Świątynia Todaiji - Todai-ji - daniel w bramie Nandai-mon, Nara, Japonia

Nara. Budda i daniele strażnicy

Nowy dzień w Osace niestety wita nas deszczem. Sine, ciężkie niebo, z którego siąpi drobny, ale uciążliwy deszcz. To jest ten moment, kiedy w pierwszym z brzegu Family Mart lub 7-Eleven, należy kupić parasolkę. Przy okazji łapiemy w supermarkecie przepiękną, kolorową tackę sushi na śniadanie i już jesteśmy w pociągu. Jedziemy do Nara – pierwszej stolicy Japonii. To niewielkie miasteczko leży 30 km na zachód od Osaki. Chcemy zobaczyć świątynie Todaiji (Tōdai-ji), ze słynnym Pawilonem Wielkiego Buddy (Daibutsu). To tu znajduje się największy na świecie posąg Buddy. Do tego przepiękny park, kompleks świątynny i jelenie. A w zasadzie daniele. Dużo danieli, które łażą sobie po mieście bez żadnego oporu i zaczepiają ludzi w poszukiwaniu jedzenia. Coś jak wyspa królików, tylko z danielami w roli głównej. Czyżby? Nie możemy doczekać, żeby się o tym przekonać.

Nara - miasto danieli, świątyń i największego na swiecie posągu buddy - Japonia

Spacer uliczkami Nara - Kansai, Osaka, Japonia

Nara to nieduże, spokojne miasteczko. Oczywiście małe miasteczko w Japonii to zupełnie co innego niż w Europie. Tutaj „małe” oznacza jedynie mniejszą skalę a nie zakres infrastruktury, więc wygląda jak metropolia w skali mikro. Czysto, schludnie i nowocześnie. Na skrzyżowaniach pasy nie tylko w poprzek jezdni, ale także przechodzące po przekątnych przez środek skrzyżowania. Zupełnie jak na tokijskim Shibuya, tylko w maleńkiej skali. Daniele witają nas już na dworcu. Oczywiście nie te prawdziwe. Wszędzie wiszą plakaty, znaki, znaczki ze zdjęciami i rysunkowymi postaciami z rogami. Jakby miasto szczyciło się tylko nimi a nie wspaniałymi zabytkami, świątyniami i pięknymi ogrodami. To naprawdę jest miasto danieli, tu naprawdę się je hołubi. No tak… to przecież Japonia. Nie ma co się dziwić.

Ulice Nara - wszędzie widac ślady danieli okolice Osaki, Japonia

Spacerujemy uliczkami Nara na zachód – w kierunku świątyń i parku. Jest bardzo przyjemnie, niebo jest zachmurzone, ale nie pada. Miasteczko żyje swoim powolnym tempem. Widać, że przyjeżdża tu sporo zwiedzających. Wszędzie knajpy, sklepy z pamiątkami i tymi pięknie pojedynczo pakowanymi słodyczami. Teraz na szczęście wszystko jeszcze zamknięte. Nawet schowany pod arkadami bazar straszy pustkami. Jest cicho, spokojnie, mało ludzi, trochę rowerów. Nawet miejski zgiełk wydaje się milknąć zagłuszany przez delikatny szum wiatru i ćwierkanie ptaków. Nie widać ich, ale słychać monotonny, wyraźny ćwierk. Po chwili orientujemy się, że coś musi być nie tak. I faktycznie, owe ćwierkanie okazuje się sygnałem dźwiękowym do przechodzenia na światłach.

