Nivą na południe Armenii

Mamy to już przećwiczone. Przylot o 4:00 rano, spanie w knajpce na górze przy odlotach – może nikt nas nie wygoni – potem wolno sunąca marszrutka N107 lub N108 pełna papierosowego dymu i zapachu ludzkiego zmęczenia. Jesteśmy w Erywaniu. Rześki poranek, wschodzące słońce miło ogrzewa nasze plecy targane lekkimi dreszczami niedospania. Jest ciepło i przyjemnie. Miasto cuci się powoli po nocy. Po krótkim spacerze jesteśmy pod wypożyczalnią aut. Za sekundę odbierzemy naszą wymarzoną białą Ładę Nivę. Auto, które choć rosyjskie, jest nie gorszym symbolem Armenii niż Ararat. Toporny, głośny, ciasny, trzęsący się i trzeszczący kloc. Psuje się co chwila i dający się naprawić przy pomocy młotka, przecinaka i jednego klucza. Wiadomo, „radziecki samochód” Dla nas to w tym momencie szczyt marzeń. Po prostu jedyne auto, którym chcemy tu jeździć. Armenia na Wielkanoc po raz drugi. Góry, klasztory, pyszne jedzenie. Jak w zeszłym roku. Prawie, bo tym razem wszystko robimy sami.

Erywań – początek

W biurze Pan wita nas radośnie i oznajmia jeszcze radośniej, że mamy szczęście – nasze auto się zepsuło i poszło do warsztatu ale w tej samej cenie dostaniemy inną NIVĘ. Chevroleta NIVĘ. Czyli dodatkowo klima, więcej miejsca, centralny zamek, alarm, pilot, czujnik parkowania i jakieś inne bajery. Naszemu rozczarowaniu nie ma końca. Zamiast wymarzonego złomka dostajemy właśnie jego podróbkę. Próbujemy negocjować Ładę Nivę, ale nie ma. Pan nie rozumie naszego zawodu. Chyba ma nas za nienormalnych. To dlatego pyta czy potrafię prowadzić auto? No nic, najważniejsze, że mamy napęd na cztery koła i miejsce na plecak. Formalności załatwiamy szybko, nie potrzeba nawet międzynarodowego prawa jazdy. Samo auto, mimo że z logo marki amerykańskiej jest toporne, brzydkie i głośne. Jednocześnie w całej swej niedoskonałości pełen uroku. O to chodziło! Ruszamy w drogę.

Pierwsze chwile na porannych ulicach Erywania to jak skok do rzeki pełnej piranii. Nagle wpadasz w jakiś szaleńczy wir. Ze wszystkich stron coś cię atakuje, kąsa, szarpie. Nie wiesz co. Nie wiesz w którą stronę patrzeć, gdzie jechać. Wszyscy trąbią, poganiają cię, wyprzedzają, wymijają, wpychają się. Nie ma oznaczonych pasów, nagle przed tobą pojawiają się auta stojące na ulicy. Nie ma mowy o kierunkowskazach. Jest tylko klakson. Chwilę zajmuje mi zanim wczuje się w ten potok maszyn, złapię jego szalony rytm, tempo i mnie pochłonie. Błądzimy, kursor na mapie kręci się, znika, to znowu pojawia. W końcu odpuszczamy trochę i dajemy się ponieść miastu. Wtedy wszystko staje się proste. Odnajdujemy drogę, ścinamy zakręty, zawracamy na podwójnej ciągłej, piracimy. Znajdujemy knajpkę, w której byliśmy rok temu na śniadaniu. Dlaczegóż by tego nie powtórzyć?

Zamawiamy to co zwykle. Chaczapuri Adżaruli i kawa po ormiańsku, taka z tygielka. To samo co kawa po turecku – tyle że po ormiańsku… Koniecznie bez cukru. Z cukrem, zamienia się w nieznośnie lepki płyn, którego żadne z nas nie jest w stanie przełknąć. Czekamy oczywiście długo, przywykliśmy do tego, że w Armenii nie ma fast foodu ale nigdzie nam się przecież nie spieszy. Czekamy cierpliwie aż drożdżowe szczęście wypełnione serem urośnie i się zrumieni. Wtedy piekarz je wyjmie z pieca, wbije do niego jajko i wstawi ponownie na chwilę nad żar. Wkrótce potem gorąca złocista łódeczka wyjedzie z pieca i w samym jej środku znajdzie się kawałek żółciutkiego masła, które momentalnie zamieni się w błyszczący płyn. Siedzimy i czekamy na to. Sączymy kawę cedząc fusy przez zęby. Przeglądamy mapy, przypominam sobie „Toast za przodków” Wojciecha Góreckiego. Wreszcie nadchodzą. Czekaliśmy na nie rok. Oto są – gorące pyszne, ciągnące się. Odrywamy po kawałku, moczymy w żółtku z masłem. Zapominamy o zmęczeniu.

