Przepiękna plaża w Cervantes, Zachodnia Australia

Na północ od Perth. Wielki leń

Na powrót do Australii nie musiałem czekać długo. Nagle promocja na loty do Perth. Szybka decyzja – lecimy! Cieszę się podwójnie: wracam do Australii po 4-miesięcznej przerwie i do tego będę mógł się nią dzielić. Pokazać wszystko to co mnie zachwyciło w tym pięknym kraju a jednocześnie odkrywać nowe. Razem.
Perth. Dla mnie to po prostu miasto. Australijskie miasto. Ładne i przyjemne. Oprócz betonowej dżungli w centrum są też przepiękne przedmieścia. Woda, zieleń, domki. Jak jeden wielki teren letniskowy. W samym centrum też nie straszą wieżowce ze szkła i stali. Co i raz można trafić na stare wiktoriańskie kamienice. Obok kościół z czerwonej cegły. Dalej nowoczesny biurowiec. Wszystko razem. Obok siebie. To jest Perth. Taka wioska z wieżowcami. Koniec staje się o 18:00 kiedy wszystko się zamyka. Całe centrum zamiera. Zamykają się centra handlowe. Pozostają tylko rozproszone sklepy „u pakistańczyka” i puby. Miasto się po prostu zamyka. Zwija i idzie spać.

Wiktoriańskie domy w Perth, srolicy stanu Australia Zachodnia

Nie po to tu przyjechaliśmy. Perth to tylko początek. Punkt, do którego przylatujemy, bierzemy samochód i ruszamy dalej. Najpierw na północ. Pierwszy cel to Shark Bay znana z przepięknej turkusowej wody i delfinów. Zachodnia Australia to prawdziwy dziki zachód. Perth jest jedynym miastem w pełnym tego słowa znaczeniu. Reszta to miasteczka, miejscowości, wioski, wioseczki. Odległości są duże. Między jedną a drugą stacją czy sklepem potrafi być 150 kilometrów. A więc szybkie zakupy w Perth i w drogę. Najważniejsza jest woda. Na stacjach jest po nawet 6 dolarów za butelkę. W sklepie po 70 centów. A pić trzeba.

Australijskie drogi są pełne znaków ostrzegających przed dzikimi zwierzętami

Droga na północ po kilkudziesięciu kilometrach od Perth, momentalnie zamienia się w odludzie. Rudy piasek porośnięty kępkami trawy, na przemian z gęstymi sięgającymi do kolan krzakami. Nie ma szans, żeby w to wejść. Za dużo słyszałem o wężach, pająkach i innych stworzeniach. Nigdy ich dotąd nie widziałem. Jedyne co tu zagraża to kleszcze. Zwykłe kleszcze. Co ciekawe, nawet nie przenoszą boreliozy. Krajobraz nie zmienia się przez dziesiątki kilometrów.

Na północ od Perth, w okolicach miasteczka Cervantes, wśród buszu pojawiają się łaty pustyni

Co i raz trafiamy na ogromne łaty śnieżnobiałego piasku. Takie małe pustynie pochłaniające stopniowo australijski step. Oglądane z daleka wyglądają jak jęzory lodowca przygniatające całą okolicę. Wysokie na kilkanaście metrów. Zupełnie zaskakujące. W pierwszej chwili zastanawiam się skąd tutaj śnieg. A może to niebo. Albo fatamorgana. To piasek. Wędrujący i cierpliwie pochłaniający coraz więcej trawy i krzaków.

pustynia na północ od Perth, Australia Zachodnia

Cóż takiego może zaoferować pustynia? To tylko piasek, kamienie, trawa, jakieś krzaki. A jednak. Zawsze ciągnęło mnie na pustynię. Jest jakaś magia we wchodzeniu na pustynie. Zostawiasz za sobą cały świat i wkraczasz w świat, który nie jest dla ciebie. Jest obcy, nieprzyjazny. Znajdujesz ciszę, spokój, ukojenie. Magię, która momentalnie całego cię obejmuje. Czuję, że mnie pustynia zwyczajnie przytula, uspokaja. Warto się na chwilę zatrzymać. Rozejrzeć. Nastawić uszy na pustynie. Oddychać. Wziąć w garść delikatny miałki piasek. Być tylko tam i wtedy. To pomaga. Na wszystko.

