Schody z graffiti Fado przy Largo Sao Cristovao - Lizbona, Portugalia

Lizbona. Świat schyłkowy, fado i ginja

Dookoła szaruga. Tępy stukot kropli o żeliwne balustrady balkonów i rude dachówki. Niby nie ma prawa być tego słychać, a jednak. Kurtyna siąpiącego deszczu powoli się rozstępuje, odsłania rzędy okien, kolorowe elewacje i czerwone dachy podtrzymujące ciężkie stalowe niebo. Lizbona o poranku. Nie wiem czy to miasto mogło mnie przywitać piękniej. Siedzę przyklejony nosem do szyby na przedostatnim piętrze kamienicy w dzielnicy Baixa. Wpatruję się w te wszystkie pastelowe, różowe, białe domy poprzyklejane do wzgórz, na labirynt ulic i schodów, którymi przemykają tajemnicze postacie skryte pod parasolami. To miejsce, w którym najzwyklejszy spacer może się zamienić się w piękny sen, niedopowiedzianą baśń, w stary film lub pejzaż z równie starych, już wyblakłych zdjęć odnalezionych gdzieś w zapomnianej szufladzie. Lizbona.

Lizbona - dzielnica Baixa - widok z balkonu, Portugalia

Stary tramwaj w dzielnicy Baixa - Lizbona, Portugalia

Deszcz mnie tu nie przeraża. Lizbona to miasto słońca, światła i ciepła, ale mnie po raz drugi gości w ten sposób. Deszcz pasuje do smutnego oblicza miasta. Jest jak łza spływająca po policzku Lizbony, przy dźwiękach smętnego fado. Kiedy nieco się przejaśnia, wychodzę i trafiam wprost do kamiennego labiryntu ulic Baixa. Po ziemi wiją się węże mozaik. Tysiące kamieni i kafelków spogląda ze wszystkich stron. Wskazują kierunki, przestrzegają, ostrzegają, pouczają, uśmiechają się, dodają otuchy. Ruszam pod pajęczyną kabli rozciągniętych nad głową. Drogę wskazują przepiękne lampy latarni, uwięzione w żeliwnych okuciach. Drobny deszcz przecina czerwony stary tramwaj który z głuchym turkotem przejeżdża tuż obok. Nawet nie wiem dokąd idę. Prowadzi mnie Lizbona. Do przodu, za tymi pięknymi mozaikami, za latarniami. Przeskakuję nad kałużami tworzącymi jeziorka pomiędzy drobną kolorową kostką chodnika.

Praça do Comércio - Lizbona Portugalia

Docieram na Praca de Comercio. Jedną z bocznych uliczek wychodzę na ogromny plac nad rzeką Tag. Po środku na ogromnym cokole stoi pomnik króla Józefa I. Niegdyś jego błyszczące oblicze oślepiało przybywających do Lizbony żeglarzy. Dziś pomnik straszy grubą warstwą ciemnej patyny. Za nim, ogromny, 30-metrowy łuk triumfalny zbudowany dla upamiętnienia odbudowy Lizbony po katastrofalnym trzęsieniu ziemi z 1755 roku, które zrównało miasto z ziemią. Dookoła placu rozsiadły się knajpki dla turystów. Na szczęście większość z nich jest jeszcze zamknięta a te otwarte świecą pustkami w porannym deszczu.

Stara przystań o poranku - Lizbona, Portugalia

Na końcu placu docieram do jednego z moich mojego ulubionych miejsc w Lizbonie – Cais das Colunas – pozostałości starej przystani. Dwie kolumny wyrastające z wód rzeki Tag, na których zazwyczaj siedzą mewy. Przypominają mi trochę japońskie torii – bramę świata nieskończonego. Między kolumny schodzi kamienna pochylnia. Po niej razem z deszczówką do rzeki spływa Lizbona. Jakby była przez nią pochłaniana, wciągana niczym przez czarną dziurę. Przystaję tu i wpatruję się w milczeniu w rozciągające się na drugim brzegu Tagu Barreiro i Almadę. Mewy przeczesują małą łatkę piachu obok. Niewielkie fale leniwie rozbijają się o pochyły chodnik schodzący do wody. Lekki szum wody zagłusza niknący gdzieś z tyłu miejski zgiełk. Niemal słychać delikatny plusk kropli deszczu rozbijających się o tafle Tagu.