Świątynia Kofukuji - Kōfuku-ji - w deszczu, Nara, Japonia

Świątynia Kofukuji - Kōfuku-ji - pawilon buddyjskiej świątyni, Nara, Japonia

Po krótkim spacerze uliczkami Nara, miasteczko nagle znika i znajdujemy się w zielonym parku. Wspinamy się po schodach i momentalnie przenosimy się do innego świata. Soczyście zielone drzewa rozstępują się i wyłania się przed nami kompleks świątyń buddyjskich Kofukuji (Kōfuku-ji). Akurat zaczyna padać, więc chodzimy od pagody do pagody pochłaniając ich piękno i majestat. Niezwykłe detale, precyzja, harmonia, coś tak idealnego. Minimalistyczne i zarazem niesamowicie wysublimowane. W deszczu wszystko wydaje się być jeszcze piękniejsze. Jakby te drobne, kapiące z nieba cząsteczki wody pomagały wydobywać piękno, jakby to dzięki nim wszystko naokoło rozkwitało.

Świątynia Kofukuji - Kōfuku-ji - pięcio piętrowa pagoda - druga najwyższa w Japonii - Nara, Japonia

Świątynia Kofukuji - Kōfuku-ji - pawilon - Nara, Japonia

Przyzwyczailiśmy się do łatwizny. Nawet przy zwiedzaniu. Do wszystkiego przecie z musi być ładna pogoda, a kiedy pada, jest zimno to już jest be. Najlepiej gdyby cały czas świeciło słońce. Tak łatwo o piękno oczywiste – śliczne słoneczne plaże. Jest przecież jeszcze piękno nieoczywiste. Schowane za chmurami, czasem nawet ścianą deszczu. Czekające na odkrycie. Wystarczy odrobina chęci, wysiłku, wyjście poza strefę komfortu. To właśnie deszcz pozwala odkryć tyle pokładów piękna ukrytego we wszystkim, co nas otacza. Zwiedzanie w deszczu nie jest łatwe – tylko dla wytrwałych. Nagrodą jest właśnie ten inny wymiar rzeczy codziennych. Bardziej niesamowite barwy, jeszcze wyraźniejsze mocniejsze odczuwanie i piękny akompaniament kropli delikatnie uderzających o powierzchnię parasola.

Daniel w parku w Nara, Japonia

Chodzimy z głowami zadartymi do góry i podziwiamy pawilony i przepiękną pięciopiętrową pagodę sprzed prawie 600 lat – drugą najwyższą w Japonii. Jakim rajem musi być Japonia dla miłośników architektury. Zachwyca nawet zupełnego laika. Ileż ciekawostek musi w sobie kryć dla architektów. Ile czasu mogą tu spędzić patrząc na te wszystkie wspaniałe drewniane budowle sprzed kilkuset lat. Zupełnie nie zwracamy uwagi na napływający strumień wycieczek wylewających się z autokarów. Ludzi jest coraz więcej. W pewnym momencie spomiędzy tłumu wyłania się daniel. Bez żenady podchodzi i zaczyna wąchać, skubać suwak kurtki i kiwać głową w górę i w dół. Zupełnie jakby mówił – dej! – podchodzi, kiwa głową, patrzy swoimi ciemnymi oczkami i czeka. Skubie coraz bardziej i zaczyna trącać głową. Na szczęście nie ma rogów. Szybko pojawia się kolejny i zaczyna robić to samo. Niestety nie mamy nic do jedzenia. Jesteśmy w kropce. Ratunek przychodzi niespodziewanie ze strony wycieczki. Szelest torebek momentalnie skupia uwagę danieli, które w sekundę o nas zapominają i ruszają w stronę ludzi z jedzeniem.

Daniele w parku Nara - bezwstydnie zaczepiają przechodniów, Japonia

Daniele w parku Nara - lepiej nie pokazywać, że ma się cos do jedzenia, Japonia

Zapomnieliśmy o jedzeniu! Wracamy więc szybko do miasteczka. W supermarkecie mamy przed sobą nie lada wyzwanie. Co jedzą daniele? Po chwili dochodzimy do wniosku, że zapewne WSZYSTKO. Nie chcemy ich dawać czipsów, więc kupujemy marchewki i jabłka, którymi zamierzamy nakarmić daniele i niesolone chrupki ryżowe dla siebie. Niesolone – na wszelki wypadek, gdyby jednak daniele się pokusiły. Wracamy do parku pełni nadziei, ze jeszcze trafimy na jelonki. Słyszeliśmy od znajomej, która była tu niedawno, że trudno tu trafić na zwierzaka, trzeba mieć dużo szczęścia. Liczymy na to, że nie zmarnowaliśmy swojej szansy przez tak karygodne zaniedbanie, jakim był brak zapasów jedzenia!

