Leniuch w Margaret River, Zachodnia Australia

Margaret River. Wino i oliwa

Na koniec naszej podróży po Zachodniej Australii zostawiliśmy sobie południowo-zachodni „rożek” kontynentu. Margaret River – taka australijska Napa i Sonoma w jednym. Jeden z najlepszych regionów winnic w kraju. Każdy mówił mi, żebym, będąc w Perth, koniecznie tu przyjechał. Szczerze mówiąc, nie byłem zbyt entuzjastycznie do tego miejsca nastawiony. Już wyobrażałem sobie winnice porozrzucane po dolinach i pagórkach, słońce, błękitne niebo. Jednocześnie widziałem tłumy weekendowiczów w Perth, wrzeszczące dzieci, baloniki, frytki i inne podobne klimaty.

Busselton Jetty lub Mile long jetty czyli molo w Busselton - jest tak długie, że na jego koniec kursuje kolejka. Zachodnia Australia

Z drugiej strony to miejsce nawet mnie ciekawiło. Chciałem porównać Margaret River z amerykańską Napa i Sonoma Valley. Długo nie daję się namawiać. To w końcu Australia. Tu na pewno mnie coś zaskoczy, zachwyci, oczaruje. Podróż na południe zaczyna się w Busselton. Baza turystyczna, typowe nadmorskie miasteczko: promenada, molo, sklepy. Dojeżdżamy pod wieczór, wiec od razu idziemy spać. Pierwsze spotkanie z Busselton to poranek. Wychodzę z motelu i spaceruje po okolicy. Idę oczywiście nad morze. Busselton przypomina zadbane przedmieścia amerykańskich miast. Zupełnie jak dzielnica z „Cudownych Lat”. Idealnie przycięte ogromne trawniki. Co chwila włączające się spryskiwacze zalewając poranną gazetę leżącą na podjeździe. Żadnych płotów. Co i raz rosną drzewa oliwkowe lub przerośnięte idealnie piękne frangipani – czyli plumerie.

Przepiękne frangipani tak charakterystyczne dla Australii i Oceanii. Tu rosną sobie po prostu na ulicy w Busselton

Nad wodą spokój, piękno i dostojność porannej plaży. Jest przed ósmą, ludzie spacerują z psami lub po prostu leżą. Przypomina to nieco plażę na Helu, tyle, że jest cieplej i woda ma żywszy superbłekitny kolor.

śniadanie na plaży w Busselton, Zachodnia Australia

Nie ma lepszego miejsca na śniadanie niż plaża. Gorąca, przepyszna kawa, pieczywo, dżem, masło orzechowe, banany, serek Philadelphia. Typowe plażowe śniadanie. Znowu odganianie się od skradających się mew. Piasek co chwila zgrzytający pomiędzy zębami. Jest jednak miły ciepły wiatr, słońce i radość. Swoboda. Takich rzeczy nie da się podrobić. Te same rzeczy nie będą smakowały tak samo nigdzie indziej. Takie „szybkie” śniadania trwają najdłużej. Bo nie chcemy żeby się kończyły. Mimo prostoty takie posiłki to celebra. Cieszymy się spokojem, szczęściem, wrażeniami. Wtedy je się powoli i spokojnie. Do zakończenia posiłku przekonują tylko coraz bardziej natrętne ptaki.

Na obiad - lokalne specjały: idealnie miekki stek z kangura, suszone pomidory, oliwki i wino z Margaret River. Zachodnia Australia

Busselton okazało się przyjemnym miejscem na Wielkanocny obiad. Będąc tu, chcieliśmy w zjeść coś wyjątkowego. Nie chcieliśmy oczywiście korzystać z bogatej oferty miejscowych restauracji, bo to nie nasz styl. Nasz styl to coś o czym możemy później pamiętać i opowiadać. Zżerała nas ciekawość jak smakuje kangur. Tutaj sprawa się komplikuje, ponieważ oboje zakochaliśmy się w kangurach od pierwszego wejrzenia i jedzenie ich to kwestia co najmniej dyskusyjna. Tym niemniej kangury hoduje się tu na mięso i sprzedaje, więc nasze sumienie jest czyste. Małe (i duże) świnki też są słodkie, ale bekon jest pycha. Nie będziemy hipokrytami. Ciekawość zaspokojona. Na świąteczny obiad: steki z kangura, miejscowe oliwki i podsuszane pomidory oraz pieczywo czosnkowe spłukane miejscowym Shirazem. Wniosek: kangur smakuje jak wołowina.

