Most Makhuntseti okolice Barumi - kamienny most łukowy rzeka Acharistskali

Makhuntseti. Most z kamienia i żółtek

Nasz ostatni dzień w Batumi chcieliśmy spędzić poza miastem. Wybraliśmy wodospad Makhuntseti. Malowniczo położony w małej wiosce gdzieś w górze rzeki Acharistskali. Umówiliśmy się z naszym gospodarzem, że zabierze nas tam po południu. Wstaję wcześnie rano, żeby dzień był jeszcze dłuższy. Chcę pobiegać. Muszę zrzucić te wszystkie chaczapuri. W zasadzie czuję, że sam zamieniam się w jedno wielkie chaczapuri. Ciało jest z drożdżowego ciasta, zamiast oczu mam dwa wielkie żółtka a serce pompuje mi roztopiony ser z masłem zamiast krwi. I w ogóle nie czuję wyrzutów sumienia. Pobiegam, żeby móc bezkarnie zjeść jeszcze więcej.

poranek na promenadzie Batumi

Batumi o 6:00 rano to wymarłe miasto. Pieszych niemal w ogóle nie widać. Pustymi ulicami sporadycznie śmigają wypchane już marszrutki. Jakby wszyscy ludzie z całego miasta wcisnęli się w busiki i gdzieś jechali. Podobnie nadmorska promenada. Niemal na całej swej długości pustki. Miło tak sobie pobiegać samemu, zejść na plaże i grzęznąć w szeleszczących kamieniach. Dopiero w górnej części promenady, nagle pojawia się tłum. Pełno jak w ciągu dnia. Ludzie spacerują, stoją, wyprowadzają psy, głośno rozmawiają, jakby właśnie zakończyli jakąś całonocną imprezę. Jest ciasno, wesoło i gwarno. Nie wiadomo skąd się nagle wzięli. W tym jednym miejscu. Wracam znowu przez opustoszałe miasto.

Kawa po gruzińsku - to samo co kawa po turecku czy ormiańsku

Śniadanie w Batumi - owoce i kawa

Ponieważ jest niemal pewne, że nie będziemy w stanie wmusić w siebie na śniadanie kolejnego chaczapuri, postanawiam kupić jakieś owoce i ser na śniadanie. Trafiam do hali nieopodal, gdzie zaopatruje się w pierwsze w tym roku truskawki, granat, winogrona, pomarańcze i banana. Taka mieszanka. Do tego biały ser. Wybieram i przebieram w jakimś supermarkecie. To raczej hala targowa, w której na jednego kupującego przypadają dwie panie pilnujące czy aby niczego ów gość nie kradnie. Czuję się niczym pokemon przemierzający labirynt regałów ścigany przez dwa duszki w biało niebieskich fartuchach w grochy. Pytam po rosyjsku który ser jest nie solony, pani myśli po czym wskazuje piękny kawał białego sera. Zadowolony wracam do domu i szykuję sałatkę owocową, do tego piękne kawałki sera. Oczywiście okazuje się, że jest słony jak diabli. Taki psikus. Moja towarzyszka ma więc po przebudzenie śniadanie składające się z wykwintnej sałatki owocowej i kawy po gruzińsku (nie turecku czy armeńsku!), czyli takiej zaparzonej w tygielku (zupełnie jak w Turcji czy Armenii).

alphabet tower - centrum Batumi - Adżaria, Gruzja

Chcemy dziś wejść na Alphabet Tower. Zaprojektowana przez Hiszpanów w 2010 roku, inspirowana łańcuchem DNA z dwiema spiralami, na których są wszystkie 33 litery gruzińskiego alfabetu – każda ma 4 metry wysokości. Wieża ma symbolizować unikalność gruzińskiego alfabetu. Tymczasem stała się symbolem gruzińskiej nonszalancji w stawianiu dziwnych konstrukcji. Niemal od razu po otwarciu stała nieużywana. Mimo, że cały czas wyglądała jak nowa, w 2014 roku przestała działać z powodu setek martwych ptaków zalegających w szybie i na piętrach. Na jej utrzymanie ratusz rocznie łożył ponad 700 000 lari. W 2015 roku w końcu sprzedano ją Hiszpanom, którzy otworzyli wieżę dla zwiedzających i rozkręcili na jej szczycie restaurację.