Nara Japonia - przed danielami można się schować za parasolem

Świątynia Todaiji - Todai-ji -daniele, Nara, Japonia

Wracamy do świątyni. Daniele kręcą się cały czas. Pojawiają się nowe, kręcą się pomiędzy grupkami ludzi i zaczepiają. Mechanizm jest zawsze ten sam. Zajście od tyłu, skubnięcie, kiedy ofiara się odwraca, grzeczne kiwanie głową, to ich nieme – deeej! – i czekanie. Jeżeli pojawia się jedzenie – zaczyna się totalny szturm. Jeżeli jedzenia nie ma, daniel idzie szukać kolejnej ofiary. W pobliżu Nara National Museum, zaczyna się danielowe piekło. Zadowoleni wyciągamy marchewkę i chcemy oczywiście mieć piękne zdjęcia jak karmimy zwierzaki. Już po chwili okazuje się to głupim pomysłem. Daniele schodzą się z każdej strony, zaczynają nas otaczać, wyrywać jedzenie, chcą jeszcze i jeszcze. Zaczynają popychać głowami – to dlatego część ma poprzycinane rogi – inaczej byłyby zwyczajnie niebezpieczne. Jedynym ratunkiem jest wyrzucenie jedzenia i schowanie się za rozłożoną parasolką. W ten oto sposób słodkie jelonki w jednej chwili zamieniają się w niebezpieczne dzikie zwierzęta.

Daniele w parku Nara - droga do swiatyni todaiji, Japonia

Świątynia Todaiji - Todai-ji -daniele zaczepiające zwiedzających, Nara, Japonia

Udaje nam się uciec z danielowego oblężenia i mądrzejsi o to doświadczenie idziemy dalej – do świątyni Todaiji. Danieli nie ubywa. Są wszędzie! Dajemy teraz po małym kawałeczku, jedzenie chowamy i – najważniejsze – nie dajemy się oskrzydlić i zajść od tyłu! W pewnym momencie zaczepia mnie policjant i pokazuje, że nie wolno danieli karmić marchewką, bo za to jest grzywna. Mówi, że dozwolone jest karmienie tylko shika senbei – czyli jelenimi ciasteczkami. Sprzedawane są tu wszędzie za 150 jenów paczka. Ponoć są robione ze sprawdzonego surowca i daniele się nie zatrują. Domyślam się, że marchewka im nie powinna zaszkodzić, ale nie chcę dyskutować policjantem. Pytam więc gdzie jest kosz, żeby wyrzucić kawałek, z którym mnie przyłapał. – Nie ma tu koszy na śmieci – odpowiada ze zdziwioną miną. To zauważyłem – w całej Japonii bardzo trudno znaleźć na ulicy kosz na śmieci. Czasem trafi się jakiś na dworcu czy stacji metra, ale też trzeba się ich naszukać. – A więc co mam z tym zrobić? – pytam pana podnosząc resztki jabłka zawinięte w chusteczkę. – Zabrać do swojego hotelu – odpowiada policjant patrząc na mnie jak na kosmitę. Tak to się robi w Japonii…