Spacer dzielnica Baixa - Lizbona, Portugalia

Rua Augusta - reprezentacyjny deptak Lizbony, Portugalia

Z powrotem pochłania mnie labirynt ulic Baixa. Wszystkie są idealnie geometryczne. Siatka ulic przecina się pod kątem prostym. Pomiędzy ścianami kamienic tłoczą się auta i stare tramwaje, pomiędzy którymi przeciskają się przechodnie. Prosto znad Tagu w miasto wrzyna się Rua Augusta – elegancki, reprezentacyjny deptak Lizbony. Piękne mozaiki, restauracje, butiki, sklepy z pamiątkami. Wszystko to na szczęście dopiero budzi się do życia. O wiele ciekawsze są równoległe ulice i poprzeczne alejki. Przeczesuje je po kolei, w poszukiwaniu smaku sprzed czterech lat. Pamiętam, że była tu gdzieś taka cukiernia… Pamiętam mozaikę na chodniku, stoliki, ladę i pana za barem. Błądzę, szukam i kiedy już powoli tracę nadzieję, w końcu jest! Wciśnięta w kamienicę przy Rua dos Sapateiros.

Casa de Chineza - najlepsza cukiernia w Lizbonie

Rocha czyli kamień - tradycyjne ciastko z Lizbony, Portugalia

Cukiernia nazywa się Casa Chinesa. W zasadzie to restauracja z cukiernią. Wchodzę do znajomych drzwi, a w środku jakby czas się zatrzymał. Ten sam pan za ladą w białej koszuli, kamizelce i fartuchu, takie same góry ciast i ciastek na wystawie. Są oczywiście przepiękne pasteis de nata – idealnie żółte z czarnymi plamkami wyglądają jak żarzące się słońca. Ja jednak szukam czego innego. Rocha czyli ”kamień” po portugalsku. To ciężkie ciastko przypominające nieco kamień. Chropowate, przyrumienione z wierzchu, błyszczące od słodkiego syropu, miękkie i kleiste – przypominające niemal zakalec – w środku. Smak to kompletne szaleństwo. Cynamon, miód i mnóstwo kandyzowanych skórek cytrusów lub migdały. Biorę ciastko i ruszam z powrotem na ulicę. Kiedy kolejne cynamonowo-cytrusowe kawałki rocha rozpływają się w moich ustach, świat robi się piękniejszy. Dookoła jakby się rozjaśniało a deszcz powoli przechodził. Stopniowo znika gdzieś melancholijny nastrój, na twarzy pojawia się zadowolenie. Lizbona robi się ciepła, jasna, uśmiecha się.

Elevador de Santa Justa - przepiękna, neogotycka winda w sercu Lizbony - Portugalia

Stara zielona ciężarówka z której sprzedaje się płyty z muzyką fado - Lizbona, Portugalia

Mam plan. Ułożyłem sobie w głowie jakąś trasę, ale miasto mnie oszukuje, zwodzi. Co chwila coś odwraca moją uwagę, sprawia, że skręcam nie w tą ulicę. – tylko tu zajrzę i zaraz wracam na moją trasę – myślę sobie. Oczywiście nie wychodzi, bo dalej jest kolejne – tylko na chwilę -. Przeciskam się obok przepięknej, neogotyckiej, strzelającej w górę windy – Elevador de Santa Justa zaprojektowanej przez Raoula Mesnier de Ponsard, który był uczniem samego Gustava Eiffela. Już mam wjeżdżać na górę, kiedy do moich uszu dociera fado sączące się ze starej zielonej ciężarówki rozkraczonej przy ulicy. Smętny piękny kobiecy głos chwyta mnie mocno za serce i ciągnie do góry. Idę tylko zobaczyć co to i już porywa mnie Rua di Carmo. Przepiękne secesyjne kamienice. Wszystkie te łuki, roślinne elementy elewacji, te baśniowe latarnie przykrywają pozostałości pożaru z 1988 roku, który strawił ulicę. Próbuję się bronić, odnaleźć na planie, ale to nie ma sensu. Lizbona mnie porywa.