Kojący serce widok na Ocean Indyjski w okolicy Jurien Bay, bezdroża Zachodniej Australii

Droga biegnie wzdłuż linii brzegu ale rzadko kiedy można zobaczyć wodę. Wygląda to raczej na bezkresną wędrówkę przez busz. Momentami jedziemy jednak przy brzegu. Widoki są tak piękne, że trudno skupić się na drodze. Im bliżej wody, tym więcej drzew i zieleni. Zachód słońca nad wodą to już spełnienie wszystkich marzeń o filmowych sceneriach. Tak to tu. Mieszkańcy Zachodniej Australii są dumni ze swoich – jak to podkreślają – najpiękniejszych plaż.

Chmury ponad drogą w Zachodniej Australii - przepiękny widok charakterystyczny na północ od Perth

Jakieś 700 km na północ od Perth odbijamy na Shark Bay. Zakręt oznaczony jest na mapie w miejscowości Overlander. W rzeczywistości Overlander to stara stacja benzynowa ze sklepem. Stamtąd jeszcze kawałeczek po półwyspie i jesteśmy na miejscu – w Monkey Mia. Coś jak droga na Helu. Kawałeczek na mapie. Okazuje się, że to jedynie… 150 kilometrów. Jedzie się ponad 2 godziny, ale jak! Droga prosta aż po horyzont. Jak pas startowy. Pusto. Niestety nonszalancja i chwila zapomnienia mogą mieć opłakane skutki. Niemal wszędzie na drogach Zachodniej Australii – włączając w to miasta – największym wrogiem kierowców są zwierzęta, głównie kangury i emu. Lepiej ich nie spotkać na drodze.

Shell Beach i czerwona pustynia po drodze do Shark Bay i Monkey Mia, Zachodnia Australia

Jedziemy przez pustkowie. Czasami na poboczu mijamy szczątki kangurów. Rzadko ktoś nas mija z naprzeciwka. Jesteśmy sami. Docieramy do Shell Beach. Tu warto się zatrzymać. Miejsce z pocztówki. Szafirowa woda i śnieżnobiały, drobniutki piasek. Obrazek idealny. Wszystko to otoczone czerwoną australijską ziemią. Zbyt piękne, żeby przejechać obok obojętnie. Zbyt piękne, żeby uwierzyć, ze się tu jest. Dotyka stopami tego piasku. Czuje to słońce na twarzy. Oddycha tym powietrzem.

Denham - ostatnie i jedyne miasto po drodze do Monkey Mia, Australia Zachodnia

Kolejnym przystankiem jest Denham – jedyne miasteczko na półwyspie, ostatni postój przed Monkey Mia. To tu trzeba zrobić zapasy. Spokojna miejscowość, daleko od wszystkiego. Tutaj nikt nic nie musi. Wszyscy są powolni, wyluzowani. Wydaje się, że żyją tylko słońcem i morzem, które są tu na zawołanie. Miejsce z tych, które w zasadzie nic nie muszą robić a czujesz się jakby cię witały z otwartymi ramionami. Po prostu jest. W powietrzu czuć jakby „Zostań trochę. Będzie ci dobrze.”

Monkey Mia nad zatoką Shark Bay - przecudny camping blisko natury, Australia Zachodnia

Nareszcie nasz cel – Monkey Mia. I tutaj trochę zaskoczenie. Wygląda to jak mikromiasteczko składające się z dziesiątek namiotów, camperów, nieładnych baraków i bryły hotelu szumnie zwanego resortem. W środku klimat zupełnie nie australijski. Połączenie amerykańskiego więzienia i stacji kosmicznej. Zimne podłogi, metalowe łóżka. Lepiej spać na campingu, nawet w samochodzie, niż płacić 120 dolarów za noc. Zapominamy jednak o pokoju. Idziemy na plażę. Taki wieczorny spacer.

