petroglify Khavtsgait - widok ze skarpy Park narodowy Gurvan Saikhan, południowa Mongolia

Czego uczy Mongolia. Nie jesteś pępkiem świata

Nie jest łatwo pisać o Mongolii. Wspomnienia niesamowitej przygody w tym kraju są zepsute. Przez niedoskonałość i zawodność ludzkiej pamięci, zaraz po powrocie do ciepłego domu – z bieżącą ciepłą wodą, prądem, zawsze pełną lodówką i miękkim łóżkiem – wszelkie niedogodności podróży zamieniają się w zabawne anegdoty lub zwyczajnie popadają w zapomnienie. Całe wspomnienie Mongolii staje się wyidealizowane i zapewne nie oddaje tego, co naprawdę tam przeżyliśmy.

Na hasło „byliśmy w Mongolii” ludzie często reagują czymś w stylu „wow, musiało być niesamowicie”, bo co przeciętny zjadacz chleba wie o Mongolii. Kojarzy ją pewnie z Czyngis-Chanem i hordami Mongołów najeżdżających Europę 800 lat temu. Faktycznie, Mongolia nie jest typową wakacyjną destynacją – to nie Egipt, Bali czy Tajlandia. To odległy kraj, nie tylko w sensie geograficznym, ale i mentalnym. Z dala od wygodnego Zachodu. Tajemniczy, dziki, nieokiełznany, surowy. Jest jednym z niewielu miejsc na świecie, które cały czas są tak trudne do odkrywania i podróżowania. Dlatego jest tym bardziej tajemnicza, atrakcyjna i fascynująca.

Mongolia cały czas broni się przed masowym napływem turystów. Raczkująca infrastruktura uniemożliwia samodzielne, zwiedzanie. Nie da się tu tak po prostu przyjechać z plecakiem i improwizować. To nie jest kraj do zwiedzania bez przygotowania, na spontanie. Podejście ‚jakoś to będzie”, „to się zobaczy na miejscu” i „coś wymyślimy” zazwyczaj kończy się siedzeniem w hostelu w Ułan Bator i szukaniu kogoś, z kim można podzielić koszty wycieczki. Spotkaliśmy ich w hostelu i nie były to pojedyncze przypadki. Chcąc zaoszczędzić nie zobaczyli praktycznie nic, całą kasę wydali na hostel w brudnej stolicy.

Mongolię najłatwiej zwiedzać w ramach zorganizowanych wycieczek. Wożenie się wynajętą „Buchanką” z kierowcą, jazda na wielbłądzie, pokaz „tradycyjnych” mongolskich tańców, dzień z życia nomadów, spanie w gerze z telewizorem i satelitą, zdjęcie z localsami, jedzenie w restauracji z „tradycyjną” kuchnią mongolską. Wszystko super zorganizowane i kosztuje fortunę. Można też chrzanić tą szopkę, zacisnąć zęby, wypożyczyć auto i zwiedzać Mongolię na własną rękę. Kontakt ze zjawiskowo piękną naturą, kontakt z niesamowitymi ludźmi ich obyczajami i historią i najważniejsze – wolność – to jest to, czego trzeba zaznać w Mongolii. Nie żadne zorganizowane wycieczki, przewodnicy, kierowcy. Przygoda! Mongolia to przygoda!

Ta zaczyna się, kiedy wychodzimy ze strefy komfortu. A tu następuje to bardzo szybko. Nas – Europejczyków – Mongolia od razu wali po pysku. Bez ostrzeżenia, na odlew. Za nic, za to, że jesteśmy, dla zasady. Przygoda oznacza koniec wygód. Ba! Koniec rzeczy, które zwykliśmy traktować nawet nie jako wygody, ale jako podstawę egzystencji. Tu nie jest problemem nie mycie się przez cztery dni pod rząd. Dlaczego? Bo na pustyni Gobi nie ma wody. Jeżeli zużyjesz zapas, żeby się umyć, nie będziesz miał co pić. Mycie naczyń? Zbytek, można przecież wytrzeć ściereczką. W Mongolii człowiek szybko się uczy. Jak się wykąpać w litrze wody, jak zmyć naczynia w kubku wody po ziemniakach. Jak zapomnieć o swojej cholernej strefie komfortu.

