wodospady Semuc Chiampey, Lanquin, Gwatemala

Lanquin i Semuc Champey. Miejsce nie z tej Ziemi

Pobudka o 4:30. W zasadzie to nie pobudka, bo nie przespałem ani minuty. Głośna impreza na zewnątrz. I jednak się zatrułem. Boli brzuch i gorączka. Kilka razy wstaję, szperam w plecaku i wsypuję sobie do ust bez rozpuszczania Frenadol – hiszpański odpowiednik Fervexu, nabyty rok temu w Melilli. Uratował mnie wtedy przed marokańską gorączką, mam nadzieję, że i teraz pomoże.
Rano prysznic. Dreszcze. Nagle jakieś takie dziwne, przeszywające. Woda przecież gorąca a mnie trzęsie i ciemno się robi przed oczami. Dziwne dreszcze i ciało tak sztywnieje. Dopiero kiedy zobaczyłem migającą żarówkę zdałem sobie sprawę, że to nie dreszcze, tylko zwyczajnie kopie mnie prąd! Jak??? Odpowiedź jest banalnie prosta. W Gwatemali nie ma ciepłej wody. W prysznicu jest ogrzewana w elektrycznych ogrzewnicach produkcji brazylijskiej. To takie duże końcówki na prysznic na końcu rury sterczącej ze ściany. Do tego podłączone są kable z napięciem 110V. Na żywca, bez żadnej izolacji. Wszystko jest pod napięciem. Przeciętny Gwatemalczyk nie ma z tym problemu, bo to wisi na wysokości 190 cm. Ja mam 197 cm i podczas prysznica parę razy dotknąłem prysznica. Nie polecam. Kopie prąd, spięcie, ogrzewnica się wyłącza, zaczyna lecieć zimna woda, do tego gaśnie światło. Nie warto tego dotykać!

img_6392
Po ożywczym prysznicu zwlokłem się na autobus do Lanquin. Ciemno, pusto, ledwo stoję z plecakiem, zaczepiam gościa, który stoi na ulicy i czeka na autobus razem ze mną. Pyta czy wszystko OK. Mówię, że się przytrułem. W pionie trzymały mnie tylko tabletki na żołądek, które poprzedniego dnia dała mi profilaktycznie bzu. Pytam czy ma coś na gorączkę. Proponuje mi Paracetamol. Biorę bez wahania. Sam w to nie wierze. Trzeci świat, 10 tysięcy km od domu, 5 rano, ciemno, biorę od nieznajomego na ulicy dwie tabletki, z czego jedną od razu połykam. Wszystko mi jedno. Jest OK. Nie zasypiam i nie budzę się w wannie z lodem bez nerki. Gość okazuje się Izraelczykiem, ma na imię Gil i jest całkiem sympatyczny. Przyjeżdża busik i po okolicznych hotelach drodze dosiada się jeszcze czterech innych Izraelczyków. Ja odpływam, spać nie daje mi trzęsący się i skaczący bus. A propos wygody w busach – niestety nie ma jej za wiele. Trzeba wybierać, albo jedziesz z przodu i jest ciasno, ale nie trzęsie, albo z tyłu – jest mniej ciasno ale niemiłosiernie trzęsie. Przy bolącym brzuchu i gorączce to zabójstwo. Autobus tłucze się do Antigua, tam się przesiadamy do drugiego. Przepakowanie tobołów, wiązanie ich na dachu. I katastrofa. Dosiada się do nas wycieczka Latynosek z Kostaryki. Są piękne – każda z nich wygląda jak gwiazda serialu, ale jest ich dużo i są strasznie głośne. Bus jest wypakowany do granic możliwości. Jedziemy dosłownie jak sardynki w puszcze. Myślałem, ze tam wchodzi max 12 osób, nas jechało 17.

