Widok na Melbourne od strony mariny. Victoria, Australia

Melbourne. Let’s be friends!

Zwiedzanie zazwyczaj oznacza dziesiątki kilometrów przechodzonych po mieście. kościoły, pomniki, muzea, galerie. Wszystko trzeba zobaczyć. Odstać swoje w kolejce. Kupić bilet. Obejrzeć. Posłuchać. Przeczytać w przewodniku. Zrobić sobie zdjęcie z zabytkiem w tle. Przy okazji, będą na min dziesiątki innych takich jak my pielgrzymów. Inaczej się nie liczy. Otóż nie. Dla mnie nie ma zwiedzania. Jest po prostu – bycie gdzieś. Po co tam jadę? Nie żeby zwiedzać, ale żeby tam być. Przede wszystkim, żeby poczuć to miejsce. Niezależnie od tego jak mało mam na to czasu. A czasu oczywiście zawsze jest za mało.

Street art w Melbourne, Victoria, Australia

Jadąc do Melbourne w zasadzie nie wiedziałem czego się mogę spodziewać. Czytałem trochę o tym mieście. Co wiedziałem? Że jest duże. Że jest wyluzowane. Że rywalizuje z Sydney – jak wszystkie inne miasta w Australii – o miano tego naj. Miało też być mocno alternatywne. Melbourne hipsterem miast. Przeczytałem to wszystko, ale nie wiedziałem jak to wszystko połączyć. Jak to razem zagra. Zagrało. To Melbourne.

Vespa w wersji australijskiej - na murze. Melbourne, Australia

Mój pierwszy kontakt z miastem to Fitzroy. Chyba najbardziej hipsterska dzielnica. To jedna z najstarszych dzielnic miasta. W niej też średnia wieku mieszkańców była najwyższa. Od kilkunastu lat Fitzroy zaczęło przyciągać alternatywę. Efekt jest niesamowity. To miejsce trudno mi porównać do czegokolwiek co do tej pory widziałem. Stare wiktoriańskie domy ustawione w rządkach. Dużo czerwonej cegły. Przepiękna architektura. Okna, w które można patrzeć godzinami. Detale. Zakończone półkolami. Łukami. Prześliczne fasady pełne płaskorzeźb. Kute balustrady na balkonach.

dzielnica Fitzroy, czyli Melbourne w swojej wiktoriańskiej odsłonie. Victoria, Australia

Malowniczego charakteru dopełniają rzędy samochodów zaparkowanych przy ulicy. Widok niby zwyczajny, ale jednak cieszy. Bardziej niż auta, które widzimy u nas w miastach. Wszystko jest jakoś uporządkowane. Artystyczny nieład. Co jakiś czas spomiędzy rzędów domów eksploduje zieleń. Drzewa, krzewy. Jest życie w tym mieście!

Spacer po ulicach Melbourne, Australia

Na przemian z idealnymi wiktoriańskimi uliczkami, przebijają co jakiś czas duże magazyny i stare zakłady. Krwiście czerwona cegła. Industrial. Wszystko jakby naturalnie zagospodarowane. Wszędzie lofty albo squaty. Sztuka uliczna jest tu niemal wszędzie. Nie widzę ani jednego niezagospodarowanego skrawka ściany. Jakby brzydka szara ściana nie miała tu racji bytu. Jakby nie było brudu i miejskiego syfu.

kolejne murale w Melbourne, Australia

Być w tym miejscu to niesamowite uczucie. Nic się nie zwiedza. Po prostu się snuję po ulicach. Głowa zadarta do góry. Upajam się widokiem wiktoriańskich domów. To nie jest jednak zabytkowa dzielnica. Co chwila jestem bombardowany abstrakcyjnie pomalowanymi ścianami starych magazynów. Wszędzie sklepy z używanymi rzeczami. Recycling to słowo klucz. Tutaj do drugiego obiegu wchodzi wszystko! Ubrania, sprzęty domowe, zabawki. Najwięcej jest oczywiści ciuchlandów. Na przemian z nimi hipsterskie kawiarnie. Każda kolejna bije na głowę poprzednią. W jednej siedzi się na drewnianych paletach, w drugiej na cegłach. Wszędzie brodaci lumbersexuals. Tatuaże. Kolczyki. To jest wybitnie alternatywne miejsce. Wszystko co można zrobić normalnie, tutaj robione jest inaczej. Dlaczego? Bo to Melbourne. Hipster miast.