Praca Rossio - piękny plac w sercu miasta - Lizbona, Portugalia

Dworzec kolejowy Rossio - Lizbona, Portugalia

Wychodzę na Praca Rossio. Niepewnie chwieje się stąpając po czarno-białych kafelkach, które ze względu na swój kształt wydają się falować pod moimi nogami, kręcić, uciekać. Krążę po gładkiej płycie placu ślizgając się na mokrej od resztek deszczu mozaice. Czaruje mnie przepiękna bryła dworca Rossio. Pastelowe, przepięknie zdobione budynki przypominają tu trochę chatki z piernika, jakieś zamki z baśni. Nie wiem czy śnię czy naprawdę tu jestem. Orzeźwienie przychodzi za każdym razem kiedy „pssykają” na mnie kręcący się po placu dilerzy. Są wszędzie. Nie przepiszczą nikomu – marihuana? Haszisz? – na moje dziękuję drążą dalej – koka? – jakby tu nie było opcji – nie, dziękuję – Do tego pytają po kilka razy. Każdy po kolei. Nie zwracają nawet uwagi na stojących nieopodal policjantów. Taka wizytówka Lizbony.

Praca dos Restauradores - Lizbona, Portugalia

Ascensor da Gloria - winda publiczna - Lizbona, Portugalia

Kawałek dalej Praca dos Restauradores i kolejny hipnotyzujący budynek – Teatro Eden. Od lat ’30 XX wieku wspaniałe kino, potem przez wiele lat stało opuszczone, w 1990 roku wykorzystane jako scenografia do filmu Wim Wendersa „Aż na koniec świata”, od 2001 roku Orion Eden Hotel. Znowu trudno się skupić. Miałem iść dookoła placu, potem wrócić, ale dostrzegam kolorowy, pokryty graffiti tramwaj. Ascensor de Gloria – jedna z czerech wind publicznych w Lizbonie. Wagon otacza już mały tłumek ludzi z aparatami, którzy czekają aż ruszy. Droga pod górę jest wąska i stroma. Nagle powietrze rozdziera głuchy dźwięk dzwonka i tramwaj rusza zgrzytając swoim cielskiem o tory. Jazgocze, skrzypi i toczy się powoli pod stromą górę o 18% nachyleniu. Ruszam wzdłuż wąskiego przejścia, pomiędzy graffiti zdobiącym ściany. Wydaje się, że malunki na ścianach pączkują, stopniowo zajmują kolejne kawałki przybrudzonych murów. Te piękne, niepokojące, melancholijne i tajemnicze przeplatają się z głupimi bohomazami. Na szczęście tych pierwszych jest więcej.

Miradouro de São Pedro de Alcântara - przepiękny punkt widokowy w Bairro Alto - Lizbona, Portugalia

