Sypiące się tunele opuszczonej kolei Colesbukta Grumant - Spitsbergen

Marsz do Longyearbyen. Arktyka Hitchcocka

Rusanovodden rano. Wszyscy się rozchodzą. Każdy w swoją stronę. Chłopaki z Patrol-X ruszają do Longyearbyen o 4 rano, Finowie idą do Colesbukty polować na gęsi, pozostali myśliwi ruszają do łodzi, żeby płynąć dalej na polowanie. Zostaję chwilę sam. Przysiadam przed chatką i popijając herbatę pachnącą dymem z menażki parzącej w usta, spoglądam na drugi brzeg fiordu. Te góry, lodowce, obrazek idealny! Jedyne, co może mnie stąd przegonić to zimny wiatr. Słońce z każdym dniem jest coraz niżej, do tego jeszcze chowa się za górami. Praktycznie cały południowy brzeg fiordu Isfjorden znajduje się w cieniu przez cały dzień. W końcu zbieram się i ruszam wzdłuż powyginanych torów i przemoczonych porozrzucanych podkładów kolejowych. Po niecałym kilometrze zaczyna się drewniany tunel. Sowieci wybudowali 8-kilometrowy zamknięty tunel z drewna, w miejscu oddalonym o ponad 1000 km od najbliższego drzewa. Mieli rozmach.

Colesbukta - widok na Isfjord - Spitsbergen

Sypiące się tunele opuszczonej kolei Colesbukta Grumant - Spitsbergen

tunele opuszczonej kolei Colesbukta Grumant - Spitsbergen

Marsz przez tunel to przygoda sama w sobie. Mrok, zawieszone na suficie haki, jakieś żelastwo, walające się bezpieczniki. Nie wiadomo, kiedy i co się zawali. Cały czas patrzę pod nogi w poszukiwaniu dołów i dziur, nad głowę, żeby nie nadziać się na sterczące pręty i dookoła, przez wyłamane ściany, obserwuję okolicę w poszukiwaniu niedźwiedzia polarnego. Tunel zapada się, potem znowu stoi, dalej pozostał tylko sam szkielet, bez ścian. Stopniowo rozpada się i znika pochłaniany przez podmokłą, bagienną tundrę. W końcu pozostają tylko powyginane tory, które wyglądają jakby straciły już resztki nadziei. Odpuściły i powoli dają się pochłonąć naturze, ukorzyć się przed arktyczną nicością. Powoli są pożerane przez mróz, wiatr i lawiny kamieni. Spowite zimnym cieniem, to miejsce jest jeszcze bardziej niepokojące. Samotny marsz po tych torach przyprawia mnie o szybsze bicie serca i gęsią skórkę. Nie pomagają gęsi, których gęganie ni stąd ni zowąd rozdziera arktyczną ciszę.

dzikie gęsi nad torami Colesbukta Grumant Spitsbergen

pozostałości kolei Colesbukta Grumant - Spitsbergen

tory kolei Colesbukta Grumant - Spitsbergen

Docieram do miejsca, w którym tory znikają w tunelu kopalni Grumant. Dwa lata temu, kiedy szedłem tędy z grupą przyjaciół, szliśmy brzegiem, korzystając z odpływu. Tym razem wspinam się do góry po stromym i śliskim zboczu. Poprzednim razem zbocze wydawało się zbyt strome, aby się na nie wspiąć. Idę ostrożnie pomiędzy śliskimi kamieniami i wąskimi ścieżkami przykrytymi świeżą warstwą śniegu. Po półgodziny stoję już na półce skalnej 150 metrów ponad ruinami starej sowieckiej osady Grumant. Pode mną skąpane w cieniu opuszczone budynki, nad którymi wyrasta ogromny pięćsetmetrowy klif, bajecznie oświetlony zimnym arktycznym słońcem. Zatrzymuję się chwilę, żeby oddać się wspomnieniom. Zimna noc w domku, nocna warta przy kubku gorącej herbaty, polarny lis przemykający pomiędzy ruinami budynków, gęsi gęgające pośrodku polarnej nocy. Teraz patrzę na to miejsce po dwóch latach i widzę, że absolutnie nic się tu nie zmieniło. Czas stanął w miejscu. Arktyka powoli trawi pozostałości po ludziach. Nawet roztrzaskany wagonik leży w tym samym miejscu, co wtedy.

