kubek kawy - ulice meksyku o poranku

Meksyk. Słońce, kwiaty i Frida Kahlo

Meksyk! Mexico City. Ogromne miasto rozlewające się pomiędzy górami i wulkanami. Ciągnie się kilometrami, dziesiątkami, szare budynki sięgają aż po horyzont. Oficjalne statystyku mówią, że mieszka tu 19 milionów ludzi, w rzeczywistości jest ich ponad dwa razy tyle. Szacuje się, że cały obszar metropolii zamieszkuje 36 milionów ludzi, czyli niemal tyle, co w całej Polsce. Droga z Puebla miała być prosta. – Dwie godzinki i jesteśmy – mówiliśmy sobie naiwnie. Już przywykliśmy do tego, że w Meksyku nie możesz mieć żadnego planu. Najpierw gigantyczne korki w Puebla, potem autokary parkujące na jednopasmowym wjeździe na autostradę. Najgorsze jednak to znaleźć właściwy zjazd w Mexico City. Raz przegapiony oznacza nadkładanie wielu kilometrów. Zły zjazd oznacza zanurzenie się niezbyt sympatyczne na pierwszy rzut oka przedmieścia, na których przechodnie zdają się dostrzegać każdy „obcy” samochód i bacznie go obserwują. Tu intruza wykrywa się od razu. Całe szczęście, że jesteśmy w ciągu dnia.

Mexico City czyli miasto Meksyk jest ogromne - żyje tu nawet 36 mln ludzi

Samo prowadzenie auta w Mexico City to nie lada wyzwanie. Usłyszałem gdzieś, że powinni za to wydawać specjalne uprawnienia i dyplomy. To prawda. Jazda po stolicy Meksyku jest szaleńcza. Tu nie ma żadnych zasad ruchu drogowego. Nie ma kierunkowskazów, nie ma pasów. Auta jadące na prawym pasie nagle skręcają w lewo. Kierowcy używają jedynie klaksonu. I to nie do ostrzegania, upominania czy „wymyślania” drugiemu kierowcy jak u nas. Tu klakson jest pozdrowieniem. Auta szaleją, trąbią, slalomują, ścigają się, na centymetry mijają pieszych próbujących forsować jezdnie. Zabójcze tempo, chaos i kompletny brak jakiejkolwiek orientacji. Wolna amerykanka, kompletny MEKSYK! Jeżdżenie tu to niewątpliwie atrakcja, ale wyłącznie dla ludzi o mocnych nerwach.

Naszą podróż po Meksyku odbyliśmy wypożyczonym autem - tu droga w stanie Chiapas, Meksyk

Błądzenie po mieście sprawiło, że zamiast rano, docieramy do centrum po południu. Tu rozstajemy się z naszym małym Nissanem, którym przejechaliśmy prawie 3 tysiące kilometrów po południowym Meksyku. Pani z wypożyczalni jest zwyczajnie zdziwiona, że nic nam się nie przydarzyło i że auto jest całe. Brudne, ale całe. Mówi, że mieliśmy wyjątkowe szczęście. Chyba tak! Trochę trudno się rozstać z autem. Mam tak często. Tyle razem przeszliśmy. Samochód towarzyszył nam w chwilach radości, grozy, zmęczenia. Mieliśmy niemal czołowe zderzenie z ciężarówką na górskich serpentynach Oaxaca, wjechaliśmy nim na plaże w San Escobilla, żeby wypuszczać maleńkie żółwie, przedzieraliśmy się przez dziecięce blokady w nieprzyjaznym Chiapas, pokonaliśmy setki tope, przeciskaliśmy się nim wąziutkimi uliczkami San Christobal de las Casas. Zapisaliśmy w nim masę historii. To jak papierowy przewodnik, który często po wyjeździe wygląda jak nieszczęście – brudny, poplamiony, pognieciony. Z całą historią wyjazdu zapisaną w tych niedoskonałościach. W wypożyczonych autach tego nie ma. Oddajemy je i koniec. Zostają tylko wspomnienia. Szkoda, że auta nie mają pamięci, czarnej skrzynki, którą można by sobie zgrać.