img_9238
Przezornie złapałem miejsce koło kierowcy. Mówię w przenośni, bo między nami siedziała jeszcze jedna dziewczyna. Aline – moja towarzyszka podróży na kolejne dwa dni. Niesamowita. Dziewczyna jak z plakatu reklamującego holenderskie sery. Brakowało jej tylko kolorowej sukni i białego czepka na głowie. Zaskakująco ładna jak na holenderkę. Jak sama przyznaje – nietypowa. Pochodzi z kraju Heinekena i coffee shopów a nie lubi piwa i nigdy nie paliła marihuany. Opada mi szczęka, kiedy opowiada, że od stycznia (jest 13 marca) jeździ SAMA po Ameryce Środkowej – od Panamy aż do Meksyku. Trasa, jak sama przyznaje, bo nie miała ustalonego planu, wiec kręci się trochę, wracając do Gwatemali drugi raz. Pytam czy się nie boi tak sama jeździć, mówi, że nie i że nic złego ją do tej pory nie spotkało. Opowiada mi o tym co widziała, moje robią się wielkości 5-złotówek, zielenieje z zazdrości. Podróż jest długa, planowo 8 godzin, w rzeczywistości wychodzi lekko ponad 11. Przejeżdżamy przez Guatemala City. Gadamy o książkach – jak ja lubi Kerouaca i nie podobał jej się film „On the road”, o podróżach, o pięknie nieoczywistym, o lokalnym jedzeniu.

img_6645

W Coban postój na obiad. Aline szuka bankomatu (w Lanquin dokąd jedziemy, go nie ma!), ja apteki. Chciała, żebym stał przy niej kiedy będzie wybierała pieniądze – w sumie nie wiem po co, byłem taki słaby, że prawie się potykałem o swoje nogi, a przy bankomatach stoją ochroniarze z karabinami. W każdym razie okazała się dobrą samarytanką – prawie zaniosła mnie do tej apteki. Ładnie poprosiłem po hiszpańsku o leki na gorączkę i na żołądek. Pomógł mi w tym świetny wynalazek znaleziony 2 tygodnie wcześniej w Barcelonie – książeczka – Saber Ingles in diez dias – do nauki angielskiego dla Hiszpanów. Ja korzystam z niej na odwrót. Bomba!

img_6619

Leki – lokalne kilery – najwyraźniej pomagają. Po woli dochodzę do siebie. Jeszcze ostatni postój na stacji benzynowej (zaraz zjeżdżamy z asfaltu do dziczy). Na stacji dziwna konfiguracja. Po lewej monopolowy, po prawej – sklep z bronią. Za ladą – jak w stanach – wszystko co nie automatyczne. Przerażające. Ale będąc w Gwatemali lepiej się przyzwyczaić do widoku broni – na szczęście widać ja tylko u wszędobylskich żołnierzy i policjantów. Na stacji jeszcze jeden hit. Czapki Abercrombie & Fitch. W ogóle w Gwatemali często widać ludzi w koszulkach A&F. Ta apokaliptycznie droga w Europie, amerykańska marka odzieżowa część produkcji lokuje właśnie w Gwatemali. Podróbki sa wyjątkowo dobrej jakości, zakładam, że to co noszą lokalsi, robią te same małe rączki co oryginały, tylko po godzinach, albo wynoszą z fabryki pod pazuchą.

img_6614

Droga z Coban do Lanquin to już nie asfalt a średnio utwardzony trakt wijący się wzdłuż dolin. Krajobraz zupełnie się zmienił. Nie ma wulkanów, jezior ani płaskowyżu. Są soczyście zielone doliny, z plantacjami kauczuku, bananów i innych roślin. Jest gorąco, ale nie przesadnie. Nie ma duchoty. Czuć, ze jesteśmy kilkaset metrów nad poziomem morza. Warunki – po prostu idealna strefa komfortu. Na wąskich drogach czasami mijamy ciężarówki i autobusy. Lub samotnych przechodniów. Wszyscy ubrani w plastikowe koszulki FC Barcelony…

