pomnik lenina ulica 25 października, Tiraspol, Naddniestrze

Tiraspol, Naddniestrze. Rubel za wejście, dwa za wyjście

Dworzec autobusowy w Kiszyniowie. Wszędzie pełno marszrutek. Na każdej tablica z egzotycznie brzmiącymi nazwami. Szukamy tej jednej. Zaczepiam panią w średnim wieku z dość mocnym wschodnim makijażem – Awtobus w Tiraspol? – Pada szybka odpowiedz – Tuda, tuda! – Pani niemal ciągnie mnie za rękaw i prowadzi nas do autobusu. Nim się spostrzegliśmy, siedzimy w autobusie do Tiraspola. To co wydawało się tak nierealne właśnie się dzieje. Jedziemy tam! Naddniestrze.

 

img_8565

Autobus przywodzi wspomnienia z początku lat ’90. Kolonie, stare Karosy, Autosany, stare niemieckie autokary dostające w biednej Polsce drugie życie. Kolorowe, klejące się zasłonki, zapadłe siedzenia pokryte wzorzystym, pluszopodobnym materiałem. Do tego kierowca, który mówi, że „dba o autokar bardziej jak o żonę”. Jedziemy w kierunku Naddniestrza. Za oknem pola, wioski, domki za drewnianymi płotkami. Rozpływamy się w upale, sielskie pocztówki powoli się rozmywają i zlewają, zasypiamy. Budzimy się przed granicą w Benderach. Jaką granicą? Naddniestrze postawiło sobie granicę „państwową”, na której kontroluje kto, kiedy, jak i po co wjeżdża i wyjeżdża z tego parapaństwa. Coś co przypomina nieudolnie, na szybko sklecony terminalik, naokoło poobstawiane workami z piaskiem BTR-y. Obok  blaszana budka, lady, zielono-czerwone flagi z sierpem i młotem, zdjęcia Jewgenija Szewczuka – zarządcy tego miejsca.

img_8561

img_8398

Opiekuje się nami przemiła starsza Pani – Rosjanka, która jest „opiekunem” autokaru. Jej zadanie to ogarnięcie kwestii formalnych tak abyśmy spędzili na granicy jak najmniej czasu. Typ dobrej cioci, która potrafi przytulić i pogłaskać, ale jednocześnie huknąć głośno jeżeli coś przeskrobiemy. Na początku podróży upewniła się, że każdy ma dokumenty i wie dokąd jedzie, tu stoi z nami przy okienku i mówi za nas. Standardowe pytania – Co? Po co? Dlaczego? Na jak długo? Po czym dostajemy przepustki uprawniające nas do spędzenia w Naddniestrzu 24 godzin. Wjeżdżamy do innego świata.

img_8543

img_8556

Przestrzeń. Ogromna przestrzeń. Wszędzie dużo powietrza. Szerokie ulice, niewysoka zabudowa. Szarawy beton, słupy energetyczne, trolejbusy, posterunki milicji i wojska. Socrealizm wiecznie żywy. Czerwono zielone flagi. Tak wyglądają Bendery. Typowe sowieckie miasto. Sprawia wrażenie pustawego, za dużego dla tych wszystkich ludzi, którzy tu mieszkają, jakby opuszczonego. Snujące się po ulicach postacie wydają się być zagubione, niczym mrówki krążą z punktu A do punktu B najdłuższą możliwą drogą. To charakterystyczne dla miejsc, które zostały powołane do życia i istnieją same dla siebie a nie dla ludzi.

img_8513

img_9134

Przejeżdżamy mostem przez Dniestr i jesteśmy w sercu „Republiki”. Jeszcze trochę pól i już praktycznie wjeżdżamy do Tiraspola. Jesteśmy w królestwie Sheriffa. Sheriff to firma, która trzęsie całym para-państwem. Została założona na początku lat ’90 – zaraz po oderwaniu się tego zakątka od Mołdawii – przez nikogo innego jak ówczesną nomenklaturę. Jej szefem był syn pierwszego prezydenta Naddniestrza – Igora Smirnova. Nic dziwnego, że firma była traktowana przez władze wyjątkowo pobłażliwie. W efekcie, zajmuje się wszystkim co przynosi jakiekolwiek pieniądze. Sheriff to: supermarkety, stacje benzynowe, firma budowlana, kanał telewizyjny, wydawnictwo, piekarnie, operator komórkowy, salon Mercedesa… Tak, Sheriff to wszystko, także agencja reklamowa, stadion i klub piłkarski z Tiraspola. Firma jest nawet właścicielem destylarni sławnych koniaków KVINT. Sheriff to Naddniestrze. Naddniestrze to Sheriff. Prywatny folwark. Pytanie skąd taka nazwa? Najpewniej, jej założyciel był fanem westernów. Cóż, rozmach… Liczy się rozmach… i nonszalancja.