Spacer ulicami Mexico City - Meksyk

wesołe ulice Mexico City - Meksyk

Zgiełk i zabójcze tempo głównych arterii Mexico City zupełnie ustaje w samym sercu miasta. Naszą bazą wypadową jest okolica Insurgentes, czyli Zona Rosa – niegdyś dzielnica handlowa, teraz odrestaurowana, przepiękna, tonąca w soczystej zieleni, która chroni przed żarem lejącym się z nieba. Przez ulice sunie co i raz rzeka samochodów, ale radosna atmosfera miasta zdaje się to drogowe szaleństwo. Tonące w słońcu ulice. Kwiaty! Mnóstwo kwiatów. Ich odurzający zapach sprawia, że niemal w ogóle nie czuć tu spalin. W powietrzu unosi się to coś. Jakaś wesołość, ciepło, słońce, radość. Czuć to od razu po wyjściu na ulice Mexico City. To miasto kipi latynoskim temperamentem. Ludzie się uśmiechają, są ekspresyjni, z barów leci muzyka, przed domami ludzie popijają zimne piwo, ponad głowami wiszą jeszcze kolorowe bożonarodzeniowe piniaty, pomiędzy zielonymi drzewami przemykają kolibry. Tak bardzo chce się tu chodzić!

Coyoacan - kolorowa dzielnica Mexico City - Meksyk

Kolejka do muzeum Fridy Kahlo w Meksyku

Zwiedzanie Mexico City zaczynamy od Museo Frida Kahlo . Casa Azul, czyli niebieski dom, to miejsce, w którym urodziła się, mieszkała i zmarła Frida. W Meksyku znajduje się jeszcze drugie muzeum – Museo Casa Estudio Diego Rivera y Frida Kahlo. To studio malarki znane z filmu „Frida”. Na oba niestety nie mamy czasu a Casa Azul wydała nam się ciekawsza, jako dom rodzinny malarki. Droga do muzeum prowadzi przez serce dzielnicy Coyoacan, pomiędzy przepięknymi kolonialnymi domkami częściowo schowanymi za drzewami i kwitnącymi krzewami. Zewsząd biją kolory, radość i życie. Labiryntem ulic docieramy do Muzeum. Widać je z oddali. Charakterystyczny niebieski mur i dziki tłum. Stajemy w kolejce, ale po chwili okazuje się, że to dla osób z wykupionym biletem on-line. Kolejka dla pozostałych jest za rogiem. Kilka razy większa. No tak… sobota! Stajemy jednak karnie i czekamy. Zaczyna się robić dość późno i powątpiewamy czy w ogóle dziś się uda, ale przychodzi pani z obsługi, która ogłasza, że dodrukowują bilety i licząc ludzi daje każdemu małą naklejkę z numerkiem, które należy wymienić na bilet.

Muzeum Fridy Kahlo - Meksyk - kolejka przed wejściem

pod muzeum Muzeum Fridy Kahlo - Meksyk

Kolejka dłuży się niemiłosiernie a słońce zaczyna być męczące. Ludzie rozchodzą się na wszystkie strony w poszukiwaniu cienia. Ogonek zamienia się w dziwny elastyczny organizm, który co i raz się rozlewa i z powrotem zbiera w jedną całość. Czekanie tu to chyba normalka. Obsługa muzeum jest przyzwyczajona – chodzi i rozdaje parasole. Co i raz podchodzą obnośni sprzedawcy. Sprzedają jedzenie, przekąski, napoje, pamiątki, jakieś drewniane rzeźbione grzebienie, mango, popcorn, orzeszki, churros, słowem wszystko, czego człowiek czekający na wejście do muzeum może potrzebować. Co dziwne, ludzie to kupują. Meksykanie cały czas coś jedzą. Ciamkają, skubią, chrupią, przeżuwają. W kolejce, w metrze, na plaży, w muzeum. Cały czas. Kiedy tylko pojawi się okazja do kupna czegokolwiek, od razu ku handlarzom rzucają się tłumy. Oglądają, dotykają, mierzą wzrokiem, wąchają, po czym kupują i zaczynają konsumpcję.