Delfiny szalejące o poranku w Monkey Mia - to jedna z atrakcji Shark Bay, Australia Zachodnia

Spacerujemy brodząc w cieplutkiej wieczornej wodzie. Słońce powoli zniża się do krystalicznie czystej lazurowej tafli oceanu. Ciepła woda miło pieści stopy. Jeden z tym momentów, kiedy czujesz, że nie ma nic oprócz ciebie, towarzyszki życia i tego miejsca. Magia. Przerywa ją dziwaczna ciemna plama na wodzie. Płynie coraz szybciej, rozdziela się. Od razu w głowie mam muzykę ze „Szczęk”. Muzyka jest jeszcze głośniejsza gdy widzę trzy płetwy ponad taflą wody. Nie uciekamy chyba tylko z zaskoczenia. I dobrze. Po chwili, na płyciźnie bawią się koło nas wesołe delfiny. Głupki. Wariaty. Ewidentnie szukają towarzyszy do zabawy. Skaczą, szamoczą się, wyprzedzają. Tak przez kilka minut. Potem znikają. Widok bawiących się przy brzegu delfinów jest bezcenny. Jeden z tych które zapamiętuje się na dłuuugo. Mistrzostwo świata.

Co rano kilka delfinów podpływa do Monkey Mia na karmienie. To jest właśnie Shark Bay, Zachodnia Australia

Następnego dnia, wstajemy o 7:00 rano, żeby zdążyć na pokaz karmienia delfinów. zasada jest prosta. Codziennie ok 7:45 do brzeg u podpływają delfiny. Wiedzą, że będzie na nie czekało 5 kg ryb. Ssaki są punktualne jak w zegarku. Podpływa ich kilkanaście. Najpierw nieśmiało. Coraz bliżej. W końcu lądują na płyciźnie przy brzegu. Przygląda się temu spora grupka ludzi. Och! Ach! Westchnięciom i wyrazom zachwytu nie ma końca. I nie dziwne. Jeżeli chodzi o wdzięk, delfiny nie mają sobie chyba równych w królestwie zwierząt. To przepiękne i szalenie bystre zwierzaki. A ludzie myślą, że to oni wytresowali je tak, żeby przypływały po jedzenie…

karmienie delfinów w Monkey Mia, Shark Bay, Australia Zachodnia

Pobyt w Monkey Mia jest jak sen na jawie. Jesteś w cudownym, rajskim miejscu. Jakby poza czasem i przestrzenią. Nie ma żadnego dalej. Nie ma przedtem. Nie ma nic poza tym miejscem. To jakby samotna rajska wysepka na środku oceanu. Nawet nie chce się, myśleć o czymkolwiek co wykracza poza Monkey Mia. Można się tu zapomnieć. To miejsce może ponieść. Łapie i trzyma. Mocno. Naprawdę mocno. Można przyjechać tu i siedzieć dwa tygodnie. Niby plaża, camping, upał, nie ma co robić poza opalaniem się i pluskaniem w wodzie. Słodkie nicnierobienie. Nawet to pluskanie jest nadzwyczajne, kiedy nagle pół metra od Ciebie ni stąd ni zowąd zaczynają buszować delfiny. Ot tak. Wariaty!

delfiny wariaty - Monkey Mia, Shark Bay, Australia Zachodnia

Po jednym dniu spędzonym w Monkey Mia jedziemy dalej. W zasadzie wracamy na południe. Nie jedziemy dalej na północ. Nie wytrzymujemy tu. Dlaczego? Wszyscy ciągle trąbią o niebezpiecznych zwierzętach w Australii. Nie jedź bo krokodyle. Bo pająki. Bo węże. Wszystko może cię zabić, w najlepszym wypadku okaleczyć. Tymczasem w Australii jest inne stworzenie, które uprzykrza życie turystom. To muchy. Zwykłe muchy plujki. Brzęcząca, upierdliwa czarna kulka. U nas przegania się takie ręką. Tutaj to nie działa. Much jest tyle, ze są zwyczajnie nie do zniesienia. Nie da się zatrzymać na zewnątrz. Nie da się zjeść. Nie da się nawet opalać. Od świtu do zmierzchu. Latają, brzęczą, dotykają, łaskoczą. Są absolutnie nie do zniesienia. Lokalsi się przyzwyczaili. Przyjezdni inwestują w siatki na głowę – wyglądają wtedy jak pszczelarze – albo uciekają.