img_9247

img_6629
Do Lanquin docieramy po 16:00. To mała wioska, kilka ulic na krzyż. Jest przepięknie. Miejsce jak z bajki. Osada wciśnięta pomiędzy zielone wzgórza. Słychać szum rzeki. Wszędzie rosną bananowe drzewa. Spokój i cisza małego miasteczka przerywana jest tylko 2-3 razy dziennie – kiedy przyjeżdżają busy z Coban. Wtedy następuje pospolite ruszenie, nagle zaczynają warczeć tuk-tuki, stare Land Cruisery itd. Kiedy bus z turystami się zatrzymuje, obskakują go naganiacze z hoteli, hosteli i biur podróży. Bałem się, że będę miał problemy ze znalezieniem noclegu. W Lonely Planet znalazłem tylko dwa hostele, na wszelki wypadek wysłałem maile do obu. Odpisały oba, wybrałem Zephyr Lodge za Q65 za noc. To była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Aline nic nie zaklepała, więc jedzie ze mną. Hostel jest w wiosce, ale i tak przyjechał po nas stary Land Cruiser, który zawiózł nas pod same drzwi hotelu. Czemu nie. Kierowca tak długo wykręcał tym potworem po wąskich uliczkach Lanquin, że szybciej dotarlibyśmy do hotelu na nogach, ale zawsze chciałem się przejechać czymś takim. Auto jest ogromne, toporne, jazda nim to jak jazda starym radzieckim Kamazem. Trzęsie, telepie, twardo, można wypaść. Ale warto. Sam hostel. Chyba najładniejszy w jakim kiedykolwiek spałem. Stosunek wartości do ceny – absolutnie bezkonkurencyjny.

img_9263

Obsługa trochę sekciarska. Australijczycy, Amerykanie, Anglicy. Przesadnie mili, mówią „my friend”, klepią po ramieniu, jeszcze powinni tańczyć i śpiewać hare krishna. Ale miejsce jest absolutnie nokautująco przepiękne. Okazuje się, że dostałem łóżko w pokoju deluxe. Pytam co to znaczy. Gość odpowiada, że nie ma ściany. – Jak to nie ma ściany? – Nie potrzebuje ściany. – Ale dlaczego? – Zobaczysz… i Zobaczyłem to

img_6633

To był mój widok z łóżka… Kiedy już pozbierałem szczękę z ziemi, rozpakowałem się, nafaszerowałem kolejna dawką proszków i poszliśmy na rozeznanie terenu. Wycieczka po wiosce, okolicy, sprawdzenie wycieczek do Semuc Champey na jutro. Wybór jest raczej mały. Bierzemy z hotelu wycieczkę do parku za Q150. Normalnie kosztuje Q190 ale rezygnuje ze zwiedzania jaskiń z podziemną rzeką. Widziałem ich wiele – na Hawajach, na Borneo, w Tajlandii – mam wrażenie, że wszystkie są podobne – ciemne i mokre.

img_6631

Na koniec chillout w hamakach, piwo, rozmowy o życiu, podróżach, o tym kto przed czym ucieka, co chce odnaleźć w tym czy innym kraju. Zapominam o tym, że jestem chory. Naokoło ciemno, świece, hamaki, obok ognisko i leżaki. Ludzie rozmawiają ze sobą, śmieją się. O 7 wieczorem obsługa wyłącza to cholerne Wi-Fi i nie widać nikogo z nosem w swoim telefonie. Ludzie patrzą na siebie, słuchają siebie, poznają siebie, chłoną swoje przygody, wymieniają się doświadczeniami a nie klepią jakieś głupoty w telefonach. Do tego ogień, który wszystkich zbliża. Jest w tym magia.