Casa Azul - muzeum Muzeum Fridy Kahlo - Meksyk

Casa Azul - piramida w ogrodzie muzeum Muzeum Fridy Kahlo - Meksyk

Po dobrze ponad 1,5 godziny spędzonej w kolejce, w końcu jesteśmy w muzeum. Najpierw wchodzimy do domu Fridy i Diego. Wewnątrz wystawione obrazy. Niesamowite portrety w tym niepowtarzalnym stylu. Mają w sobie coś infantylnego i przerażająco dorosłego zarazem, podszyte jakimś niepokojem i tłumionym gdzieś głęboko bólem. Przechodzimy przez kolejne pokoje i przenosimy się do tego abstrakcyjnego, kolorowego świata malarki. Kuchnia Fridy pełna barwnych naczyń, pięknych garnków, z ogromnym kominkiem. Wszystko tu wygląda jak gigantyczny dom dla lalek. Wspaniałe czarno-białe fotografie przywołują ducha tamtych czasów. Od razu przypominam sobie fragmenty pięknego filmu Frida w reżyserii Julie Taymor. Scena wesela Fridy i Diego czy niezapomniana scena tango z Tiną Modotti.

Muzeum Fridy Kahlo, Meksyk
Fot. Museo Frida Kahlo

 

Muzeum Fridy Kahlo, Meksyk
Fot. Museo Frida Kahlo

 

Muzeum Fridy Kahlo, Meksyk
fot. Museo Frida Kahlo

 

Muzeum Fridy Kahlo, Meksyk
fot. Museo Frida Kahlo

Casa Azul - tabliczka pamiątkowa w muzeum Muzeum Fridy Kahlo - Meksyk

Eksponaty zebrane w muzeum odkrywają złożoność życiorysu Fridy Kahlo. Jej żywiołowy i trochę patologiczny zarazem związek z Diego Riverą, sympatia do komunizmu i Związku Radzieckiego, wypadek i kalectwo, które doprowadziło do bezpłodności i śmierci malarki. Najbardziej emocjonalnym miejscem w muzeum jest chyba sypialnia i łóżko Fridy, do którego była przykuta przez ostatnie lata życia. Wstrząsająca jest wystawa strojów Fridy, które zostały odkryte przez przypadek kilka lat temu na poddaszu domu. Szczególnie poruszają buty ortopedyczne różnej wysokości i gorsety, w których chodziła Frida. Narysowane na nich dzieci w łonie matki, krwawiąca Frida, sierp i młot i inne symbole niespełnienia i nieszczęścia szokują, zadziwiają, smucą, ale przede wszystkim budzą podziw dla tak niesamowicie silnej kobiety, której przyszło zaznać tyle nieszczęść.

Rosca de Reyes - tradycyjne ciasto na trzech króli - Meksyk

Zapada wieczór, ulice Mexico City pustoszeją, zaczyna po nich nieśmiało hulać wiatr. Robi się chłodno, w powietrzu migają wszędzie kolorowe światełka Coyoacan. Wracamy nieco przytłoczeniu życiorysem Fridy Kahlo. Na osłodę chcemy sobie sprawić rosca de reyes, czyli królewski krąg – tradycyjne meksykańskie ciasto jedzone na Trzech Króli. Widzieliśmy je przez ostatni tydzień dosłownie wszędzie. W ostatnich dniach jest apogeum, dosłownie wszędzie widzimy ludzi maszerujących z ogromnymi pudłami rosca de reyes. Problem jednak w tym, że wszystkie ciasta są ogromne – mają minimum 30 cm średnicy. Chodzimy od piekarni do piekarni i pytamy, ale patrzą na nas jak na dziwaków. Kiedy w końcu trafiamy do kawiarni i chcemy kupić po prostu po kawałku, okazuje się, że mają małe ciasto. Nareszcie! Kiedy zadowoleni z siebie wracamy do hotelu, wstępujemy jeszcze do 7-Eleven, a tam co? Oczywiście małe rosca de reyes – wielkości pączka, czyli takie, którego szukaliśmy – pięciokrotnie tańsze niż to, które przed chwilą kupiliśmy. Ciasto okazuje się po prostu słodkim chlebem z odrobiną bakalii. Proste, ale smaczne. W sam raz na wieczorne łasuchowanie.

Ulice Meksyku - Mexico City - o poranku

Słońce i zapach kwiatów - Ulice Meksyku - Mexico City - o poranku

Rano ruszamy na polecany Mercado de Medellin – miejscowy targ z warzywami, owocami i specjałami meksykańskiej kuchni. Ponieważ to niedaleko od hotelu, wybieramy spacer. Z dala od zgiełku głównych ulic, idziemy sobie pustymi, tonącymi w zieleni ulicami. Trafiamy akurat na porę, w której wstające słońce zdaje się zalewać ulice. A może po prostu ktoś tak specjalnie zaprojektował miasto, żeby zza drzew i pachnących kwiatami krzewów przebijały cieplutkie promienie słońca. Pamiętam to uczucie z Buenos Aires, gdzie ulice tonęły w słońcu. Powietrze było gorące, mimo wszechobecnej zieleni, miasto oślepiało. Podobnie jest tu w Meksyku. Słońce i drzewa sprawiają, że nawet mniej widowiskowe rejony latynoskich stolic sprawiają wrażenie tak przyjemnych, sympatycznych i ciepłych.