Nieodłącznym elementem Melbourne sa wszechobecne murale. Victoria, Australia

Snuję się po Fitzroy do południa. Z kawą w kubeczku z szarej tektury. Z ciastkami bezglutenowymi, z organicznych składników. Zawinięte w gazetę. Tak nie moja bajka… a mimo wszystko czuje się tu dobrze. Nie ma tu nadęcia. Jest pełen luz. Podejrzewam, że mógłbym tu chodzić w piżamie i nikogo by to nie zdziwiło. Tutaj wszyscy robią to co chcą. Tutaj nikt nie udaje. Tutaj jest pełen luz. Luz absolutny. Nikt nic nie musi. Jedyne chyba co przypomina o tym, że to miasto i panują tu jakieś reguły to parkometry. Tutaj faszystowski system opłat parkingowych działa idealnie – jak w całej Australii. Do bólu skutecznie. Surowo. Nieubłaganie.

Flinders Station - Dworzec w Melbourne, Victoria, Australia

Po długim spacerze uliczkami i zaułkami Fitzroy, trafiam do Centrum. To już trochę inny świat. Miasto. Duże i gwarne a jednocześnie przyjemne i ciepłe. Ścisłe centrum skupia się w sporym kwadracie ulic na północ od Yarra River. Najbardziej charakterystycznym punktem w dzielnicy jest Federation Square otoczony przez Flinders St. Station – majestatyczny dworzec kolejowy, równie imponującą katedrę oraz futurystyczny budynek galerię sztuki (w kompleksie ACMI).

leżaki przy Federation Square, Melbourne, Victoria, Australia

Tutaj się wszystko zaczyna i kończy. To jest środek Melbourne. Samo centrum. Środek wszechświata. Jest południe. Pora na lunch. Na placu gwarno i tłoczno. Mam wrażenie, że ludzie z centrum ciągną właśnie tutaj, żeby zjeść. Nie do knajp! Tutaj ludzie w garniturach, studenci, uczniowie w mundurkach siadają na schodach lub wystawionych leżakach, otwierają pudełka z lunchem przyniesione z domu, lub torby przyniesione z pobliskich burgerowni i w spokoju jedzą. Przy okazji mogą łapać słońce, które co i raz wychyla się zza chmur i oglądać mecz futbolu amerykańskiego (do tej pory zastanawiam się czemu nie rugby) na ogromnym ekranie zamontowanym na placu.

pora na lunch Federation Square, Melbourne, Victoria, Australia

Grzechem byłoby nie zrobić tego samego. Szybka wycieczka do pobliskiej furgonetki, w której przygotowują naprawdę dobre burgery, potem polowanie na jeden z prześlicznych leżaków w aborygeńskie wzory, szybki przysiad i jestem tu. Lunch idealny. Przepyszny hamburger w samym pępku Melbourne. Na leżaku. Chłonąc bułkę z kotletem jednocześnie chłonę miasto. Tych ludzi. Słońce. Gwar. Atmosferę. Kanapka – o smaku Melbourne smakuje najlepiej na świecie. Tak jak cola. I frytki. Mniej oryginalnie się nie dało. A jednak. Przyprawione tym miastem stanowiły jeden z najlepszych posiłków jakie miałem przyjemność w życiu kosztować. Bo liczy się atmosfera.

lunch czyli burger i cola - pora na lunch Federation Square, Melbourne, Victoria, Australia