Batumi - widok na plaże i promenadę z Alphabet Tower

Nie ma praktycznie żadnych informacji jak się na wieżę dostać. Wchodzimy do pustego tapas baru u jej podstawy i pytamy o wieżę. Pani za barem uśmiecha się i sprzedaje nam bilety, po czym woła kolegę, który gwiżdże na następnego. Tamten prowadzi nas gdzieś pomiędzy jakimiś deskami, kubłami i kablami do doskonale ukrytych drzwi windy. Dźwig ledwo stacza skrzypiącą, zaniedbaną puszkę. Wsiadamy z panem i jedziemy na górę rozklekotaną windą. Na górze wielka otwarta przestrzeń. Ogromna szklarnia pod kopułą. Z położonej poniżej restauracji pachnie jedzeniem. Mimo szumiącej klimatyzacji jest nieznośnie ciepło. Czujemy się jak na górnej półce gigantycznego parowaru z aromatycznymi chinkali gotującymi się tuż pod nami.

Widok z alphabet tower w Batumi - na pierwszym planie Hotel Le Meridien, z tyłu Sheraton

Błyszczące, niedomyte szyby powodują, że mało co widać na zewnątrz. Przepiękną promenadę Batumi, abstrakcyjne kształty Le Meridien i stalinowski gotyk Sheratona oglądamy przez szarawe smugi. Miasto z tej perspektywy wygląda super, tyle, że naprawdę trudno dojrzeć cokolwiek więcej niż odbicie swoich trampków. Oprócz widoków za brudnymi szybami jest jeszcze masa zdjęć pokazujących stare Batumi. Drewniane domy, stare samochody, masa łodzi, zupełnie niczym w Wenecji, żaglowce stojące w porcie, powalająco piękne kamienice, ogromne cerkwie. Wszystko to pośród smukłych palm i podzwrotnikowych iglaków. Poza tą wystawą wieża jest nijaka. Chodzimy dookoła po ogromnej pustej przestrzeni spoglądając ze 130 metrów, zza podwójnej warstwy brudu na zakręcone Batumi, jego pomieszanie z poplątaniem. Ta wieża i jej historia tak bardzo oddają charakter Batumi.

Alphabet Tower - centrum Batumi. Adżaria

Rozczarowanie Alphabet Tower chcemy sobie wynagrodzić wchodząc na pobliski diabelski młyn. Na pierwszy rzut oka to nic ciekawego, po prostu wielkie, powoli toczące się koło, ale to właśnie stąd może być świetna perspektywa. Fakt nie jest to London Eye, Singapore Eye, tym bardziej nie jest do budowany właśnie Ain Dubai, ale mamy dobre doświadczenia. W każdej byłej republice mają takie miejsca. Byliśmy na kole w Erywaniu, w kirgiskim Osz, za każdym razem mieliśmy super wspomnienia. Za śmieszne 2 lari pan wpuszcza nas do gondolki. Powoli wznosimy się w powietrze i mamy to co chcieliśmy.

Centrum Batumi - widok z diabelskiego młyna, Adżaria

Batumi - widok z diabelskiego młyna na centrum - Adżaria

Przed nami rozpościera się panorama Batumi. Eklektyczne centrum z kolorowymi kamienicami. Każda z innej parafii. Miasto przypomina niezdarną mozaikę z zupełnie różnych kawałków potłuczonego szkła. Wieże, łuki, rzygacze, płaskorzeźby, wzorki, esy floresy. Czego tu nie ma. Dalej zielone wzgórza z winnicami i willami. W tle senne góry Kaukazu. Po drugiej stronie nowoczesne centrum i Alphabet Tower wyglądające jak gigantyczne golfowe tee z piłeczką gotowe do pierwszego uderzenia. Zdecydowanie z zewnątrz wieża prezentuje się o wiele lepiej niż wewnątrz. Najlepszym miejscem do obejrzenia miasta z góry jest właśnie ten diabelski młyn. Jedyny minus – nie widać abstrakcyjnej konstrukcji Le Meridien z wbudowanym mniejszym kołem młyńskim, stalinowskiej wieży przerobionej na Sheratona oraz naprawdę ładnego nabrzeża z promenadą tak doskonale widocznych z wieży. Cóż… nie można mieć wszystkiego.

