Wybrzeże Na Pali - wizytówka Kauai i całych Hawajów. Przepiękne zielone góry nad oceanem

Na Pali Coast. Z góry i z dołu

Dziś ważny dzień. Jedziemy w końcu na Na Pali. Zmienna pogoda nieco przećwiczyła naszą cierpliwość i nauczyła pokory. Wstajemy standardowo z kogutami – tu nie potrzeba budzika. Jedziemy na północ wyspy, do parku. Pogoda zapowiada się idealna. Ani śladu po wczorajszych ulewach. Świeci piękne słońce a na błękitnym niebie suną tylko kształtne, puchate białe chmury. Dolina Hanalei wygląda jeszcze piękniej niż dotychczas. Teraz patrzymy na nią z nadzieją, że uda się w końcu pochodzić po Na Pal.

tęcza w dolinie Hanalei, Kauai, Hawaje

Po drodze same dobre znaki. Brak kolejki przy wąskich, jednokierunkowych mostach. Co i raz trafiamy na tęcze. Te hawajskie są jakieś pełniejsze, grubsze, większe, bardziej soczyste i bliższe niż gdziekolwiek indziej. Wydaje się, że można je złapać i oderwać niczym ogromny kawałek waty cukrowej. Tu tęcze wydają się tak namacalne jakby nie były tylko światłem odbijanym przez cząsteczki wody, ale fizycznym elementem scenografii. Nic dziwnego, że to właśnie tęcza jest symbolem Hawajów – widać ją na każdej tablicy rejestracyjnej z tego stanu.

Ke e Beach, tu zaczyna się park Na Pali Coast i nasz szlak, Kauai, Hawaje

Dojeżdżamy do parku i ku zdziwieniu, udaje nam się znaleźć miejsce na maleńkim parkingu przy samym wejściu na szlak. W zasadzie, to nikt nie chciał na tym miejscu parkować, bo trzeba było wykazać się odrobiną umiejętności i zaparkować tyłem. W Stanach za kierownicą się nie myśli. Widać to na każdym kroku – od autostrady aż po parkingi pod supermarketami. Tym lepiej dla nas. Kiedy zaparkowałem, dostaliśmy niemal oklaski.

Widok na Ke e Beach ze szlaku na Na Pali coast, Kauai, Hawaje

Ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że te tłumy na parkingu – mniejszym i większym nieco dalej – na którym poprzedniego dnia prawie straciliśmy podwozie – to nie wędrowcy z parku a plażowicze udający się na pobliską Ke’e Beach. Przepięknej ale jak wszystkie tutaj – tylko do pooglądania, ewentualnie pomoczenia nóg, ze względu na bardzo silne prądy. Wszyscy amatorzy snorklingu i kąpieli w oceanie powinni obowiązkowo sprawdzić warunki przed podróżą na Hawaje. Można się ładnie rozczarować. Tyle piękna na wyciągnięcie ręki i nie można skorzystać.

Początek szlaku na Na Pali coast, Kauai, Hawaje

My zamiast plażowania wybieramy spacer po 2 milowym szlaku do Hanakapi. To najłatwiejszy w parku i przez to najpopularniejszy, którym podążają setki turystów każdego dnia. Jak to w amerykańskim parku wszystko jest idealnie przygotowane niczym scenografia do filmu. Wszystko jest pięknie przygotowane i podane. Zaserwowane wprost pod nos typowego amerykańskiego turysty. Oczywiście można tu przyjść z plecakiem i namiotem i kręcić się po bajecznie pięknym parku dniami. Ze względu na dość napięty harmonogram i brak sprzętu, decydujemy się na standardowy spacer. Na szczęście jest jeszcze wcześnie i jest w miarę kameralnie.

sliksie kamienie i błoto - Na Pali Coast, Kauai, Hawaje

Na początku wąska droga pnie się w górę przez gęsty las deszczowy. Jest tak gorąco i wilgotno, że momentalnie jesteśmy mokrzy. Wilgotną lepką skórę bezlitośnie opieka słońce. Nie wiem jakim cudem znajduje maleńkie prześwity wśród gęstej dżungli, ale trafia bezbłędnie w kark, w ręce. Marsz ratuje nam życie. Każdy krok powoduje przynajmniej minimalny ruch powietrza, coś na kształt przewiewu. Zatrzymanie się oznacza momentalne znalezienie się w niewidocznej, dusznej, oblepiającej otchłani.