Świątynia Todaiji - Todai-ji - brama Nandai-mon i daniele, Nara, Japonia

Świątynia Todaiji - Todai-ji - daniel w bramie Nandai-mon, Nara, Japonia

Do świątyni Todaiji (Tōdai-ji) prowadzi zatłoczona ścieżka. Wzdłuż rozstawione są dziesiątki straganów z jedzeniem, pamiątkami i oczywiście shika senbei. Po chodniku przelewają się tłumy ludzi z krążącymi pomiędzy nimi danielami. Tutaj zwierzęta pozwalają sobie na jeszcze więcej. Dosłownie oblegają każdego, kto ma cokolwiek do jedzenia. Pojawiają się ostrzeżenia, aby uważać na dzieci, które wyposażone przez rodziców w słodycze i przekąski, najczęściej padają ofiarą danieli. Tu nie ma już głaskania, dokarmiania i zachwytu. Tu jest walka o życie. Od razu widać, kto tu jest „nowy” jeszcze niedoświadczony przez daniele. Zadowolona dziewczyna kupuje shika senbei, po czym dosłownie w 30 sekund jest oblegana przez siedem wygłodniałych bestii. Na początku jest uśmiech, zadowolenie, ale szybko przemienia się w przerażenie. Zazwyczaj kończy się to wyrzuceniem krakersów i ucieczką z piskiem. Mijamy takie sceny co chwila. To nawet zabawne.

Swiątynia Todai-ji, brama Nandai-mon, strażnik Nio. Nara Japonia

Świątynia Todai-ji, Muzeum, Nara, Japonia

Przechodzimy przez majestatyczną bramę Mandai-mon, w której ukryte są dwa ogromne posągi strażników Nio. Demoniczne postacie straszą zza gęstej siatki. Niestety często trafiamy na wszelkiego typu renowacje podczas zwiedzania. Mimo tłumów i wszędobylskich danieli, powoli wczuwamy się w klimat tego niesamowitego miejsca. Cofamy się w czasie. Wstępujemy w mistyczną, tajemniczą i magiczną Japonię pachnąca kadzidełkami, skąpaną w pięknym deszczu. Docieramy do budynku muzeum, za którym znajduje się Pawilon Wielkiego Buddy. To największy drewniany budynek na świecie. Co ciekawe, obecnie pawilon ma wielkość zaledwie 2/3 oryginalnego.

Świątynia Todai-ji - pawilon wielkiego buddy, Nara, Japonia

Swiątynia Todai-ji, Pawilon wielkiego Buddy. Nara Japonia

Już przed wejściem czuć skupienie i pewne napięcie, które towarzyszy ludziom zawsze, kiedy mają stanąć przed obliczem kogoś ważnego. Od płonących świec pielgrzymi odpalają całe garści kadzidełek, którymi okadzają przestrzeń wokół siebie, trzymają je w złożonych rękach i bija pokłony w kierunku pawilonu. W skupieniu modlitewnym cicho mruczą. Doskonale widać, kto przyjechał się pomodlić a kto tylko zrobić zdjęcie na tle pawilonu. Słychać tylko tych drugich. Dwa światy, sfera sacrum i profanum. Cisza i skupienie buddyjskich pielgrzymów kontra bałagan i zgiełk ludzi z aparatami na szyi. Ci drudzy na szczęście nie są w stanie zepsuć klimatu tego miejsca, mimo usilnych starań. Moc tego miejsca jest silniejsza. Idziemy w narastającym napięciu prosto do pawilonu. Nawet krople deszczu uderzające o parasol wydają się wyraźniejsze. Bardziej czyste, jesteśmy w stanie odróżnić każdą pojedynczą kroplę.