Mongolia wystawia na kolejne próby. Wali coraz mocniej. Znajduje czułe punkty. Kolejne i kolejne. Przyciska coraz mocniej, testuje, próbuje. Po pewnym czasie ma się dość. Kiedy nagle zrywający się wiatr na pustyni wygina drzwi w aucie, co powoduje odgięcie nadkola tak, że nie da się tych drzwi otworzyć (do najbliższego warsztatu jest 100 km bezdroży – cały dzień jazdy – nie po drodze), można po prostu rzucić zrezygnowane – Kurwa! Co to będzie – jeżeli, od jazdy po wybojach, nagle, niespodziewanie psują się oba kable do ładowania telefonów, w których masz GPS – jedyne w miarę wiarygodne źródło nawigacji a nigdzie w pobliżu nie możesz kupić nowych (dla nas nie do pomyślenia, że gdzieś nie da się kupić kabla do iPhone’a), zaczynasz panikować. Zastanawiasz się czy przejedziesz te 200 km na pozostałych 27% baterii. Czy wystarczy? A co jak się wyłączy? A jak przyjdzie noc? A jak zgubimy drogę? I wtedy przychodzi noc. Jakby tego było mało, okazuje się, że most zaznaczony na mapie… nie istnieje. Kiedy chcesz spać, po okolicy grasują jakieś psy. Nie wiesz czy możesz wyjść z namiotu za potrzebą, czy nie rzuci się na cienie wściekły pies pasterski wielkości dużej kozy. Kiedy wszystko się zaczyna układać – albo tak ci się tylko wydaje – nagle okazuje się, że zatrułeś się tym okropnym mongolskim jedzeniem. Nie wiesz czy to był kleik na mleku z baraniną, jajko, grzyby czy może po prostu niedomyte ręce. Całe plany podróżne się walą, kończysz w mongolskim szpitalu gdzie kłują cię czymś, czego pewnie w Europie używali przed wynalezieniem wenflonu, ale nie wiesz jak się nazywa, bo nigdy tego nie widziałeś. I tak jest właśnie z Mongolią.

Przekraczane są kolejne granice irytacji. Nasza europejska cierpliwość jest coraz bardziej testowana. W pewnym momencie dochodzimy do wniosku, że może jesteśmy lamusami i prawdziwa mongolska przygoda nie jest dla nas. Po cholerę było tu przyjeżdżać, truć się tym niedobrym jedzeniem, pić herbatę z mlekiem i solą, wytrząsać tyłek na bezdrożach, wdychać ten cholerny kurz, pluć nim na lewo i prawo, marznąć w namiocie w nocy, odganiać się od much. A może jednak przesadzamy? Może niemycie głowy przez tydzień to nic złego.

Tak, byliśmy wkurzeni na Mongolię parę razy. Wkurzały nas niedogodności podróży, brak infrastruktury, to że nie da się z nikim dogadać, że nikt nie jest nam w stanie pomóc, bo nas nie rozumie, że nie jesteśmy u siebie, że na ulicach Ułan Bator są apokaliptyczne korki, że w autobusach panuje niemiłosierny tłok. Ale najbardziej w Mongolii wkurzało nas to, że pokazała nam gdzie jest nasze miejsce. Dała otrzeźwiającego plaskacza. Tak po ojcowsku zdzieliła nas po pysku. Pokazała nam, że nie jesteśmy tacy wyjątkowi. Mimo wszystkich zdobyczy nauki i osiągnięć czegoś, co dumnie nazywamy cywilizacją Zachodu, w obliczu natury jesteśmy maluczcy. Jesteśmy słabi i rozpuszczeni jak dziadowski bicz. Czujemy się lepsi od innych, tymczasem okazuje się, że jesteśmy zupełnie nieprzystosowani do życia innego niż nasze. Żyjemy sobie w swojej strefie komfortu i nie zdajemy sobie sprawy jak trudno z niej wyjść.

To chyba najbardziej irytujące i bolesne w podróży do Mongolii. Odkrycie, że nie jesteśmy wyjątkowi. Co z tego, że segregujemy śmieci, mamy supermarkety z automatycznymi kasami, inteligentne domy, elektryczne samochody, chcemy postawić hyperloopa i wysyłać człowieka na Marsa. Dwa tygodnie w Mongolii – z dala od ludzi, cywilizacji, wygód, wszystkiego, do czego się w życiu przyzwyczajamy, sprowadzają na ziemie. Uświadamiają, że nie jesteśmy pępkiem świata. Nie jesteśmy lepsi niż inni i nie mamy prawa do lepszego i łatwiejszego życia. Mamy po prostu szczęście, które w każdej chwili może się od nas odwrócić, zupełnie jak pośrodku mongolskiego stepu. Dlatego przede wszystkim, trzeba się z tego cieszyć, doceniać i spłacać swój dług wdzięczności wobec świata, życia, innych ludzi. Jak? Po prostu być dobrym człowiekiem. Żyć tak, aby się tego nie wstydzić.

Tego uczy Mongolia, jesteście gotowi na tą trudną lekcję? Obyście byli. Bo warto. Przeżyliśmy dwa niesamowite tygodnie, zobaczyliśmy rzeczy, które można obejrzeć tylko na zdjęciach (albo w zoo…). Były niewygody, zaskakujące, nie zawsze przyjemnie sytuacje. Ale nie to jest najbardziej irytujące. A co? To, że te dwa tygodnie urlopu i brak asfaltu uniemożliwiły nam zobaczenie więcej. Wrócimy. Lepiej przygotowani, ale też ze świadomością, że tej wyprawy i tak nie zrealizujemy według planu, bo to Mongolia ma zawsze plan na was, nie na odwrót. Zatem, jeśli jesteście gotowi, to do zobaczenia gdzieś na mongolskich bezdrożach!

Warszawa