Mercado de Medellin - bazar z jedzeniem - Meksyk

Mercado de Medellin - papryka - Meksyk

O dziwo, Mercado de Medellin okazuje się dopiero otwierać. Niedzielny poranek to w Meksyku chyba nie najlepszy czas na zakupy. Na szczęście stoiska z jedzeniem są już czynne, możemy więc spokojnie ruszać w ten wspaniały świat zwieńczony barwnymi piniatami podwieszonymi pod sufitem. Kolory, zapachy, smaki, przez które przechodzimy dosłownie przyprawiają o zawrót głowy. Od świeżego zapachu kolendry przy stoiskach z zieleniną aż wyskakuje gęsia skórka! Coś pięknego. Dalej świeże owoce. Maleńkie mango, miękkie i soczyste dosłownie powalają swoim zapachem. Powąchanie któregoś z nich grozi wielką, nieskończoną miłością. W końcu papryki. Ogromne stosy suszonej papryki. W powietrzu unosi się odurzający zapach. Jak zwykle nie mogę się powstrzymać. Wącham kolejne rodzaje a właściciel tłumaczy, co jest co. – ancho, mulato, pasilla, piquin, cascabel, chipotle, guajilla, morita, arbol, puya – wszystkie te egzotyczne nazwy są jak muzyka. Różne kolory, kształty, wielkość i oczywiście zapach – jedna wędzone, inna bardziej orzechowa, ta ziemista, tamta ostra. Można by o tym napisać książkę.

taco z kaszanką na mercado de medellin - Meksyk

Mercado de Medellin, Meksyk - Papież i Chicharrones

Jedzenia jest jeszcze mało, ale zatrzymujemy się przy małym stoisku serwującym tacos. Widać, ze to jedno z tych, których właściciel robi to dzień w dzień, od lat i doszedł do perfekcji. Do wyboru praktycznie każda część świni i kurczaka, w różnych sosach i o różnym poziomie ostrości. Asekuracyjnie wybieram taco z kaszanką i wątróbką. Jest tłuste, na pewno niezdrowe, ale tak bosko pyszne. I ta radość właściciela, kiedy widzi, że mi smakuje. Na części mięsnej zatrzymujemy się przy stoisku z chicharrónes, czyli czipsami ze świńskiej skóry. To meksykański przysmak wchłaniany z salsą verde. Tłusty, ciężki i niezdrowy – bomba cholesterolowa – smakuje jak chrupiący smalec. Nas jednak nie przywiodła do stoiska grzeszna chrupkość chicharrones, ale zdjęcie Papieża. Jan Paweł II ciepło uśmiecha się do nas zza płatów smażonej świńskiej skóry. W Meksyku kult Ojca Świętego posunął się aż tak daleko.

kubek kawy - ulice meksyku o poranku

Ulice Mexico City - Meksyk

Z Mercado de Medellin ruszamy do centrum. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na kawę i kanapkę, w końcu taco z kaszanką było małe. Przysiadamy przy stoliku na ulicy i rozkoszujemy się słońcem miło muskającym nas po twarzach. Popijamy gorący aromatyczny napój o przyglądamy się koliberkom buszującym pomiędzy drzewami. Ulice Mexico City są takie piękne. Każdy, najmniejszy element sprawia, że nasze serca wypełnia szczęście. Piękne światło, kolory rozwieszonych nad ulicą piniat, zapach kwiatów, uśmiechnięci ludzie i jeszcze te koliberki. Ich wibrujące skrzydełka. Nawet szare budynki, jakieś pomazane ściany i krzywy chodnik nie są w stanie zepsuć wrażenia. Piękno tu dominuje nad nieśmiało wyglądającymi brzydotą i rozkładem. Taki Meksyk chciałbym na zawsze zapamiętać.