Po śniadaniu ruszamy w drogę. Nasz pierwszy przystanek to pobliski Wagharszapat czyli Eczmiadzyń. Znajduje się tu najstarszy – zbudowany w 303 roku – kościół w Armenii i całym byłym ZSRR. Mam wrażenie, że czytam o tym i słyszę przy każdym kościele czy innym zabytku Armenii: najstarszy… pierwszy… i tak dalej. W każdym razie, zespół świątyń wpisany jest na listę UNESCO. Jest siedzibą głowy kościoła Armenii, czyli to taki ichniejszy Watykan. Po drodze uważamy na porozstawiane wszędzie fotoradary. Kiedy zbliżamy się do jednego z nich – naturalnie z dozwoloną prędkością – nagle widzę, że z lewej wyprzedza mnie z dużą prędkością radiowóz a przede mną błyska żółte światło radaru. Prosto we mnie. Ciekawe co (i kto!) wyjdzie na zdjęciu. Ula śmieje się, że to przez urok, który rzuciła na nas cyganka. Żebrała na światłach chodząc od auta do auta a my jej nic nie daliśmy. W podzięce zdzieliła z całej siły w szybę otwartą ręką, po czym trzymając ja przed nami zaczęła coś wykrzykiwać. Aż mnie ciarki przeszły. Żebym jeszcze wierzył w takie rzeczy… No cóż, zobaczymy wkrótce.

Eczmiadzyń – armeński Watykan i Saint Gayane

Nie wiadomo skąd, nagle znajdujemy się Eczmiadzyniu. Przez bliskość stolicy, wydaje się, że to raczej jej dzielnica armeńskiej położona gdzieś na przedmieściach. Nadal czuć, że znajdujemy się w tętniącym życiem Erywaniu, tylko jest mniej aut, tempo jakby spadło, jest za to więcej słońca. W samym środku miasta leży kompleks świątynny – cel naszej wycieczki. Zostawiamy auto w pobliżu przy jednej z ulic w pobliżu – o dziwo – nie mamy problemu ze znalezieniem miejsca. Nastawialiśmy się na najazd turystów, pielgrzymów i tym podobnych a tu pustka. Po chwili okazuje się, że jednak są. Tyle że liczba pielgrzymów jest proporcjonalna do liczby członków kościoła Armenii. Trudno więc porównywać to ze zwiedzającymi Jerozolimę czy Watykan.

Z zewnątrz Eczmiadzyń wygląda jak jakaś forteca, otoczona najpierw płotem, następnie rzędami nieśmiało kwitnących drzew owocowych i na końcu murami zabudowań – oczywiście z rudawego, grubo ciosanego kamienia. Znajdujemy bramę i wkraczamy do ormiańskiego Watykanu. Czytając o kościele z 300 roku naszej ery, spodziewaliśmy się ruin lub bardzo starego kościoła. Tymczasem naszym oczom ukazuje się zespół budynków wyglądających na całkiem nowe. Mijamy kolejne kościoły, zaglądamy do środka – pusto, sterylnie, minimalistycznie – jedynie zakryty ołtarz i pani pilnująca świątyni. Kolejne budynki administracji kościoła. Całość przypomina raczej kampus jakiejś uczelni niż kompleks wpisany na listę UNESCO.

Budynki otoczone są drzewami owocowymi, które zaczynają właśnie kwitnąć na przepiękny różowy kolor. Spieramy się cały czas czy to morele czy jabłonie, ale ponieważ każde z nas reprezentuje podobny poziom wiedzy z biologii, nasz spór pozostaje nierozwiązany. Faktem jest, że drzewa owe wypełniają teren Eczmiadzynia odurzającym zapachem kwiatów owocowych. W powietrzu czuć wiosnę. Wtóruje jej mocno operujące słońce. Do tego delikatny świergot ptaków. Tak potrzebna wiosna. A w domu zimno, deszcz i pada.

