Marcin Kydryński - Muzyka moich ulic - książka o Lizbonie

Muzyka moich ulic. Partytura Lizbony

Kiedy pod jedną z relacji z moich podróży przeczytałem, że piszę „jak Kydryński o Lizbonie” nie wiedziałem co mam o tym myśleć. Marcin Kydryński kojarzył mi się z radiem, muzyką i z Anną Marią Jopek. Google podpowiedziały mi, że to także podróżnik i fotograf. Tak też trafiłem na „Muzyka moich ulic”, przepiękną książkę o Lizbonie, fado, o miłości do tego miasta, jego światła, ludzi i niepowtarzalnej atmosfery. Na początku trochę się obawiałem tej książki. Wszystkie znaki mówiły mi, żebym był ostrożny. Nie ufam książkom w twardych, szczególnie tych błyszczących oprawach. Często bywają nadmiernie wydumane, napuszone, niepotrzebnie przeintelektualizowane, jakby się bały, że brakuje im powagi, której ma dodać twarda oprawa. Nieco albumowe wydanie z dużą ilością zdjęć też zapala u mnie lampkę. Czy zdjęcia nie mają zapychać braków treści? Ale co tam! Parę dni wcześniej wróciłem akurat z Lizbony. Pijany miastem, jego światłem, fado i pastelową melancholią. Chciałem to wszystko przeżyć jeszcze raz.

Marcin Kydryński - Muzyka moich ulic - przewodnik po Lizbonie

„Muzyka moich ulic” to dobitny przykład, że nie należy książki oceniać po okładce. Marcin Kydryński zabrał mnie w magiczne miejsce, w którym zwykły spacer wokół domu może nagle zmienić się w baśń, film, koncert, w pejzaż ze starych pocztówek. Niespieszna wędrówka stromymi schodami Alfamy. Snucie się po krętych uliczkach, zakątki, ściany z kolorowym graffiti. Trzeszczący tramwaj, szum palm na wietrze, kable rozciągnięte ponad ulicami. Maleńkie lokale do których Marcin Kydryński zabiera mnie na owoce morza i portugalskie wino. Siedzimy w nich razem i całą noc słuchamy smętnego fado, spotykamy artystów, rozmawiamy z nimi, bawimy się do białego rana. To niesamowite piękno Lizbony, jej melancholię, tą unoszącą się w gęstym, gorącym powietrzu nostalgię oddają właśnie takie obrazy. Ulotne chwile, momenty, które Kydryński tak dobrze zaklina w słowa, układa w wersy, przelewa na papier.

Marcin Kydryński - Muzyka moich ulic - książka o Fado i Lizbonie

Te słowa są jak nuty. Czytane brzmią jak melancholijne fado. „Muzyka moich ulic” to partytura wspaniałej symfonii a Marcin Kydryński jest jej kompozytorem i dyrygentem. Prowadzi mnie mnie przez nią. W książce muzyka i Lizbona są splatają się ze sobą, są jednością. Jakby bez siebie nie mogły istnieć. Jakby nie było Lizbony bez muzyki i muzyki bez Lizbony. Opowieści o fado, historie, życiorysy muzyków, dziesiątki postaci, które towarzyszą nam w podróży przez zaułki Lizbony dniem i nocą. Kabowerdyjczycy grający na Portas do Sol, divy śpiewające fado po maleńkich, zadymionych knajpkach o ścianach wyłożonych azulejos, uliczni grajkowie zabawiający ludzi pod kioskami z ginja przy São Domingos. W każdej, najmniejszej cząsteczce Lizbony jest muzyka, jakby razem ze światłem, to właśnie ona nadawała życia miastu. Przez te wszystkie postaci, ich historie, dygresje, momentami odbiór książki może być trudny, szczególnie dla osób niezainteresowanych muzyką. No ale czy można w ogóle poczuć Lizbonę bez muzyki? Czy to miasto może istnieć bez fado?

Marcin Kydryński - Muzyka moich ulic - Lizbona, Portugalia

Spacer nie jest łatwy i szczególnie na początku trudno dotrzymać Marcinowi Kydryńskiemu kroku w wędrówce ulicami Lizbony. Przewodnik to dość rozkojarzony i co chwila ucieka w dygresję, gubi się, na chwilę wraca, po czym znowu gdzieś przepada pochłonięty kolejna historią. Te wszystkie impresje, spostrzeżenia, doświadczenia rozsypują się, nie kleją, sprawiają wrażenie kalejdoskopu, który cały czas się obraca, tworzy na nowo zupełnie nowy zlepek historii. To może być trudne, ale doskonale oddaje atmosferę Lizbony – miasta, którego nie da się ot tak zwiedzić. Tu nie ma linearności. To miasto żyje, cały czas ucieka, rozprasza, odwraca uwagę, wymyka się. Nie ma planu na Lizbonę. Z każdym metrem zaskakuje, zmienia nasze plany. Dosłownie tworzy się na naszych oczach. Niczym muzyka, wydobywana ze strun małej portugalskiej gitary. „Muzyka moich ulic” to nie przewodnik, to swobodny zbiór opowiadań. To jedna wielka dygresja. Sen o Lizbonie, wyznanie miłości upojonego kochanka.

Marcin Kydryński - Muzyka moich ulic - Fado i Lizbona

„Muzyka moich ulic” to także album pięknych zdjęć z Lizbony. Marcin Kydryński przemierza miasto z Leicą na szyi. Chwyta momenty, genialne w swej prostocie. W swojej zwyczajności i niepowtarzalności zarazem. Nie ma tu obrazów rodem z pocztówek. Tak oklepanych i oczywiście pięknych. Na zdjęciach Kydryńskiego jest piękno nieoczywiste – życie w swej najczystszej postaci. Codzienność krańca kontynentu – miasta zawieszonego gdzieś pomiędzy Europą a Afryką. Ludzie tańczący, śpiewający, śmiejący się, pijący ginje, łapiący słońce i wiatr we włosy. A do tego nieodłączne atrybuty Lizbony – żółty tramwaj, azulejos, mewy niemal w bezruchu zawieszone ponad pejzażem miasta, pastelowe domy, czerwone dachy i nieśmiertelne pranie. Te wyblakłe, powiewające na ciepłym wietrze życiorysy mieszkańców Lizbony.

Marcin Kydryński - Muzyka moich ulic - recenzja

„Muzyka moich ulic” to nie przewodnik po Lizbonie. Nie znajdziemy tu planów, propozycji spacerów i wycieczek. Nie ma tu spisu restauracji i barów z fado. Książka jest niczym stare zapiski w nieco zapomnianym dialekcie. Trzeba ją odszyfrować, złożyć w całość, odnaleźć, samemu odkryć. To wskazówki i obrazy. Zapis podróży sentymentalnej, który ma nam uchylić rąbka Lizbony, świadectwo miłości. Książka do bólu osobista i subiektywna, bez ambicji to bycia całościowym, wyczerpującym portretem Lizbony. To na pewno książka dla miłośników Lizbony – mi pozwoliła przeżyć to miasto raz jeszcze. Uświadomiła jak bardzo jestem w nim zakochany. Zachwyci także fanów muzyki, szczególnie fado – pełna jest historii, dygresji, portretów muzyków. Dla osób, które jeszcze nie były w Lizbonie, może się okazać nieco zbyt ciężka przez swoją niekonwencjonalną formę. Tym niemniej warto. Czytając tą książkę można się choć trochę przygotować na Lizbonę.

Tak bardzo tak!

Moja podróż do Lizbony:

Lizbona. Świat schyłkowy, fado i ginja

Wiejska Alfama. Do bólu prawdziwa