Zocalo - Mexico City - Meksyk

Catedral Metropolitana - Mexico City - Meksyk

Po śniadaniu metrem docieramy do Zocalo – czyli głównego rynku Mexico City – zwanego również Plaza de la Constitucion. To tu znajduje się serce miasta. Ogromny, zazwyczaj pusty plac, na którego środku powiewa ogromna meksykańska flaga, jest dziś niestety jeszcze ogrodzony po sylwestrowych imprezach. Ginie też ów imponujący maszt z flagą. Przytłaczają go świąteczne dekoracje, pozostałości sceny, barierki, jakieś baraki. Naokoło tej makiety przetaczają się tumy ludzi. Pierwsze, co na Zocalo rzuca się w oczy to ogromna i surowa a zarazem przepiękna Catedral Metropolitana i przyklejony do niej Sagrario Metropolitano. Oba budynki zachwycają setkami rzeźb i płaskorzeźb, niesamowitymi barokowymi zdobieniami. Akurat trafiamy na mszę odprawianą przez arcybiskupa Mexico City, więc możliwości zwiedzania mamy ograniczone. Wnętrze katedry to abstrakcja, ogromne, na pozór oszczędne – jak w kościołach protestanckich – co chwila trafiamy jednak na ociekające złotem ołtarze. Wyglądają jakby je ktoś tam dokleił na siłę. Do tego ogromne telewizory LCD transmitujące mszę. Meksyk to stan umysłu.

Azteccy tancerze na Zocalo - pokaz tańca Mexico City - Meksyk

Azteccy tancerze na Zocalo - Mexico City - Meksyk

Azteccy tancerze i ich przedstawienie na Zocalo - Mexico City - Meksyk

Wychodząc z katedry momentalnie zmieniamy klimat. W środku mistyczny chłód i błagalne śpiewy. Na zewnątrz niemiłosierny upał, bicie bębnów i duszący zapach kadzideł czy jakiś palonych liści. Spomiędzy tłumu ludzi wyróżniają się postacie ubrane w azteckie stroje, ozdobieni piórami. To Danzates Aztecas znani również jako Concheros. Wykonują tu tańce azteckie ku uciesze turystów, ale i samych Meksykanów. Okadzają ludzi, smarują jakimiś specyfikami, odprawiają przy nich jakieś modły. Potem tańczą w rytmie bębnów a na koniec zbierają pieniądze. Wygląda to na tani chwyt, pokazówkę dla turystów, ale ewidentnie się sprawdza. To dość smutne. Z drugiej strony to sposób na życie. Zarabiają tak Indianie, którzy setki lat temu zostali najechani i podbici. Ich styl życia, wiara i zwyczaje okazały się gorsze i zostały niemal wyplenione przez najeźdźców. W zamian narzucono im obcą wiarę, nowe zwyczaje. Ich życie zostało zastąpione innym, niekoniecznie dla nich lepszym. Chyba więc nie mam prawa ich oceniać.

Templo Mayor - świątynia Azteków w centrum Meksyku

Templo Mayor - ruiny świątyni Azteków przy Zocalo w centrum Meksyku

Zaraz za tancerzami, na tyłach katedry znajduje się Templo Mayor. Przed przybyciem Hiszpanów stała tu piramida Teocali de Tenochtitlan. Ogromna, wielopoziomowa, rozbudowywana przez pokolenia. Wybudowana została w miejscu, w którym Aztekowie dostrzegli swój symbol – orła z wężem w dziobie siedzącego na kaktusie. To też jest symbol Meksyku. Miejsce to uważano za centrum wszechświata. Zrównane z ziemią przez Hiszpanów, zostało odkryte na nowo 40 lat temu, kiedy przypadkiem elektrycy natrafili na kamienne dyski Azteków. Wtedy podjęto decyzję o wyburzeniu kilku kolonialnych budynków i prowadzeniu prac archeologicznych na Templo Mayor.