Przed naprawdę ostrym i już nieznośnym słońcem uciekam do centrum. W gąszcz zielonych ulic przykrytych cieniem wysokich drapaczy chmur. Pełno sklepów z pamiątkami, hoteli, restauracji. W pewnym momencie mijam wielką czerwono-złotą bramę Chinatown. Wygląda jak wszędzie na świecie: od Honolulu, przez San Francisco, Nowy Jork, Londyn aż po Kuala Lumpur. Dużo ludzi. Rzeka ludzkich sylwetek. Jest ciasno, głośno. Zastanawiam się co oni tu wszyscy robią. Turyści wymieszani z mieszkańcami i pracownikami biurowymi w garniturach. Tu jest życie.

centrum Melbourne, Victoria, Australia

centrum Melbourne, Victoria, Australia

klimatyczne ulice, tramwaj, centrum Melbourne, Victoria, Australia

charakterystyczny zielony tramwaj, klimatyczne ulice, tramwaj, centrum Melbourne, Victoria, Australia

Kiedy tak chodzę ulicami, całość wygląda dziwnie znajomo. W końcu przypominam sobie. To na ulicach Melbourne kręcona była Incepcja. Pościg i pociąg taranujący samochody na ulicy. Ten klimat. Zielone ulice pomiędzy szklanymi wieżowcami. Takie ciepłe. Nie do wiary jak nieprzyjazna i jałowa dzielnica biurowa może żyć. Może tętnić życiem, zielenią, autentycznością. To zupełnie co innego niż to co widać na Dolnym Manhattanie, we Frankfurcie, Londyńskim City czy chociaż naszym warszawskim Mordorze. Melbourne wydaje się żyć. I słusznie, bo życie jest piękne. Nawet kiedy się jest korpo-szczurem. Przynajmniej w Melbourne.

Yarra River - centrum Melbourne, Victoria, Australia

Szybko uciekam z centrum – od szkła i stali. Uciekam na południowy brzeg rzeki Yarra. Spacer po promenadzie to kolejny element zabiegu relaksacyjnego pod tytułem Melbourne. Stąd świetnie widać centrum. Owe biurowce – zimna stal i ostre szkło – okazują się ciepłe i miłe dla oka. Miasto jest nieregularne. Kolorowe. Nietuzinkowe. Tu nie ma rzędu biurowców. Nie ma jednego stylu. Tutaj jest totalna mozaika. Życie. Kolory. Temperament. Aż miło popatrzeć. Aż trudno uwierzyć, że w tym budynkach są banki, fundusze inwestycyjne, siedziby dużych korporacji. Że w tak przyjemnych i ciepłych blokach robione są duże pieniądze. Zazwyczaj pieniądze oznaczają chłód, sterylność lub pusty przepych. Ale nie tu. Tu jest Melbourne.

Sztuka miejska nad Yarra River, centrum Melbourne, Victoria, Australia

Jednocześnie widać życie. Widać uczucia. Emocje. Temperament miasta. Kolory. Promenada żyje. Ludzie śmieją się. Siedzą i rozmawiają ze sobą. Spacerują. Sączą szampana w Veuve Clicquot spot barze – polewany przy barze w starej chromowanej przyczepie. Pod parasolami i na leżakach. Tutaj wszystko wydaje się piękniejsze, żywsze, bardziej intensywne. Miasto jest nasycone optymizmem, energią. Można zwyczajnie usiąść nad rzeką, sączyć kawę i stać się częścią tego miasta. Zupełnie jakby człowiek się rozpływał w powietrzu i był wszędzie. Wszystkiego dotykał. Stawał się wszystkim w zasięgu swego wzroku, słuchu i węchu.

kłódki na moście Yarra River, centrum Melbourne, Victoria, Australia

Promenada zaprowadziła mnie do miejsca, które musiałem odwiedzić. Eureka Skydeck 88. To najwyższy punkt widokowy w mieście. Taras widokowy umieszczony na 88 piętrze wieżowca. Już wyżej się nie da. Po co tam wchodzić? Uwielbiam takie miejsca. W każdym miejscu, w którym jestem, musze znaleźć najwyższy punkt i stamtąd obserwuję okolicę. Po co? To chyba łakomstwo. Łakomstwo miejsca. Chce mieć je całe. Całe objąć wzrokiem. Połknąć. Nasycić się. Dotrzeć w najdalszy zakątek. Złapać każdy szczegół. Objąć całość. Mieć szerszą perspektywę. Złapać całe miasto, żeby zaraz potem wskoczyć w te miejsca, których z góry zobaczyć się nie da. Nurkować w tych małych zakamarkach, o których istnieniu większość nie ma pojęcia.