przepiękne uliczki Bairro Alto - Lizbona, Portugalia

Na szczycie windy trafiam na taras miradouro de São Pedro de Alcântara. Punkt widokowy, z którego rozciąga się wspaniały widok na Lizbonę. Znowu próbuję się odnaleźć na mapie, ale w sumie nie ma to sensu. Przyklejony do barierki patrzę na miasto. Piękne pastelowe, białe i różowe domy poprzyklejane do wzgórz. Drzewa przeciskające się pomiędzy czerwonymi dachówkami. Światło. Oślepiające światło. mimo chmur deszczu, który dopiero co ustał. Jakby Lizbona chwytała w swoich murach światło i więziła je, nie chciała go wypuścić. Zaraz za moimi plecami rozciąga się Bairro Alto. Wąskie ulice zapraszają. Dość zaniedbane, pomazane ściany kamienic zdają się do mnie uśmiechać. Dyskretne, piękne azulejos błyszczą gdzieś w oddali niczym w kalejdoskopie. Po raz kolejny robię plan, uzbrojony w przewodnik zapuszczam się w labirynt ulic, żeby przejść jeden ze szlaków Bairro Alto.

ulice Bairro Alto - Lizbona, Portugalia

Spacer ulicami Bairro Alto - Lizbona, Portugalia

Pochłaniają mnie te wspaniałe ulice. Domy oklejone kafelkami. Kolorowe pranie powiewające na wietrze na balkonach. Kwiaty, krzewy i jakieś rośliny doniczkowe, które zdają się wymykać spod kontroli i zarastać kolejne piętra budynków. Graffiti jest jak jakiś pasożyt, choroba, która toczy kolejne budynki. Rozprzestrzenia się w jakimś zabójczym tempie. Zaniedbanie i zapomnienie. Jakby nawet czas zabłądził w labiryncie tych ulic. Zaplątał się gdzieś w rozciągnięte pomiędzy budynkami przewody, owijał się wokół pięknych latarni, błądził w pomiędzy powiewającym, wyblakłym praniem. Życie toczy się tu swoim leniwym tempem. Znowu każda kolejna uliczka, zaułek, każdy róg przyciąga moją uwagę.

Azulejos zdobiące budynki w Bairro Alto - Lizbona, Portugalia

wąskie uliczki Bairro Alto - Lizbona, Portugalia

Wpadłem w szpony Lizbony, miasto szarpie mnie, ulice ciągną mnie, każda do siebie, a ja nie mogę się temu nie poddać. Zwyczajnie wsiąkam w Bairro Alto, zapominam o całym świecie. Nie liczy się już żaden plan, żadna mapa, nawet czas. To jest istota zwiedzania Lizbony. Po prostu trzeba odpuścić i dać się ponieść. Wystarczy po prostu iść. Odruchowo dotykam dłonią murów, ścian, przepięknych azulejos, podświadomie chcę się wczepić w tą przestrzeń, złapać ją, nie pozwolić jej uciec, czuć to coś jak najdłużej. Ten spokój, tą ciszę, magię ulic. Zgubić się w Lizbonie to najpiękniejsza przygoda.

Praca Luis de Camoes - przepiękny plac w Bairro Alto - Lizbona, Portugalia

Ciasne ulice - Praca Luis de Camoes - przepiękny plac w Bairro Alto - Lizbona, Portugalia

Po jakimś czasie wreszcie się odnajduję. Wąskie, zacienione uliczki się rozstępują i wychodzę na Praca Luis de Camoes – przepiękny placyk wciśnięty pomiędzy gęstą zabudowę Bairro Alto. Przestrzeń wydaje się tu rozpychać, ściskać wszystko dookoła. Okoliczne ulice są zatłoczone, jakby tramwaje i samochody były jakieś nienaturalne, przerośnięte. Taka napuchnięta bańka pośrodku ciasno zabudowanej dzielnicy. Przysiadam na chwilę żeby nacieszyć się przestrzenią, powietrzem i tymi przepięknymi kamienicami otaczającymi plac. Patrze na gołębie zalecające się do siebie, na pajęczynę przewodów rozciągniętych ponad ulicami, na stare żółte tramwaje smętnie sunące pomiędzy samochodami, jakby w rytmie fado. Coś niewytłumaczalnego przepełnia to miasto. Jest w nim liryka. Jakby Lizbony się nie zwiedzało, a czytało jak piękny smutny wiersz.