Templo Mayor - ruiny świątyni Azteków w centrum Meksyku a obok kolonialne kamienica

Templo Mayor - Zocalo - ruiny świątyni Azteków w centrum Meksyku

Ruiny Templo Mayor są niesamowite. Chodzimy pomiędzy kamiennymi korytarzami, kolejnymi warstwami ogromnej piramidy, która niegdyś tu stała. Możemy podziwiać odkrywane na nowo pozostałości wspaniałej cywilizacji Azteków. Wszystko to, co zostało kiedyś zniszczone, podeptane, rozebrane na surowiec i zakopane, teraz odzyskuje chociaż część blasku. W tych poczerniałych kamieniach zapisana jest smutna historia Azteków. Z płaskorzeźb spoglądają na nas twarze azteckich bogów, na ścianach widać głowy węży, jaguary, wojowników i kapłanów, którzy wyłaniają się nieśmiało z niebytu zniszczonych malowideł. Ponad tymi ruinami, pozostałością starego świata spokojnie unoszą się piękne kolonialne kamienice. Na dachach i tarasach ludzie pod parasolami popijają kawę i spoglądają na ruiny.

Templo Mayor - ruiny świątyni Azteków w centrum Meksyku

Templo Mayor - pozostałości świątyni Azteków w centrum Meksyku

Nowoczesność kontra historia. Biały człowiek kontra Aztekowie. Najbardziej jednak uderza mnie górująca ponad ruinami Katedra. Nie mogę się od niej uwolnić. Jakież to symboliczne. Ogromna Catedral Metropolitana spoglądająca z góry na ruiny Templo Mayor, zrównane z ziemią przez Hiszpanów. Kościół niemal wyrastający ze zgliszczy. Zbudowany dzięki wyzyskowi i mordowaniu rdzennych mieszkańców Ameryki, często w imię boga, który ma w tymże kościele swój dom. Góruje nad ruinami świata, który jego wyznawcy zniszczyli, zrównali z ziemią. Nad świątynią kultu, który dosłownie wdeptał w ziemię, unicestwił.

Templo Mayor - muzeum ruiny świątyni Azteków w centrum Meksyku

Templo Mayor - muzeum Meksyk - eksponaty

Templo Mayor - muzeum - płaskorzeźby Azteków z wykopalisk - Meksyk

Chodzenie po Templo Mayor jest dość męczące. Psychicznie, jeżeli pomyśli się o tych wszystkich okrucieństwach, jakich dopuścił się tu biały człowiek, ale i fizycznie – żar dosłownie leje się z nieba. Ruiny Templo Mayor nie dają ani centymetra kwadratowego cienia. Z przyjemnością więc chowamy się w muzeum, w którym trzymane są co cenniejsze znaleziska z wykopalisk. Wszystkie te rzeźby, płaskorzeźby i malowidła przenoszą nas setki lat wstecz, do czasów Azteków. Niektóre eksponaty sprawiają, że moje ciało przeszywa dreszcz. Wspaniałe maski przedstawiające ptaki, figury mitycznych postaci człowieka-ptaka, węża-ptaka. Inny świat!

Spacer po centrum Mexico City - Meksyk

Pasteleria Ideal - ciastka - Mexico City - Meksyk

Z Templo Mayor wracamy na Zocalo i przeciskając się pomiędzy dziesiątkami sklepów jubilerskich przy placu, docieramy do 16 de Septiembre, którą zmierzamy w kierunku Torre Latinoamericana – na najwyższy punkt widokowy w Mexico City. Przeciskamy się w tłumie pośród dziesiątek sklepów i restauracji. Wygląda jakbyśmy trafili na główną ulicę handlową. Przystajemy przy niepozornej cukierni Pasteleria Ideal. W środku raj! Dziesiątki półek z najróżniejszymi słodyczami – pączki, ciastka, ciasta – do wyboru do koloru. Zapach świeżo pieczonego ciasta, dulce de leche, czekolady i wanilii. Bierzemy tackę, szczypce i ruszamy na polowanie. Potem z tacką do pani, która pakuje słodkości w papier i obwiązuje czerwono białym sznurkiem – jak w dzieciństwie. Potem daje karteczkę, z karteczką do kasy, płacenie i z paragonem można odebrać swoją paczuszkę.

Pasteleria Ideal - torty - Mexico City - Meksyk

Pasteleria Ideal - setki tortów- Mexico City - Meksyk

Idziemy po schodach na pięto cukierni a tam szok. Ogromna przestrzeń, kilka pomieszczeń, wszystkie zastawione setkami ogromnych tortów. Białe, różowe, błękitne, żółte, kolorowe. Wszystkie możliwe kształty i konfiguracje – okrągłe, kwadratowe, piętrowe, małe duże. Na wszystkie możliwe okazje – oczywiście na urodziny, chrzciny, komunie, śluby i wszystkie inne okoliczności. Niektóre wyglądem przypominają baśniowe pałace, inne to ciężarówki czy małe syrenki. Chodzimy między tymi modelami i nie możemy uwierzyć. To jest jakaś abstrakcja. Coś jak salon samochodowy tyle, że zamiast auto stoją torty. Setki tortów!