Widok na miasto z Eureka Skydeck 88, Melbourne, Victoria, Australia

Chodząc tak naokoło tarasu czuję się jak mały chłopiec, który pierwszy raz jest w metrze. Ciągle tylko w myślach pytam siebie – A co to? A to? A tamto? A co jest tam? A po co jest to? A co to za wieża? A co to za stadion? A ten statek? Panorama Melbourne jest naprawdę imponująca. Kupka wieżowców w centrum a naokoło wielka szara płaszczyzna małych domków, poprzecinana zielonymi alejami, ulicami. Z drugiej strony – od południa – industrialna część i ogromny port. Dalej St. Kilda i plaże. Patrząc naokoło, czuję się trochę jak w kalejdoskopie. Miasto zaskakuje. Z każdej strony jest zupełnie inne. Może dlatego każdy znajdzie tu coś dla siebie. Melbourne wydaje się miejscem, które jest w stanie dogodzić każdemu.

Widok na miasto z Eureka Skydeck 88, Melbourne, Victoria, Australia

Popołudnie to czas relaksu. Nie wiem co robią tu ludzie i z czego żyją, ale w każdym momencie ulice są pełne. Ludzie spędzają tu cały dzień. nic dziwnego. Pogoda jest przepiękna. Słońce, prawie 30 stopni. Od czasu do czasu jakieś chmurki, ale jest dużo światła. Ludziom zdecydowanie nie brakuje witaminy D. Sama ilość słońca na ulicy sprawia, że z twarzy nie schodzi mi banan. Do tego wszechobecna soczysta zieleń. Parki, trawniki, zieleniaki, skwerki, ogrody. Może dlatego ludzie tak lgną na zewnątrz. Wszędzie gdzie się da, ludzie siedzą, leżą, czytają książki, jedzą, słuchają muzyki, relaksują się.

ludzie wylegujący się na trawie, w środku dnia, w środku tygodnia, takie rzeczy tylko w Melbourne, Victoria, Australia

Czy tak właśnie wygląda życie w bogatym kraju? Pracujemy po to żeby żyć a nie żyjemy by pracować. Mamy czas na relaks. Dla bliskich. Na realizowanie swoich pasji. Swoich marzeń. Nie spieszy nam się. Korzystamy z życia. Zachowujemy balans pomiędzy życiem prywatnym a pracą. Jesteśmy szczęśliwi. Nie pozwalamy, aby praca wpychała się nam z buciorami do życia prywatnego. Czy tak to właśnie wygląda? Chciałbym wiedzieć jak oni to robią. Czy to ludzie są inni? Czy system. Co sprawia, że tu jest normalnie? A może mi się to tylko wydaje. Może samo to, że ludzi jest tyle sprawia, że pewne rzeczy wyolbrzymiam. Chciałbym móc spędzić tu więcej czasu i się o tym przekonać.

Rundka szachów? jedź do Melbourne, Victoria, Australia

Matrioszki w przestrzeni miejskiej. Melbourne, Victoria, Australia

Popołudnie wieczór spędzam w St. Kilda. To nadmorska dzielnica Melbourne. Plaże, palmy, nadmorskie promenady, parki. Klimatem bardziej jednak przypomina brytyjskie Brighton niż Miami Beach. To chyba najprzyjemniejsze miejsce w Melbourne. Moje ulubione. Jest dosłownie 10 minut jazdy z centrum a wydaje się odległa o wieki. Mimo że miasto nie jest uciążliwe to St. Kilda pozwala się od niego zupełnie odciąć. Raczy idealnym słońcem i orzeźwiająca morską bryzą. O bliskości miasta przypomina jedynie spory ruch na drogach i wszędobylski system parkingowych represji.

