią zdominować nasze życie. O dążeniu do celu, który cały czas się przesuwa gdzieś dalej, ucieka. O pułapce w jaką możemy wpaść goniąc za marzeniami. To książka o ludziach, którzy dążą do autodestrukcji. Pewnie zdają sobie z tego sprawę, ale mają to gdzieś. Wariaci? Może po prostu ludzie, których ciężko zrozumieć. Ja chyba jednak rozumiem. Można być tak ześwirowanym, że wspinanie może być jak narkotyk, że zwykły śmiertelnik może o tym nie mieć pojęcia. Rozumiem, jak można w tych chwilach wolności podczas zdobywania szczytów odnajdywać szczęście. Wyobrażam sobie jak może tych chwil brakować na co dzień, w szarej rzeczywistości PRL-u.

Czytanie o zdobywaniu kolejnych gór wciąga, hipnotyzuje, nie pozwala się oderwać od lektury. Dla mnie ta książka była niczym szczyt, który trzeba zdobyć. Zwyczajnie nie mogłem się oderwać od tej książki – nie wiem ile razy zaczytany przejechałem swój przystanek. Liczył się tylko Kukuczka. Czytałem idąc. Oszukiwałem sam siebie, ponieważ skończyłem ją w kilka dni, od razu przeczytałem jeszcze raz – tak na wszelki wypadek, gdybym coś przeoczył. W pracy zerkałem na książkę, złapałem się nawet na tym, że chciałem się wymknąć i gdzieś po cichu doczytać rozdział lub chociażby stronę. O tym jak ci ludzie o niespożytej energii, prawdziwe świry zdobywają kolejne ośmiotysięczniki. Bez masek, w stylu alpejskim, zimą, trudniejszą, dotąd niepokonaną trasą. Goście, którzy nie mieli praktycznie nic. Podczas gdy Włosi, Niemcy, czy Austriacy mieli najlepszy sprzęt i cenne dewizy, Polacy w swoich kurtkach samoróbkach i rakach spawanych gdzieś po godzinach w przyfabrycznym warsztacie, budzili powszechny podziw. Ludzie z kraju, w którym nie było dewiz, z którego piekielnie trudno było wyjechać. Kukuczka – facet, który z wyglądu, kojarzył się jeszcze mniej z górskim herosem niż Pablo Escobar z królem wszystkich narcos. Wyglądał jak typowy „Janusz” z brzuszkiem, w spranym swetrze i za luźnych spodniach. A zdobył koronę Himalajów i Karakorum, z czego większość zimą, nowymi trasami, w najlepszym stylu i bez tlenu. Po tej książce na dźwięk nazwisk: Kukuczka, Kurtyka, Wielicki, Hajzer aż dostaję gęsiej skórki. Dla mnie ci goście to herosi.

Liczyłem na PRL-owskie klimaty i zabawne historie o piciu spirytusu w namiocie pod Mt Everestem. OK, było trochę i tego, było o przemycaniu kryształów i suszarek oraz dziurawieniu sobie dla żartów przenośnych toalet. Przede wszystkim jednak dostałem niesamowitą książkę o ludzkiej sile, wytrwałości, o wyzwaniach rzucanych naturze i o walce z przeciwnościami losu. Ta książka nie pozwala się od siebie uwolnić, wciąga. Pozostawia niedosyt ale daje duuużo szczęścia. I te zdjęcia… Gdziekolwiek jesteś, czytając ją przenosisz się do innego świata. Ze śmierdzącego tramwaju na zbocza K2, Annapurny, Lhotse. Robi ci się zimno, we wdychanym powietrzu zaczyna ci brakować tlenu… Jesteś już gdzieś tam. Zdobywasz szczyt…

Wspaniałość!

P.S. Lekturę doskonale uzupełni strona www.jerzykukuczka.pl