Na Pali Coast, Kauai, Hawaje

Potykamy się o przyczajone i poukrywane wzdłuż ścieżki korzenie. Duże kamienie leżące na szklaku miały ułatwić marsz, ale gdzieniegdzie zamieniają się w pułapki. Stąpanie po nich zaczyna przypominać sceny z Indiany Jonesa. Niewłaściwy krok mógł się skończyć maleńkim gejzerem błotnym strzelającym spod ruszających się kamieni. Druga opcja to spektakularny poślizg i zjazd na tyłku w dół szlaku, z pokiereszowaniem lub nawet połamaniem nóg w pakiecie.

Wybrzeże Na Pali, Kauai, Hawaje

W końcu wychodzimy z lasu. Teraz idziemy półką skalną wzdłuż klifów. Nie ma już drzew, wilgotność nieco spada. Pojawia się lekki powiew, ale za to słońce zaczyna niemiłosiernie prażyć. Droga wydaje się lepsza. Zabłocone, śliskie leśne ścieżki zamieniają się w podeschnięte szlaki, po których zwyczajnie wygodniej się chodzi. Pułapki pojawiają się od czasu do czasu kiedy idąc na pozór suchą ścieżką, nagle zaczynamy się ślizgać zastygając w nienaturalnych, wykrzywionych pozach.

sliska błotnista ścieżka na Na Pali State Park, Kauai, Hawaje

Zbocza klifów są bardzo strome, więc wydaj się jakbyśmy unosili się ponad konarami drzew. Jakby nagle naszym butom do biegania oblepionym ciężkim rudym błotem wyrosły z boku małe skrzydełka, które unosiły nas ponad tą piękną okolicą. W pełnym słońcu jest pełne szaleństwo kolorów. Wszystko jest idealnie skomponowane, soczyste, jakby naturalnie wyfotoszopowane. To jedno z tych miejsc, które ciężko zamknąć na zdjęciu. Jest tak piękne, że żadna fotografia nie jest w stanie tego oddać. Na żywo wygląda lepiej niż na pocztówkach.

Na Pali Coast - Kauai, Hawaje

Całość tworzy idealny krąg, jakby zamkniętą całość zielonego i niebieskiego w najpiękniejszych odcieniach i wariacjach. Zaczynając od idealnie niebieskiego nieba, które w miarę zbliżania się do ziemi, staje się coraz jaśniejsze. Nagle niespodziewanie przechodzi w ocean, gdzieś hen daleko za lekką mgiełką. Ten z kolei w miarę zbliżania się staje się coraz wyraźniejszy, bardziej nasycony, ciemniejszy. I znowu, niespodziewanie, naturalnie przechodzi w błękit, potem hipnotyzujący lazur, aż wreszcie staje się szmaragdowo zielony przy brzegu. Tu zieleń oceanu staje się nie wiedzieć kiedy, zielenią krzaków. Te przechodzą w coraz ciemniejszy las, który w miarę oddalania się, niknie i wysoko na szczytach Na Pali przechodzi w blady błękit nieba. To niesamowite uczucie, kiedy nagle przez wszystko staje się jednością – niebo, woda, ziemia – i nie wiesz w zasadzie kiedy jedno przechodzi w drugie. Patrząc na całość, trudno nawet odróżnić chmurę na niebie od morskich fal. Magia – tak działa Na Pali.

szlak Na Pali, Kauai, Hawaje

mordercze prądy na Hanakapi'ai Beach zabiły już dziesiątki nieuważnych turystów, Kauai, Hawaje

Co i raz ścieżka wcina się w gęsty las. Przekraczamy kolejne strumienie, skaczemy po śliskich kamieniach. Zatrzymujemy się coraz częściej, żeby wytrzeć mokre czoła i napić się chociaż odrobinę upragnionej wody. Marsz staje się coraz trudniejszy. W cieniu dróżka znowu zamienia się w błotną zjeżdżalnię, na której trudno utrzymać równowagę. Mijamy znak ostrzegający przed wchodzeniem do wody na pobliskiej plaży Hanakapi’ai. Wchodzenie do wody jest tu absolutnie zakazane. Nigdy, pod żadnym pozorem nie wolno wchodzić do wody. Prąd jest podobno tak silny, że nie da mu rady nawet pływak olimpijski. Skotłuje, wyniesie na ocean i utopi. Podobno były przypadki, gdy prąd powalał ludzi brodzących w wodzie po piszczele. Przesada czy nie, ponury licznik 83+ przy liczbie ofiar plaży daje do myślenia.