Torre Latinoamericana - punkt widokowy w Mexico City - Meksyk

Panorama Mexico City - widok na Zocalo - Torre Latinoamericana - Meksyk

Panorama Mexico City - widok z Torre Latinoamericana - Meksyk

Docieramy w końcu do Torre Latinoamericana. To szpetny wieżowiec z lat ’50. Kiedy został wybudowany, był najwyższym budynkiem w Ameryce Łacińskiej. Najwyraźniej lata wielkości ma dawno za sobą, ale ma to, czego pożądamy – taras na 44 piętrze. Po standardowej kolejce i krótkiej jeździe skrzypiącą windą jesteśmy na górze. Można podziwiać panoramę Mexico City przez przybrudzoną szybę, ale my wolimy wdrapać się jeszcze wyżej, na odkryty taras. Wyjście na taras jest jak jakaś eksplozja. Mexico City w jednej chwili się uwalnia, zaczyna nas otaczać, otulać, jakby tworzyło się na naszych oczach. Dopiero stąd widać, jaki Meksyk jest gigantyczny. Wieżowce i domy rozlewające się po całym płaskowyżu, otoczone ze wszystkich stron górami majaczącymi niewyraźnie za grubą warstwą szarego smogu.

Panorama Mexico City spowitego smogiem - Torre Latinoamericana - Meksyk

Panorama Mexico City - Torre Latinoamericana - Meksyk

Kolejne dzielnice Mexico City wspinające się po coraz bardziej stromych zboczach, siatki ulic niknące gdzieś na horyzoncie. Spowite smogiem miasto i wieżowce wydają się być jakąś senną marą, baśniową krainą. Nad miastem co chwila przelatują podchodzące do lądowania samoloty. Mijają nas i dają nura w może budynków. Mexico City jest piękne, pełne słońca, tętni życiem. Ten ogromny las z betonu, szkła i stali aż kipi życiem. Słychać tu szaleńczy szum miasta – klaksony, hamulce – wszystko to jakby szybsze, bardziej żywiołowe niż gdzie indziej. Tu nie ma smętnego miejskiego zgiełku grzęznącego w upale. Tutaj jest jakby orzeźwiony chodnym górskim powietrzem i doprawiony latynoskim temperamentem. Tu wszystko musi być duże, szybkie i z fantazją. Jak Palacio de Bellas Artes – czyli muzeum sztuk pięknych – znajdujący się zaraz pod nami.

Palacio de Bellas Artes - Mexico City, Meksyk

Palacio de Bellas Artes - widok z przodu - Mexico City, Meksyk

Bajecznie piękny budynek, połączenie neoklasycyzmu, secesji i art-deco, czyli wszystkiego, co najbardziej kocham w architekturze. Ogromna, monumentalna, bryła z kolumnami zmiękczona i ocieplona obłymi kształtami i motywami roślinnymi. Do tego przepiękna kopuła w jaskrawych kolorach – pomarańczy i żółci – zdaje się płonąć. Od razu zapragnęliśmy wejść do środka, zobaczyć wystawy, szczególnie jeden eksponat – El hombre controlador del universo – mural Diego Riviery znany z filmu Frida. Ten, który został przygotowany dla Rockefellera. Miał zdobić Rocekefeller Center w Nowym Jorku, jednak został zniszczony ze względu na swoje antykapitalistyczne przesłanie (był na nim m.in. Lenin i wiele nawiązań do komunizmu i ZSRR. Riviera odtworzył swoje dzieło. Teraz znajduje się w Palacio de Bellas Artes. Niestety kolejka do muzeum jest tak duża, że rezygnujemy.

Casa de los Azulejos - Mexico City, Meksyk

Casa de los Azulejos - wnętrze, restauracja Sanborns - Mexico City, Meksyk

Zamiast do Palacio de Bellas Artes idziemy do pobliskiego Casa de los Azulejos. XVI-wieczna kamienica obłożona przepięknymi biało-niebieskimi kafelkami azulejos, które były wożone na statkach jako balast. W środku starego budynku znajduje się Sanborns. To dziwaczne połączenie restauracji, sklepu w stylu Empiku i apteki. Wszystko w jednym miejscu. W środku dziesiątki stołów i panie w tradycyjnych strojach kursujące pomiędzy nimi. Jest luksusowo. Kręcimy się po budynku zachwycając się kafelkami na ścianach i na suficie, przepięknymi drewnianymi wykończeniami i meblami. Pachnie tu kawą, ciastem i drewnem starego domu. Trochę tak po babcinemu. Takie sklepy cynamonowe.