muchy w Australii to największa plaga, są okropne i upierdliwe. nie ma na nie skutecznego środka odstraszającego. Monkey Mia, Australia Zachodnia

Pytam skąd tyle much. Pani w hotelu mówi, że tak jest ich dużo cały czas. Teraz jest najgorzej. Po niedawnym cyklonie wszędzie stoi woda, w której rozmnażają się muchy. Odpowiedziała – Our flies are like everything here in Australia – friendly! Trudno to sobie wyobrazić. Też bym nie potrafił, gdyby ktoś mi powiedział, że zmienimy plan podróży przez muchy. A jednak. Jedyne do czego mogę to przyrównać to obrazy, które widziałem jako dziecko w telewizji. Reportaże z Etiopii – wychudzone dzieci w wydętymi brzuchami. Po nich chodzą muchy. Wchodzą do nosa, do ust, do uszu. Są wszędzie. Odganianie się od nich to strata energii. I tak nic nie da. takie są australijskie muchy. O tym nie piszą w przewodniku.

Emu spacerujące po campingu Monkey Mia w poszukiwaniu jedzenia. Lepiej zamykać namiot i chować jedzenie. Shark Bay, Australia Zachodnia

Kiedy pakuję auto, odganiając się od much, słyszę za sobą jakiś dziwny odgłos. Odwracam się i widzę przed sobą półtorametrowego emu. Zupełnie się mnie nie boi. To raczej ja powinienem bać się jego. Jest u siebie. Obchodzi cały camping w poszukiwaniu jedzenia. Karmienie jest zabronione, ale wielki ptak nic sobie z tego nie robi. Obcina mnie wzrokiem po czym udaje się na szabrowanie namiotów. Po chwili dołączają do niego młode. Wchodzą do namiotów. Przerzucają jakieś bambetle, robią bałagan, buszują. Dom wariatów.

wścibskie emu w Monkey Mia, Shark Bay, Australia Zachodnia

Na południe od Geraldton much jest jakby mniej. Atakują dopiero po dłuższej chwili bezczynności, wiec staramy się ciągle być w ruchu. Chłoniemy przepiękne wybrzeże. Malownicze maleńkie plaże. Miasteczka. W miasteczkach bary. W barach gwarno. Ludzie oglądają mecz rugby. Graja na automatach. Piją przepyszne lokalne piwo. Zajadają ogromne porcje krewetek i kalmarów podawanych z ogromnymi frytami. Ludzie to przedziwna mieszanka surferów i tutejszych „Januszów” – wędkarzy z wąsami, w koszulach, jeżdżących swoimi pick-upami po campingach całej Zachodniej Australii.

Najlepsza restauracja w Australii - samoobsługowy grill przy plaży w okolicach Geraldton, Zachodnia Australia

Pogoda jest wymarzona. Około 30 stopni. Ciepła bryza. Upał, ale jednocześnie świeżość. Wszystko chce się robić nad wodą. Siedzieć, leżeć, jeść, obijać się. Najlepsze są śniadania na plaży. Kiedy idziemy nad morze. Wyciągamy wszystko co mamy. Jajka, boczek, ser, English muffiny, pomidorki. Wszystko siup na grilla. Do tego aromatyczna australijska kawa złapana gdzieś po drodze w barze. Potem siedzimy na kocyku, odganiamy się od wścibskich mew próbujących podjeść nasze śniadanie. Wieje lekki wiatr. W tej scenerii piękne błękitne oczy patrzące na mnie zza okularów, rozwianych blond włosów i kubka z kawą są jeszcze bardziej moje. Takie małe momenty. To otoczenie. One sprawiają, że człowiek zakochuje się jeszcze bardziej. Cała Australia to właśnie takie momenty!