zakątki i uliczki Batumi Adżaria

Po zejściu z wieży znowu zatapiamy się w labirynt kolorowych ulic Batumi. Zawsze znajdujemy coś co nas zainteresuje, wciągnie, zatrzyma. A to chacha bar a to lodziarnia, a to sklep z jakimiś duperelkami. Szczególnie rzucają się w oczy wszelkiej maści gadżety ze Stalinem. Gruzini są najwyraźniej bardzo dumni z kariery jaką zrobił ich krajan Józef Dżugaszwili. Niby miasto to jeden wielki twórczy bałagan a nie da się przejść przez nie obojętnie. Postanawiamy odnaleźć jedną z tych maleńkich piekarenek, w których w tradycyjnych kamiennych piecach wypiekany jest shotis puri lub po prostu shoti – czyli tradycyjny gruziński chleb. Szukamy, pytamy w pobliżu miejsca gdzie miała być piekarnia. Na hasło „bread” lub rosyjskie „Хлеб” wszyscy wzruszają ramionami lub pokazują pobliskie sklepy.

mała piekarnia w Batumi - jedna z wielu. Adżaria

Shoti czyli tradycyjny gruzinski chleb. Pyszny, chrupiący i pachnacy. Batumi Adżaria

W końcu, po kilkunastu minutach poszukiwań zmęczeni zatrzymujemy się na środku chodnika. Podchodzi do nas jeden z lokalnych miejskich psów, patrzy prosząco i merda ogonem. – Jak nas żebraku zaprowadzisz do piekarni, to odpalę ci kawałek chleba – mówię zrezygnowany. Piesek rusza. My patrzymy na siebie i idziemy za nim. I tak po drodze do marszrutki. Po jakiś 100 metrach nad samym chodnikiem okno, z którego wydobywa się boski aromat świeżego chleba. Piekarnia! Na dole, w nieznośnym żarze pan w koszulce na ramionkach pochylony nad kamiennym piecem przykleja kolejne shoti do ścian pieca. Po chwili odwraca się i wyrabia kolejne porcje chlebka. Bierzemy świeżutki jeszcze gorący. Pan podaje nam go owinięty kawałek papieru wyglądający jak jakiś urzędowy druk z gruzińskimi robaczkami, jakimś herbem i numerami. Dotrzymujemy umowy, odrywamy obłędnie chrupiący kawałek jeszcze ciepłego chleba i dajemy naszemu przewodnikowi, który łapie go w locie, pochłania w ułamku sekundy i już z powrotem patrzy mi prosto w oczy. Tryb sępa. Ten wzrok mówi „kocham cię najmocniej na świecie, zrobię dla ciebie wszystko”. Resztę skubiemy łakomie idąc do marszrutki. W środku od jedzenia tego boskiego, świeżutkiego shoti powstrzymuje nas jedynie tłok.

Droga do Makhuntseti - Adżaria Gruzja

Gospodarz Ruslan zgarnia nas o umówionej porze i jedziemy jego „japończykiem” poza miasto. Jadąc do Gruzji spodziewaliśmy się oglądać stare Żiguli, Wołgi, Nivy i inne motoryzacyjne relikty ZSRR, tymczasem tu co drugie auto to Toyota Prius lub inne hybrydy i „japończyki” z kierownicą po prawej stronie. Ruslan tłumaczy, że to się opłaca. W Japonii samochód kupuje się za bezcen – Japończycy w ten sposób pozbywają się motozłomu – pakuje się w kontener i po paru miesiącach jest w Gruzji. Jakością, lekko mówiąc, przewyższa cuda radzieckiej i rosyjskiej motoryzacji. A kto by tam się przejmował komputerem pokładowym z japońskimi napisami czy kierownicą po prawej stronie – Wszyscy u nas tak robią! – mówi Rusłan – Good car! – dodaje po angielsku, poklepując radośnie kierownicę swojej wielkiej Hondy.

Rzeka Acharistskali - droga do Makhuntseti. Adżaria, Batumi

Jedziemy na południowy wschód od Batumi w górę rzeki Acharistskali. Naokoło malownicze wioski i wioseczki. Na wzgórzach po obu stronach rzeki spośród drzew wyrastają pojedyncze kamienne domy, kościoły, wieże. Drogę dzielimy z krowami, które co i raz idą całą jej szerokością. Rwące wody Acharistskali są brudne niczym kawa z mlekiem. Roztopione śniegi Kaukazu z materiałem skalnym i piachem z wielką siłą wpadają do ciepłego Morza Czarnego. Tyle energii nie może się zmarnować. Przy rzece ciągną się linie wysokiego napięcia. Cały teren wygląda jak jedna wielka budowa. Koparki, dźwigi, dużo żelastwa i betonu. – To Turcy! Budują tu hydroelektrownie – tłumaczy Ruslan – w zamian za to, przez 50 lat będą mieli prąd. Potem ją nam oddadzą – Zaraz po tym słyszymy litanię jacy to Turcy są cwani, a władze przekupne, że się na coś takiego zgodziły – A Gruzin gówno z tego będzie miał! – konstatuje. Cóż, nie sposób się z nim nie zgodzić.

