Plaża w Lavena. Leniwy dzień. Łodzie wystawione na brzeg spokojnie czekają. Taveuni, Fidżi.

Lavena. Dzień w raju

Po przygodach po drodze z Matei do Laveny z niespodziewanym przystankiem w Queleni, spałem jak zabity. Przed snem zdążyłem tylko oddać telefon do naładowania. Kobieta, która prowadzi Lavena Lodge, ma w domu generator, który włącza z samego rana i wtedy można naładować telefon. Tak, na całej wyspie nie ma prądu. Jest tylko wtedy, kiedy słychać trajkotanie dieslowskiego generatora.

Lavena - gdzieś na końcu drogi z Wayievo i Somosomo, Taveuni, Fidżi

Pobudka należy do tych nietypowych. Budzą mnie robaki. A dokładnie ich tupanie. Pierwszy raz karalucha widziałem 10 lat temu w Moskwie, kiedy mieszkałem w akademiku. Był ogromny. I szybki. Ten tutaj jest jeszcze większy i jeszcze szybszy. I najzwyczajniej w świecie tupie. Żeby nie było zbyt łatwo, ma kolegów. I jeszcze mrówki. I inne wielonogie stworzenia. Nie jestem francuskim pieskiem, ale nie znoszę kiedy coś dziwnego mnie dotyka. Wiec o dalszym spaniu nie ma mowy. Akurat jest około siódmej rano.

Wioska Lavena, Taveuni, Fidżi

To są minusy raju. Taveuni to ogrody Fidżi. Na żadnej innej wyspie nie ma tylu gatunków roślin. Tylu kwiatów, owoców, tyle zieleni, wilgoci. Jest przepięknie. Wegetacja wprost buzuje, szaleje, atakuje wszystkie zmysły. Niestety takie miejsca lubią tez robaki. W Lavenie jest ich sporo. Na szczęście nie trafiłem na nic co kąsa, gryzie czy żądli. Po prostu jest. Ale nawet to atakuje moje europejskie miastowe przyzwyczajenia. Oczywiście ani myślę się tym przejmować. Tak tu po prostu jest. Kocham Fidżi takie jakie jest. Ze wszystkimi niedogodnościami.

Plaża w Lavena, widok na południe, w kierunku Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

Plan na idealny filmowy poranek. Kawa i lecę na dwór. Już słyszę szum morza, kołyszące się palmy. Nóżka pracuje żeby wyjrzeć zza bambusowo foliowego przepierzenia. Ale nie. Najpierw zrobię sobie kawę. Ma być jak w reklamie: Wychodzę z kubkiem aromatycznej kawy. Bose stopy. Piasek. Plaża. No więc do dzieła. Tłukąc się w ciemnej kuchni i próbując zrobić kawę budzę Ker’en. Kawa to niestety rozpuszczalne coś z mlekiem w proszku. Nieważne. Jest gotowa. Kubki z flagą Fidżi w dłoń! Wychodzimy. Odchylam foliową zasłonę i czuje się jakbym wychodził na scenę odebrać Oscara.

widok z Lavena Lodge - rajska plaża - Taveuni, Fidżi

Światło mnie oślepia. Czuje piasek pod nogami. Idę koślawo. Wyczuwam kamienne stopnie. Wchodzę po jakiś lekkich schodkach. Kiedy wzrok przyzwyczaja się do światła, rozglądam się dookoła i jedyne co mi przyszło do głowy to sakramentalne „O k..a!”. – What? – spyłała Ker’en. – That was… wow! Widok był tak piękny i idealny, że przez chwilę zastanawiałem się czy to nie zbyt banalne.