Swiątynia Todai-ji, Pawilon wielkiego Buddy. Nara Japonia strażnicy

Swiątynia Todai-ji, Pawilon wielkiego Buddy. Nara Japonia - strażnik

Swiątynia Todai-ji, Pawilon wielkiego Buddy. Nara Japonia - strażnik we wnętrzu pawilonu

W Pawilonie Wielkiego Buddy tłok, dużo turystów. Wycieczki z Japonii, Chin i Europy. Zgiełk, hałas i bałagan. Na samym środku siedzi on – Daibutsu – Wielki Budda. Wystarczy podnieść wzrok na ogromny posąg, aby cały ten bałagan naokoło przestał mieć znaczenie. Można się wpatrywać w siedzące bóstwo bez końca. Wydaje się, że patrzy mi głęboko w oczy a swoimi dłoniami pokazuje „Witaj” i „nie bój się”. Naokoło Buddy jego strażnicy błyszczący złotem Nyoirin Kannon oraz Kokuzo Bosatsu. Posągi emanują spokojem, powagą i majestatem. Trudno oderwać od nich wzrok. Spacerujemy naokoło pawilonu podziwiając piękno posągów jak i samego pawilonu. Jak niesamowitą ilość pracy i środków musiała pochłonąć budowa tego miejsca. Sama statua jest jedną z największych figur z brązu. Ma ponad 16 metrów wysokości i waży 437 ton. Aby było jeszcze bogaciej, do dekoracji użyto jeszcze 130 kg czystego złota. Odlany w VIII wieku Budda przetrwał kilka trzęsień ziemi i pożarów. W swojej historii stracił też głowę. Ta obecna pochodzi z XVIII wieku. Przy bliższym przyjrzeniu, widać, że ma nieco inny odcień niż reszta posągu.

Swiątynia Todai-ji, Pawilon wielkiego Buddy. Nara Japonia - pielgrzymi modlący sie pod posągiem

Swiątynia Todai-ji, Pawilon wielkiego Buddy. Nara Japonia - kolumna przejście na drodze do oświecenia

Drewniany posąg pindola w świątyni todai-ji, Nara, Japonia

Wewnątrz Pawilonu Wielkiego Buddy trafiamy na dziurę w jednym z filarów. Otwór o średnicy 50 cm, co odpowiada wielkości dziurki w nosie Buddy z posągu. Ponoć przejście – a w zasadzie – przeciśnięcie się przez ów otwór symbolizuje wkroczenie na drogę oświecenia. To chyba jakiś chichot historii. W porównaniu z powagą i majestatem Buddy, ludzie czekający w kolejce na przeciśnięcie się przez dziurę w słupie. Stękający, jęczący i wzdychający podczas prób przeciśnięcia się, pozujący do zdjęć z charakterystycznie złożonymi dłońmi w „V”. Coś mi się tu nie spina. Jak coś tak infantylnego i sprowadzonego wręcz do komercji może mieć wspólnego z buddyzmem i oświeceniem. Do tego, przed pawilonem drewniany posąg owinięty w czerwony kubraczek, coś jakby kangurkę. Przypomina coś pomiędzy czerwonym kapturkiem, upiorem a zjaranym rastamanem. To Pindola – jeden z pomocników Buddy. Pielgrzymi podchodzą, wsadzają rękę pod kubraczek i masują… stopę statuy. To pewnie przynosi szczęście. Może ja nie rozumiem buddyzmu. A może po prostu nie ma co próbować czegokolwiek rozumieć. To przecież Japonia.

Droga do świątyni nigatsu-do, Nara, Japonia

świątynia nigatsu-do, Nara, Japonia

Z Pawilonu Wielkiego Buddy idziemy do opustoszałego parku. Deszcz wygonił wszystkich zwiedzających. Ludzie ściskają się wewnątrz świątyń i muzeów albo w ciepłych restauracjach. My udajemy się w piękną podróż pośród deszczowych ogrodów Nara. Malowniczymi kamiennymi uliczkami dostajemy się na pobliskie wzgórze. Tutaj Nara wygląda jak kilkaset lat temu. Docieramy do świątyń Nigatsu-do i Sangatsu-do. Wchodzimy po stromych schodach do świątyni. Nieco zmarznięci zatrzymujemy się w świetlicy dla pielgrzymów, gdzie można się uraczyć gorącą zieloną herbatą. Cisza, spokój i tajemnicza atmosfera świątyni buddyjskiej, lekki zapach kadzidełek, delikatny szelest odsuwanych drzwi. Do tego gorąca lekka zielona herbata. To właśnie takie małe momenty tworzą niesamowity i niezapomniany obraz Japonii. Za tą całą dziwnością jest ten wspaniały mistycyzm.