Wioska Makhuntseti - Adżaria, okolice Batumi

Po niecałej godzinie jazdy docieramy do Makhuntseti. Mała wioska położona pomiędzy brzegiem rzeki a górami. Z tych gór spada z dwudziestu metrów krystalicznie czysta i apokaliptycznie zimna woda. W zacienionej szczelinie, pomiędzy ostrymi skałami porośniętymi bujną zielenią znajduje się wodospad Makhuntseti. Nie jest ani szczególnie duży ani nadzwyczajnie piękny, ale w zacienionym podnóżu góry daje wytchnienie od panującego naokoło skwaru. Wokoło rozpościera się delikatna świeża mgiełka. Przyjemnie tu sobie posiedzieć w cieniu słuchając szumu wodospadu i patrząc przez wąski kanion na wioskę i jej fikuśne domki. Co odważniejsi mogą zażywać tu zdrowotnych kąpieli. Na pewno pobudzają krążenie, bo woda jest naprawdę zimna. Wybieramy więc siedzenie w delikatnej, orzeźwiającej mgiełce.

wodospad Makhuntseti - okolice Batumi

Wioska Makhuntseti - przy wodospadzie - okolice Batumi Adżaria

Niestety nie my jedni rozkoszujemy się przyjemnym wodospadem. Nadciągający w tempie geometrycznym rosyjscy turyści oznaczają jedno: trzeba już iść. Schodząc do wioski mijamy gruzińską „ścieżkę zdrowia” charakterystyczną dla każdej chyba atrakcji turystycznej na Kaukazie. Na trasie z wodospadów, w najwęższym miejscu, takim, którego nie da się ominąć, po obu s tronach rozstawiają się stragany z paniami handlującymi wszystkim od szpetnych drewnianych „suwenirów”, przez konfitury i czurczchele aż po czaczę. Wchodząc pomiędzy stragany trudno się nawet skupić, ze wszystkich stron zaczyna się nawoływanie, przekrzykiwanie, zachęcanie, zapraszanie, wychwalanie. Niesamowite jak ci ludzie mają handlowanie we krwi. To nie jest polski bazar, na którym sprzedawca sobie siedzi i czeka, aż zapytamy „a po ile to?”. Tu się handluje. Jedzenie, szczególnie miody z zatopionymi owocami wyglądają pysznie, ale każde, nawet najmniejsze okazanie zainteresowania oznacza, albo spore zakupy, albo gryzące wyrzuty sumienia. Naprawdę trudno tu o asertywność.

stragany w okolicach wodospadu Makhuntseti - Adżaria, okolice Batumi

stragan z miodem - Makhuntseti, okolice Batumi

Przechodzimy przez wioskę i kierujemy się nad rzekę. Tam, schowana w krzakach, czeka na nas chyba największa atrakcja wioski i okolicy – Most Makhuntseti. Adżarskie kamienne mosty łukowe to pozostałość po geniuszu rzemieślniczym średniowiecznych Gruzinów. – Większość mostów w regionie pochodzi z XIII wieku, zostały zbudowane na polecenie królowej Tamary, najstarsze są nawet o tysiąc lat starsze – opowiada nam Rusłan. Kiedy schodzimy nad rzekę przez wąską zarastającą ścieżkę, naszym oczom ukazuje się przepiękny kamienny most. Położony pomiędzy dwoma naturalnymi występami w skale. Niewielki, bo ok. 20 metrowy, w najwyższym punkcie do rzeki jest jakieś 6 metrów. Najbardziej jednak zaskakuje jego mała szerokość – jakieś 2,5 metra. Do tego nie ma żadnych barierek.