Lavena - maleński raj na równie rajskiej wyspie - Taveuni - ogrodach Fidżi

Lavena Lodge to zwykły barak sklecony z drewna i folii, położony na malutkim cypelku. Na jego krańcu, na lekkim wzniesieniu pod drzewem, znajduje się altanka. Właśnie z tej altanki patrzyłem na okolicę. Przede mną Pacyfik. W oddali jakaś wyspa. – Tam jest jedyny na Fidżi siedmiogwiazdkowy hotel – pokazuje Ker’en. OK – pomyślałem – cztery ma za samą lokalizację. Po lewej rozciąga się mała zatoczka, otoczona palmami. Na wodzie leniwie kołyszą się łódki. Za mną niebieski barak hostelu z wioska w tle. Widok typowo fidżyjski: krzyż, kościół i dziesiątki kolorowych domków skąpanych w zieleni drzew i krzewów. Po prawej – to na co czekałem – początek Lavena Coastal Walk. Obraz, który wrył mi się w pamięć i nie chce odpuścić. Przestałem już liczyć ile razy mi się śnił. Długa wąska plaża. Biały drobny piasek, połykany przez soczyście zielone pnącza. Plaża kończy się pod palmami pochylonymi w stronę oceanu. O palmy stoją oparte różnokolorowe kajaki. Między drzewami widać niebiesko białe łódki.

plaża w Lavena - Taveuni, Fidżi

Widok jest tak idealnie skomponowany, że można tu zwyczajnie siedzieć i patrzeć. Cały dzień. Ja stałem trochę krócej. Nawet nie zorientowałem się kiedy minęła godzina. Ker’en w tym czasie przygotowała śniadanie. Oczywiście w altance. Tosty, jajka i curry. Zastanawiam się jak je przygotowała tak szybko. Okazuje się, ze zrobiła je wczoraj kiedy spałem. Zdaje sobie sprawę, ze nie pamiętam kiedy i jak poszedłem spać. Po prostu padłem tak jak stałem.

Papaja, mango, marakuja, banany - wszystko idealnie świeże, prosto z drzewa - boskie śniadanie w Lavena na Taveuni, Fidżi

Jedzenie jest pycha i jest go absurdalnie dużo. Nie byłbym sobą, gdybym nie zaserwował owoców, które dostałem wczoraj od Cassie. Papaja, mango i marakuja. Albo jak to tutaj mówią – passion fruit. To owoc o najpiękniejszym zapachu jaki znam. To co u nas czasami można dostać w supermarkecie nawet nie umywa się do tego czym w rzeczywistości jest marakuja. Podobnie jak wszelkie jej przetwory. Cassie pokazała mi jak jeść marakuję. Owoc na pół. Wyjadamy miąższ łyżką. Po włożeniu o ust nie połykamy, tylko robimy sobie „płukanie ust”. Passion fruit muth wash jak to powiedziała Cassie. Działa jak owocowy napalm w ustach. Nie do opisania.

czas ruszać w drogę - Lavena Coastal Walk - Taveuni, Fidżi

Przy okazji dowiedziałem się, ze krojenie mango w tzw. żółwika – tak jak to się u nas robi, to marnowanie owocu. Tu kroi się mango wzdłuż pestki i je razem ze skórką. A pestkę obgryza. Nikomu nie przeszkadzają tu wąsy z mango między zębami. Ja się jednak nigdy nie przyzwyczaję. Okazuje się, że skórka mango jest nie tylko zjadliwa, ale całkiem smaczna. Szkoda tylko, że mango u nas jest pryskane jakimiś chemikaliami.

wybrzeże Lavena, Taveuni, Fidżi

Po śniadaniu jesteśmy tak najedzeni, że musimy się ruszyć. Lavena Coastal Walk to blisko 10-cio kilometrowy szlak wzdłuż plaży, potem w głąb wyspy. Po drodze piękne plaże, dziwne formacje skalne, wodospady niemal wpadające do morza, wiszące mosty… Tyle w przewodniku. Pięknie. Dzień wcześniej o szlaku opowiedziała mi Cassie. To jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziała w życiu. A widziała ponoć wiele. Mówiła o nim ze łzami w oczach. Prosiła abym zabrał ją tam „duchowo”. Sama nie mogła tam iść, ze względu na złamaną nogę. Dziwna prośba, ale idąc, mimo woli pomyślałem o Cassie i powiedziałem sobie – idziesz ze mną!

Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

Szlak zaczyna się zaraz za wioską. Zapomniana ścieżka wzdłuż oceanu. Trawa, krzaki. Okazuje się, że to wcale nie koniec wioski. Mijamy ogromny hamak na plaży, rozciągnięty pod drzewami. Mogłoby się na nim bawić spokojnie z dziesięcioro dzieci. Podczas spaceru co chwila wpadamy na jakieś egzotyczne odmiany roślin i ptaków. Ker’en tłumaczy mi wszystko cierpliwie. Mamy okazję porozmawiać. Znamy się mniej niż 12 godzin, z czego 8 przespałem, ale czuje, jakbyśmy znali się od lat. Mamy o czym rozmawiać. Ja jestem irytująco ciekawy Fidżi, ona wszystkiego co się dzieje poza Fidżi. Ja pytam o Taveuni, Indo-Fidżyjczyków, a ona o to jak jest w Harrods’ie i o Izrael, o którym tak marzy.

idąc szlakiem Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

Ker’en, jak większość Fidżyjczyków jest głęboko wierzącą chrześcijanką. W przeciwieństwie do mnie. To niesamowite, ale super się słuchało jak mówiła o Bogu, Jezusie i swojej wierze. Zazwyczaj mnie to irytuje lub nie budzi żadnych emocji. Ker’en wierzy całą sobą i to jest piękne. Wiara dodaje jej skrzydeł, a nie dołuje, trzyma na kolanach. Bije z niej radość życia. Kiedy rozmawiamy o opalaniu i o tym, że będę brązowy, Keren mówi: – I don’t need to get tan. Lord already blessed my with a beautiful brown skin. Było to tak słodkie, że aż mnie rozczuliło.

szlak Lavena Coastal Walk jest niemożliwie piękny, Taveuni, Fidżi

Spacer szlakiem sprzyja rozmowie. Opowiadaliśmy sobie nawzajem o swoich życiorysach chłonąc jednocześnie krajobrazy. Plaża. Kamienie. Las. Trawa. Znowu plaża. Idę i coś opowiadam, kiedy nagle Ker’en szturcha mnie i pokazuje, żebym był cicho. Staruszek drzemiący w hamaku. Nie chcemy go budzić.Po drodze przecinamy kilka strumieni. Trafiamy na kolejną wioskę. Budynek szkoły. Pusto. Jest niedziela. Wszyscy są w kościele.

fidżyjskie wioski mijane po drodze, schowane niemal w środku lasu, sa przepiękne/ Taveuni, Fidżi

Jest gorąco. Często zatrzymujemy się na picie. Pijemy oczywiście wodę. Oczywiście Fiji. Pierwszy raz z wodą Fiji spotkałem się w Stanach, kiedy podawałem ją gościom w czterogwiazdkowym hotelu. Kosztowała jakieś 5 dolarów za małą buteleczkę. W Ameryce to był luksus. Tutaj to zwykła butelkowana woda. 1,5 litra kosztuje jakieś 3 dolary fidżyjskie, czyli niecałe 6 złotych. Mówię Ker’en, że piję prawie nektar bogów, ona śmieje się, że cokolwiek ludzie myślą o tej wodzie na świecie, to zwykła woda źródlana. Rozlewana na Viti Levu, jakieś 30 km od miejsca, w którym wylądowałem. A ludzie tyle za nią płacą. Bo z Fidżi. Marzenia można kupować nawet zamknięte szczelnie w buteleczce wody…

Woda Fiji Water - tak popularna i droga w USA. Okazuje się, że na Fiji to zwykła woda

Za kolejnym strumieniem trafiamy na najbardziej niesamowity odcinek całego szlaku. Tak mówi przewodnik. Szczerze mówiąc, cały szlak jest niesamowity. W każdym razie, ta część to skały podmyte przez przypływy. Podczas przypływu wyglądają jak zwykłe kamienie w wodzie. Podczas odpływu, wyglądają jak wielkie czarne grzyby. Woda podmywa je od dołu nadając im kosmiczny kształt. Mamy szczęście, bo trwa odpływ więc skały odsłaniają swoje „magiczne” oblicze.

Niesamowite formacje skalne odsłonięte przez odpływ przy Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

Po liku kilometrach trafiamy na wiszący most, za którym odbijamy w głąb wyspy. Niestety to oznacza brak bryzy. To z kolei, w połączeniu z apokaliptycznie wysoką wilgotnością powietrza oznacza upał nie do zniesienia. I komary. Niestety. Trochę tego lata. Na szczęście komary szybko zostawiamy za sobą.

most linowy gdzieś na Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

Okolica zmienia się zupełnie. Z tajemniczych plaż, jak nie z tego świata, trafiamy do magicznej górzystej krainy pokrytej zielonym dywanem. Las jest tak zielony i gęsty, że aż razi. Wilgotność jest tak duża, że soczewki w aparacie są notorycznie zaparowane. Szlak prowadzi przez gęsty las deszczowy. Zapominam, że jestem na maleńkiej wyspie na środku Pacyfiku. Okolica przypomina mi malezyjską dżunglę.

