Mongolskie bezdroża. Z pustyni w step

Noce na pustyni bywają niespokojne. Wiatr szarpiący namiotem na wszystkie strony, dziwne odgłosy na zewnątrz: człowiek czy zwierze? Małe czy duże? Do tego zmęczenie bezlitosnym słońcem. I brud, wszystko jest brudne. Przez nieszczelne tylne drzwi, do auta dostaje się szarobury pył. Jest wszędzie. Ograniczone zapasy wody sprawiają, że mycie ogranicza się do koniecznego minimum. Już umiemy się cali wykąpać w litrze wody. Ale to nigdy nie jest dość. Czujemy się niedomyci. Mamy więc plan na kolejne dni: Bajanchongor (Bayankhongor) – stolica ajmaku o tej samej nazwie. Jedno z większych miast w Mongolii.

Dla nas „Bajabongo” to pit stop – tam chcemy się wykąpać, dobrze zjeść i dorwać do wifi po 4 dniach odwyku! Znaleźliśmy już nawet łaźnie. Przed nami jedynie 500 kilometrów, z czego pierwsze 130 opisane jest w Lonely Planet, jako „remote and unforgiving area and you shouldn’t undertake trip without an experienced driver and full stocks of food, water and fuel”. Ruszamy przez kompletną pustkę. Trochę przerażeni, trochę podekscytowani. Zjeżdżamy ze wzniesień w okolicach Khongoryn Els, kierując się cały czas na północ. Przed nami ogromna dolina poorana w poprzek rzędami wąskich łańcuchów górskich. Z dala wyglądają jak w jakimś śnie. Kolejne wzniesienia stopniowo pochłania lekka mgiełka. Gdzieś daleko na horyzoncie majaczą większe góry. Tam właśnie jedziemy.

W miarę jak zjeżdżamy w dół robi się coraz bardziej gorąco, dziko, daleko i obco. Jedyną oznaką życia, jaką mijamy jest spore stado wielbłądów. Pasący je pasterz jadący na motorze z dzieckiem zatrzymuje się obok nas. Zaczyna się standardowa ceremonia. Uśmiechają się, patrzą, coś mówią po swojemu i sobie pokazują. My uśmiechamy się i patrzymy. Ula wyciąga cukierki. Mały uśmiecha się jeszcze szerzej, dalej patrzymy i się szczerzymy, w końcu każdy jedzie w swoją stronę. Mongolię można pokochać za takie właśnie małe akcenty. Tu nawet spotkanie z pasterzami jest czymś, co się długo pamięta, miłym wspomnieniem, które zawsze wywołuje na twarzy ten uśmiech.

Jadąc przez pustynie zatrzymujemy się przy baktrianach, pasących się nieopodal drogi. Chcę koniecznie mieć ładne zdjęcia z bliska. Niestety wielbłądy są strasznie bojaźliwe i uciekają, kiedy tylko zaczynam iść w ich stronę. Uruchamiam drona, żeby sfotografować je podstępem z góry. Przy okazji obserwujemy okolicę z góry. Niesamowity widok, zupełnie nowa perspektywa. Trochę dołująca, bo stąd widać jak bardzo puste i nieprzyjazne jest to miejsce. Mało dyskretne bzyczenie drona budzi niezdrowe zainteresowanie mieszkańców pustyni i zanim się orientujemy, nad maszyną zataczają już ósemki trzy ogromne orły. Ogromne cienie suną po piasku pustyni wykrzywiając się na każdej kępce trawy. Widok przerażający. Momentalnie sprowadzamy maszynę na ziemię i tak kończy się sesja zdjęciowa z powietrza – Mało brakowało… – patrzymy na siebie. Przy okazji, w jednej chwili zobaczyliśmy na żywo więcej orłów niż przez całe dotychczasowe życie, i to w ich naturalnym środowisku!

W końcu dojeżdżamy do gór. Pojawiają się malownicze kaniony, wyschnięte koryta rzek, w których suną maleńkie strumyki. Tam gdzie znaleźć można choć odrobinę wody, od razu bucha zieleń. Kępki soczystej trawy tłoczą się wzdłuż wody jak zwierzęta chcące dopchać się do wodopoju. Życie kończy się równie szybko, kiedy tylko przestaje płynąć jakakolwiek woda. Po kanionach zaczynają się pofałdowane wzgórza. Droga pnie się do góry, wije, omija wyrwy, suche grzęzawiska. Coraz trudniej się jedzie, często musimy używać napędu 4×4. Bywa, że podjazdy musimy robić na dwa razy. Widoki zapierają dech w piersiach. Uwielbiam te pofałdowane, bladobeżowe, suche niczym pieprz wzgórza. Ich kształt jest idealny. Załamania, fałdki ułożone przez naturę tak idealnie jak na zdjęciach ubrań w katalogach mody, jak pledy na łóżku w katalogu IKEA. Po prostu idealne.