Docieramy do alejki ciągnącej do serca kompleksu – katedry-matki. Idziemy najpierw wzdłuż iglaków równiutko posadzonych wzdłuż alejki. Po chwili iglaki zastępują gołe przycięte drzewa owocowe. Na ławce siedzi starsza kobieta z jedną nogą i kulą opartą o ławkę. Wygląda jakby odpoczywała po drodze do kościoła. Kiedy się zbliżam, odruchowo wyciąga rękę i zawodzi po rosyjsku, że jest biedna, głodna i chora. Jak automat. W tym momencie z jej kieszeni rozlega się jazgot skocznego dzwonka komórki. Lekko zmieszana wygrzebuje telefon i odbiera. W jednej chwili zmienia ton, postawę i zapominając o swoim losie, wdaje się w żywą dyskusję telefoniczną…

Katedra-matka to lekkie rozczarowanie. Otoczona płotem, rusztowaniami, w remoncie. Sama w sobie nie wygląda na starą. Ba! Nie wygląda nawet wyjątkowo. Chyba spodziewałem się czegoś więcej. W porównaniu z tym co widzieliśmy już w Armenii, katedra-matka wypada naprawdę mało imponująco. Ot zwyczajny ormiański kościół. Rudy kamień, poszarzały, zabrudzony, miejscami okadzony dymem, jakby odkładała się na nim cała tragiczna historia Armenii. Ostre krawędzie, oszczędny w formie. W górę strzelają mniejsze i większe wieżyczki. Tyle. Posępna kamienna bryła, której majestat przyćmiewa bijący od niej smutek. Trochę więcej życia znajdujemy w bogato zdobionym wejściu. I oczywiście w środku. To tu pośród relikwii znajduje się grot Włóczni Przeznaczenia – tej samej którą ponoć przebito bok Chrystusa na krzyżu. Szukaliśmy, nie znaleźliśmy ale skoro Ormianie mówią, że tu jest to przecież musi być, prawda?

Po wyjściu z katedry, dalej kręcimy się po okolicy. Jakoś odruchowo włazimy tam gdzie nie trzeba. W jakąś bramę, za jakimś rusztowaniem, przy śmietniku, jakaś budowa. Wychodzimy na otwarty teren, jakiś zwyczajny nieużytek. Tu kończy się Watykan. Przed nami mały cmentarzyk a zaraz za nim kościół. W tle góry. Widok wręcz pocztówkowy. Idziemy tam od razu. Po drodze mijamy jakiś „Orlik” w kompletniej ruinie, na którym trenuje jakaś drużyna młodzików. Niesamowity widok, tyle energii i skupienia młodych ludzi na takim cmentarzysku sportu. Musiał to być jakiś większy kompleks sportowy. Zza trybun wystaje wieża do skoków, więc są i baseny. Zaraz za nimi majaczy szkielet diabelskiego młyna.

Gdy docieramy pod kościół – jego mało ormiańska nazwa: Saint Gayane – pod jego bramą, przy ulicy o równie ormiańskiej nazwie Issy-les-Moulineaux, z piskiem opon zatrzymuje się auto. Wyskakują z niego jak poparzeni funkcjonariusze bliżej nieokreślonych resortów siłowych, których jak wiadomo w byłych republikach ZSRR jest sporo. Dają ogromnego susa i znikają w bramie kościoła. Trochę zdziwieni, zakładamy, że coś się dzieje – kogoś zatrzymają albo coś. Na wszelki wypadek trzymamy się z dala od bramy, w którą wbiegli. Chodzimy po ogrodzie. Jest tu dziwnie. To jak połączenie starego cmentarza, sadu owocowego i przydomowego ogródka. Pomiędzy kwitnącymi jabłoniami i wierzbami wyrastają solidne kamienie nagrobne. Dalej grządki i krzewy warzywne.