Cape Naturaliste - to kraniec Australii, w pobliżu Busselton, Zachodnia Australia

Pierwszy punkt przy zwiedzaniu południowo-zachodniego koniuszka Australii to Cape Naturaliste. Idealne miejsce do nadmorskich wędrówek. Zbocze łagodnie schodzące do błękitnego oceanu. Porośnięte mocno, soczyście zielonymi krzewami, spomiędzy których co i raz przebija purpura, czerwień, szarość albo złoto. Orgia barw. W Australii to normalne. Dużo słońca. Kolory tak wyraźne, że zdają się kłuć oczy. Czasami wydaje mi się, że oglądam animację na wielkim telewizorze HD wystawionym w sklepie z elektroniką. Ogromna otwarta przestrzeń. Niebo zlewające się z wodą. Człowiek czuje się jakby unosił się w nad Ziemią.

spacer po Cape Naturalise, Zachodnia Australia

Idziemy na punkt obserwacji wielorybów. Oczywiście to nie sezon. Waleni nie ma. Widok na morze i tak jest przepiękny. Z góry patrzymy na fale leniwie piętrzące się i jakby w zwolnionym tempie rozbijające się niedaleko brzegu. Nie ma już much. Czuć tylko zapach buszu. Żar lejący się z nieba równoważy delikatna bryza. Jest magia w australijskiej przyrodzie. Nic dziwnego, że według Aborygenów bóg jest we wszystkim co nas otacza. W każdym drzewie. W każdym kamieniu. W oceanie. W powietrzu. To naprawdę czuć. Tutaj bardziej niż gdziekolwiek indziej.

Fish & chips - Lunch w Prevelly - region margaret River, Zachodnia Australia

Z Cape Naturaliste pojechaliśmy na południe. Nasze kręcenie tu i tam skończyliśmy w nadmorskim Prevelly. Przede wszystkim byliśmy głodni. Chcieliśmy zjeść przysłowiowe fish&chips i popić jakimś dobrym chardonnay’em. W końcu to region winnic. Kończymy w jedynej restauracji – Sea Garden Cafe. Widok jest super. Siedząc na tarasie można rozkoszować się widokiem zatoki. Obok zielnik, z którego korzysta restauracja. Ryba prosto z wody jest na miejscu oprawiana, filetowana i smażona. Podawana z przepysznymi frytkami. Żadna restauracja. Raczej bar. Porcja 30 dolarów. Lampka wina, kolejne 8 dolarów. Boli. Czy się opłaca? Oczywiście, że nie. To ponad 120 zł za rybę, fryty i lampkę wina. Czy warto. TAK!

Widok z Surfer's Point w pobliżu Prevelly, region Margaret River, Zachodnia Australia

Surfer's point - surferzy w akcji, region Margaret River, Zachodnia Australia

Najedzeni bardziej widokami niż porcją, trafiamy na pobliski Surfer’s Point. Akurat trafiamy na jakieś zawody surferskie. Dziesiątki surferów czeka na swoją kolej aby pływać przez chwilę na grzbiecie coraz większych fal. Wszyscy opaleni na brązowo. Piękni. Umięśnieni. Jedni w różnokolorowych piankach. Inni to chodzące reklamy Quicksilver, Ripcurl, Billabong i innych surferskich marek. Na brzegu dziesiątki ludzi z aparatami. Obiektywy-potwory, byle tylko złapać to jedno ujęcie. Oprócz tego zgiełk, muzyka, komentatorzy. Słowem zawody. Ciekawe, ale na dłużej zatrzyma tylko fanów surfingu.

Po prostu, rzucić wszystko, wziąć deskę i do wody. Surfer's point - Prevelly, Margaret River, Zachodnia Australia

Nieopodal przy ujściu Margaret River, chcemy się wykapać. Oczywiście nie wolno pływać. Prądy są tak silne, że wejście do wody bez deski byłoby skrajną głupotą. Prądy są czymś co trudno zrozumieć, dopóki się nie poczuje ich potęgi na własnej skórze. Ja poczułem i nie powtórzę głupiego błędu.

jeden z wielu zapierających dech w piersiach widoków w okolicach Margaret River, Zachodnia Australia

Tym niemniej plaża jest szeroka, przepiękna, strasznym nietaktem byłoby z niej nie skorzystać. Więc się opalamy. Ale ile można. Opalanie jest nudne. Więc moczymy nogi. I tu się zaczyna igranie z losem. Fale są silne ale kuszą. Trochę dalej od brzegu kilka osób z deskami. Bliżej kilka osób uprawia nieoficjalny australijski sport narodowy. Skakanie na falach. Zasady są banalnie proste. Wchodzisz do wody, tu – maksymalnie po kolana. Czekasz na falę. Kiedy ta nadchodzi – rzucasz się na nią lub zwyczajnie próbujesz się utrzymać na nogach.