dalszy spacer wymaga przeprawy przez strumien, Na Pali, Kauai, Hawaje

strumien Hanakapi'ai i niebezpieczna plaża o tej samej nazwie, Na Pali Coast, Kauai, Hawaje

Docieramy do strumienia przecinającego dolinę Hanakapi’ai na pół. Woda po pas. Mój pas, czyli lekko metr. Na dnie kamienie. Nierówno, ślisko. Na brzegu zebrała się grupka ludzi. Mało kto się decyduje na przekroczenie strumienia. Jakieś studentki. Wszyscy im w ciszy dopingują albo czekają która się poślizgnie i zamoczy. Mimo trudności, udaje im się. Z naprzeciwka, wodę pokonuje mężczyzna z bobasem w nosidełku. Wszyscy aż wstrzymują oddech. Udaje się. Brawa. I tak cały czas. Kilkanaście metrów od nas strumień wpływa na przepięknej plaży do oceanu. Nikt nie ma odwagi iść na plażę. Znaki robią swoje. Pojedynczy ludzie drepczą po kamieniach w dół strumienia i przyglądają się czujnie bosko lazurowej wodzie. Aż nie chce się wierzyć, że coś tak pięknego może być tak niebezpieczne.

Plaża Hanakapi'ai Beach - Na Pali, Kauai, Hawaje

Siedzimy na kamieniach, patrzymy, na wodę, słuchamy jej szumu, oglądamy piękną dżungle dookoła, co i raz spoglądamy nieufnie w stronę zdradzieckiej wody oceanu. Spędzamy przy strumieniu trochę czasu po czym ruszamy z powrotem szlakiem. Po raz kolejny mijamy bajecznie piękne widoki. Zalane słońcem wybrzeże wyłania się z tuneli gęstej dżungli otaczającej ścieżkę. Znowu niesamowite kolory: niebo, woda, las. Żar lejący się z nieba przerywany chwilami delikatnej świeżej bryzy. Każdy powiew jest jak narodziny. W jednej chwili zapominamy o wilgotności i żarze nie do wytrzymania. Wraca się jakoś szybciej, nawet śliska ścieżka wydaje się mniej uciążliwa. Może to dlatego, że w tą stronę idzie się więcej pod górę. Mokrzy i przyrumienieni słońcem wracamy na parking i szczęśliwi wracamy na zachód wyspy. Wszystko jest jeszcze piękniejsze. Znowu tęcze. Dużo słońca i to niesamowite wspomnienie. Jakbyśmy odkryli skarb, serce Kauai.

Boskie krewetki z sosem z zielonej papai, Kapaa, Kauai, Hawaje

Jak przystało na dwójkę niereformowanych łasuchów, zatrzymujemy się w przydrożnym barze na krewetki. Trzeba w końcu uczcić tak udany spacer. Udało się wszystko. Od samego początku. Dokładnie tak jak sobie zaplanowaliśmy. Na stół wjeżdżają więc idealne, świeże krewetki w kokosowym cieście. Do nich specjalność zakładu – sos z zielonej papai. Tak chrupiące i pyszne, że dosłownie chce się zapłakać ze wzruszenia. Idealne w swojej prostocie. Tak nam mija południe. Pod koniec obiadu spoglądamy już z niepokojem na czas, ponieważ po raz pierwszy od przybycia na Hawaje, jesteśmy umówieni na konkretną godzinę. Nie możemy się spóźnić. Czeka nas ukoronowanie pobytu na Na Pali. Wsiadamy w auto i jedziemy na lotnisko. A w zasadzie w jego sąsiedztwo – do heliportu.