W międzyczasie kończy się nabożeństwo. Z kościoła obok wylewa się tłum odświętnie ubranych ludzi z palemkami w ręku. Ku naszemu zdziwieniu, w tłumie poznajemy panów w mundurach, którzy grzecznie, z czaplami pod pachą, wracają ze swoimi palemkami do samochodu, po czym odjeżdżają. Służba nie drużba – w końcu to niedziela palmowa. Zaraz? Przecież jest sobota Wielkanocna. U nas chodzi się do kościoła z koszyczkami. Kościół ormiański na pewno wie co robi. Przysiadamy na ławeczce przed kościołem i obserwujemy wychodzących ludzi i demontaż dekoracji w środku. Wydaje się, że cały kościół w środku był wyłożony najróżniejszymi bukietami i wiązankami. Z budynku wydobywa się duszący zapach kadzideł. Nie wiem jak ludzie mogli spędzić tam prawie godzinę. Intensywność zapachu przywodzi mi na myśl wędzarnię a jego nuta sklep z hinduskimi ciuchami. Na szczęście wszędzie naokoło mnie rosną aromatyczne krzewy jałowca, których boski zapach bije na głowę wszystko. Uwielbiam tak złapać gałązkę krzewu przycisnąć lekko i pociągnąć do siebie tak aby na dłoni został odurzający zapach jałowca. Potem jak opętany wącham dłoń aż cenne olejki się ulotnią.

Ten mały niepozorny kościół, gdzieś na obrzeżach kompleksu w Eczmiadzyniu – poza tym wielkim, ormiańskim Watykanem – zrobił na nas dużo większe wrażenie. Klimat kościoła podkreślało jego położenie – z zaciszu, pośród owocowych sadów, jakby w przydomowym ogródku. Wokół niego panował spokój i cisza. Tak, Eczmiadzyń to kościół Saint Gayane. Z boku, z dala od fali pielgrzymów. Warto było tu przyjechać, żeby po raz kolejny przekonać się, że nie wszystko co reklamowane jest warte zobaczenia. Może to przez wygórowane oczekiwania. Przez to, że zawsze sobie coś wyobrażamy a potem rozczarowanie. Zawsze warto jednak zejść z utartego szlaku, wejść w bramę, skręcić w alejkę, poszperać, zobaczyć, poniuchać. A nuż za rogiem kryje się takie Saint Gayane.

Wracamy do auta i jedziemy dalej. Nie jest to łatwe, ponieważ spokojne poranne uliczki Eczmiadzynia zamieniły się w zatłoczone i cuchnące spalinami szlaki. Wyjechanie na ulice graniczy z cudem. Czekając na to aż ktoś nas wpuści moglibyśmy tak stać i stać do nocy. W końcu odkrywam kaukaską metodę. Po prostu wrzucasz bieg i wbijasz się na chama. Inni będą trąbić, ale cie zgrabnie ominą. Dziwne ale działa. Po drodze na światłach, widzę w lusterku zbliżającego się starego Mercedesa z czterema osiłkami, jeden z nich wyciąga rękę w kierunku naszego samochodu. Nie czarujmy się, aparycja Ormian jest dosyć jednoznaczna: ciemna karnacja, surowe spojrzenie, jedna brew, do tego skórzane kurtki i łańcuchy na szyi. Serce podchodzi mi do gardła i już zastanawiam się jak tu szybko ruszyć i uciec przed takimi zbirami. Kiedy się zrównujemy wychyla się przejęty i pokazuje, że mamy niedomknięte tylne drzwi. Po czym odjeżdża w swoją stronę. Pomimo aparycji, Ormianie to szalenie mili ludzie!

A więc jedziemy na południe! Żeby ominąć zakorkowane zapewne centrum Erywania, znaleźliśmy na Google Maps inną trasę. – Tu zjedź w prawo – słyszę, kiedy przejeżdżam koło jakieś ubitej maleńkiej uliczki pomiędzy płotami – To droga H13, pokazuje, że mamy nią jechać – Jedziemy dalej i postanawiamy dobić do niej ciut dalej. Zjeżdżamy w inną małą drużkę. Jeszcze gorszą. Tłuczemy się bezdrożami na tyłach lotniska. Pośród pól, pastwisk, podwórek, zaśmieconych i zagruzowanych łąk. Przejeżdżamy przez wsie wzdłuż ciągnących się przy drodze rur centralnego ogrzewania, z uporem montowanych tu nad zamiast pod ziemią. Mijamy co chwila bramę-portal z rur nad drogą. Ormianie siedzący lub kucający pod sklepami z ciekawością odprowadzają nas wzrokiem. Zastanawiają się widocznie kto i po co tędy przejeżdża. Faktycznie, to miejsca do których ciężko trafić, bo w zasadzie nie ma po co. To Armenia, której raczej większość nie chce oglądać. Nie ma tu zabytków, pięknych gór, kościołów, chaczkarów. Nie ma też kolorów, nadziei, nie ma żadnego pomysłu na te miejsca. Jest zwykła wegetacja. Zamiast przebić się przez dziurawą, ledwo ubitą „obwodnicę”, mieliśmy bardzo pouczającą wycieczkę.