Przedzieramy się przez te piękne wzgórza. Mijamy kolejne kaniony i w końcu zjeżdżamy do trawiastej doliny. Tutaj niepodzielnie rządzą stada kóz i owiec. Niesforne, nieprzewidywalne. Nic sobie nie robią z samochodu. Kozły z ich bródkami i wyblakłymi oczami, głupiutkie owce z wytrzeszczonymi ślepiami i przesłodkie malutkie koziołki nieporadnie kuśtykające pośród stada. Białe, beżowe, szare, czarne, łaciate, pstrokate, pasiaste, z rogami cienkimi, grubymi, długimi, krótkimi, prostymi i wygiętymi. Całe to towarzystwo wbiega pod koła, zawraca w ostatniej chwili, w jakimś szaleńczym pędzie, zupełnie bez sensu. Jadąc tyle czasu przez pustynie, brakuje nam jakichkolwiek oznak życia. Kiedy się już pojawia to w takiej niesfornej postaci. Ach ta Mongolia.

Przejechanie 130 kilometrów zajmuje nam kilka ładnych godzin. Niemiłosiernie trzęsie, kręci, szarpie, łupie, tłucze, drga na nawierzchni momentami przypominającej tarkę. W końcu na horyzoncie pojawia się Bogd. Z daleka miasteczko przywodzi mi dziecięce wspomnienia. Zwarty kształt i gęste różnokolorowe dachy przypominają mi gigantyczną tabliczkę do Masterminda. Mongolskie miasteczka na pustyni są tak bardzo inne od miasteczek i wsi w Europie. U nas trudno powiedzieć gdzie zaczyna się miasto. Jadąc gdziekolwiek, cały czas widać ślady człowieka: domy, pola uprawne, ogrodzenia, znaki. Z czasem robi się ich coraz więcej i nie wiadomo kiedy mamy miasteczka. Dlatego ich granice wyznaczają tablice. Tu zaczyna się takie i takie miasto, a tu się kończy. W Mongolii każdą osadę widać już z kilkunastu, nawet kilkudziesięciu kilometrów. To zawsze zwarte, ciasne zabudowania. Jakby każdy z mieszkańców chciał być najbliżej środka, gdzie zazwyczaj jest studnia. Jest długo, długo nic i nagle zaczynają się płoty. Za nimi rzędy gerów i domków. Z wyraźnie zaznaczonym początkiem i końcem. Tu od razu widać gdzie zaczyna się miasteczko a gdzie kończy.

Już na wjeździe do miasta tankujemy do pełna i pytamy o studnię. Oczywiście najlepszym językiem w Mongolii jest mongolski, zaraz po nim migowy. Pokazujemy więc nasz kanister na wodę i butelki. Pan na motocyklu coś pokazuje, ale widząc, że chyba nic nie rozumiemy wsiada na motor i pokazuje, żeby jechać za nim. Doprowadza nas w końcu do studni. Oczywiście jest zamknięta. Kręcimy się wokoło próbując dowiedzieć kiedy ją otworzą, pokazujemy zdjęcie w telefonie, kanister. Bezskutecznie. Nikt nas nie rozumie. W końcu ktoś prowadzi nas do drugiego ujęcia – również nieczynnego. Tu przynajmniej jest kartka. Rozpisane jakieś godziny, ale wygląda to zupełnie bez sensu. Ktoś mówi nam łamaną ruszczyzną pokazując na zegarek, że „dwa cziasa” – nie do końca wiemy czy oznacza to, że otworzy się o drugiej – czyli za pół godziny – czy za dwie godziny. Liczymy na to pierwsze i idziemy na lody.

Bogd wygląda jak miasteczko z postapokaliptycznego snu. Jeżeli kiedyś nastąpi trzecia wojna światowa, to z nuklearnej pożogi wyłoni się właśnie taki świat. Miasteczka rodem z Fallouta – obdrapane, niskie domy, jakieś kuriozalne, zapuszczone i zapomniane pomniki z czasów mongolskiego komunizmu, krzaki latające na wietrze po ulicach, tumany kurzu, ogólna degrengolada, poczucie pustki i zapomnienia. Jest coś jednak w tym miejscu, jakiś niesamowity duch. Ci ludzie żyją w tak niesprzyjających warunkach – upalnych suchych latach, ekstremalnie mroźnych zimach. Często odcięci od świata, dzielnie stawiają czoło naturze. Takie miasta nie są obrazem upadku i zapomnienia. Przeciwnie – to pomniki ciężkiej walki o przetrwanie. Nierównej walki z naturą, która sama ustala zasady gry. Mongolia to na każdym kroku niesamowita lekcja życia.