Heliport na lotnisku w Lihue - zaczynamy wycieczkę z Blue Hawaiian, Kauai, Hawaje

nasza ekipa na locie helikopterem Blue Hawaiian na Na Pali oraz resztę Kauai, Hawaje

Załatwiamy wszystkie formalności, ważenie, trening procedur bezpieczeństwa i czekamy przy lądowisku. Z nami lecą dwie pary: trójka Bułgarów i Rosjanka. Wszyscy wyglądają jak z teledysku O-zone. Żel we włosach, Apple Watch, Gucci, Armani, stadioni… Patrząc na nich „numa numa jej” aż samo ciśnie się na usta. Jednocześnie są bardzo sympatyczni. Kiedy podlatuje helikopter, jak robociki podbiegamy na swoje miejsca na pasie i po sygnale obsługi wskakujemy do helikoptera. Trafiają nam się najlepsze miejsca – z tyłu po prawej stronie – od wyspy. Zapinamy pasy, zakładamy na uczy ciasne słuchawki. Podłączanie kabelków, próba radia, wita nas pilot. Niezwykle ciepły głos z wyraźnym akcentem z Tennessee, sprawia, że od samego słuchania człowiek się uśmiecha.

widok z kabiny helikoptera, Kauai, Hawaje

wlatujemy helikopterem w Waimea Canyon, Kauai, Hawaje

Szybko dostajemy pozwolenie i helikopter odrywa się od ziemi. Pierwszy lot helikopterem. Zupełnie nowe uczucie. Płynne ruchy, doskonale czuć każdy ruch, otaczającą nas przestrzeń. Trochę jakbyśmy sami unosili się nad ziemią. Szybko wylatujemy nad lotnisko i przecinamy na południowy zachód wyspy. Będziemy ją otaczać zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Teraz widać wyspę z góry. Jest jeszcze piękniejsza. Szerokie jasnozielone doliny otoczone ciemnymi wzgórzami. Z nieba przez chmury przebijają się promienie słońca. Podlatujemy do wzgórza, delikatnie podnosimy się, przelatujemy nad jego krawędzią i oczom ukazuje się kolejna przepiękna zielona dolina spadająca delikatnie do morza. – To miejsce może się wam wydać znajome – mówi delikatnym głosem pilot – to tu kręcono „Spadkobierców” z Georgem Clooneyem.

dziesiątki wodospadów Kauai, Hawaje

dziesiątki wodospadów Kauai, Hawaje

Lecimy chwilę nad doliną, po czym pilot znowu podciąga maszynę, przecinamy kolejną przełęcz i wlatujemy ponad zielone wzgórza. Pod nami jakby rozciągał się puchaty, soczyście zielony, pomarszczony dywan przykrywający miliony lat historii naszej planety. Co i raz dostrzegamy srebrzysto-białe węże strumieni, które w końcu zamieniają się w wodospady. Rozlewają się wzdłuż zboczy tworząc wymyślne wzory. Wyspa widziana z góry jest jeszcze piękniejsza. Widać wszystko dokładniej, z perspektywy, przestrzeń, kształty. Lot jest idealnie zaplanowany – jak w filmie. Serwowane są nam najpiękniejsze ujęcia. Rzeczy, których nie ma szans zobaczyć z ziemi. Widzimy pocztówki na żywo. To co widać po wpisaniu w Google: „Na Pali Coast”. Żeby doznania były jeszcze lepsze, w słuchawkach w miarę odsłaniania się coraz to nowych scen, puszczana jest coraz to inna muzyka. Fragmenty doskonale dobrane do tego co widzimy: muzyka z Gladiatora, Enya. Chwyt tak niski, tak banalny, prosty i w gruncie rzeczy kiczowaty. A jak działa. Aż przechodzą nas ciary. Szczęka opada i nie podnosimy jej praktycznie do samego końca lotu.

Waimea Canyon widzany z samego środka - z pokładu helikoptera, Kauai, Hawaje

wodospady Waimea Canyon widzany z samego środka - z pokładu helikoptera, Kauai, Hawaje

wodospady Waimea Canyon widzany z samego środka - z pokładu helikoptera, Kauai, Hawaje

Wlatujemy nad Waimea Canyon. W zasadzie nie nad, ale do niego. Kolory się zmieniają. Jest bardziej sucho. Widać rudobrązowe skały kanionu. Rzeźbione przez miliony lat, idealnie, z niesłychanym kunsztem, przez płynącą tu rzekę. Lecimy wzdłuż koryta. Po obu stronach mamy sciany, po których spomiędzy nieśmiałych kępek krzaków strzelają wodospady. Wszystko wydaje się niesamowicie blisko. Jakbyśmy mogli tylko wystawić rękę za okno i dotknąć skał. Zwracamy, wlatujemy w odnogi kanionu, wznosimy się, delikatnie nurkujemy. Podlatujemy do kolejnych wodospadów. Z okien helikoptera widać biegające pomiędzy drzewami dzikie świnie. Maleńkie kolorowe punkciki to ludzie chodzący po szlakach. Byliśmy tam kilka dni temu. Patrzyliśmy z urwiska na maleńkie helikoptery lecące gdzieś daleko w ogromnych przestrzeniach kanionu. A teraz z helikoptera, wydaje się, że wszystko jest tak blisko.