Widok z Grumant w stronę Colesbukty Isfjord Spitsbergen

Widok na Grumant - opuszczoną sowiecką kopalnię i Isfjord - Spitsbergen

Przenikliwe zimno nie pozwala mi się zatrzymywać na długo. Ruszam dalej. Teraz droga prowadzi w głąb doliny Grumantdalen, którą od zachodu zjada cień. Tam gdzie już nie ma słońca, w sinej ciemnej części doliny leży śnieg. Poleży tu jeszcze 10 miesięcy, aż znów słońce ogrzeje swoimi promieniami strome ściany doliny. Idę po gigantycznym rumowisku. Wszędzie kamienie. Wielkości arbuza, lodówki, samochodu. Każdego możliwego kształtu. Pokryte mokrym, śliskim śniegiem. Chodzenie po nich to mordęga. Co chwila się ślizgam, nogi się zapadają, wykręcają. Do tego cały czas muszę się kręcić, góra-dół, lewo-prawo, omijać kolejne głazy. I tak przez ponad 4 kilometry.

Dolina Grumant trekking Spitsbergen

Idę w cieniu i co i raz spoglądam na drugą stronę doliny skąpaną w resztkach jesiennego arktycznego słońca. Patrzę z zazdrością na ciemne szare skały, na których nie ma śniegu, tej śliskiej masy pokrywającej wszystko dookoła mnie. To zdecydowanie najgorszy odcinek marszu, jaki w życiu zrobiłem. W końcu widać światełko w tunelu, na końcu doliny jest łagodne podejście na skąpany w słońcu płaskowyż Gronberget, który doprowadzi mnie już prosto do Longyearbyen. Jeszcze tylko jedno poślizgnięcie, noga w zimnym strumieniu ukrytym pod lodem, ostatni stromy odcinek i jestem na słońcu. Nie ma już tych przeklętych kamieni. Pod nogami chrzęści świeży śnieg, który szczelnie pokrywa zmarzniętą tundrę.

Dolina Grumant, trekking po kamieniach, Spitsbergen

Nareszcie docieram do słońca! Moje zmarznięte ciało łapie każdy najmniejszy promień. Jesienne, nisko zawieszone słońce niemal nie daje ciepła, a teraz jest jak zbawienie. Nadal jest zimno, ale jakoś tak przyjemniej. Światło odbija się w śniegu i oszukuje moje zmysły. Oślepia mnie niemiłosiernie, znowu nieskończona biała masa powoduje, że gubię perspektywę, nie mogę rozpoznać ukształtowania terenu. Dla mnie to oślepiający płaski stół. Widzę tylko jakieś ślady butów. To one pozwalają mi utrzymać kierunek. Dopiero, kiedy zbliżam się do brzegu płaskowyżu, udaje mi się dojść do siebie. Dzięki idealnie przejrzystemu powietrzu doskonale widać cały fiord hen daleko. Mogę bez problemu zobaczyć helipad w Barentsburgu i dalej Kapp Starostin. Kiedy szedłem tędy ostatni raz, cały płaskowyż był spowity chmurami. To mu nadawało tajemniczości i niesamowitego klimatu i charakteru. Teraz, w pełnym słońcu widać tą nieskończoną przestrzeń, fiord, góry, lodowce. Arktyka w całej swej okazałości.