Lavena Coastal Walk odbija w końcu wgłąb dżungli aaby dotrzeć do wodospadu. Idziemy przez odkryte wzgórza co i raz wchodząc w gęstą dzunglę. Taveuni, Fidżi

Docieramy do strumienia. Tutaj kończy się szlak. Ale nie dotarliśmy do końca. Zaczynamy iść strumieniem. Skaczemy sobie z kamienia na kamień. Nigdy nie sądziłem, że to takie trudne. Szczególnie w japonkach. Z plecakiem, aparatem i komórką. Po prostu czekam, aż z tym wszystkim wyląduje w wodzie. Skaczemy tak sobie, aż dostrzegamy, że ścieżka się wcale nie skończyła. Brawo. Wracamy do ścieżki. Przy przedostatnim skoku obsuwa mi się noga. Kończę pomiędzy kamieniami. Stłuczona stopa. Jest krew. I jeszcze obite kolano. Ale mogę chodzić. Wiec idziemy dalej.

Moja towarzyszka, próbuje znaleźć szlak, który zniknął nagle w strumieniu, Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

Przed nami początek strumienia. Woda wypływająca spomiędzy skalnej szczeliny. Za szczeliną widać wodospad. Wszystko skąpane w gęstym lesie tropikalnym. Opcje są dwie. Albo można siedzieć i patrzeć, albo wskoczyć do strumienia i podpłynąć pod sam wodospad. Miejsce zupełnie poza czasem i przestrzenią. Jestem pewien, że gdybym miał ze sobą zegarek, to by zwariował. Wskazówka zaczęłaby się kręcić w kółko.

strumien na Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

Bez wahania wskakuje do strumienia. Ker’en zostaje z naszymi rzeczami. Rozumiem. To tak jakby ktoś przyjechał do Polski i pierwsze co robił we Władysławowie, to w podskokach leciał do zimnego Bałtyku. Dla mnie żadna frajda. Ja lecę do wody! Wskakuje to w zasadzie mocne semantyczne nadużycie. Wczłapałem do niego po śliskich kamieniach. Nigdy w życiu nie czułem się tak nieporadnie. Bałem się poślizgnąć, upaść. Bałem się ciemnych dziur pomiędzy kamieniami. Dobrze czułem się dopiero na głębokiej wodzie. Kiedy nic mnie nie dotykało.

nie ma nic wspanialszego od płynięcia strumieniem pośrodku dżungli, aż do maleńskiego wodospadu, Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi.

Dopłynąłem do szczeliny, aby przyjrzeć się wodospadowi z bliska. A tu niespodzianka. Za szczeliną jest mini jeziorko, do którego wpada drugi, mniejszy wodospad. Nie widać go z miejsca, w którym została Ker’en. Po wpłynięciu tam, patrzę tylko w górę i zastanawiam się jak tam wejść i czy skacząc znad wodospadu zabiłbym się. Niestety wejść się nie da. Moją uwagę przykuwa para amerykanów, którzy wspinają się po skałach i dłubią miedzy kamieniami. Okazuje się, że zbierają słodkowodne krewetki. Nie do jedzenie, ale dla frajdy. Przyglądam się. Krewetki skaczą nad wodą spadającą po skałach do jeziorka. Po prostu pstrykają sobie na wszystkie strony.

ten Piękny motyl myślał, że moje spodnie to kwiatki. Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

Wracam do Ker’en, a ona… śpi. Na siedząco. Nie było mnie ok 15 minut. Nie widziałem jeszcze, żeby ktoś potrafił tak szybko zasnąć. Ker’en mówi, że nie ma z tym najmniejszego problemu. Po prostu włącza tryb spania i już.

plaża po drodze Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

Droga powrotna, mimo że ta sama, wydaje się zupełnie nowa. Ten sam szlak. Ta sama wąska ścieżka, najpierw przez dżunglę, potem wzdłuż plaży, ale jakby poznajemy ją na nowo. Zwracamy uwagę na zupełnie inne szczegóły. Zbaczamy, żeby wejść na punkty widokowe, których wcześniej nie dostrzegliśmy. Schodzimy na plaże, biegamy po hałdach koralowego gruzu, bawimy się krabami pustelnikami pochowanymi w muszlach.