Casa de los Azulejos - przepiękne wnętrza - Mexico City, Meksyk

Casa de los Azulejos - ogromna piniata w restauracji Sanborns - Mexico City, Meksyk

Idziemy na piętro. Tam kolejna restauracja, tym razem mniejsza, droższa i jeszcze bardziej luksusowa. Chodzimy po kolejnych pokojach, zaglądamy, oglądamy, dotykamy. Spoglądamy na siedzących w dole ludzi, przyjemny gwar kawiarni. Kiedyś było tu odkryte patio, teraz zabudowane, zamieniło się w jeden wielki budynek z kilkoma poziomami i krużgankami. Ponad nami, pod przeszklonym sufitem zwisa gigantyczna kilkumetrowa piniata. Moja pierwsza myśl to znaleźć wystarczająco długi kij i ją rozbić, aby na siedzących poniżej ludzi spadł deszcz słodyczy ze środka. Mimo komercjalizacji, mimo tego, że to miejsce zostało zamienione na zwyczajną restaurację, udało się zachować jego duszę. Te wspaniałe, przepiękne wnętrza nadal tętnią życiem, historią, zachwycają i przyprawiają o szybsze bicie serca.

El Ángel de la Independencia - pomnik niepodległości, Mexico City - Meksyk

Wracamy na Insurgentes, do naszego hotelu. Trzeba się pakować. Jutro rano przecież wracamy. Cały czas chce chłonąć to miasto. Pokój hotelowy wydaje się w tej chwili więzieniem. Jeszcze nie czas wracać. Idę się przejść po okolicy, szukam sklepów, w których można kupić jakieś pamiątki, tequilę, ostry sos, coś, co będzie nam przypominało o Meksyku. Docieram na Paseo de la Reforma, pod El Ángel de la Independencia, czyli statuę niepodległości. Dookoła grupki ludzi po prostu siedzące na schodkach, rozmawiające, śmiejące się. Ulica przecina Mexico City na pół. Po obu stronach w niebo strzelają wieżowce, niżej stoją piękne domy i kamienice. Połączenie nowoczesności i tradycji. Ulice pachną kwiatami, dookoła szumią drzewa.

El Ángel de la Independencia - pomnik niepodległości - zachód słońca - Mexico City - Meksyk

Czas jak zawsze płynie za szybko. Jest go zbyt mało. Przechodzi przez palce, nie wiadomo kiedy. Powoli zapada wieczór. Cienie rzucane przez wieżowce wydłużają się. Dookoła robi się ciepło, pomarańczowo-różowo. Moja ukochana pora dnia. To przejście pomiędzy dniem a nocą. Patrzę na zniżające się słońce i myślę o Meksyku. Ten kraj potrafi w rozkochać. Przepiękna natura, wprost niewiarygodna historia, która cały czas jest odkrywana. Ruiny miast pośrodku dżungli, wspaniałe, mityczne cywilizacje Azteków, Majów. Meksyk może wkurzać natrętnymi sprzedawcami. Może też przerażać – powszechna przestępczość, napady, gwałty i morderstwa, które nie omijają nawet przyjezdnych nie ułatwiają przygody z Meksykiem. Tu lepiej nie ruszać się z hotelu po zmroku, nie jeździć po odludziach, nie zatrzymywać się byle gdzie. A jednak wszystkie te niedogodności sprawiają, że jeszcze bardziej docenia się to miejsce. Trzeba tylko pamiętać o zdrowym rozsądku i ostrożności. Meksyk jest wspaniały, ogromny i tak bardzo złożony. Trudno go poznać, trudno się go nauczyć, jeszcze trudniej zrozumieć. Kto raz tu przyjedzie, na pewno szybko nie zapomni tego miejsca. Będzie chciał wracać, poznać, zrozumieć. Meksyk to niekończąca się nauka. Życia – ze wszystkimi jego odcieniami.

Mexico City, Meksyk