img_8407

img_8411

Jedziemy przez miasteczko, w większości składające się z niskich domków z ogrodami, schowanych za płotkami i za drzewami. Wysiadamy na dworcu kolejowym gdzieś w środku miasta. Jest gorąco i dalej pustawo. Pasażerowie autobusu rozchodzą się i zostajemy niemal sami na rozległym placu. Znajduję kantor i wymieniam 20 dolarów na miejscową walutę – ruble naddniestrzańskie. Waluta, która nie istnieje, jest niewymienialna praktycznie nigdzie. Małe dość estetyczne banknoty, na większości nominałów, popiersie Suworowa obwieszonego medalami. Niesamowite, że w kraju tak często odwołującego się do tradycji ZSRR na pieniądzach jest carski generał. Na jednym z papierków miga też Szewczenko. Te przedziwne pieniądze sprawiają wrażenie jakby były kolorowymi banknotami z „Monopoly” czy raczej naszej polskiej „Fortuny”.

img_8412

img_8413

Idziemy w stronę centrum. W zasadzie przy tak zbudowanych miastach, chyba trudno powiedzieć, ze w jakimś konkretnym miejscu znajduje się centrum. Tiraspol po prostu rozlewa się po okolicy, bez żadnego ładu i składu. Ulica Lenina to aleja biegnąca gdzieś prosto w cieniu drzew. Wzdłuż ciągną się stare, niewysokie domy – czynszówki, kamienice, popegeerowskie bloki – trudno w zasadzie powiedzieć co to. Widać tu trochę zaniedbania, bylejakości, nijakości, ale nie widać upadku i rozkładu jaki na każdym kroku kłuł w oczy w Kiszyniowie. Okolica wygląda jak obrzeża Warszawy z końca lat ’80. Głęboka, upadająca już komuna. W głowie majaczą niewyraźne wspomnienia z tych lat, kiedy jako dzieciak latałem po rodzinnych stronach. Stare osiedla, kraty w oknach, szerokie ulice, pnie drzew malowane czymś białym. Dużo przestrzeni, mało ludzi. Wszędzie kolory natury okraszone jedynie szarością betonu. Bez tej kolorowej naleciałości kapitalizmu – bez reklam, billboardów, ogłoszeń. Spacer tą aleją to jak oglądanie zdjęć sprzed kilkudziesięciu lat, tylko pokolorowanych. Takich, które trochę oszukują nasz umysł.

img_8427

img_8421

img_8424

Trafiamy do Parku Kirowa. Za odrapanym murkiem i szczerbatym płotem rozpościera się małpi gaj. Wąskie wydeptane ścieżki i szczerbate chodniki coraz odważniej połykają dzikie trawy i chaszcze. Gdzieś za krzakami wystają powyginane huśtawki. Gruba warstwa żółtej farby nie jest wstanie ukryć rdzy, która je przeżera. Wprawione w ruch upiornie skrzypią. Tylko dzięki pięknej słonecznej pogodzie nie czujemy się jak w jakimś horrorze. Kręcimy się po tym małpim gaju i oto nagle w samym środku parku wyrasta nowiutka cerkiew. W zasadzie nie jest nowa, a jedynie po gruntownej renowacji i dobudówce w postaci bramy zwieńczonej złotymi, połyskującymi w wrześniowym słońcu cebulastymi kopułami. W oczy kłuje ten kontrast zapomnianego, zaniedbanego parku rodem z programu „Świat po zagładzie ludzi” i nowiutkiej, sterylnie czystej i błyszczącej cerkwi.