Pięknie zdobione fasady budynków Bairro Alto - Lizbona, Portugalia

Chafariz do Carmo - pięny plac w Bairro Alto - Lizbona, Portugalia

Znowu ulice Bairro Alto, przepiękne kamienice, w pastelowych barwach, obłożone kolorowymi azulejos. Zaniedbane, ale to właśnie nadaje im wartości. Są jak butelka starego wina – zakurzone i obleczone pajęczyną czasu, ale kryją w sobie niesamowite bogactwo, smak. Krążę uliczkami po starych szynach tramwajowych, pomiędzy mozaikami i pięknymi drzewkami aż w końcu docieram do Chafariz do Carmo – przepięknego placyku, na którym spod mozaiki wyrastają drzewa dające latem miły cień. Przy maleńkim, secesyjnym kiosku z drinkami, wianuszek ludzi. Stoją, tak po prostu, rozmawiają, śmieją się, popijają wino. Pełen luz, ta południowa manana. Znowu ginę. Snuję się po placu i patrzę na ludzi, zaklęte w kamień postacie, drzewa. Próbuje zapamiętać gesty, uśmiechy, atmosferę tego miejsca. To jedno z tych miejsc, które same z siebie powodują szybsze bicie serca, rozszerzenie źrenic i gęsią skórkę na rękach.

Widok ze szczytu Elevador de Santa Justa - przepiękna, panorama Lizbony - Portugalia

Widok ze szczytu Elevador de Santa Justa - panorama Lizbony - Portugalia

Kilka kroków dalej jest taras widokowy na górze Elevador de Santa Justa. Zza żeliwnych okuć rozciąga się bajeczny widok na Lizbonę. Baixa, Avenida, Alfama, setki kamienic, morze czerwonych dachów rozstępującym się przy placach Rossio, Restauradores i Figueira. Uderza ten wiszący nad miastem dziwny wiejski spokój. Jakby tutejsze powietrze było gęstsze niż gdzie indziej, wszystko zwalniało, więziło w swoich niewidzialnych szponach. Nawet latające mewy wydają się zawieszone w powietrzu, nienaturalnie lekkie, unoszące się niczym latawce lub wypełnione helem balony. Lizbona z tej perspektywy jest tak piękna, że nie sposób się jej napatrzeć. Domy porozrzucane po wzgórzach, przyklejone do każdego centymetra wolnej przestrzeni. Chaos i porządek jednocześnie. Każdy dom wydaje się z innej parafii, ale wszystko razem jest takie spójne.

Elevador de Santa Justa - widok z góry - neogotycka winda w sercu Lizbony - Portugalia

Klasztor karmelitów nieopodal Elevador de Santa Justa - Lizbona, Portugalia

Na tle miasta wyróżnia się tylko jeden element. Wręcz kłuje w oczy. Za moimi plecami na obrzeżach Bairro Alto – szkielet Convento do Carmo – klasztoru karmelitów. Gołe żebra kościoła przypominają o straszliwym trzęsieniu ziemi z 1755 roku, które praktycznie zrównało Lizbonę z ziemią. Pozostałości stoją tu do dziś, straszą pustką. Wielki pomnik memento mori. Nietknięty, zapomniany, pozostawiony sam sobie. Jak wiele miejsc w Lizbonie. Może to jest tutejszy przepis na przetrwanie – nie ruszać, nie psuć, nie szkodzić. Samo się. Może ta wiara w samoregulację natury przekładana jest tu ponad piękno tkanki miejskiej, jej estetykę i spójność? Dlatego w Lizbonie jest tyle ruin, pustostanów, opuszczonych miejsc. Stanowią naturalny element krajobrazu, tworzą ten niepowtarzalny baśniowy charakter miasta.