w końcu wylatujemy nad Na Pali, Kauai, Hawaje

wybrzeże Na Pali, Kauai, Hawaje

Lecimy dalej w głąb jakbyśmy chcieli znaleźć jego początek. Wylatujemy nad wyżynę, na której krzaki porastające kanion zamieniają się stopniowo w coraz wyższe aż ustępują miejsca drzewom. Okolica wydaje się znajoma. Dolatujemy do Kalaulau point, który tak nas zachwycił. W słuchawkach kolejna zmiana muzyki i przelatujemy nad „najwilgotniejszym punktem na ziemi”. Śmieszne, że na samym Kauai jest ich kilka. Wylatujemy nad Na Pali. Naszym oczom ukazuje się absolutnie powalający widok na Na Pali. Co prawda widzieliśmy już te strome góry o pofałdowanych zielonych zboczach schodzących prosto do oceanu, ale widok z góry i do tego w ruchu… dzieje się tyle, ze trudno zapanować nad emocjami. Serce bije jakieś 180 razy na minutę. Oczy są większe niż srebrne jednodolarówki, ustaw rozdziawione z zachwytu. Nie do opisania.

Na Pali Coast widziane z helikoptera- Kauai, Hawaje

Na Pali Coast widziane z helikoptera- Kauai, Hawaje

Na Pali Coast widziane z helikoptera- Kauai, Hawaje

Wylatujemy nad ocean i lecimy wzdłuż wybrzeża na północ. Z głośników lecą kolejne kawałki nastrojowej muzyki, które jeszcze wzmagają emocje. Wlatujemy w kolejne doliny. Podlatujemy do wodospadów i zataczamy wokół nich kółka. Momentami helikopter jest tak blisko, że wydaje nam się, że płozami zahaczy o drzewa poniżej. Widzimy ludzi idących szlakiem, patrzących w górę na nas. Kiedy podlatujemy do jednego z wodospadów, wydaje się, że zaraz opryska nas wodą. Wszystko jest tak niesamowite i magiczne, że trudno nam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Helikopter jest niesamowitym wynalazkiem. Pozwala oszukiwać przestrzeń, pokonać ją. Przybliżyć się w okamgnieniu i zawisnąć w bezruchu. Dla kogoś wychowanego na samolotach, lecącego pierwszy raz helikopterem, to coś niesamowitego. To jak odkrywanie świata na nowo. Zupełnie nowy wymiar. Absolutny wypas.

WYbrzeże Na Pali Coast z lotu ptaka - Kauai, Hawaje

WYbrzeże Na Pali Coast z lotu ptaka - Kauai, Hawaje

Helikopter oddala się od brzegu, zawraca, robi kółko, leci jeszcze raz przy samych zboczach. Możemy oglądać wszystko jeszcze raz. Bliżej, dalej, poziomo, pod kątem. W końcu odsuwamy się od wybrzeża, żeby objąć je wzrokiem z perspektywy. Zobaczyć więcej. Całość tego pięknego obrazu. Jest na co patrzeć. Tu zaczyna się trochę wyścig z czasem. Każdą sekundę chłoniemy tak łapczywie, jakby miała być ostatnią. Teraz każda chwila oddala nas od tego piękna, zabiera je. Głowa stopniowo się przekręca do tyłu. Lecimy na północ. Aż chce się krzyczeć – nie tak szybko! – zawróć! – jeszcze!

Na Pali Coast - Kauai, Hawaje

Na Pali Coast - Kauai, Hawaje

Podlatujemy do plaży Hanakapi’ai, przy której byliśmy dziś rano. Delikatny głos pilota mówi o zabójczych prądach zwalających nieuważnych plażowiczów z nóg, wyciągających ich w morze i topiących w ciszy. Zniża się i pokazuje nam prąd. Wygląda jak widmo. Delikatnie ciemna smuga na wodzie. Jakby rzeka lekko ciemniejszej wody. Ciągnie się wzdłuż brzegu, zawija i odchodzi w ocean. Z góry wygląda zupełnie niegroźnie. Z brzegu w ogóle go nie widać. A plaża jest taka piękna. Woda tak orzeźwiająca. Upał tak nieznośny. Śmiertelna pułapka w raju.