img_6642

Spanie bez ściany to kolejna dawka wrażeń. Leżenie na łóżku i patrzenie w dolinę to coś niesamowitego. Do tego w nocy zrywa się burza. Mam miejsce w pierwszym rzędzie z widokiem na niesamowity spektakl. Wiatr, błyskawice rozświetlające cała dolinę. Leżę jak małe dziecko z otwartymi ustami i patrzę. Nie mogę długo usnąć. Nie pozwala mi zresztą natura. Jest głośno. Nieznośnie głośno. Szum rzeki, owady, ptaki. Dżungla w nocy ożywa i to w stopniu nie do pojęcia dla takiego mieszczucha jak ja. Pisk, skrzeczenie, skrzypienie. Monotonny dźwięk nie pozwalający zasnąć. Ratują mnie korku do uszu – hostelowy niezbędnik!

img_6733

Pobudka jak zwykle wcześnie rano, żeby zdążyć na wycieczkę o 8:00. Prysznic. I kolejne zaskoczenie. Nie ma elektrycznego ogrzewacza ale i nie ma ściany! Jest tylko połowa. Przeciętnej osobie sięgająca do połowy brzucha, mi ledwo do pasa… a powyżej – widok na dolinę. Nie wiem czy to dobry pomysł, bo przez to prysznic zamiast 5 minut, trwa przeciętnie 15-30 minut. Nie da się oderwać wzroku od tej przepięknej doliny. Wylatuję dopiero kiedy słyszę krzyki „Semuc Champey!” – to nasz bus! A raczej pick-up. Bez śniadania, nie zdążyłem. W sumie to nic nie zdążyłem, bo przez pół godziny stałem pod strumieniem gorącej wody i patrzyłem na góry, drzewa i niebo. Aline, dobra samarytanka zrobiła kanapki! Obiecuje się odwdzięczyć obiadem.

img_6708
Zaczyna padać i to konkretnie, wszędzie błoto, zaciągamy plandekę. 10 km, które nas dzieli od Semuc Champey przejeżdżamy w prawie godzinę! Ślisko, stromo, samochód jedzie powoli. Stoimy pod plandeką na paca pick-upa. Wszyscy już w błocie i poobijani. Kiedy docieramy na miejsce, z tyłu samochodu podchodzą małe przepiękne dzieci i recytują unisono „chocolate… con canela… almendra… aroz…” Mówią jak zahipnotyzowane. Brzmi to tak przepięknie, że wszyscy się uśmiechają. Dzieci są przeurocze i przepiękne. Najgorsze jest to, że prawdopodobnie dostaną w domu lanie jeżeli niczego nie sprzedadzą. Robimy zrzutkę i kupujemy to co maja. Małe krążki zawinięte w srebrną folię. Lokalna czekolada domowej roboty. Tłusta kostka z miazgi owoców kakaowca z dodatkiem cynamonu lub orzechów. To nie to co nasza czekolada. Ta jest prawdziwa! Taka, jaką jedzą Majowie. Żaden rarytas, najważniejsze, że dzieciakom się dzisiaj upiecze. My nie zbiedniejemy.

img_9281

Powoli się przejaśnia. Cześć wycieczki idzie do jaskini, my z Aline idziemy wzdłuż rzeki. Widoki po prostu nie z tej ziemi. Zielona dżungla, zamulona rzeka, stary stalowy most pokryty deskami. Bałem się po nim przejść. Później okaże się, że jedziemy po nim samochodem! Po drodze natrafiamy na wioskę. Zahipnotyzowani widokami, chłoniemy kolory, odgłosy, zapachy. Nad rzeką jakiś mężczyzna chodzi z siecią i łapie ryby.