Trekking Spitsbergen - Bjorndalen i płaskowyż w śniegu

Widok na Isfjord z płaskowyżu przy dolinie Bjorndalen - Spitsbergen

Płaskowyż ciągnie się w nieskończoność. Idę po chrzęszczącym śniegu. Na zmianę męczy mnie palące słońce i lodowaty wiatr. A mimo to jest cudownie. Widoki wynagradzają wszystko. I ta pustka. Czuję, że jestem tu całkowicie sam. Dookoła nie ma nikogo. Jedyne ślady człowieka to ruiny porozrzucane po całym płaskowyżu. Jakieś deski, rury, stara chata, jakiś szyb pozostały po próbnych odwiertach. Wszystko pięknie zardzewiałe i powoli niszczejące, połykane przez Arktykę. Dookoła snują się tylko pojedyncze renifery. Z odległości ciekawie podążają za mną wzrokiem a kiedy tylko się zbliżę, uciekają w popłochu. W oddali majaczą już białe kopuły anten SvalSat – miejscowej stacji satelitarnej położonej na płaskowyżu Plataberget po drugiej stronie doliny Bjorndalen. – Już blisko – pocieszam się. Wczoraj przeszedłem prawie 45 kilometrów, dziś miało być tylko ok. 30 kilometrów, ale GPS mówi, że już zrobiłem ponad 25, a wiem, że do Longyearbyen zostało jeszcze co najmniej 15 km.

Isfjord widziany z płaskowyżu - widać Colesbuktę i Barentsburg - Spitsbergen

Renifer - Bjorndalen trekking Colesbukta - Longyearbyen, Spitsbergen

Płaskowyż nad Isfjordem - widok w kierunku Longyearbyen, Spitsbergen

W końcu droga w dół, z płaskowyżu Pilarberget do doliny Bjorndalen. Pamiętam z poprzedniej wyprawy – ostatni żleb – ten największy. Oczywiście schodzę za wcześnie, ślepy zaułek – po kilkunastu metrach w dół okazuje się, że dalej jest zbyt stromo. Trzeba wracać pod górę. Idę dalej, aż trafiam na właściwe zejście. Ogromny żleb wysypany dużymi kamieniami wydaje się niemniej stromy, ale udaje mi się znaleźć zejście. W końcu dwa lata temu tu podchodziłem! Droga w dół to mordęgą. Wchodzę z powrotem do świata cienia. Momentalnie robi się zimno i ciemno. I te cholerne kamienie. Jest stromo, pod nogami oblodzone kamienie. Wszędzie kamienie. Nienawidzę kamieni. Schodzenie tu to taniec śmierci. Każdy krok musi być dwa razy przemyślany. Wyważenie ciężaru, kijek tu, kijek tam. Udało się! Kolejny krok do przodu. Po śladach kogoś, kto szedł przede mną, widzę, że nie było łatwo. Kilka wywrotek, jeszcze więcej poślizgnięć i już.

Zejście z płaskowyżu do Bjorndalen - Spitsbergen

Piękna dolina Bjorndalen, Spitsbergen

W końcu po ponad godzinie walki jestem w Bjorndalen! Nareszcie! Koniec ze wspinaczką, ze schodzeniem, koniec z kamieniami. Jeszcze muszę przejść przez rzekę. W lecie jej forsowanie to nie lada wyczyn. Trzeba szukać brodu, ściągać buty, tyle zachodu. Teraz, znalezienie płycizny zajmuje mi kilkanaście minut. Rzeka rozlewa się szeroko po dolinie, ale pojedyncze nitki są płytkie. Kręcę się trochę, ale chyba bardziej już z lenistwa niż potrzeby. Szukam jak najwygodniejszego miejsca do przejścia. Jest! Hop! Hop! Hop! Kilka susów, w tył zwrot, przejście po kamieniach, jeszcze tylko sprint po cienkim lodzie i jestem na drugiej stronie. Radość z suchych butów nie trwa długo, bo wpadam w sam środek bagna. Tu jakimś cudem tundra jeszcze nie zamarzła i z każdym kolejnym krokiem zapadam się w gęstą mokrą breję, która dokładnie otula moje buty. Poddaje się i idę dalej, wiem, że koniec jest niedługo.