Praca Municipao - ratusz miejski i pręgierz - Lizbona, Portugalia

Schodzę na dół, ale zamiast jechać windą Santa Justa, znajduję darmową drogę na dół. Schodami na poniższy taras, stamtąd windą, która na dole – na Rua de Carmo wychodzi w małym pasażyku vis a vis Elevador de Santa Justa. Kręcę się szukając miejsca na obiad, ale moja ukochana Casa Chinesa nie serwuje jedzenia do 18:00. Jedyne co jest otwarte to cały ten lep na turystów przy Rua Augusta. Angielskie menu, spaghetti i pizza nie budzą mojego zaufania. Zamiast tego wybieram spacer na Mercado da Ribeira – halę targową z kilkudziesięcioma restauracjami, barami i knajpami. To Mekka dla miłośników jedzenia. Coś jak warszawskie Koszyki, tyle, że na większą skalę. Przeciskam się więc uliczkami wzdłuż wybrzeża, przez Praca Municipio, przy którym obok ratusza stoi przepiękny pręgierz. Wokół niego tańczą abstrakcyjne, kolorowe figury. A z góry spoglądają rzędy wspinających się kamienic. Plac przypomina miejski amfiteatr. Ciekawe, czy kiedyś ludzie patrzyli tu z okien na nieszczęśników chłostanych na pręgierzu.

Time Out Market czyli Mercado da Ribeira - targ z jedzeniem - Lizbona, Portugalia

Cafe de Sao Bento na Time Out Market czyli Mercado da Ribeira - Lizbona, Portugalia

Błądząc i kręcąc po ulicach, udaje mi się dotrzeć do Mercado da Riberia. W hali targowej jest wydzielona ogromna przestrzeń gastronomiczna – tzw. Time Out Market. Dziesiątki lokali dookoła i setki stolików pośrodku. Przeciskam się w tłumie oglądając i wąchając te wszystkie wspaniałości. Ryby i owoce morza, szynki dojrzewające, sery, mięso, hot dog z ośmiornicą zamiast parówki! Tu nie ma smętnej atmosfery Lizbony. Tu jest zgiełk, radość życia, impreza. Cały dzień. Brzęk szkła i metaliczny stukot sztućców. Wybieram Cafe de Sao Bento i krewetki, na widok których szybciej bije mi serce, a ciało przeszywa łakomy dreszcz. Drogie, ale bosko smaczne. Do tego frytki i lampka vinho verde. Chwilo trwaj! Problem tylko ze znalezieniem miejsca. Niesamowity tłok, głośno. Jak dla mnie za dużo bodźców. Boskie jedzenie, atmosfera szaleństwa, dobra na imprezy. Zimny prysznic po smętnych, nieco melancholijnych ulicach Lizbony.

Okolice placu Rossio - Baixa - Lizbona, Portugalia

Ginjinha Sem Rival - sklep serwujący ginja - likier wisniowy - Lizbona, Portugalia

Kiedy wracam obrzeżami Bairro Alto, nad Baixa, chmury się rozstępują, pojawia się przepiękne błękitne niebo i zaczyna świecić mocne słońce. W jednej chwili miasto zaczyna oślepiać. Cała ta pastelowa, biała, różowa masa, wszystkie poprzyklejane do wzgórz kamienice zaczynają odbijać światło słoneczne prosto w oczy. Chłonę ciepło Lizbony kręcąc się znowu po ulicach otaczających Rossio. Moją uwagę zwraca maleńki kantorek wielkości szafy, przed którym stoją ludzie z maleńkimi kieliszeczkami-naparstkami wypełnionymi czerwonym płynem. Za mały na monopolowy, bardziej coś w stylu shot & go. W środku półmrok, do którego bezczelnie wdziera się światło z ulicy. Za miniaturową ladą pan, dookoła butelki z jednym tylko napojem, w dwóch wariantach – ciemnym i jasnym.