img_9295

Po godzinie wraca reszta towarzystwa. Cali mokrzy i brudni, ale zadowoleni. Tak, jaskinie są fajne. Ale nie chciało mi się moczyć jedynych butów a wchodzenie tam w japonkach to seppuku. Idziemy rzeką w druga stronę. Nad rzeką huśtawka – duża. Tak do skakania. 10 metrów wysokości. Przewodnik tłumaczy – Siadasz. Liczę do trzech. Odpychasz się. Nogi do przodu. Skaczesz dokładnie w momencie kiedy powiem! Jeżeli skoczysz za wcześnie – spadniesz na kamienie i się połamiesz. Jeżeli nie skoczysz wrócisz na huśtawce i będziesz musiał opuścić się z 3 metrów na dół – na kamienie.

img_9287
Obok tabliczka z formułką, że to tylko ozdoba i jakby co, każdy skacze na własną odpowiedzialność. Pytam – co jak nie trafię pomiędzy dwa słupy huśtawki, bo strasznie się całość ruszała. Gość za mną kładzie mi rękę na ramieniu i mówi – po prostu o tym nie myśl. Skaczemy! Skok niesamowity – salto do przodu. Nawet półtora. I głośny plask na plecy. Ała! Tak czy siak – warto!

img_9310

Idziemy na most. – Możecie skakać tu. – Jak to skakać z mostu? Z ponad 10 metrów? – Po prostu. No to skaczemy. Najlepszy był pierwszy skok. Skakał Jan – Niemiec. Postanowił skakać z barierki. Wesoły się wdrapał na górę i nagle zrzedła mu mina kiedy spojrzał w dół. Wszyscy staliśmy w ciszy i skupieniu i czekaliśmy aż skoczy. Słychać było tylko cichy, leniwy szum rzeki. Nagle skupienie rozładował jeden z bosych lokalnych kilkulatków, którzy kręcili się koło naszej grupy w nadziei na jakieś słodycze albo drobne. Przerwał ciszę liczeniem swoją łamaną angielszczyzną „one…two…three…” Wszyscy zaczęli się zwijać ze śmiechu a Jan skoczył. Mistrz dnia – mały dostał cukierasy!

img_9273

Dalej wycieczka do największej atrakcji – basenów Semuc Champey. To blisko 300 metrowy taras z piaskowca przykrywający płynącą pod nim rzekę Cahabón. Na górze powstała seria kilkunastu schodzących w dół rzeki stopni, na których znajdują się baseny. Całość wypełnia prześliczna turkusowa woda. Pogoda znowu się popsuła. Zaczęło lać jak z cebra. Wszyscy są jednak zdeterminowani, żeby dotrzeć do basenów. Rozbieramy się do kąpielówek i idziemy kilkaset metrów szlakiem na bosaka do basenów. Rzeczy zawinięte w torby, żeby nie zmokły. Warto było! Na miejscu przestaje lać od razu. Zamykamy swoje rzeczy na kłódkę w schowkach i lecimy do basenów. Ślisko, kamienie, ale woda przyjemnie orzeźwiająca. Skaczemy, pluskamy się – jak dzieci. Schodzimy do coraz niższych basenów. W najniższym odkrywamy, ze można zjeżdżać z jednego do drugiego na tyłku – po kamieniach. Taka naturalna zjeżdżalnia. Chwila jazdy, potem spadek, plask! Jak dzieci…

img_9317

Na dole rybie spa. W basenie żyją małe rybki, które kiedy tylko przestajemy się ruszać i przystaniemy na kamieniach, zaczynają nas otaczać i skubać skórę. Naturalny peeling. Te najmniejsze są OK. gorzej jak podpłyną takie trochę większe, wielkości palca. Te już gryzą! Trzeba się odganiać. Po ponad godzinie w wodzie, wszyscy są już wymoczeni i zaczyna się robić chłodno. Po woli się zbieramy. Chcę na punkt widokowy. Przewodnik mówi, że na własna odpowiedzialność, bo padało i jest ślisko. Że pół godziny w jedną stronę – pod górę, ślisko, niebezpiecznie. Mówię, że idę. Oni poczekają na parkingu. Aline leci za mną. To jest aparatka – w sandałkach, po błocie, pod górę. Ów „zabójczy szlak” robimy jak kozice górskie w 15 minut. Widok z drewnianego balkoniku – El Mirador jest po prostu niesamowity! Cała dolina skąpana w zieleni gęstej dżungli. Na dole turkusowe baseny.