Most Makhuntseti - Adżaria - okolice Barumi - kamienny most łukowy

Na drżących nogach wchodzimy na ten piękny, filigranowy most. Mimo że z kamienia, jest tak smukły i wydaje się tak lekki, jakby miał się zapaść pod najlżejszym ciężarem. Tym bardziej, że do jego budowy nie użyto ani grama cementu, wapna ani żadnego innego lepiszcza. Most jest zbudowany jedynie z idealnie ułożonych kamieni i żółtek jaj. Żadnych zbrojeń, wzmocnień. Aż się nie chce wierzyć, że cały czas stoi. Ten oczywiście przeszedł w życiu swoje i przez wiele lat był zaniedbany. Odnowiony został kilka lat temu – oczywiście nikt się nie myślał o użyciu tysięcy kurzych jaj, które można było które można było zjeść. Połatano go więc betonem.

widok z mostu Makhuntseti - okolice Batumi, Adżaria

Każdy kolejny krok jest coraz trudniejszy. Most jest dość stromy, koszmarnie wąski i bez żadnych balustrad. W dole rwący prąd niesie lodowatą, mlecznobrązową masę. Do tego te wystające kamienie. Łatwo się poślizgnąć, potknąć. Na szczęście stopniowo oswajamy się z tą osobliwą konstrukcją. Po kilku minutach siadamy sobie już na moście i szczerzymy się do Rusłana, który z nabrzeżnych krzaków robi nam zdjęcia. Patrzymy sobie na rzekę – jest niesamowita. Brzegi strome, zarośnięte. Przypomina raczej jakąś nieprzebytą fosę. Przecina ten gęsty, soczyście zielony las, który powoli spełza prosto do wzburzonych brązowych wód. Obserwujemy Rusłana, który cierpliwie czeka na nas kręcąc się po krzakach, zagadując handlarzy z pobliskich straganów, rzucając sobie od niechcenia kamienie do rzeki i popalając. Wygląda jakby czekanie było nieodłącznym elementem jego życia. Normalną częścią dnia, jak jedzenie czy spanie. Trudno to sobie nawet wyobrazić w naszym wiecznie zaganianym życiu. Tutaj czas tak wolno płynie. Nikomu się nie spieszy, życie nie przelewa się przez palce.

winnica Adjarian Wine House - Adżaria - okolice Batumi

winnica Adjarian Wine House - okolice Batumi - widok na dolinę

Po tych leniwych chwilach, gdzieś poza czasem, spędzonych na rozgrzanych kamieniach Makhuntseti, zbieramy się z powrotem do Batumi. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Adjarian Wine House – lokalnej winnicy. Nie spodziewaliśmy się oczywiście żadnej małej rodzinnej winnicy, więc nie rozczarowuje nas widok pięknej, willi stylizowanej na coś pomiędzy Toskanią a kalifornijską Napa Valley. Winnica połączona z drogą, elegancką restauracją. Poza tym jednak, przepiękne ogrody i rosnąca wszędzie winorośl. Chodzimy po kolejnych budynkach a Rusłan opowiada nam jak się robi wino, tłumaczy co do czego dodaje, do czego służą poszczególne dziwne przyrządy.

winnica Adjarian Wine House - okolice Batumi

Od początku ciekawią mnie tajemnicze dziury w ziemi, które okazują się zbiornikami na wino. Zamiast trzymać wino w beczkach, Gruzini trzymają je w ogromnych glinianych amforach zakopanych w ziemi. Wlewało się do nich wino, zamykało i zasypywało. Nieźle musiało wyglądać opróżnianie takich pojemników. W środku głównego budynku, obok restauracji ze zdjęciami zapewne wszystkich najważniejszych polityków gruzińskich, George’a Busha, Angeli Merkel i innych, znajduje się nowoczesna część winnicy. Tu nie ma już glinianych naczyń i tradycyjnych metod. Tu są sterylne sale z ogromnymi, błyszczącymi metalem kadziami, maszyny do nalewania, korkowania, etykietowania i setki świeżutkich butelek. Jak to w życiu: tradycja, ciepłe, pachnące drewno, naturalne piękno i historia ustępują miejsca sterylnym, zimnym i bezdusznie wydajnym maszynom.

Zbiorniki na wino - winnica Adjarian Wine House - Adżaria - okolice Batumi

wnętrze winnicy Adjarian Wine House - okolice Batumi

Nie zostajemy na foie gras i risotto z truflami. Wracamy do Batumi wzdłuż tej samej rzeki. Oglądamy jej piękną dolinę, wyrastające spośród gęstych drzew domy i kościoły. Majaczące gdzieś w oddali szczyty Kaukazu. Pytam Rusłana o to jak było kiedyś, za czasów Asłana Abaszydze, który rządził autonomiczną Adżarią jak swoim folwarkiem a rozsypująca się Gruzja nie była w stanie nic z tym zrobić – Użas! – mówi machając ręką jakby odganiał jakiegoś insekta. Na jego twarzy pojawia się bolesny grymas, jakby to nazwisko wywoływało jakiś skurcz na twarzy – Nie było nawet prądu, paliliśmy diesle. Całe miasto trajkotało – mówi. Rozgaduje się, opowiada jakim zadupiem była Adżaria. Jak po wejściu Saakaszwilego wszystko się zmieniło.