ginja - likier wisniowy - Lizbona, Portugalia

ginja - to likier wisniowy - bardzo popularny w Lizbonie, Portugalia

Ten płyn to Ginjinha, nazywana tu po prostu ginja (czyt. żinża). To likier z kwaśnych wisienek, bardzo aromatyczny, z pływającymi owocami. Naparsteczek kosztuje 1 euro i daje masę przyjemności. Staję sobie przed sklepikiem Ginjinha Sem Rival i obracając w rękach lepki od ginji kieliszeczek przypatruje się ludziom. Patrzę jak ich przybywa, jak przychodzą i odchodzą. Jak stoją i rozmawiają, śmieją się. Nieopodal widzę kolejne kantorki sprzedające ginję a dookoła nich wianuszki ludzi. Popijam malutkimi łykami czerwony, ognisty płyn i czuję jak zaczyna mnie wypełniać ta uważność istnienia. Jakieś lekkie uczucie otępienia, dziwne, trudne do zdefiniowania szczęście, z lekką nutką melancholii. Lizbona zaczyna nabierać zupełnie nowego znaczenia. Słońce, światło, życie, ale podszyte czymś przegranym, zaniedbanym, jakąśwonią rozkładu. Miasto kończące się na moich oczach. Świat schyłkowy. Piękny w swojej skończoności. Jakbym właśnie dzięki ginji docierał do sedna i serca Lizbony.

Katedra Se w Lizbonie - Portugalia

Uliczka w pobliżu Castelo de Sao Jorge - Alfama, Lizbona, Portugalia

Wesoły od ginjy, z lekkim szumem w głowie idę na spacer do Alfamy. Boję się tego miejsca. Że mnie wciągnie, pochłonie i nie wypuści, że zabłądzę, nie będę chciał wyjść. Pierwsze kroki są ostrożne. Wspinam się wąską ulicą pod górę, uważając na tramwaje, to wlekące się ciężko pod górę, to pędzące z hukiem w dół. Za przepiękną, romańską katedrą Se, odbijam w labirynt zalanych słońcem uliczek. Uciekam przed tłumami turystów ciągnącymi do zamku Castelo de S. Jorge. Dla mnie właśnie te ulice to Lizbona. To tu cztery lata temu pierwszy raz usłyszałem fado sączące się z jakiegoś uchylonego okna. Szedłem pod tymi pięknymi latarniami, dotykając ręką ściany, ulicą schodzącą prosto do Tagu. Uliczki tak małe i wąskie jednocześnie wydają się tak bardzo wyeksponowane, jakby stykały się z tym pięknym błękitnym niebem. To właśnie w tych zaułkach odnajduję moją Lizbonę. Prawdziwą, schyłkową, tak kruchą i piękną. To tu gubię czas.

Panorama Lizbony - dzielnice Baixa i Bairro Alto - Elevador Castelo - Lizbona, Portugalia

Widok na dzielnice Alfama - Elevador Castelo - Lizbona, Portugalia

W końcu trafiam na taras widokowy przy Elevador Castelo – jednej z kilkudziesięciu wind rozsianych po Lizbonie. Stąd rozpościera się wspaniały widok. Ponad czerwonymi dachami wyrastają dzielnice Baixa i Bairro Alto. Mogę sobie prześledzić moje dzisiejsze spacery, gdzieś tam pomiędzy Elevado Santa Justa, klasztorem Karmelitów, labiryntami ulic, w górę w dół, przez Łuk Triumfalny aż do Tagu. Bliżej spomiędzy kamienic Alfamy, wyrasta bujna zieleń drzew. Zza przepięknej katedry Se, wypływa nagle ogromny statek wycieczkowy. W dookoła słychać lekki powiew wiatru i kościelne dzwony – bicie serca Lizbony. I do tego to przyjemne popołudniowe słońce liżące po twarzy.