Ararat – widzisz i wiesz, że to on

Ararat zjawia się nagle. Nieważne czy nadjeżdżasz z zachodu, czy ze wschodu, od północy czy od południa – przychodzi chwila, kiedy już jest, już go widzisz. Widzisz i wiesz, że to on. Od razu przytłacza cały krajobraz. Nawet gdy zasłaniają go chmury, instynktownie wyczuwasz jego obecność” – cytat Wojciecha Góreckiego z „Toast za przodków” najdoskonalej oddaje to co czujesz widząc tą górę. Jest piękna, majestatyczna, hipnotyzująca. Trudno się skupić na prowadzeniu auta mając ją po prawej stronie. Kolosa ukrytego w chmurach, walczącego o dostęp do każdego promienia światła. Rzadko kiedy widać ją całą ale nawet taka schowana jest niesamowita. Tym piękniejsza im więcej jej możemy sobie sami wyobrazić i dopowiedzieć.

Najlepszym punktem obserwacyjnym, znanym nam z poprzedniej wycieczki jest oczywiście Chor Wirap. Kiedy dojeżdżamy pod klasztor, na pobliskim cmentarzu odbywają się tradycyjne odwiedziny. Wszyscy jeżdżą na groby bliskich i przyjaciół. Na drodze robi się masakra. Klaksony, powolne przepychanie, przeciskanie, blokowanie. Obok dym palonych palemek i wieńców przenika się z zapachem grillowanych szaszłyków. Ludzie tłoczą się przy samochodach rozmawiają się ściskają, pozdrawiają. Na tle tego całego zgiełku spokojny klasztor Chor Wirap i jego wysokość Ararat.

docieramy do klasztoru, zostawiamy auto i wspinamy się na górę. Znajome mury znajoma grota Grzegorza Oświeciciela. Zaletą kościoła, oczywiście oprócz jego historii, jest jego malownicze położenie u stóp Araratu. Rozpościera się stąd przepiękny widok na górę. Dosłownie kilkaset metrów od stóp klasztornego wzgórza, zaczyna się strefa przygraniczna. Ciągniki sunące wzdłuż pasa ziemi niczyjej, wieże strażnicze, płoty, druty. Jedynie krowy i owce nic nie robią sobie z geopolityki i spokojnie pasą się na pustych polach nadgranicznych. Ze wzgórza patrzymy na ten smutny widok. Dowód jak bardzo ludzie nie mogą się ze sobą porozumieć. Ludzie którzy od setek, nawet tysięcy lat żyli razem, zamknęli się w swoich krajach i oddzielili od siebie murami. Zamiast cieszyć się swoim sąsiedztwem, wymieniać się doświadczeniami, towarami i sposobem na życie, spoglądają na siebie zza płotów.

Nagle zrywa się silny wiatr. Wieje od Araratu. Z ciemnych chmur zaczyna padać nieprzyjemny deszcz. Chowamy się w aucie. Ciężkie krople głośno stukają o szybę. Jedziemy na południe. Uciekamy przed deszczem. Udaje się dopiero w Yeraksh, tam gdzie droga odbija nagle na wschód. My jedziemy prosto na południe. Kiedy zjeżdżamy z ronda w drogę, w którą nikt nie zjeżdża – podziurawioną, pełną kałuż, powykrzywianą – ludzie naokoło odwracają głowy i patrzą ze zdziwieniem. Odprowadzają nas wzrokiem do samego końca. To samo ludzie w oknach domów wzdłuż ulicy, którą jedziemy. Po jakiś dwustu metrach docieramy do końca. Drogę przecina w poprzek czterometrowy nasyp szarej ziemi. Tu kończy się Armenia. Dalej, na wzgórzach stoją zamaskowane czołgi, działa, bunkry i cała masa piechoty. Za nimi jest Nachiczewań – azerska eksklawa. Dwadzieścia cztery lata temu toczyły się tu regularne walki. Teraz wojna drzemie. Lekko, wierci się co chwila jakby za moment miała się przebudzić. Wystarczy tak niewiele.