img_8429

img_8431

W mieście pustki. Wydaje się, jakby tu w ogóle nie było ludzi. Idziemy dalej pustymi alejami, mijamy uśpione domy schowane w cieniu winorośli, zamaskowane za metalowymi płotami i bramami, przydomowymi szopami skleconymi ze wszystkiego co dało się znaleźć. Mijamy jakieś zakłady schowane za murami. Na bramie czerwona gwiazda. Wszystko naokoło przypomina mi obrazy z ZSRR. Przychodzą mi na myśl wszystkie albumy, przeźrocza z obrazami z ZSRR lat ‘80 które oglądałem. Świat wyjęty z radzieckich filmów, tylko widziany w HD. Do tego zapach słońca i drzew. Trafiamy na Piata Verde, czyli zielony market. Kolorami i architekturą hala targowa przypomina brzydkie budynki początku lat ’90 różniące się od poprzedniej epoki tylko tym, że są kolorowe i jeszcze bardziej bezkształtne i nieestetyczne niż te z czasów ZSRR. Zupełnie jakby wolność polegała na wychwalaniu kolorów i pstrokacizny – tak na przekór szarości, która dominowała w ZSRR. Nieważna jest jednak ta brzydka powierzchowność. To w środku zaczyna się magia!

img_8439

img_8438

img_8446

img_9143

Tiraspolski targ to lokalny bazarek w najlepszym wydaniu. To naturalne, świeże owoce, warzywa i zioła. Zbierane a nie produkowane. To nie produkty, to sama natura. To organic i eko w swojej czystej postaci, mimo, że nikt tu o tych słowach nie słyszał. To po prostu naturalne jedzenie. Świeże zioła: pietruszka, koperek, kolendra o odurzającym zapachu wydzielającym się przy każdym poruszeniu bukiecików. Obok przepiękne w swej niedoskonałości owoce i warzywa: nierówne papryki, marchewki i ziemniaki – czuć jeszcze ziemię, w której rosły. Aromatyczne suszone i wędzone śliwki, które są tutejszym specjałem. Przechodząc koło stoiska czuje się jakbym pochylał się nad dzbankiem wigilijnego kompotu z suszu. Stoiska płynnie przechodzą w te z miodem – zabójczo pachnącym, rozlewanym do słoiczków po „gerberkach”.

img_8451

img_9157

Wreszcie wszechobecne weki i kiszonki. W Naddniestrzu kiszone jest wszystko: marchew, seler, jabłka, czosnek, pomidory, liście winogron, bakłażany, arbuzy, oczywiście ogórki, ale także kapusta – w całości! Nowe zapachy, smaki, konsystencja, sprawiają, że kręcimy się od stoiska do stoiska wąchając, próbując, wybierając i kupując coraz to nowe kiszonki. Na teraz, na obiad, na później. Nie ważne, że nie przejemy – musimy spróbować. Na pewno jest pyszne. Wchodząc do hali z nabiałem totalnie przenosimy się w czasy naszego dzieciństwa. Bezapelacyjnie, bez reszty. Charakterystyczny zapach nabiału roznoszący się w powietrzu. Nie jakieś kwaśne mleko, tylko magiczny zapach jaki kojarzę z początku lat ’90 kiedy jako dzieciak wchodziłem do mleczarskiego – obrazy dawno zapomniane.

jedzenie-kolaz

img_8452

Zapach wspomnień. Świeżutki tłusty twaróg, śmietana tak tłusta jakby najdelikatniejsze drgnięcie mogło zamienić ją w masło, które stoi w osełkach obok. I nie mówię tu o jakimś nędznym smarowidle a o prawdziwym maśle, którego zapach powoduje, że jedyne o czym myślę, to znalezienie świeżego, chrupiącego chleba. Samo chodzenie po tym miejscu ma w sobie coś ekscytującego. Kręcimy się w kółko, próbujemy żółtawe sery podawane na końcówkach noży. Panie, które z takim ciepłem polecają swoje świeżutkie idealnie naturalne produkty, a przy kupowaniu, z głębi serca życzą „kuszajcie na zdarowie!” sprawiają, że gdzieś w środku robi się ciepło. Zapach Tiraspola to dla mnie przede wszystkim zapach nabiału.