Rzeka Acharistskali droga do wioski Makhuntseti. Adżaria, okolice Batumi

Pytam o ZSRR i zaczyna z rozrzewnieniem i wzruszeniem wspominać jak to dobrze się żyło za „sajuza”. – Mój dziadek był szewcem i z pensji postawił mój dom – mówi – widziałeś go, piękny dom. – Teraz za pensje szewca nic nie kupisz – dodaje. Trzeba dorabiać: handlować jeździć na taksówce, wynajmować dom. Kombinować. Nie mówię o wolności, bo czuję, że to nie będzie argument. O tym, że wolność i kapitalizm oznacza właśnie samodzielność i ciężką pracę wolę nawet nie wspominać. – Kiedyś było biednie, ale wszyscy mieli po równo. I to było dobre. Komu to przeszkadzało? – kwituje Rusłan. Nie mogę pojąć jak bardzo ludzie gotowi są upodlić się, zgiąć kark i zacisnąć zęby, zapomnieć o sobie, swoich potrzebach, marzeniach, ambicjach. Wszystko po to by wszystkim było równo. Biednie, ale po równo. Ta tęsknota za ZSRR. Imperium zła, które dla nas jest symbolem ciemiężenia, tu jawi się jak raj utracony. Bieda byłych republik ZSRR do tego doprowadziła. Nie potrafię tego zrozumieć.

przedmieścia Batumi - Adżaria

Wjeżdżamy do Batumi. Rusłan skończył swoje peany pod adresem ZSRR. Chyba zauważył, że kompletnie go nie rozumiem. Jedziemy długą szeroką aleją. Naokoło stare socjalistyczne bloki. Zaniedbane i obdrapane. Po obu s tronach ulicy rzędy dużych, znajomo wyglądających drzew. – To eukaliptusy – zagaja – dają cień i osuszają ziemię. Posadzili je tu na bagnach, bo jedno drzewo potrafi wypić nawet 500 litrów wody w ciągu doby! – Rusłan zasypuje nas kolejną dawką ciekawostek. Mówi o ulicach, domach, gdzie zjeść, co gdzie kupić. Niesamowite ile ten człowiek wie o swoim mieście. Tym bardziej nie mogę pojąć jak ludzie wykształceni, czytający książki, mogą wychwalać system promujący głupotę, bylejakość i usłużność.

Przepyszna kolacja w Batumi - restauracja Sazandari. Na stole kuczmaczi, baridżani, shoti, tkemali, kindzmari, satsebeli

Rusłan wyrzuca nas na ulicy. Jedziemy na bazar zrobić ostatnie zakupy. Po drodze jednak zbaczamy, żeby po raz kolejny oddać się nieprzyzwoicie rozpustnej uczcie. Znowu Sazandari. Drewniane stoły, niewygodne krzesła i charakterna pani kelnerka. Tym razem nie ma chaczapuri. Chyba się nam przejadło. A może po prostu chcemy mieć miejsce na coś innego. W z menu wybieramy magicznie brzmiące dania. Kuczmaczi, czyli wątróbki w sosie ze zmielonych orzechów. Baridżani czyli smażone bakłażany faszerowane saciwi – przyprawioną pastą z orzechów. Jeszcze skwierczące, baranie szaszłyki ze świeżą cebulą. Chrupiący, aromatyczny shoti, który maczamy w aromatycznych sosach: śliwkowym tkemali, mocno czosnkowym kindzmari, domowej roboty gruzińskim keczupie satsebeli. Wszystko zalane czerwonym winem. To jedzenie warte jest każdego wysiłku, każdej niewygody. Jest wspaniałe. Warto tu przyjechać choćby dla niego. Najedzeni mamy większe szanse na niewydanie wszystkich pieniędzy na bazarze.