Schody graffitiLargo Sao Cristovao - Lizbona, Portugalia

Schody z graffiti Fado przy Largo Sao Cristovao - Lizbona, Portugalia

Schody graffiti przy Largo Sao Cristovao - Lizbona, Portugalia

Schodzę w dół Mouraria kierując się sercem zamiast mapy. Docieram do Largo Sao Cristovao – chyba najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych schodów w całej Lizbonie. Uwielbiam je. Kręte i dość strome, wokół nich otworzyło się kilka knajpek. Ściany dookoła pokryte są kolorowymi graffiti, w tym piękne Fado Vadio. Ale to tylko scenografia, najważniejsze jest to co dzieje się na scenie. Dziesiątki ludzi siedzących na schodach, leżakach, starych fotelach, stojących z drinkami. Wygląda to jak impreza w ogródku, na której spotykają się nieznajomi i gadają ze sobą jakby się znali całe życie. Niesamowita energia i życie, rozpierające wąską studnię schodów. Schodząc po schodach wymieniam uśmiechy z kolejnymi osobami, dzielę się energią, słońcem. Oddaję i dostaję w zamian. Przysiadam na murku i sączę piwo w cieniu, znowu obserwując. Zerkam to na ludzi to na kolorowe ściany. Gdzieś z okna leci fado. Całą Lizbona w jednym miejscu.

Plac Rossio zachód słońca - Lizbona, Portugalia

Plac Rossio o zachodzie słońca - Lizbona, Portugalia

Powoli zapada wieczór. Nadchodzi moja ukochana pora – ta krótka chwila pomiędzy dniem a nocą. Kiedy wszystko jest tak bajecznie kolorowe, soczyste i wyraźne. Pastelowa Lizbona staje się jeszcze piękniejsza. Pojawia się ukochane przeze mnie vanilla sky. Różowo-łososiowe niebo walczy z nadciągającym mrokiem, przepiękne chmury wyglądają jak namalowane, niemal widać na nich ślady pędzla i cieniutką warstwę akwareli. Po krótkim spacerze jestem z powrotem na Rossio. Topografia Lizbony to dla mnie tajemnica. Nie wiem jak, skąd, dokąd. Te wszystkie ulice, uliczki, schody i windy zdają się mnie zwodzić. Jakby cała Lizbona była w nieustannym ruchu, przemieszczała się. A ja nie jestem w stanie dwa razy przejść tą samą trasą. W lazurowej tafli uśpionej fontanny oglądam odbicie miasta i tego bajecznego nieba. Znowu kręcę się po pofalowanej mozaice placu Rossio. Ludzie wychodzą na ulicę, wieczór zaczyna żyć własnym życiem. Spod kantorków z ginją dochodzi miły gwar. I to boskie fado.

Lizbona - dzielnica Baixa o zachodzie słońca - widok z balkonu, Portugalia

W końcu nad miastem zapada zmrok. Chmury zbierają się na zachodzie, ciężkie, stalowe, ściśnięte, upchane jakby miały szczelnie przykryć resztki zachodzącego słońca. Siadam w hostelu na wąziutkim balkonie, na przedostatnim piętrze, tym moim poddaszu Lizbony. Zza żeliwnej kraty wpatruję się w płonące ciepłym światłem ulice Baixa. Ponad nimi stopniowo robi się coraz ciemniej i ciszej. Aż do milczącego, ciemniejącego nieba. Tu na górze panuje prawie wiejski spokój. Gdzieś naprzeciwko, z okna pomiędzy obdrapanymi murami starej kamienicy, wydobywa się smętne fado. Po raz pierwszy słyszę ten rozdzierający duszę, namiętny głos. Do tego magiczny akompaniament portugalskiej gitary. Carminho. Nie do podrobienia. Siedzę tak i czuję jak przepełnia mnie miłość do Lizbony. Przepiękne obrazy i muzyka, która tak bardzo do nich pasuje. To przecież one ją stworzyły. Dreszcz, to dziwne uczucie pełni, łzy szczęścia. Dopiero wieczorem, przy dźwiękach fado można poczuć Lizbonę. Aż szkoda spać.

Lizbona, Portugalia

Lektura:

Marcin Kydryński „Muzyka moich ulic”