Zatrzymujemy się na kawę w Yeraksh. To małe, wietrzne miasteczko na końcu świata. Wygląda jak jakaś postapokaliptyczna wioska. Miło posiedzieć przy gęstej od fusów kawie, patrząc jak życie toczy się tu w swoim tempie. Na leniwie siedzących ludzi, skubiących słonecznika, na wzbijające tumany kurzu TIR-y. Przed nami jeszcze długa droga, ruszamy więc dalej drogą wzdłuż granicy z Nachiczewaniem. Po prawej stronie ciągnie się cały czas dwuipółmetrowy nasyp mający osłaniać samochody przed azerskimi snajperami. Mimo że wspominam słowa kierowcy, który mówił, że – Uże nie strieljajut – to jednak czuje się nieswojo. Moją uwagę skutecznie odwraca przepiękna droga przez piaszczyste góry, ogromne, błękitne niebo i malownicze wiaty przystankowe uplecione z liści.

Nareszcie wjeżdżamy w góry. Samochód rzęzi na niskich biegach, krztusi się, co chwila wpada w czarną chmurę smolistego dymu pozostawianego przez stare Kamazy, które z jeszcze większym wysiłkiem wspinają się pod górę. Droga wije się wyżej i wyżej pośród przepięknych gór. Zatrzymujemy się w Tigranaszen. To szczególny przystanek. Na mapie Google pokazuje, że jesteśmy w Azerbejdżanie. Kərki, bo tak nazywała się ta wieś aż do 1990 roku, została przejęta przez Ormian podczas konfliktu o Karabach. Biorąc pod uwagę, że przebiega przez nią jedna z dwóch dróg – i to ta lepsza – z północy na południe Armenii, trudno się temu dziwić. Co ciekawe – pomimo że droga z Erywania na południe wiodąca przez Kərki jest najszybsza i najlepsza, to mapy Google jej nie proponują, ponieważ oficjalnie i teoretycznie, przebiega przez Azerbejdżan, który ma zamknięte granice z Armenią.

Teraz w Tigranaszen nie ma śladu Azerbejdżanu, są Ormianie i uchodźcy z Azerbejdżanu – ci, których Azerowie wyrzucili z ich wiosek. Kolejne miejsce, w którym nie ma się po co zatrzymywać, bo kto chciałby oglądać skutki wojny, ruiny meczetu, nieme mury, które były świadkami strasznej, brutalnej i bezsensownej walki dawnych sąsiadów. Teraz jest Armenia, ot kolejna biedna wioska przy drodze. Dziwne uczucie, być tu to jakby chodzić po czyimś grobie, gościć się w domu, z którego ktoś został wypędzony. Aż przechodzi mnie dreszcz. Zabieramy się czym prędzej z tego pięknego i smutnego miejsca.

Wajoc Dzor i Sjunik czyli droga na południe

Wjeżdżamy głębiej w przepiękne góry. Droga wije się przez wzgórza, kręci przez małe miasteczka i wsie z zabójczym widokiem na ośnieżone szczyty Kaukazu w oddali. Mijamy region Areni słynący z winnic. Rok temu nie przypadły nam do gustu, więc nie zatrzymujemy się na dłużej. Naszym ostatnim przystankiem na drodze na południe ma być klasztor Norawank. Tym razem jedziemy sami i co chwila zatrzymujemy się aby podziwiać przepiękne widoki. Z przodu, z tyłu, po bokach. Obłędne, górskie krajobrazy Armenii atakują nas z każdej strony.

W końcu zjeżdżamy z głównej drogi na Norawank. Przed nami 8 kilometrów w głąb kanionu. Krajobrazy zaczynają tu przypominać Park Narodowy Zion Canyon na Zachodzie USA. Do tego ta przepiękna pogoda, wróciło słońce. Początkowo droga prowadzi przez wąski, zacieniony kanion, potem droga się poszerza i zalewa ją światło. Wjeżdżamy do szerokiej doliny porośniętej niewysokimi wysuszonymi krzakami. Na jej końcu pojawiają się czerwone skały – to znak, że jesteśmy już niedaleko. Na koniec droga wije się stromo do góry. Trochę machania dźwignią zmiany biegów i jesteśmy pod klasztorem. Niewiele zmieniło się przez rok. Ten sam pan parkingowy, ta sama cisza i spokój. Piękno klasztoru na tle majestatycznych gór. Całość wydaje się wprost opuszczona. Nawet jeżeli ktoś tu mieszka i służy, to chyba robi wszystko aby nie rzucać się w oczy.