St. Kilda - nadmorska dzielnica Melbourne, Victoria, Australia

Podczas całego mojego pobytu w Australii cierpię na chroniczny brak morza. Korzystam z każdej okazji, aby się do niego zbliżyć. Aby być nad wodą. Aby zamoczyć nogi. Słyszeć szum fal. Czuć zapach morza. Pierwsze więc co robię, to lecę na plażę. To nie jest plaża taka jakie spotkać można chociażby w Sydney. To nie jest smażalnia ciał. To raczej deptak, gdzie można spacerować godzinami, patrzeć na łódki, latające ptaki i na ludzi. To jest wbrew pozorom najciekawsze. Obserwowanie co robią ludzie na plaży. Na deptaki. W parku. Nigdy nie przypuszczałem, że znajdę w tym tyle przyjemności.

plaża w St. Kilda bardziej przypomina Brighton niż Miami. Melbourne, Victoria, Australia

Docieram do mariny. Na końcu długiego pirsu znajduje się St. Kilda Pavilion a zaraz za nim mikroskopijny rezerwat pingwinów i… szczurów morskich. No więc dwie rzeczy, o których nie miałem pojęcia: że jest coś takiego jak szczur morski i że jakikolwiek szczur może być pod ochroną! Niestety nie udaje mi się dopatrzeć ani jednego. Skupiam się więc na widoku z jaki rozpościera się z mariny na miasto. Mimo ze St. Kilda jest dosyć daleko od centrum, to właśnie tu można trafić na jedną z najlepszych ujęć miasta. Panorama centrum Melbourne schowana za masztami setek jachtów. Kwintesencja tego miejsca. Połączenie tradycji i nowoczesności. Piękna i funkcjonalności. Pracy i przyjemności. Zarabiania i wydawania. Wszystko w jednym miejscu. To wszystko jakby mówiło: ciężko pracuj ale pamiętaj aby cieszyć się życiem.

Marina w Melbourne, Victoria, Australia

Spędzam na pirsie dobrą godzinę wpatrując się w miasto i myśląc. O życiu. O pieniądzach. O zarabianiu. O sensie pracy. O tym jak łatwo wpaść w pułapkę, w tryby korporacji i zapomnieć o tym co w życiu jest najważniejsze. Najważniejsze to przeżyć je tak jak sami tego chcemy. Mieć odwagę. Ryzykować. Wychodzić poza swoją strefę komfortu – tam właśnie zaczyna się życie. I nigdy – przenigdy – niczego nie żałować. Co to znaczy? To znaczy tyle, aby w ostatnich chwilach swojego życia nigdy nie pomyśleć: żałuję, że nie zrobiłem czegoś inaczej. Ciekaw jestem czy żyjąc w takim miejscu i w takim tempie jak Australijczycy łatwiej cieszyć się życiem niż u nas – w kraju na dorobku, gdzie cały czas trzeba więcej, szybciej, efektywniej. Praca, praca, praca. Bezmyślnie. Bez refleksji. Bez idei.

Reklama dźwignią handlu. Tu numer telefonu samolot maluje na niebie. Melbourne, Victoria, Australia

iedy tak myślałem, rozproszył mnie warkot samolotu. Patrzę w górę. Samolot na niebie wykonywał nie lada akrobacje. Nagle okazało się jasne po co. Kreślił jakieś wzorki i napisy. Kiedy w reklamie wszystko przestaje już działać, najprostsze pomysły stają się najbardziej skuteczne. Gość zwrócił na siebie uwagę dosłownie wszystkich na plaży. Takie rzeczy tylko w Melbourne.

Zachód słońca na plaży w Melbourne, Victoria, Australia

Nadchodzi wieczór. Za mną aktywny dzień spędzony w mieście. Pijany od wrażeń, spalony słońcem, zmęczony dziesiątkami kilometrów przechodzonych po mieście postanawiam spędzić wieczór w najlepszy możliwy sposób. Na plaży. Najpierw oczywiście wizyta w sklepie. Siadam przy promenadzie. Znaki mówią, że od 20:00 picie alkoholu jest zabronione. Mam jeszcze chwilę na wypicie pierwszego piwa.