Droga na bazar w Batumi - ulica Majakowskiego. Adżaria

Droga na bazar w Batumi. Adżaria

Ruszamy na bazar. Idziemy przez gwarne centrum, wchodzimy na jeszcze gwarniejszą ulicę Majakowskiego. Wzdłuż niej, na nasypie, pośród domków prowadzi ślepy tor kolejki. Nie wiadomo skąd się wziął i dokąd prowadzi. Idziemy po podkładach zapatrzeni w życie na sąsiednich uliczkach. Małe szynki w starych odrapanych domkach, wszechobecne kolorowe pranie, ciemne tłumy na ulicach, nieustający akompaniament klaksonów, niebieskie, sizalowe pokrycie straganów przy drodze, białe marszrutki. To jest Batumi. Żywioł, temperament i kolory. Bylejakość komuny zamieniona w kolorowe życie. Duch Kaukazu. Jakość sama w sobie. Docieramy do zapchanego dworca, przedzieramy się przez labirynt marszrutek zaparkowanych na każdej wolnej przestrzeni, pomiędzy nawołującymi kierowcami i obładowanymi tobołami pasażerami spieszącymi między białymi sylwetkami busów. W końcu docieramy do bazaru.

Ulica Majakowskiego w Batumi - droga na bazar. Adżaria

O, targowiska gruzińskie! To pierwsze co przychodzi mi do głowy. Nikt nie jest w stanie oddać lepiej mojej miłości do odwiedzanych wszędzie bazarów niż Leopold Tyrmand w „Złym”:

„Czyż jest coś bardziej poetyckiego w wielkim mieście niż targowisko? Czyż współczesna, wielkomiejska metropolia zdolna jest zdobyć się na inny objaw plastycznego liryzmu poza kolorową paletą hali targowej? Czy może się cokolwiek równać w sile uczuciowej ekspresji z obraźliwymi rozmowami i zjadliwym targowaniem się przy rytualnym obrzędzie zakupów nabiału i owoców, warzyw i mięsa, ryb i kasz, pieczywa i kartofli? Trzeba być człowiekiem oschłym i zimnym, by nie dać się unieść wzruszeniu na widok gigantycznych połaci surowej wołowiny, by nie zatopić się w smutku wobec czarno — srebrzystych złóż ryb, wobec rozwartych z wysiłku, różowawych pyszczków świeżych karpi, by nie wydać okrzyku zachwytu stanąwszy oko w oko z brunatnymi kopcami włoszczyzny, by nie zatrzymać się w nostalgicznej zadumie przed nieskalaną, śnieżną bielą ciągnących się hen w dal szeregów twarogu! Jedynie człowiek płytki nie ulega tajemniczej poetyczności ciasnych i ciemnych straganów […] Jedynie człowiek tępy i brutalny nie przystanie w pełnym szacunku podziwie przed grubymi, opatulonymi w zwały odzienia, starymi jak drzewa i głazy przekupkami […] tylko człowiek głupi nie wsłucha się w ich kłótliwy dialog, nabrzmiały surową, zgrzytliwą i prastarą mądrością, wiecznie nową dzięki swej roziskrzonej humorem przyziemności.” (L. Tyrmand „Zły” Warszawa 2009, s. 296-297).

Ten opis warszawskich „koszyków” lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia tak idealnie pasuje do targowiska w Batumi.

Czurczchele na straganie bazaru Batumi - Adżaria

krążymy po wąskich uliczkach powoli zwijającego się bazaru w poszukiwaniu hali z naszym ukochanym nabiałem. Oglądamy warzywa, suszone owoce, przetwory, próbujemy kolorowe wiszące wszędzie czurczchele – żółte, czerwone, purpurowe. Grube, cienkie, z orzechem włoskim (lub „greckim” jak mówią Gruzini) lub laskowym, miękkie, twarde, bardziej kruche i te ciągnące się. Targujemy się o suszone figi, wąchamy świeże zioła – odurzającą kolendrę, anyżowy estragon, świeżą miętę, ostrą dymkę. Dział z kiszonkami to kolejna historia. W wygląda na to, że w Gruzji kisi się wszystko co tylko się da: ogórki, kapustę, czosnek, dżondżoli, czyli gruzińskie kapary a nawet arbuzy. Oglądamy to wszystko, wąchamy, próbujemy i przede wszystkim – dotykamy. Mam taką dziwną przypadłość, że zawsze muszę dotknąć oglądane warzywa czy owoce, przykładam je do nosa i wącham. Jakbym chciał w ten sposób zapisać w pamięci zapach tej chwili, który uzupełni kolorowe obrazy.