Biegające muszelki, czyli małe kraby pustelniki - Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

W drodze powrotnej, zaczyna mnie boleć noga. Nie lubię, kiedy takie bzdury krzyżują mi plany. Przeze mnie idziemy o wiele wolniej. w apteczce mam jakieś żele, ale apteczka jest daleko. Keren ma na to sposób. U niej na wyspie, na stłuczenia, bóle i wszelkie dolegliwości stosuje się liście noni. Mi kojarzy się to z dziwnym, szarym, śmierdzącym, glutowatym owocem. Faktycznie u nas syrop z noni kosztuje jakieś straszne pieniądze i ma leczyć wszystko. Tutaj też. Podobnie liście. Do wioski wracamy więc z pękiem liści noni.

Keren zbiera liście noni na okłady na obolałą nogę. Noni jest dobre na wszystko. Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

Po drodze wpadamy na dzieci z pobliskiej wioski. Stoją z miską i coś wybierają z wody. Podchodzimy i okazuje się, że zbierają małe rybki, które odpływ uwięził na płyciźnie. Karen mówi, że będą dobre na obiad. Takie malutkie, że nie trzeba ich nawet patroszyć. Po prostu się myje, wrzuca na głęboki olej i je jak frytki. Bierzemy. Płacimy grosze a dzieciaki są wniebowzięte. Będą miały kasę na słodycze.

malenkie rybki - na frytki. Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

Po powrocie do wioski Ker’en zaczepia jakąś kobietę i kupuje od niej owoce. Wraca dumna jak paw. Za 2 dolary dostała 13 bananów i dwie przepiękne papaje. 2 dolary to mniej niż 4 złote. Jesteśmy głodni. Rybki wjeżdżają na stół i są pochłonięte tak szybko, że zapomniałem nawet zrobić zdjęcie. Czyli się nie liczy. Na deser miejscowy specjał. Banany z papają posypane brązowym cukrem i zalane mlekiem. Brzmi źle, ale chce spróbować tego co tu się jada. W smaku super. Zresztą równie dobrze mógłbym teraz jeść zupkę chińską. W takiej scenerii smakowałaby bosko.

Przepyszne śniadanie - papaja, banan z mlekiem. Taveuni, Fidżi

Po obiedzie zbiegają się dzieciaki z wioski. Wszystko oglądają. Pytają. Zagadują. Od pary Szwajcarów, którzy właśnie przyjechali, wyżebrali deskę surfingową, żeby się pobawić. Więc kilku idzie się bawić. Reszta siedzi z nami. Kiedy na stół wjeżdżają słodycze, dzieciaki jak to dzieciaki – mogę jedno? A mogę jeszcze jedno? A mogę jeszcze dla moich braci? I sióstr? Mam siedmioro rodzeństwa… paczka ciastek kupiona jeszcze w dublińskim Tesco rozchodzi się w 30 sekund.

dzieci w Lavena, Taveuni, Fidżi

Kolejną sensacją jest mój telefon i pożyczony aparat. – a mogę potrzymać? – a jak się robi zdjęcia? – a pokaż? Dzieciaki są przy tym tak urocze i grzeczne, że nie mam serca im odmówić. Nie są nachalne. Nie proszą o pieniądze. Są zwyczajnie ciekawe. Robię chłopakom szybki kurs obsługi Canona. Lekcja pierwsza – robienie zdjęć w trybie auto.