Wycieczka po klasztorze to wspaniałe przeżycie. Nie trzeba być wierzącym aby ciarki przeszły na odgłos wiatru gwiżdżącego gdzieś po otwartych przestrzeniach kościoła. Na widok cieniutkich świec płonących lekko w mroku głęboko w świątyni. Od chłodu kamiennych, wilgotnych ścian. Wystarczy dotknąć chaczkarów aby poczuć ich magię. Historię tego miejsca zapisaną w kamieniu. Której nie zniszczyły najazdy, pożary, trzęsienia ziemi. Teraz jedyne co może im zaszkodzić to najazd turystów, którzy będą chcieli scyzorykami wyryć w nich „Sasza i Dasza 2015”. W ten głupi sposób próbować zaistnieć w historii. Na szczęście kamień wydaje się cały czas twardszy niż ludzka głupota. Będąc tu trzeba dotknąć chaczkarów, pogładzić krawędzie rzeźbionych portali, płyt. Poczuć kamień, historię. Stać się częścią tego miejsca.

lubię popatrzeć na Norawank z góry. Przechodzę ścieżką przez ogrody, przeskakuję niski murek i wspinam się zboczem w górę. Przeskakuję kamienie, przechodzę wyżej, kręcę pomiędzy głazami i po chwili marszu pod górę, ląduje na półce skalnej z której rozciąga się przepiękny widok na klasztor, cały wąwóz i boskie góry po jego obu stronach. Jedno z tych miejsc, w których można by spędzić cały dzień. Wystarczy siedzieć i patrzeć. Najciekawsze, że ten widok się nie nudzi. Za każdym razem można dostrzec coś nowego, coś innego. Prześliczne góry i ten klasztor. Z jednej strony doskonale komponujący się z otoczenie, z drugiej odcinający się od niego – jakby robiony na pokaz, żeby każdy go widział. A jest na co popatrzeć. Aż szkoda jechać dalej.

Niechętnie opuszczamy Norawank. Jedyne pocieszenie to to, że zaraz coś zjemy. Jest już późne popołudnie a my jedziemy tylko na porannym chaczapuri. Znajdujemy w pobliżu coś w rodzaju gospody. Oczywiście jest pusta. Menu oczywiście nie ma, więc mówimy co chcemy: szaszłyki z baraniny, lawasz, ser, zioła, sałatka. Do tego oczywiście kawa po ormiańsku – mała, gęsta od fusów plujka. Siadamy na tarasie nad szumiącą rzeką, z widokiem na pobliskie wzgórza i czekamy podekscytowani na jedzenie. Słońce chowa się za ścianami kanionu, więc ogrzewamy się aromatyczną, gęstą kawą. Nareszcie wjeżdża ciepły chlebek. Jego niesamowity, nieco węglowy smak jest nie do pobicia. Do tego słony biały ser i świeże zioła: estragon, pietruszka, koper, kolendra i dymka. Wszystko w gałązkach, razem z serem ląduje w lawaszu i zawinięte w ustach. Smak Armenii. Kto nie zaznał, nie zrozumie, ale ma szansę nadrobić. Na koniec tłuste, skwierczące kawałki baraniny prosto z rożna. Wszystko tak pyszne, że aż chce się płakać. Ze szczęścia…

Rozleniwieni pysznym obiadem, musimy ruszać dalej. Jedziemy dalej na południe. Mijamy kolejne małe miasteczka i wioski. Asfalt kończy się i znowu zaczyna. Jest już późno, słońce powoli zachodzi. Cienie robią się coraz dłuższe. Widoki coraz piękniejsze. Gdzieś w oddali szczyty otulają szarawe deszczowe chmury. W świetle zachodzącego słońca wszystko naokoło wydaje się złote: trawa, drzewa, góry. Łapiemy ten moment, gdzieś pomiędzy dniem a nocą, kiedy wszystko staje się naraz tak bardzo wyraźne, jasne, żywe. Ze wschodu nadciąga ciemność. W końcu pochłania nas na dobre. Teraz jest tylko czerń, co i raz przecinana przez światełka samochodów. Jedziemy dalej przez noc. Wspinamy się na przełęcze, kręcimy. Mija nas maleńka, pędząca na sygnale karetka – UAZ 452 – która ledwo łamie się na zakrętach. Pędzi tak szybko, że widzimy tylko oddalające się czerwono niebieskie światełka. Są coraz dalej, kręcą na lewo i prawo, do góry, potem dostrzegamy je maleńkie gdzieś daleko przed nami, wspinające się pod kolejną górę. Na zmianę walczymy z ulewnym deszczem i ogromnymi dziurami w drodze. W zasadzie to nie są już dziury, ani nawet ubytki w nawierzchni. Momentami to wyrwy, których w ciemności trudno uniknąć.