Piękna dolina Bjorndalen, widok na Isfjord, Spitsbergen

Droga z Bjorndalen do Longyearbyen - Spitsbergen

W końcu docieram do ścieżki. I domki! Pojawiają się domki! To hytty na przedmieściach Longyearbyen. Jeżeli w przypadku tego miejsca w ogóle można mówić o jakiś przedmieściach. To tu tydzień temu hulała niedźwiedzica z małymi. Teraz wszyscy o niedźwiedziu już zapomnieli i wszystko tu żyje swoim powolnym tempem. Przekraczam granicę cienia i jestem na zalanym czerwono-pomarańczowym słońcem wybrzeżu. Wszystko dookoła wydaje się płonąć jakimś zimnym płomieniem. Hytty są w większości puste. Tylko przy niektórych ktoś się krząta, ktoś coś reperuje, przybija, ładuje do auta, lub po prostu stoi w kurtce i patrzy na bajecznie piękną zatokę. Mimo słońca, robi się zimno. Bardzo zimno. Od fiordu zaczyna wiać lodowaty wiatr. Cały czas pocieszam się, że to już niedaleko, tymczasem droga ciągnie się niemiłosiernie. Do samego lotniska jest stąd 6,5 kilometra, a stamtąd kolejne… 13,5 km, czyli mam jeszcze nadal do zrobienia 20 kilometrów!

Droga z Bjorndalen do Longyearbyen - zachód słońca -Spitsbergen

Longyearbyen - zachód słońca -Spitsbergen

To chyba najcięższy odcinek. Prosta droga. Domki, lotnisko – te wszystkie fałszywe znaki, że to już prawie… już tuż tuż…. Jak na złość po drodze z lotniska nic nie jedzie. Nie ma o tej porze żadnych samolotów – wszystkie dwa dzisiaj – już przyleciały. Nici ze stopa. Idę więc i skupiam się na otoczeniu. Na ostatnich kolorach tej króciutkiej arktycznej jesieni, na ludziach stojących przy ognisku nad brzegiem fiordu, na zachodzącym słońcu rzucającym przepiękne różowe światło na Higrthfjellet po drugiej stronie Adventfjorden. Już prawie… odliczam kolejne punkty orientacyjne. Salon Toyoty w Longyearbyen, hotel Radisson, supermarket Coop, jeszcze tylko kawałek. W końcu dokładnie o dziewiątej wieczorem docieram do hostelu. Udało się! Jestem zmordowany, zmarznięty, obolały, ale szczęśliwy. I głodny. Pierwsze, po co sięgam to czarny cukierek z lukrecji. Nienawidzę ich, jak większość. Tym razem zjadłem cały. Ze smakiem. Co to trekking po Spitsbergenie robi z ludźmi…

Longyearbyen - znak ostrzegający przed niedźwiedziami polarnymi - Spitsbergen

Mój plan był bardzo ambitny. Nie był głupi ani szalony, bo na takie jestem już chyba za stary. Był odważny. Postanowiłem samemu przejść szlak z Longyearbyen do Colesbukty. Według mapy to jakieś 50-60km. W rzeczywistości okazało się, że wyszło ponad 90 km. Sam w dziczy, przy podwyższonym ryzyku spotkania niedźwiedzia polarnego. Zdany tylko na siebie. Na swoje decyzje i ich konsekwencje. Bez pomocy innych, bez wsparcia. Udało się. Mówię „udało” a nie „zrobiłem to”. Ponieważ myślę, że nadal sporo zależało od szczęścia. Pogoda dopisała w 100%. Śnieg na początku wyprawy szybko przeminął pozostawiając lekko zmarzniętą tundrę, po której łatwo było przejść. Dużo jednak zależało od moich decyzji, od orientacji i wybierania odpowiedniej drogi. W ciężkich warunkach nic mi się nie stało. Robiąc takie rzeczy samemu, bez żadnego wsparcia jest ciężej. Każda, na pozór łatwa decyzja zajmuje więcej czasu. Jest ciężko, brudno, ślisko i mokro. Nagrodą jest cudowna przygoda, niesamowita bliskość z naturą. I luksus bycia offline. W czasach, kiedy wszystko kręci się wokół telefonu, maila i fejsa, dobrze czasem się wyłączyć, podnieść głowę i popatrzeć dookoła. Bo świat jest piękny. To pozostaje na bardzo długo w umyśle. I w sercu. Dla takich chwil warto żyć.

Longyearbyen, Spistbergen

Książki o Spitsbergenie:

Ilona Wiśniewska, Białe

Bea Uusma, Ekspedycja. Historia mojej miłości