Po upalnym dniu, najlepszy jest orzeźwiający ocean. Margaret River, Zachodnia Australia

Zabawa jest genialnie prosta. Brzmi porażająco głupio. Ale jest absolutnie wciągająca. Samo patrzenie już nakręca. Każdy powinien chociaż raz spróbować. My próbujemy powoli. Z brzegu, stopniowo. Fale nie ułatwiają zabawy. Po chwili jesteśmy przemoczeni, ale szczęśliwi. Skacząc i wyginając się musimy wyglądać śmiesznie, ale tu nikt nie przejmuje się takimi rzeczami. Tu jest po prostu fun!

Plaża gdzies w Margaret River, Zachodnia Australia

Po kąpieli w oceanie przyszedł czas na gwóźdź programu czyli wino. W końcu po to tu przyjechaliśmy. Aby raczyć się miejscowym winem. No więc jedziemy przez region Margaret River. Winiarnie – można tu znaleźć trzy rodzaje tychże przybytków. Pierwsze to typowe PGR-y. wyglądają jak typowe fabryki. Tu nie ma wzgórz porośniętych winoroślą. Nie ma altanek. Nie ma klimatu. Tylko blaszane hale ze szklanymi pawilonami obok, w których można próbować i kupować wino. Obok tych przejeżdżamy.

Winnice Margaret River - zwiedzamy je po kolei, Zachodnia Australia

Druga grupa to rodzinne parki rozrywki. To połączenie szkoły cyrkowej w Julinku ze scenerią filmu „Testosteron” i nie wiadomo czego jeszcze. Jest tu wielka restauracja. Wielki taras. Wielki plac zabaw dla dzieci. Zazwyczaj jeszcze lodziarnia, fabryka czekolady, staw z flamingami, farma strusi, znajdą się nawet wielbłądy na których można pojeździć. Rodzice piją wino, dzieci jedzą pizzę i lody. Głośno, drogo, ciasno, po prostu najgorzej. Z dala wyglądają ładnie, więc można się oszukać.

Winnice Margaret River, Australia Zachodnia

Tych winnic, które chcemy oglądać jest najmniej. Są najmniejsze i najciężej je znaleźć. Oczywiście nam uda je się to przypadkiem. W Margaret River wszystko zamyka się o piątej po południu. Po czwartej jest już pusto. Trafiamy na ledwie oznakowany wjazd Hay Shed Hill. Wjeżdżamy – pusto. Myślimy, że już zamknięte. Okazuje się, że nie. Jesteśmy sami. Bierzemy po lampce lokalnego Chardonnay’a i idziemy usiąść. Ponieważ jesteśmy ostatnimi gośćmi, dostajemy ekstra porcję i w naszych kieliszkach jest dobrze po 250 mln wina. Do zamknięcia mamy pół godziny, więc bierzemy winko i lecimy na trawę. Siadamy pomiędzy rzędami winorośli. Przed nami widok na całą winnicę. Po łące chodzą dziwne ptaki z długimi wygiętymi w półksiężyc dziobami.

Wybraliśmy winnicę Hay Shed Hill, Margaret River, Zachodnia Australia

Normalnie siedzielibyśmy otoczeni tłumkiem turystów. Zorganizowane grupy tu to nie rzadkość. Teraz mamy całą winnicę tylko dla siebie. Obsługa się nami zupełnie nie przejmuje. Robią kasę, zamykają. My delektujemy się winem patrząc na to piękne miejsce. Chyba najlepszym doświadczeniem jakiego można zaznać w podróży jest posiadanie jakiegoś pięknego miejsca tylko dla siebie. Nie musimy się nim z nikim dzielić. Jesteśmy tu sami. To miejsce jest tak bardzo nasze. Mało kto może go w ten sposób doświadczyć. Siedzimy tak na trawie, sączymy wino i patrzymy. Nawet nic nie mówimy. Co chwila tylko się uśmiechamy. Ten moment kiedy dochodzi to do Ciebie. Najlepiej.