img_8474

img_8468

Po zakupieniu wiktuałów, postanawiamy znaleźć jakąś ławeczkę w parku i spokojnie zjeść te pyszności, zanim zepsują się w niemiłosiernym upale. Jeszcze tylko picie. Na szczęście zaraz za bazarem, na środku ulicy trafiamy na cysternę z kwasem chlebowym, chłodnym, orzeźwiającym prosto z beczki. Pierwsze co przychodzi nam do głowy to oczywiście Dniestr. Nad rzeką rozciąga się De Wollant Park, więc to właśnie tam kierujemy nasze kroki. Podekscytowani idziemy z cieknącymi kubeczkami kwasu, aż dochodzimy nad rzekę. Betonowa promenada jest kompletnie pusta. Przypomina raczej ogromny falochron albo keję wychodzącą daleko w morze pustki. Pomiędzy nią a rzeką zdziczałe krzaki i drzewa, na rzece stare barki, z których leci głośno ruskie disco. Po drugiej stronie dzika plaża, i ludzie kąpiący się w rzece. Naddniestrze przywodzi na myśl sceny z radzieckich filmów – choćby takie plażowanie ze Spalonych Słońcem. Wielokrotnie czytając książki o życiu w ZSRR od Worobiowa przez Rybakowa aż po Jerofiejewa, właśnie tak wyobrażałem sobie leniwe letnie weekendy w ZSRR.

img_9150

Siedzimy na gorącym betonie, w kompletnym skwarze i przy akompaniamencie rosyjskiego disco, zajadamy chrupiący chleb, który pani z piekarni od razu nam nakroiła w grube pajdy. Na nich świeży, aromatyczny twaróg – idealnie słodki i tłusty – z którego kapie na ręce złocisty lepki miód o odurzającym zapachu kwiatów. Podjadamy wędzone śliwki. Miękkie i wilgotne o intensywnym aromacie dymu. Znowu myślę o Wigilii w tym niesamowitym upale. Na zmianę skubiemy marynowanego bakłażana z kiszoną kapustą i marchewką. Smaki są tak nowe, że trudno je porównać do czegoś co znamy z naszej kuchni. Wszystko popijamy lekko już ogrzanym, ale nadal orzeźwiającym kwasem. Miszmasz smaków i doznań. Jest pusto, betonowo, dziko, gorąco i niesamowicie. Do tego ta muzyka. Radzieckie lato.

img_8473

Po jedzeniu siedzimy sobie po prostu i patrzymy na Dniestr. Gadamy o tym jak w ogóle powstało Naddniestrze. To coś, ten dziwny twór, kawałek Rosji pomiędzy Ukrainą i Mołdawią i jak niesamowite jest to miejsce. To taki czysty Związek Radziecki w miniaturce. Bo trzeba przyznać, ze mimo sierpów i młotów, sowieckich aspiracji i południowego charakteru i temperamentu ludzi, to miejsce jest niezwykle uporządkowane i czyste. Wszystko wydaje się tu działać jak w zegarku. Jakimś dziwnym sowieckim – w swoim tempie –ale mimo to według jakiś zasad i porządku. Faktycznie jest tu coś nie-sowieckiego, jakby takie udane ZSRR. Może komunizm jest możliwy do zrealizowania ale na małą skalę? Od tego myślenia i gadania aż łapiemy niezłą jak na wrzesień opaleniznę. Wracamy do miasta.

img_9152

img_8496

 

Centralnym punktem Tiraspola jest ulica 25 Października, przy której stoi budynek rządu Republiki Naddniestrza jeden z najbardziej charakterystycznych punktów w mieście. To ogromne gmaszysko w stylu zamierzchłej komuny. Socrealizm wcielony, w wersji ułomnej, karłowatej, niedomagającej, ale nowej. Odlany z betonu, pomalowany na biało i coś co przypomina rudy, na koniec udekorowany pudłami klimatyzatorów przy każdym oknie. Na koniec, przez gmaszyskiem dostawiono wykonanego z czerwonego marmuru Lenina z płaszczem powiewającym niczym u Zorro. Stoimy przed tym pałacem i obserwujemy jak wzdłuż szerokiej, pustej ulicy, pod tymże pałacem ścigają się BMW pełne gości weselnych i młodych z jakiegoś wesela. Jeżdżą w tę i we w tę, wystając do połowy z samochodów i krzycząc w rytm głośnej muzyki. Po kilku rundach rajdu, towarzystwo zatrzymuje się pod budynkiem, otwiera igristoje i kontynuuje zabawę przy akompaniamencie muzyki.

img_8499

img_8507

Po drugiej stronie ulicy znajdują się pomniki wojny o niepodległość Naddniestrza z lat 1990-1992. Tablica z ofiarami walk, stary czołg T-34, mała cerkiew. Całość ma charakter mini parku zwycięstwa. Wypolerowany kamień, tablice, kwiaty, wstęgi w kolorze flagi Naddniestrza. Generalnie przy całej głównej ulicy widać flagi. Dużo flag, znaków i symboli. Naddniestrze i Rosja. Na każdym kroku podkreślana jest bliskość i związek z Rosją. Z jednej strony sierp i młot i Lenin, z drugiej – zaraz obok – pomnik Suworowa. Naddniestrze jak chyba cała Rosja, nie może się zdecydować: ZSRR czy Rosja Carska, więc bierze co tylko się da to z jednego to z drugiego i klei w jakąś dziwną całość.