 Lake Thetis w okolicach miasteczka Cervantes, Zachodnia Australia

Dalej na południe. Nieopodal miasteczka Cervantes znajduje się niepozorne miejsce. Lake Thetis. Małe słone jezioro odcięte od oceanu setki lat temu. Ta mała plamka na mapie skrywa prawdziwy skarb. Stromatolity. Coś między bakterią a sinicą. Wygląda jak czarna gąbczasta skała. To najstarsze ślady życia na Ziemi. Blisko 3,5 miliarda lat temu, stromatolity zaczęły produkować tlen. Od nich się WSZYSTKO zaczęło. To przedziwne miejsce – z pozoru zwyczajne – skłania do refleksji. Będąc po lekturze Darwina zastanawiam się jak My – ludzie – wyewoluowaliśmy z czegoś takiego. W ciągu 3,5 miliarda lat. Jakim przypadkiem było pojawienie się człowieka. Szczęśliwym przypadkiem.

jedna z przepięknych plaż w okolicach miasteczka Cervantes, Zachodnia Australia
Sam Cervantes jest spokojnym miasteczkiem z przepiękna plaża. To akurat żadne wyróżnik. Tutaj wszędzie są piękne plaże. Gdziekolwiek nie pojedziemy, wita nas lazurowa woda, szafirowe niebo z wdzięcznie kłębiącymi się chmurkami i słońce miło liżące po twarzy. Leń. Wszechogarniający leń. Nie chce się nic. Tu jest tak dobrze. Tylko poleżeć. Posłuchać szumu. Morza i wiatru. Po prostu leń.

Jedna z przepięknych plaż w okolicach Cervantes, Zachodnia Australia

Morze przyzwyczaja. A my nie chcemy osiąść. Zalec w jednym miejscu. Jest tyle do zobaczenia. Tyle do przeżycia. Pustynia. Musiałem tam wrócić. Jedziemy do Pinnacles Desert. Zaraz przy brzegu oceanu. Tak blisko, że czuć bryzę. Widać odległy wielki błękit. Wielka łata złocistego piachu. Z niej wyrastają tysiące kamiennych ostańców. Wygląda to jak gigantyczna szczęka rekina. Istny kosmos. Krajobraz zupełnie odstający od tego, co można zobaczyć zaledwie 5 km stąd.

Pinnacles Desert - jedna z flagowych atrakcji Zachodniej Australii

Ocean, plaża, busz aż tu nagle miałki, złocisty piasek, po którym chciałoby się chodzić gołymi stopami. Piękna i niesamowitej atmosfery tego miejsca nie są nam w stanie zepsuć nawet turyści z Indii. To dziwne miejsce. Widzisz ocean. Widzisz busz naokoło. Mimo to, czujesz się jak na środku pustyni. Taki świat w miniaturce.

Ocean, busz i pustynia - wszystko w jednym miejscu - to właśnie Pinnacles Desert, Zachodnia Australia

Wracamy nad morze. Może uzależnia. Szczególnie tutaj. Kiedy wiesz, że za każdym razem czeka cię coś pięknego. Nie ma zwykłych plaż. Tutaj jest zwyczajna magia. Każdy zakątek. Każda wycieczka na plażę przez przerzedzony busz to jak przejście na drugą stronę szafy. To inny świat. Wejście do świata nic się nie chce. Nic nie trzeba. Wszystko poczeka. Tu i teraz. Chwilo trwaj.

Jeden z wielu Kangaroo Point, Zachodnia Australia

Tym razem się chce. Trafiamy na Kangaroo Point. Chcemy zobaczyć kangury wylegujące się na plaży. Jak mówi napotkany parkowy ranger – spotkanie kangura jest pewne. Ok. 18:30 wychodzą z buszu paść się na przybrzeżnych łąkach. Więc chodzimy. Szukamy, wypatrujemy. Przedzieramy się przez krzaki uważając na kleszcze. Jedyne na co trafiamy to trzy delfiny bawiące się w płytkich wodach. Delfiny! Na Kangaroo Point. Ironia losu. Znowu to samo. Wariaty. Skaczą. Ganiają się. A gdzie kangury!? Kiedy w końcu wracamy zrezygnowani, nagle jest on. „Majestatyczny kangur wyłaniał się z buszu aby podziwiać zachód słońca” – przysiągłbym, że słyszymy oboje głos Krystyny Czubówny w naszych głowach. Szybkie spojrzenie. Pełnia szczęścia. Majestatyczny kangur. Zachód słońca. Piękny obrazek.