img_9319

Siedzimy z brodami na barierce i gapimy się na to, co trudno w zasadzie nazwać. Jak dzieciaki! Takie widoki naprawdę człowieka przytłaczają. Miałem wrażenie, że jestem jak 5-latek w wielkim sklepie z zabawkami. Po prostu głupieję od wszechogarniającego piękna. Nie wiem na co patrzeć. Tak tam właśnie jest! Trochę zapominamy o reszcie grupy czekającej na parkingu. Droga z powrotem zajmuje nam kolejne 15 minut. Grupa wcale nie była zła, po prostu sobie siedzieli i czekali. W sumie mi ich żal, nie wiedzieli co stracili. Postanowiliśmy z Aline, że im tego nie powiemy, bo będzie im przykro.
Powrót do Lanquin już w lepszych warunkach. Przestało padać. Ściągamy plandekę. Tak samo trzęsie, do tego wieje, ale możemy się rozkoszować widokami na dolinę. A są naprawdę powalające. Zieleń. Wszechogarniająca zieleń. Soczysta. Agresywna. Jednocześnie kojąca. Po prostu dżungla idealna. Jak z obrazka.

img_6698

Po powrocie do Lanquin szybka przebierka i wycieczka do wioski. Na obiecany obiad – do jedynej restauracji, gdzie serwują kurczaka z ryżem, fasolą i tortilla za Q15. Potem chodzimy po Lanquin. Okazuje się większe niż myśleliśmy. Część, do której biali raczej nie zaglądają. Jesteśmy nie lada atrakcją. Dwójka nienaturalnie wysokich, niebieskookich blond istot. Jacyś kosmici! Ulice i uliczki, sklepy i sklepiki, jest nawet mały targ – owoce warzywa i plastikowa chińszczyzna. Niesamowite są w Gwatemali kościoły. Niby zaniedbane stare baraki, ale od frontu przykryte płaską fasadą, która sprawia, że kościół z przodu wygląda jak pałac. Do tego są zawsze zniszczone i zaniedbane. Mury jakby popalone. Spod czarnego osadu przebijają się płaskorzeźby, zdobienia, kolumny. Całość robi niesamowite wrażenie, dodaje tym budowlom szlachetności.

img_9328

Lanquin to małe miasteczko, praktycznie wioska. Spokojna, przepiękna, malownicza. Warto było tu przyjechać dla Semuc Champey, ale i dla samego Lanquin. Dla panoramy tego miejsca. Dla widoku z łóżka w Zephyr Lodge. To są obrazy, których się nie zapomina. Warto tu spędzić kilka dni. Z dala od wszystkiego. Bo to jest koniec świata. Spokojny, cichy, nic się tu nie dzieje. Aline ma czas, zostaje jeszcze jeden dzień. Ja jutro lecę do Flores. Chciałbym tu zostać. Po prostu być, nic nie robić. Chodzić, patrzeć, słuchać, wąchać, ale jak zawsze – czas! Czasami się zastanawiam jak by to było przyjechać tutaj na kilka miesięcy. Bez limitu czasowego jechać gdzie się chce i kiedy się chce. Albo nie, nie myślę o tym. Wieczorem znowu hamaki. Znowu nie ma żadnego Wi-Fi. Są książki i planszówki. Jest integracja. Ludzie są ze sobą. Przez te dwa dni zżyliśmy się małą grupką polsko-holendersko-angielsko-niemiecką. Rozjeżdżamy się jutro niby w różnych kierunkach, a najciekawsze jest to, ze będziemy jeszcze na siebie wpadać: w Gwatemali i Belize. Świat jest mały! A potem, kto wie?

Semuc Champey, Lanquin, Gwatemala