znad Na Pali nadlatujemy w okolice Hanalei, Kauai, Hawaje

Na Pali coast widziane od strony Hanalei, Kauai, Hawaje
Przelatujemy w końcu Na Pali Coast. Nie udało się zatrzymać czasu. Obrazy tego bajecznie pięknego, absolutnie rajskiego miejsca pozostały tylko w naszych głowach. Mijamy Ke’e beach, które z góry wygląda na cichą mała przepiękną lagunę otoczoną ze wszystkich stron przez silne prądy, niosące groźną, spienioną wodę. Dalej przelatujemy nad pobliskimi wioskami Ha’ena i Wainiha. Plaże wyglądają powalająco, jeszcze bardziej rajsko niż tam na dole. Widać rafę pod powierzchnią lazurowej wody. Złoty piasek połykany z jednej strony przez ocean, z drugiej przez kipiącą zielenią roślinność. Pięknego widoku nie są w stanie zmącić nawet ostrzeżenia pilota o kolejnych śmiertelnie niebezpiecznych prądach. Hawaje są do oglądania. Nie do kapania i pływania w morzu. Przynajmniej o tej porze roku. W tym miejscu.

północne wybrzeże Kauai, Hawaje

wlatujemy wgląb wyspy, prosto w tęczę, Kauai, Hawaje

Kiedy dolatujemy w okolice Hanalei na północy wyspy, jedna z dziewczyn pyta o lot do wnętrza wyspy. Mówi, że ma urodziny i zawsze marzyła o tym, żeby wlecieć do krateru wulkanu. Mt. Waialeale to właśnie wygasły wulkan w samym centrum Kauai. Wznosi się na ponad 1 500 metrów nad poziom morza. Praktycznie cały czas jest spowita w chmurach i non stop pada tu deszcz. To właśnie kolejne „najwilgotniejsze miejsce na ziemi”. Pilot patrzy w kierunku środka wyspy, coś tam sprawdza, po czym uśmiecha się i mówi – Skoro masz urodziny, to nie możemy nie polecieć. Helikopter odwraca się na południe, w kierunku ogromnej tęczy rozpościerającej się na tle zielonych gór i leci do przodu.

wlatujemy do krateru Mt. Waialeale, Kauai, Hawaje

rzeki i wodospady wypływające z góry Mt Waialeale - to ponoć najbardziej wilgotny punkt na ziemi, Kauai, Hawaje

Przed nami coraz gęstsze szare chmury. Pada deszcz. Na przedniej szybie kabiny zbierają się krople wody. Pęd powietrza rozciąga je i zamienia w dziwaczne podłużne twory uciekające do tyłu wzdłuż kabiny. Nie ma już błękitu morza. Nie ma słońca. Nie ma przestrzeni. Nagle znajdujemy się wciśnięci w maleńką, ciasną przestrzeń pomiędzy zielonymi górami a nisko zawieszonymi mleczno-szarymi ciężkimi chmurami. Szybka zmiana płyty i w słuchawkach rozlegają się znajome dźwięki. Muzyka z „Jurassic Park”. Scena kiedy bohaterowie lecą nad wyspą helikopterem. Przechodzą nas znowu ciarki. Bo zdajemy sobie sprawę, że to właśnie my tu lecimy nad takim samym parkiem jurajskim. Idealnie dobrana muzyka do miejsca. Patrzę w górę i widzę, że lecimy dosłownie pod chmurą. Wokół nas zielone zbocza gór. Przed nami jakby góra rozstępowała się.

wewnątrz krateru Mt. Waialeale jak w Parku Jurajskim, Kauai, Hawaje

wewnątrz krateru Mt. Waialeale jak w Parku Jurajskim, Kauai, Hawaje

Wlatujemy do krateru. Muzyka leci jeszcze głośniej. Lekko przytyka nam uszy od zmiany wysokości. Jesteśmy w głębi krateru wulkanu który setki milionów lat temu stworzył tą wyspę. Ze wszystkich stron otacza nas super soczysta zieleń. Pod nami też zieleń. Nad nami chmury. Na niemal pionowych ścianach góry widać setki przepięknych cieków wodnych. W pierwszej chwili myślimy, że to wodospady. Okazuje się jednak, że to strumienie, bo woda niemal nie odrywa się od powierzchni skał. Jednocześnie płynie pod takim kątem, że wydaje się iż spada niemal pionowo w dół. oszukane wodospady. W tym miejscu nic nie jest takie jak się wydaje. Przez chwile, zaczynamy się zastanawiać gdzie jest góra a gdzie dół.