Kangur o zachodzie słońca na Kangaroo Point, Zachodnia Australia

Kolejnym przystankiem był Yanchep National Park. Brzmi zwyczajnie. Wygląda zwyczajnie. Ot weekendowa baza wypadowa za miasto dla mieszkańców Perth. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Jak to w Australii, nic nie jest zwyczajne. Nie ma rzeczy byle jakich. We wszystkim jest jakieś niewytłumaczalne piękno. Ot taki zwyczajny park. Miejsce na grilla. Jeziorko, łabędzie. Idealne miejsce na weekendowe wypady. A jednak. W parku wita nas furkot silników samochodowych. Trafiamy tam akurat wraz z grupą miłośników starych amerykańskich samochodów. Mustangi, Camaro, Challengery. Stan igła. Przepiękne. Kolorowe. Aż miło popatrzeć.

Yanchep National Park i zjazd starych amerykańskich samochodów: Ford Mustang, Chevrolet Camaro SS, Buicki i inne. Wszystko w jednym miejscu. Perth, Zachodnia Australia

Auta oczywiście zupełnie tu nie pasują, ale to żaden problem. To Australia. Tu nic nie trzeba. Tu się żyje. Tu jest luz. Tu nie ma żadnych krępujących, bezsensownych norm. Tutaj ludzie po prostu się bawią.

senny koala podjada liście eukaliptusa na drzewie, zasypiając w trakcie. Yanchep National Park

Oczywiście nie przyjechaliśmy tu oglądać samochody tylko koale. I kangury. Tak. Do znudzenia. O mojej nieskończonej i absolutnej miłości do tych zwierząt nie będę się już rozpisywał. Robiłem to w poprzednich relacjach ze wschodniej Australii. Powiem tak – za każdym razem czuję się jakbym widział te zwierzaki po raz pierwszy. Jaram się! Są prze! Są blisko. Tak blisko, ze można je prawie dotknąć. Gdyby tylko się nie bały. Do Australii warto przyjechać chociaż dla samego widoku koali i kangura na żywo. Tylko. Wystarczy. Czy się opłaca? Nie, nie opłaca się Ale Warto! Kto widział, ten rozumie.

Yanchep National Park - kangury są wszędzie, Zachodnia Australia

Każdy kolejny dzień to kolejny leń. Wybrzeże Zachodniej Australii to stan umysłu. Dni zlewają się w jedno. Trudno przypomnieć sobie co działo się kiedy. Nawet patrząc na mapę, trudno dociec gdzie byliśmy. Gdzie potem. I potem. Wszystko to jedno piękne wspomnienie. Bez jakiegokolwiek planu. Bez mapy. Bez kierunku wędrówki. Skaczemy po mapie. Jeździmy to w górę, to w dół. To odbijamy w głąb lądu, to wracamy nad wodę.

Najlepsze posiłki to te przygotowane samodzielnie - na publicznych grillach. Wystarczy kupić składniki w sklepie. Perth, Australia Zachodnia

Razem podbijamy Australię, Perth, Zachodnia Australia

Jemy Australię. Owoce morza. Grillowane na brzegu oceanu. Na publicznych grillach. Pijemy do tego przepyszne Pinot Gris – Curious Kiwi. Smak Australii, chociaż z Nowej Zelandii. Zamieniamy zawartość plastikowych siatek z supermarketu w nasz mały kulinarny raj. Co z tego, że z plastikowego talerzyka. Co z tego, że piasek trzeszczy w zębach. To jest nasze. Nasz smak przygody. Śmiejemy się. Patrzymy w morze. Zamyślamy się. Każdy sam, ale są momenty, w których nasze myśli się spotykają. Wtedy nagle patrzymy na siebie. I to jest najlepsze na świecie. Australia rozkochuje nas – w sobie. I w nas jeszcze bardziej. Australią trzeba się dzielić. Razem.

 

Perth, Zachodnia Australia