Halidzor – Wielkanoc w Armenii czas zacząć

Po kilku godzinach, docieramy do celu naszej podróży. Halidzor pojawia się nagle i urywa tą naszą oniryczną nocną jazdę przez podziurawione, kręte góry Armenii. Gospodarz w Harsnadzor wita nas i od razu zaprasza na kolację. Jest sobota wielkanocna i w Armenii już się świętuje. Właśnie odbywa się uroczysta kolacja dla rodziny. Zmęczeni o zdezorientowani, jedyne czego pragniemy to gorący prysznic i ciepłe łóżko, ale przez grzeczność oczywiście nie odmawiamy. Tylko chcemy zostawić rzeczy. Żona gospodarza, prowadzi nas do naszej beczki – tak mieszkamy w beczkach – tyle że na razie w egipskich ciemnościach, wspomaganych jeszcze przez chmury, absolutnie nic nie widać. Kiedy dołączamy do gospodarza, akurat kolacja się kończy. Nic to jednak, kiedy nas widzi, każe synowi przynieść nam z powrotem jedzenie. Trochę nam głupio i bronimy się, że nie trzeba, ale asertywność w Armenii można porównać to tej u babci. No jak tu odmówić obiadku. I kolejnego kotlecika. I kompociku. I deserku…

Na stół wjeżdżają momentalnie pięknie pomalowane jaja wielkanocne, obowiązkowo lawasz, karafka domowego wina i wielkanocny płow, czyli pilaw. Ryż smażony na tłuszczu z orzechami suszonymi morelami, rodzynkami i kawałkami robionego na smalcu kruchego, cieniutkiego ciasta. Zabójczo tłusty, ale i zabójczo smaczny. Gospodarz karze jeść i obiecuje, że doniesie jak czegoś zabraknie. Przy okazji pokazuje stół ze smakołykami i mówi – to wszystko dla was! Naszą uwagę od razu zwracają drożdżowe bułki zawijane z cynamonem i orzechami. Dzielimy się jajkiem i zabieramy do wieczerzy. Wszystko jest tak proste i tak pyszne. Dołącza do nas gospodarz, opowiada o biznesie, tradycjach wielkanocnych, rodzinie. Pyta skąd, po co, dokąd, na jak długo, czy już ślub, dzieci. Mówi, że musimy do niego wrócić za dwa lata. Z dziećmi!

Jest miło, ciepło i rodzinnie. Objadamy się płowem i słodkimi bułkami, które są absolutnym mistrzostwem. Zgadzamy się, że nie mogły być po prostu upieczone, ktoś je zwyczajnie wyczarował. Popijamy je słodkawym czerwonym winem. Naokoło jest już chłodno, jesteśmy wysoko w górach. Ciemno, nie wiemy w zasadzie gdzie jesteśmy. Jadąc po ciemku jedynie wyobrażaliśmy sobie jak wygląda wszystko naokoło. Najlepsze jest to, że jutro obudzimy się i zobaczymy wszystko po raz pierwszy. Jaki to był długi dzień. A jaki niesamowity. Zobaczyliśmy tyle pięknych obrazów, zjedliśmy tyle smacznych rzeczy, spotkaliśmy tylu miłych ludzi. Armenia przywitała nas z otwartymi ramionami!

Halidzor, Armenia

Książki o Armenii:

„Toast za przodków”, Wojciech Górecki

„Armenia” Andrzej Brzeziecki , Małgorzata Nocuń

„Dobre miejsce do umierania”, Wojciech Jagielski

„Podróże do Armenii i innych krajów z uwzględnieniem najbardziej interesujących obserwacji przyrodniczych”, Krzysztof Środa

„Imperium”, Ryszard Kapuściński

„Black Garden”, Thomas de Waal