Melbourne Bitter - miejscowe piwo. Najlepiej smakuje schłodzone, na plaży. Melbourne, Victoria, Australia

Zachód słońca na plaży w Melbourne, Victoria, Australia

Piwo jest pyszne i zimne. Tak jak w przypadku hamburgerów – razem z tym piwem, do mojego żołądka, potem krwiobiegu a stamtąd do serca dostaje się Melbourne. Siedząc tu piję to miasto. Upajam się nim. Tym co widziałem. I tym co widzę teraz. Wieczór w St. Kilda to rytuał. Tutaj codziennie wieczorem na plażę wylegają ludzie. Siedzą, rozmawiają. Spacerują. Grają w piłkę. Śmieją się. Żyją. Czuje się trochę jakby nasze polskie życie było jakąś podróbką tego tutaj. Jakbyśmy my nie potrafili się cieszyć z tego co mamy i kim jesteśmy. Jakby ciągle czegoś nam brakowało. A może po prostu mamy mniej światła. Mniej kolorów i cieszymy się na tyle na ile tylko możemy.

joga na plaży w Melbourne. Coś trzeba robić wieczorem. Melbourne, Victoria, Australia

Jest już po ósmej, dopijam nerwowo piwo, żeby nie mieć żadnych problemów. Przed oczami mam już patrole miejscowej straży miejskiej zaglądającej do plecaka i szukającej otwartego piwa. Zamiast nich dosiada się do mnie grupka Hiszpanów i Francuzów. Studenci na wakacjach. Próbujemy się dogadać. z Hiszpanami jest OK, ale Francuzi jak to Francuzi – po angielsku raczej nie mówią, dziwi ich natomiast, że nie uczę się ich języka. W ten sposób z jednego piwa robią się trzy. Duże. Po organach ścigania ani śladu. Tutaj nikt nikogo się nie czepia bez powodu. Jeżeli jesteś grzeczny i nie robisz problemów, nikt nie będzie robił ich tobie. Układ jest fair. Okazuje się, ze wszyscy naokoło „spożywają” i każdy jest grzeczny. Nie ma krzyków. Nie ma tłuczonego szkła. Nie ma hołoty.

Victoria Bitter, Carlton Draught czy Melbourne Bitter - trudny wybór. Plaża w Melbourne, Victoria, Australia

Tak właśnie dobiegła końca moja wizyta w Melbourne. To miasto. Czyli bloki, metal, szkło, ulice, samochody i ludzie. Dużo ludzi. Zazwyczaj to sprawia, że miasta są nieprzyjemne, nieprzyjazne, zimne. Melbourne – wydaje się – opanowało sztukę idealnego łączenia tych elementów w jedną, doskonale współgrającą całość. To jest sympatyczne miasto. Miejsce, w którym chce się żyć. Chce się być. W nim i jego częścią. To miasto, do którego przyjeżdżasz po raz pierwszy w życiu i po godzinie czujesz się jak u siebie. Melbourne przybija ci piątkę, ściska cię i mówi „hey! Let’s be friends!”. To nie jest miasto, które zachwyca architekturą, zabytkami czy wybitną przyrodą. To zwyczajnie pozytywne miejsce, które tworzą ludzie. Tutaj to właśnie ludzie wykreowali niepowtarzalną atmosferę tego miejsca. Zamienili zwykłe miasto w tętniący życiem tygiel różnych stylów i kultur.

Leniwy wieczór na plaży w Melbourne, Victoria, Australia

Melbourne to nie jest miejsce, w którym się od razu zakochałem ale nie wyobrażam sobie mojego życia bez niego. To miejsce, które trzeba zobaczyć. Trzeba je poczuć. Trzeba w nim być. Trzeba żyć tym miastem. Chociaż przez chwilę. Przez jeden dzień. Bez zwiedzania. Bez muzeów i kościołów. To miasto, obok którego nikt nie potrafi przejść obojętnie. Jest we wszystkim co można tu zobaczyć, usłyszeć, powąchać, zjeść. To miasto, które na zawsze w człowieku pozostaje. To przepiękne wspomnienie, do którego zawsze warto wracać.

Melbourne, Victoria, Australia