wnętrze wyspy Kauai, Hawaje

Okazuje się, że mieliśmy spore szczęście. Lot do krateru jest niby w planach wycieczek, ale mocno opcjonalny. Uzależniony od pogody. Nam się udało trafić na okienko. O ile w środku pada zawsze, ale czasami trafiają się przejaśnienia, kiedy można tam wlecieć. To jedna z najbardziej niesamowitych przygód jaka nas spotkała. To jak trzęsienie ziemi dla zmysłów. Elektrowstrząsy. Czuliśmy się jakby nagle wielka ręka gdzieś z góry nas złapała, wyciągnęła z codzienności i upuściła nagle w środku krateru nieczynnego wulkanu. I tak sobie tam lataliśmy. Ze ścieżką dźwiękową, od której po plecach przechodziły ciarki. Obrazy jakie mam z tego krateru to jedne z najbardziej żywych wspomnień z podróży. Na samą myśl o tym przechodzi mnie dreszcz.

Kauai widziane z helikoptera - Hawaje

Nie wiem ile czasu spędziliśmy na Waialeale, ale było to oczywiście zdecydowanie za krótko. Ale już przyzwyczailiśmy się do hawajskiego czasu, który leci sobie jak chce – nie tak jak my byśmy chcieli. Helikopter robi zwrot, w jednej chwili przebija się pod delikatnymi chmurami i już jesteśmy nad szeroką doliną. Znowu widać przebijające się słońce. Pod nami pastwiska, drzewa, coraz więcej domów. Lecimy na południe wyspy, widać już Lihue. Zostawiamy za sobą zupełnie odcięte od świata, dziewicze tereny. Już tęsknimy. Wybrzeże Na Pali jest absolutnym hitem, z którym ciężko cokolwiek porównać. Widoki są niepowtarzalne. Nie widziałem chyba piękniejszego miejsca. Czysta poezja. Jednak finał wyprawy w kraterze Waialeale to przeżycie, które również jest absolutnie wyjątkowe. Co jest lepsze? Nie wiem i nie chcę się nawet zastanawiać. Najlepszy jest lot helikopterem, podczas którego można zobaczyć jedno i drugie. To jak gin i tonic – po połączeniu dzieje się magia. Trudno nawet pomyśleć, że jedno może istnieć bez drugiego.

nasza wycieczka helikopterem dobiega końca, lądujemy w Lihue, Kauai, Hawaje

Delikatnie lądujemy. Trudno wyczuć kiedy helikopter znajduje się już na ziemi. Jakby czar nagle prysnął, ktoś nas szczypie. Piękny sen się skończył, trzeba wstawać. Jesteśmy tak podekscytowani i podnieceni, ze jeszcze wracając do hotelu przeglądamy zdjęcia z lotu. Niestety żadne z nich nie są w stanie oddać nawet ułamka piękna jakie ma w sobie lot helikopterem nad Kauai. Absolutnie warto uciułać niemałe pieniądze i przeżyć coś, czego nie zapomni się do końca życia. To właśnie takie momenty zapełniają nasze pudełko ze wspomnieniami, sprawiają, że gdy sobie je przypominamy, przechodzą nas ciarki, zamykamy oczy i odtwarzamy sobie minuta po minucie co się działo. Mimo że tak trudno to zrobić. Tak, lot nad Kauai pozostanie długo. Obrazy, które uchwyciliśmy mają zaszczytne miejsce w naszych wspomnieniach.

Nasz Ford Mustang GT - najlepsze auto do podróżowania po Hawajach

Tyle emocji, przeżyć, bajecznych widoków. Kolejny za krótki dzień. A jednak, udało nam się tyle zobaczyć, doświadczyć, przeżyć. Jak co dzień, grzecznie odstawiamy Mustanga na parking, siadamy z kolorowymi hawajskimi piwami na balkonie, patrzymy na ocean, słuchamy szumu morza co i raz zagłuszanego przez wyjące koguty i łapiemy ostatnie chwile na Kauai. Jutro wracamy na Oahu.

Na Pali Coast, Kauai, Hawaje