Winnice Margaret River są przepiękne niczym małe podwórka lub działki, Zachodnia Australia

Margaret River to nie tylko wino. To także oliwki. Jeżdżąc po okolicy, szukamy gajów oliwnych. Są poupychane gdzieś pomiędzy winnicami. To oczywiście mniej dochodowy interes. Same gaje wyglądają mniej spektakularnie. Drzewa oliwkowe są szare i smutne. Przypominają bardziej pomniki drzew niż same drzewa. Życia dodają im dopiero owoce. Od razu pojawia się pytanie: po co z super dochodowego wina w ogóle zajmować się uprawą oliwek i produkcją oliwy? Nikt się do tego otwarcie nie przyzna, ale podejrzewam, że powody są te same co w RPA – tam też winnice po woli przechodzą na oliwki – WODA. A raczej jej coraz częstsze niedobory. Co bardziej przewidywalni, próbują zapewnić sobie źródło utrzymania w przyszłości, kiedy zwyczajnie nie będzie wody na uprawę winorośli. Pozostaną więc oliwki, które wymagają zdecydowanie mniej wody.

gaje oliwne w Margaret River, Zachodnia Australia

O ile oliwki śródziemnomorskie mają zazwyczaj jedną barwę, o tyle tutejsze są istnym szaleństwem. Kolory owoców się mieszają. Drzewa tworzą niesamowite mozaiki ułożone z różnokolorowych oliwek: zielonych, granatowych, fioletowych, żółtych, brązowych, czerwonych, ognisto pomarańczowych. Nie wiedziałem, że oliwka może występować w tylu różnych kolorach – na jednym drzewie, w tym samym czasie.

różnobarwne oliwki w Margaret River, Zachodnia Australia

Zupełnie przypadkiem trafiamy do Ollio Bello. Niepozorne miejsce. Mały sklepik z restauracyjką, otoczony gajem oliwnym. W sklepie wszystko co da się otrzymać z uprawy: oliwki, oliwa, mydło, tapenade, chleb oliwkowy. W restauracji klasyczne dania: frytki, hamburgery… to klienci ustalają zasady. Wybieramy miejscowe przysmaki: lokalne wino, pasty z suszonych pomidorów oraz z karczochów i przepyszne pieczywo oliwkowe. Wszystko to oczywiście okraszone lokalną oliwą w kilku odmianach.

Ollio Bello - jedna z upraw oliwek w Margaret River, Zachodnia Australia

Kolejna rzecz z tych, co się nie opłacają, ale warto je zrobić. Zajadać pyszne zakąski popijane winem. W cieniu ogromnego drzewa o owocach tak dziwnych, że przypominają chmarę wysuszonych obcych zawieszonych na drzewie. Naokoło po trawie skaczą małe różowe papużki. Nigdzie się nie spieszy. Chce się tak tu siedzieć. Razem. Maczając pyszny chlebek w oliwie. Jeden z TYCH momentów. To one właśnie tworzą wspomnienia. Pozwalają zapisać TO miejsce w głowie. Dopiero pisząc o tym, człowiek zdaje sobie sprawę z tego czego doświadczył. I docenia to jeszcze bardziej.

kangury pełniące rolę kosiarek na polu golfowym w Margaret River, Zachodnia Australia

Z Margaret River jedziemy dalej na południe – do Augusty. Po drodze trafiamy na pole golfowe w Tea Lake. Oczywiście nie przypadkowo, bo pole golfowe to miejsce, w którym z prawdopodobieństwem bliskim 100% można spotkać kangury. My się od tych zwierząt uzależniliśmy. Minimum raz dziennie.

Kangur na polu golfowym w Tea Lake w pobliżu Margaret River, Zachodnia Australia

Dawka odwykowa. Tu to o tyle ryzykowne, że pole było pełne. Musimy więc uważać aby nie wejść komuś pod piłkę. Oczywiście kangury nic sobie z tego nie robią. Stoją w odległości 5 metrów od graczy. Okazuje się też, że na polu jest pełno węży. Na szczęście na żadnego nie trafiamy.

Leeuwin-Naturaliste National Park, Droga z Augusty do Hamelin Bay, Margaret River, Zachodnia Australia

Droga na południe to podróż przez niesamowitą leśną krainę. Leeuwin-Naturaliste National Park. Las jest inny niż u nas. Deszczowy. Gęsty. Czuć w nim życie. Dużo życia. Wszystko jest bardziej intensywne. Mocniejsze, szybsze, bardziej odczuwalne. Drzewa zdają się zamykać nad drogą. Jednocześnie widoczność jest dobra. To jakby wielka przestrzeń zamknięta z góry koronami drzew przepuszczającymi odrobinę słońca, podpierana tysiącami cienkich pni. Taka wycieczka pozostawia niesamowite wspomnienia.