Mamy szczęście. Parę minut po 14:00 przychodzi pan z magicznym kluczem, otwiera studnię i już po chwili z rury leci krystalicznie czysta, lodowata ciecz. Napełniamy kanister do pełna i ruszamy dalej na północ – kolejne 100 kilometrów do Guchin-Us. Droga wiedzie przez ogromną, lekko pofałdowane doliny porośnięte rachityczną, suchą trawą. Drogi… nie wiem dlaczego, wciąż używam tej nazwy. Nie chodzi tylko o brak asfaltu. Na pustyni Gobi brakuje wszystkiego, co nam się kojarzy z drogą. Jedziemy po śladach aut, które forsowały dolinę przed nami. Jechały jak chciały, jak było wygodniej, tam gdzie mniej trzęsło, szarpało, trzaskało. Ślady ciągną się na szerokości nawet 200 metrów. Całość wygląda jak jakieś bocznice kolejowe. Tyle, że bez torów. Jedne szlaki zarastają, powstają kolejne. Każdy następny samochód to nowa droga, bo kierowca zna lepszy skrót.

Co i raz znajdujemy się kilometr od drogi wskazanej na GPS. Może to dlatego, że odruchowo trzymamy się tych mniej rozjeżdżonych śladów. Wtedy tak nie trzęsie, nie ma tej przeklętej tarki na ziemi, ale nie wiadomo, czy nitka akurat nie odjeżdża do jakiegoś geru. Na właściwą drogę można wrócić na przełaj, po prostu – przez trawę. Dopóki nie trafi się na jakiś uskok. Głęboki na pół metra, metr, ale ciągnie się kilometrami. Albo strumień, bagno lub wielkie błotniste bajoro, w którym można się zakopać. Wtedy trzeba wracać, jechać naokoło, wszystko od nowa. Drogi w Mongolii to przygoda. Wspaniała przygoda, bo po nawet najtrudniejszym, najbardziej upierdliwym kawałku można na przykład trafić na stado baktrianów rozkosznie rozłożone na środku drogi. Wtedy zawsze można się zatrzymać, popatrzeć na nie i ochłonąć. Zapomina się wszystko, co złe. Od razu.

Przed wjazdem do każdego miasteczka droga się zmienia. Ślady rozjeżdżają się na wszystkie strony, „droga” ma szerokość nawet kilometra. Wygląda to jakby każdy, widząc już z daleka miasteczko, gnał wprost na swój ger. Do tego są straszne dziury i koleiny. Mijamy też pierwszy znak drogowy od trzech dni. Przejeżdżamy przez Guchin-Us. To kolejne mikroskopijne miasteczko z postapokaliptycznej wizji. Miejsce zapomniane przez boga. Obieramy kurs na główną drogę krajową prowadzącą z Ułan Bator na zachód przez Bajanchongor. Zaraz po wyjeździe z miasta, droga robi się coraz węższa i zaczyna tonąć w coraz gęstszej i wyższej trawie. W końcu zamienia się w wąską ścieżkę, którą byłby w stanie sforsować tylko motor. Po chwili znika w ogóle. My na zmianę skaczemy na wielkich kępach trawy to zakopujemy się w grząskim piachu. Zwyczajnie nie da się jechać dalej. Zmęczeni i zdezorientowani, z trudem zawracamy i obieramy większą, okrężną drogę na miasto Arvaikheer (Arwajcheer) stolicę ajmaku Południowochangajskiego.

Droga prowadzi przez kompletne pustkowie. Stopniowo jednak zmieniają się kolory. W miejsce spalonej słońcem szczeciny pojawia się coraz bardziej zielona trawa. Na horyzoncie majaczą przepiękne, kształtne, zielone wzgórza. Kolory dosłownie kłują w oczy. Po kilku dniach patrzenia na żółty, czerwony i beżowy w każdej postaci, soczysta zieleń jest błogosławieństwem. Zaczyna się robić późno, więc ustalamy, że o 19:00 się rozbijamy. Godzina zero przychodzi szybko, akurat trafiamy na bajecznie piękne miejsce, na wzgórzu, z równie bajecznym widokiem na całą okolicę.

Siedzimy na krzesełkach i popijając od dawna już ciepłe piwo, patrzymy na dolinę przed nami, wsłuchujemy się w radosne, wieczorne ćwierkanie ptaków i beczenie owiec, wypełniające całą dolinę. Gdzieś w oddali wielka biało-brązowa masa przelewa się powoli po pastwiskach. Dochodzi do nas rżenie koni. Niedługo potem całe stado zbliża się do nas i spokojnie wypasa się obok. Palcami rysujemy wzorki na zakurzonych butelkach piwa, zachwycamy się pięknem okolicy i naturą. Cudowny wieczór razem, najlepsza randka. Przy konserwach, ale w tak wyjątkowym miejscu.

Gdzieś w mongolskim stepie, na przepięknym wzgórzu