img_8493

img_8501

Kręcimy się jeszcze po szerokich ulicach Tiraspola i oglądamy kolejne pomniki. Upał jest coraz bardziej nieznośny. Szukamy schronienia przed bezlitosnym słońcem. To w cieniu krzaków, to w pobliskim budynku muzeum Naddniestrza, w którym bilety dla turystów są 30-krotnie droższe niż dla mieszkańców, to z supermarkecie Sheriff. Chodzimy i zdajemy sobie sprawę, że… mamy za dużo pieniędzy i nie mamy ich na co wydać. Z wymienionych 20 dolarów zostało nam jakieś 15. Oczywiście w rublach. Chcę je wymienić z powrotem na dolary. Niestety, Naddniestrze to czarna dziura pochłaniająca dolary. Raz oddane nie wracają. Są kursy wymiany, ale nie ma szans na kupno dolarów. Po prostu nikt ich nie sprzedaje. Raz oddane przestają istnieć. Żeby nie zostać z makulaturą, wymieniam ruble na leje mołdawskie.

img_8514

img_8520

Styrani przez upał kierujemy się z powrotem w stronę dworca. Idziemy szerokimi ulicami, z tymi równo posadzonymi ale mimo wszystko lichymi topolami posadzonymi w alejki, z pomalowanymi pniami. Zza drzew wychylają się kolorowe budynki w przedziwnym stylu przypominającego atrapy ze scenografii z tanich produkcji filmowych. Zza tego wszystkiego nieśmiało spoglądają obleśne blokowiska. Przechodzimy pod kolejnymi flagami Rosji i Naddniestrza, z plakatów spogląda na nas Szewczuk, Putin, jacyś kandydaci na deputowanych do miejscowej rady. Wszędzie wyznania miłości wobec Rosji i ten wszechogarniający, przeszywający Naddniestrze sowiecki klimat. Jest we wszystkim, dosłownie czuć go w powietrzu.

img_8521

img_8523

Mijamy jeszcze fabrykę słynnych mołdawskich – teraz naddniestrzańskich – koniaków KVINT, które niegdyś były chlubą ZSRR, skarbem w barku każdego partyjnego działacza, obok butelek z Armenii i Gruzji. Po drodze na dworzec łapiemy marszrutkę, która wraca do Kiszyniowa. Jeszcze jedna zasada rodem z „Akwarium” Suworowa: „Rubel za wejście, dwa za wyjście” okazuje się, że powrót z Tiraspola do Kiszyniowa jest jakieś 2 razy droższy niż przyjazd tutaj. Bilet tu kosztował 32 leje mołdawskie, czyli jakieś 6 złotych, powrót to 40 rubli naddniestrzańskich czyli około 12 złotych. Nasz pobyt w Tiraspolu był krótki ale intensywny. Spędziliśmy tam parę ładnych godzin. Wykończeni słońcem opadamy z sił w dusznym busie. Ruszamy szerokimi alejami pośród czerwono-zielonych flag.

img_9155

Mijamy Most na Dniestrze, posterunki milicji, wozy opancerzone, w końcu improwizowaną granice, gdzie oddajemy dokumenty wjazdu. Nie mamy żadnego dowodu, że tu byliśmy. Jakby Naddniestrze nie było miejscem na mapie, a jedynie stanem umysłu. Wjeżdżamy z powrotem do Mołdawii z nieukrywaną ulgą. Naddniestrze jest dziwne. To jak żywe muzeum figur woskowych, skansen ZSRR. Trochę zepsuty, bo oprócz Moskwiczów i Żyguli, po ulicach jeżdżą stare Audi i Mercedesy a obok sierpa i młota wisi reklama salonu piękności. Mimo że niejedna osoba spokojnie może powiedzieć, że „nic tam nie ma” i obiektywnie będzie miała racje, to zdecydowanie warto tu przyjechać, zobaczyć to miejsce i poczuć jego klimat. To takie bezkarne łyknięcie ZSRR. Miejsce nie do ogarnięcia. Pozycja obowiązkowa.

Tiraspol, Naddniestrze – Mołdawia