Stragany na bazarze w Batumi - Adżaria

Hala na bazarze w Batumi - zgasły światła ale handel odbywa się jak co dzień - Adżaria

Są jeszcze dźwięki. Kiedy przechodzimy po ogromnej hali, z sali do sali, nagle powstaje harmider, wszyscy sprzedający naraz ożywają, krzyczą do nas, nawołują, przekrzykują się „poprobujtie”, „swieżyje”, „wkusnyje”, „diesziewlje” dochodzi nas ze wszystkich stron. Wygląda to jak jakaś meksykańska fala przesuwająca się wraz z nami po całym bazarze. Niesamowity duch handlu, przedsiębiorczość. Tutaj sprzedawanie to nie tylko sposób na życie, to styl życia, jego sens, stan umysłu. To sztuka i wielka tradycja. Gruzini robią wkładają w to całe swoje serce, tyle energii, że trudno im nie ulec. Asertywność jak u babci na obiedzie… Magii naszemu spacerowi po bazarze dodaje fakt, że w hali, gdzie handluje się warzywami panuje półmrok. Wyłączyli światło, a może w ogóle go tu nie ma od lat, nie wiadomo. W każdym razie handel odbywa się jak gdyby nigdy nic. Tylko towar trudniej obejrzeć. Dlatego tak ważne jest dotykanie, wąchanie i oczywiście zachwalanie sprzedającego.

Ser Sulguni - gruziński przysmak - Batumi, Adżaria

Wędzony ser Sulguni - gruziński przysmak - Batumi, Adżaria

Na koniec, gdzieś na piętrze, po przejściu labiryntu schodów, odnajdujemy nasz święty graal – dział z nabiałem. Zapach mleka i jego przetworów jest jak zwykłe obezwładniający. Szczelnie wypełnia całą przestrzeń. Białe i błękitne kafelki, błyszczące metalowe blaty. I panie sprzedające sery, gęstą, tłustą śmietanę i boskie masło. I to ich babcine „kuszajcie na zdarowie”. Podobnie jak wcześniej, tak i tu z każdym naszym krokiem podnoszą się wołania, w naszym kierunku kierują się noże z kawałkami serów. Oglądamy i głupiejemy, wybór jest tak duży, wszystkie babcie tak miłe i tak przekonywające. Z bólem serca musimy wybrać jedną, u której kupujemy grubo ponad kilogram sera sulguni. Biały, lekko słony, elastyczny ser z krowiego mleka to coś pomiędzy oscypkiem a mozarellą. W wersji świeżej i wędzonej lekkim owocowym dymem. Taka pamiątka, trochę Gruzji w naszej lodówce.

Ulice Batumi po zmroku są piękne - Adżaria

Tymczasem bazar się zwija. Robi się ciemno. Powoli wracamy cały czas tętniącymi życiem ulicami do naszego domu. Idziemy i chłoniemy Gruzję. Patrzymy na ludzi, wdychamy zapachy, starając się unikać smrodu spalin. Spędziliśmy tu trzy niesamowite dni. Batumi to nie Gruzja. To nadmorski kurort – kiedyś marzenie każdego mieszkańca ZSRR, dziś zalewane turystami z Gruzji, Turcji, ale też coraz częściej z Polski. Jest tu drogo, głośno, brudno, wszystkiego jest dużo. Za dużo… Naćkane, bez gustu, bez umiaru, bez jakiegokolwiek planu. Przyjechaliśmy tu z pełną świadomością, że Batumi to nie Gruzja. Batumi to Batumi. Chcieliśmy posmakować Gruzji – zjeść chinkali, chaczapuri. Zjedliśmy dużo, dużo więcej. I mimo wszystko polubiliśmy Batumi. Za tą konsekwencję w niekonsekwencji, za kuriozalny nieład architektoniczny, za brak maniery, za tą nieznośną lekkość bytu. Za to, że było przez te trzy dni naszym towarzyszem, przyjacielem, opiekowało się nami, ugościło nas… Batumi to w zasadzie nie miasto. To stan umysłu. Warto Batumi przeżyć.

Batumi, Gruzja

Książki o Gruzji:

„Toast za przodków”, Wojciech Górecki

„Dobre miejsce do umierania”, Wojciech Jagielski

„Imperium”, Ryszard Kapuściński

„Abchazja”, Wojciech Górecki

„Wszystkie wojny Lary”, Wojciech Jagielski

„Gaumardżos!”, Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller

„Gruziński smak” Vaho Babunashvili, Radek Polak

„Stories I stole”, Wendell Steavenson