Mały chłopak uczy się obsługi Canona, Lavena, Taveuni, Fidżi

Chłopaki chcą się odwdzięczyć za ciastka. Proponują kokosy. Super. Lubię kokosy. Jeden z łebków leci więc do domu. Myślałem, że po te kokosy. Przybiega z maczetą. W ciągu kilkunastu sekund już się wdrapuje na prawie 20-metrową palmę obok hostelu. Robi mi się słabo. Już widzę jak przez moją głupotę, mały spada z palmy. Robię zdjęcia, bo nie wierzę w to co widzę. Na ziemie zaczyna spadać deszcz kokosów. Kilkukilogramowe zielone kule. Jedna za drugą. Mały ma taki rozmach, że ledwo nadążamy z uchylaniem się przed kokosową lawiną. Kiedy chłopak widzi aparat, zaczyna pozować – wychylać się, prężyć, robić jakieś wygibasy. Pomyślałem sobie, że teraz to na pewno spadnie i to będzie oczywiście moja wina. Chłopak zeskakuje sprawnie na ziemie. Nie mam pojęcia jak on to zrobił. Ja bym przy tym dostał jakichś trzech zawałów i 4 razy bym stamtąd spadł.

mały chłopak wspina sie na palmę aby zerwać kokosa. Lavena, Taveuni, Fidżi

Na ziemi w ruch idzie maczeta. Jest większa od niego. Z wprawą rzeźnika zaczyna „oprawiać” kokosy. Moje wizje, że ucina sobie rękę albo nogę. Gdybym to był ja, pewnie tak by się skończyło, ale widać, że chłopak nie pierwszy raz miał w rękach maczetę. Nie pierwszy raz tez wchodził na palmę. Ker’en nie była w ogóle zdziwiona. Pokazała mi, że też bez problemu wchodzi. Uczą się tego od dziecka. Poza tym w palmie wyciosane są specjalne schodki. No więc próbuje. Oczywiście po dwóch krokach nie daję rady wspiąć się dalej. Nogi i dłonie tak mi się spociły z nerwów, że zwyczajnie się ślizgałem na palmie. Byłem 2 metry nad ziemią. Mój rekord wspinania się na palmę. Do pobicia. Kiedyś.

Mały oprawia kokosa w Lavena, Taveuni, Fidżi

Powoli zapada zmrok. Chce się nacieszyć widokami, póki jest widno. Idę do altanki, siadam i patrzę. Ten widok ma coś w sobie. Coś kojącego. Jak wiele obrazów z Fidżi. Niby powtarzalny, bo to przecież piasek, woda, palmy… a jednak, jedyny w swoim rodzaju. Bo to nie jest pocztówka. To żywy obraz, który wypełniają wspomnienia całego dnia. Zapachy, odgłosy, a nawet ból w kolanie i wielki krwiak na stopie. To też pamiątka z Fidżi.

zachód słońca w Lavena, Taveuni, Fidżi

Kiedy zapada zmrok, siadamy sobie na plastikowych krzesełkach i rozmawiamy. Krzesełka wbijają się w miękki piasek, zapadają, wykrzywiają. Niebo jest bezchmurne. Księżyca jeszcze nie widać. Wtedy pojawia się to na co tak czekałem. Rozgwieżdżone niebo. Mam jakieś zboczenie na punkcie nocnego nieba. To będzie wyjątkowe. Chyba pierwszy raz będę miał okazję oglądać nocne niebo na południowej półkuli. To jakbym widział niebo po raz pierwszy. Nie ma znajomych gwiazdozbiorów: Andromedy, Kasjopei, Wielkiego Wozu.

noga obłożona liśćmi noni, Lavena, Taveuni, Fidżi

Poznaje tylko Krzyż Południa. Reszta to dla mnie zupełna abstrakcja. Tym bardziej gwiazdy sprawiają mi niesamowitą radochę. Mogę tak siedzieć i patrzeć całą noc. No i siedzimy. Przy okazji dostaję super fidżyjski opatrunek z liści noni na moje obolałe kolano. Jest już zdrowo po północy kiedy kładziemy się spać z naszym robactwem. To był niesamowity dzień. Jak każdy na Fidżi. Spędziłem ich dopiero 5 a czuje się, z jednej strony jakbym dopiero co tu przyjechał, z drugiej, jakby to był mój dom.

powrót z Lavena Coastal Walk, Taveuni, Fidżi

Pobudka następnego dnia o 4:30. Autobus do Matei o 5:00. Nie możemy się spóźnić. O 10:00 mam samolot na mainland czyli Viti Levu. Trudno przegapić autobus, biorąc pod uwagę, że odjeżdża spod centralnej części wioski, czyli naszego hostelu. Jedziemy najpierw po ciemku, potem o świcie. Droga zajmuje jakieś dwie godziny. Po drodze widać ogromne kraby lądowe biegające bokiem w poprzek drogi. Są ich setki.