świątyni nigatsu-do, widok na Nara, Japonia

świątyni nigatsu-do - przepiękna droga na dół Nara, Japonia

Spacerujemy po świątyni, jest cicho, pusto, tajemniczo. To tu można poczuć ducha dawnej Japonii. Nie ma tłumów zwiedzających, można się skupić, poczuć tą niesamowitą duchowość, którą to miejsce emanuje. Widoki są niesamowite – z tarasu rozciąga się panorama doliny Nara. Spośród gęstych zielonych drzew wystają przepiękne dachy z czarnych dachówek. Gdzieś tam w dole nad resztą góruje czubek Pawilonu Wielkiego Buddy. Znowu deszcz. Krople uderzające o parasol nad naszymi głowami. Wydaje się, że potrafimy rozpoznać każdą kolejną kroplę. Tu deszcz nie jest jednym monotonnym szumem. Tu liczy się każda jego cząstka. Szum drzew i pokrakiwania pojedynczych ptaków. Tym razem prawdziwych. Odgłosy wody – kapiącej, cieknącej. Jakbyśmy byli w doskonałej filharmonii, słuchali mistrzowskiej orkiestry. Natura jest najlepsza.

ogrody świątyni nigatsu-do, Nara, Japonia

okolice świątyni nigatsu-do - bram a japońska torii - Nara, Japonia

Błądzimy tu na górze po ogrodach świątyń, pomiędzy drzewami, kamiennymi słupami i posągami. Trafiamy na piękne kamienne schody, którymi to raz wspinamy się do góry, kiedy indziej schodzimy w dół. Kolejne świątynie, ukryte gdzieś pomiędzy drzewami, o dachach porośniętych mchem, schowane przed światem. Trafiamy na przepiękne torii. Brama symbolizuje przejście od „świata skończonego” – fizycznego świata ziemskiego, którego końcem jest śmierć, do „świata nieskończonego” będącego światem bogów. W tym przepięknym, magicznym zakątku czujemy się, jakbyśmy byli już po drugiej stronie. Zapominamy o wszystkich bzdurach i problemach pierwszego świata. Nawet o tym, że pada, jest zimno a nasze buty są już dawno przemoknięte. Tutaj nie ma to żadnego znaczenia. Chłoniemy piękno tego miejsca. Tutaj nawet skradające się między drzewami daniele nas nie zaczepiają.

spacer po wzgórzach w okolicy świątyni nigatsu-do, Nara, Japonia

wzgórza w okolicy świątyni nigatsu-do, Nara, Japonia

Zaczyna padać coraz bardziej, a drzewa przestają być już schronieniem przed deszczem a zamieniają się w kaskady wody spływającej na nas ze wszystkich stron. Ziemia zamienia się w grzęzawisko i do tego robi się zimno. Z niechęcią zwijamy się na dół. Co prawda kręcimy się już po tych samych miejscach, ale jest tu tak pięknie, że trudno w ogóle pomyśleć, że trzeba w końcu wracać. W miarę schodzenia, stopniowo wkraczamy w stary świat. Schodzimy z naszej strefy sacrum do doskonale znanego profanum. Znowu pojawiają się wygłodniałe, zuchwałe daniele lustrujące nas zawadiacko. Niżej wylewają się tłumy z aparatami, szeleszczące płaszczami przeciwdeszczowymi.