Leeuwin-Naturaliste National Park, Zachodnia Australia

Dalej na południe dojeżdżamy do Hamelin Bay. Plaża jak inne. A jednak decydujemy się wyjść, przejść, zobaczyć co tam jest. Utwierdzam się w przekonaniu, że tu nie ma czegoś takiego jak zwykła plaża. Każda plaża jest niezwykła. Każda zachwyca. To wprost niesamowite i niemożliwe jak każde, na pozór takie samo miejsce może zachwycać. Przecież składają się z tego samego: piasku i wody. A jednak każda jest inna. Na swój sposób wyjątkowa. Jedna jest skąpana w słońcu. Druga bardziej tajemnicza. Jeszcze inna sprawia wrażenie sennej. Kolejna przeraża scenerią jak z horroru.

Hamelin Bay - jedna z piękniejszych plaż na południowym zachodzie Australii

Tu może nawet wiać i padać deszcz. Wyjście na plaże to zawsze niesamowita przygoda. Człapanie gołymi stopami po piasku. Łodzie leżące na plaży. Resztki starego molo gdzieś w wodzie. Zero ludzi naokoło. Znowu przepiękne miejsce tylko dla nas. Znowu możemy się nim cieszyć. Nie ma tłumów. Cisza, spokój. Ta energia w naturze. Tu naprawdę czuć to coś. We wszystkim co nas otacza. W Europie chyba jest za duże zagęszczenie ludzi. Za mało prywatności. Za mało okazji, żeby pobyć samemu. Żeby poczuć tą więź z naturą. Tutaj jest tylko natura. Człowiek tu tylko wpadł 300 lat temu. Jakby na chwilę.

własnoręcznie przyrządzone homary z grilla. Najlepsze jedzenie. Augusta, Margaret River, Zachodnia Australia

Nasza eskapadę na południe umilamy sobie dobrą kuchnią. Ponieważ zachowujemy zdrowy balans pomiędzy jakością a ceną, zamiast wybrać parówki po 6 AUD/kg, wybieramy mieszankę owoców morza za 10 AUD/kg. Dzisiaj wyjątkowo homar. Bo dlaczego nie? Wszystko sami grillujemy. Do tego oliwa, chilli, pietruszka, cytryna, czosnek, chleb i uczta gotowa. No i oczywiście pyszne białe wino. Zachwyceni Margaret River wybieramy jednak nowozelandzkie Pinot Gris marki Curious Kiwi, które jest zwyczajnie zjawiskowe. Jedzenie to najważniejsza część każdej podróży. To jedzenie stawia kropkę nad i, sprawia, że nasze doznania są pełniejsze. I nie musi dużo kosztować. Nawet w Australii da się jeść dobre miejscowe rzeczy w rozsądnych cenach. Nie tylko mielonkę…

Curious Kiwi - super wino z Nowej Zelandii, Australia

Naszym celem jest Augusta. W zasadzie nie sama Augusta ale pobliski Cape Leeuwin. Najdalej wysunięta na południowy zachód część Australii. W zasadzie to nie ważne. Tutaj, tak jak w Ameryce wszystko jest najdalej, najwyżej, jedyne itd. Taka miejscowa megalomania. Niepotrzebna. Bo tutaj wszystko jest piękne. W zachodniej Australii rządzi natura. Tutaj bardzo wyraźnie czuć, że człowiek jest tylko gościem. Jest niczym i nikim wobec natury. Widać to na każdym kroku. Siła natury – ogromne fale. Jej majestatyczność – przepiękne widoki z klifów.

Cape Leeuwin, Zachodnia Australia

W tym wszystkim jest zaskakująco mało człowieka. Z jednej strony niedaleko jest do cywilizacji. Małe miasteczka są niedaleko stąd. Pert jakieś 3-4 godziny drogi. Z drugiej jednak czujemy się jak odcięci od cywilizowanego świata. Zdani na łaskę natury. Która jest we wszystkim co nas otacza. I zdaje się to cały czas mówić.

Australia w Cape Leeuwin, Zachodnia Australia

Docieramy do końca naszej wyprawy – do latarni na Cape Leeuwin. Tu kończy się nasza przygoda z Australią. Chociaż do końca to nie wiemy. Bo Australia jest już w nas. Wszędzie. Na początku i na końcu. Wystarczy tu przyjechać raz i… Plusk! Jak śliwka w kompot. Wpada się. Z Australii można wyjechać, ale nie na długo. Bo Australia zostaje w nas. Na zawsze! Pytanie nie brzmi: czy tu wrócimy. Pytanie brzmi: kiedy. Jeżeli ktoś myśli, żeby wybrać się do Australii, lepiej zastanowić się dwa razy. To miejsce uzależnia. Ciężko nawet pisać o tym co tam się przeżyło. Bo chce się tam wrócić. Juuuuż…

 

Margaret River, Zachodnia Australia