powrót autobusem z Lavena do Matei, Taveuni, Fidżi

Przejeżdżamy przez Qeleni, które dwa dni wcześniej zapisało się w moim sercu na zawsze. Wioska jeszcze spała, ale kiedy tylko się zatrzymaliśmy pod mangowcem, serce zaczęło mi szybciej bić. Odruchowo zacząłem się rozglądać, szukać znajomych twarzy. Wszyscy jeszcze spali. Pomyślałem sobie, że jeszcze kiedyś tu wrócę. Mam nadzieję, że moja cywilizacja, nie dotrze tu przede mną.

przystanek autobusowy w Matei, Taveuni, Fidżi

Droga jest piękna. Błękitne niebo, palmy. We wschodzącym słońcu wydają się płonąć. Przy lotnisku szybkie pożegnanie i umawiamy się z Ker’en, że spotkamy się gdzieś „na globusie”. Najpewniej w Izraelu – w przyszłym roku. Czemu nie? Tam mnie jeszcze nie było. Do samolotu mam jeszcze dwie godziny. Lotnisko w Matei to barak, wiec nie chce mi się siedzieć na twardych drewnianych ławkach. Idę więc na pobliską plażę. To właściwie duża łąka z palmami kokosowym, która schodzi prosto do morza.

Woda Fiji, na plaży w Matei, Taveuni, Fidżi

No wiec rozkładam się z plecakiem pod palmą, smaruję olejkiem i zadowolony opalam się w porannym słońcu. Sielankę przerywa mi jakiś gość, który przyszedł na plażę z psami. Ostrzega, że lepiej nie leżeć pod palmą i pokazuje palcem do góry. – Gupi ja! – myślę. Podnoszę wzrok i centralnie nad moja głową na jakichś 10-15 metrach widzę kiść dojrzałych kokosów. Każdy z nich waży około 2 kg. Gdyby któryś spadł, zgon na miejscu. Życzliwy Fidżyjczyk dodaje, że rocznie na Fidżi ginie od tego kilkanaście osób. Pewnie uratował mi życie.

Najmniejsze lotnisko jakie w życiu widziałem - Matei na wyspie Taveuni - Fidżi. Samolot linii Northern Air

To ten moment kiedy chce, żeby mój samolot się spóźnił. Niestety przylatuje jak w zegarku. Kiedy widzę, że ląduje, zwijam się z plaży i idę do terminala. Tutaj żadnej odprawy, żadnej kontroli bezpieczeństwa, tylko ważenie mnie razem z torbą. Tym razem samolot wypełniony prawie na full. Ja i 5 osób + pilot. Samolot jest jeszcze mniejszy i jeszcze ciaśniejszy niż poprzednio. Trzęsie jeszcze bardziej. Chcę tu zostać, ale niestety, koła odrywają się od płyty lotniska.

Widok na Taveuni z samolotu, Fidżi

Nie jestem już na Taveuni. Lecę nad wyspami. Ledę na Viti Levu. Widoki są jeszcze piękniejsze niż ostatnio. Jest słońce, nie ma chmur. Barwy mocne. Soczyste. Ujęcia jak z pocztówek. Taveuni wygląda jeszcze piękniej. Bo to już nie tylko obraz. Taveuni to dla mnie wspomnienia. Zapach kwiatów, morza, owoców. Chłodna woda pod wodospadem. Upał tropikalnego lasu. Czarne skały wulkaniczne w kształcie grzybów. Palmy, piasek, niebieskie domki, oparte o nie kolorowe kajaki.

Widok na Taveuni z powietrza. Fidżi Wayievo i Somosomo

wyspa Taveuni oddala się kiedy lece samolotem z powrotem na Viti Levu. Fidżi

To był koniec mojego Fidżi. Jutro ostatni dzień. Spędzę go na oglądaniu Fidżi takiego, jakim widzą go turyści. Jutro płynę na archipelag Yasawa. Ale moje Fidżi to przede wszystkim Taveuni. Każdy kto tu trafi, nie będzie zawiedziony. Dostanie to czego się nie spodziewał. Nie wiem jak to nazwać. To chyba jest właśnie szczęście.

Lavena, Taveuni, Fidżi