Świątynia Todaiji - Todai-ji - daniele szukające jedzenia - Nara, Japonia

Daniel spacerujący po sklepie w parku Nara, Japonia

Przy drodze do świątyni Todaiji jesteśmy świadkami kilku zuchwałych ataków danieli na niczego nie spodziewających się turystów. Co chwila słychać jakieś krzyki i piski. Kiedy zatrzymujemy się na zdjęcia, nas też zaczynają otaczać, jeden chciał mi nawet odgryźć suwak. Nic się nie uchowa. Zwierzęta są na tyle zuchwałe, że nie wahają się nawet robić podchodów do stoisk sprzedających jelenie ciasteczka – shika senbei. Widać, że panie sprzedawczynie mają już doświadczenie w odganianiu zwierzaków. Daniele wchodzą nawet do sklepów rozstawionych wzdłuż drogi. Tak więc rogacz spacerujący alejkami po sklepie ze słodyczami to żadne nadzwyczajne zjawisko. Co ciekawe wszyscy tu są niezwykle mili i delikatni dla zwierząt. Sprzedawcy nie przeganiają zwierząt a wabią je na zewnątrz jedzeniem i tam karmią. Żadnych mioteł!

Atrapy jedzenia są w każdej restauracji - doskonała alternatywa dla tradycyjnego menu - Japonia

Przemarznięci i przemoczeni schodzimy do miasta. Zostawiamy za sobą magiczne, wręcz mistyczne stare Nara i wkraczamy do mikroskopijnej metropolii. Na ulicach tłumy, światła neonów, dźwięki z jakiś ogromnych ekranów. Kompletny miszmasz. Nara nie przypomina już sennego miasteczka z dzisiejszego poranka. Idziemy na kryty bazar w poszukiwaniu jedzenia. Najlepsze w poszukiwaniu jedzenia w Japonii jest oglądanie atrap jedzenia. Są absolutnie wszędzie – w każdym barze i restauracji – plastikowe modele ramenu, sushi, kotletów, ryb a nawet pizzy, hamburgerów, frytek czy spaghetti carbonara. Wszystko piękne, kolorowe i błyszczące. Wprost nie można się oderwać od całych wystaw z takim jedzeniem. Jak śmiesznie by to nie wyglądało, to świetna alternatywa dla klasycznego menu, którego w Japonii Europejczyk może nie zrozumieć. Menu obrazkowa zapewne rozwiązałoby problem, ale to przecież Japonia – tu nikt nie idzie na skróty, nie wybiera najłatwiejszej drogi.

Miska gorącego ramenu po długim dniu spędzonym w deszczu i chłodzie, Nara Japonia

W końcu urzeka nas jeden z modeli ramenu i już po chwili siedzimy w cieplutkim, zacisznym miejscu i głośno siorbiemy gorący makaron z ogromnych misek. Tym razem atrapy nie oszukiwały – prawdziwe dania są tak samo duże jak te na modelach. Życiodajny bulion oraz gruby, miękki i lekko klejący się makaron parzący delikatnie podniebienie to dokładnie to, czego nam teraz trzeba. Zapominamy o zimnie i deszczu. Mokre buty i kurtki schną a my wracamy do życia i wspominamy ten wspaniały dzień z koszmarną pogodą. Zanim tu przyjechaliśmy, chyba największą ciekawostką Nara były dla nas daniele, których jest dużo i można je karmić, bo nie boją się ludzi. Daniele są wątpliwą atrakcją, bo łatwo zamienić doświadczenie w traumę – oczywiście warto, to przeżyć. Jednak największym skarbem Nara są nie rozwydrzone daniele a przepiękne świątynie ukryte pomiędzy wzgórzami parku. Spacer tu to podróż w czasie i przestrzeni. Do innego wymiaru, wręcz innych stanów świadomości. Niezależnie od pogody. Ona nie ma tu żadnego znaczenia. Nara to wspaniały skarb Japonii – oaza spokoju, melancholijne miejsce powalające swoim pięknem. Rozmarzeni i oczarowani Nara ruszamy z powrotem do Osaki – zobaczyć jak tam wygląda nocne życie.

Nara, Japonia