autostop na Pamir Highway - chińska ciężarówka - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Pamir Highway: Kierunek Aliczur. Na stopa spychaczem

O poranku Murgob jest jeszcze bardziej wymarły niż za dnia. Wszędzie ze słońcem pojawia się, życie, nadzieja, ale nie tu. Tu nadzieja jeszcze nie dotarła. Może wypadła gdzieś na wybojach Pamir Highway. Murgob pozostaje zastygły w tym obezwładniającym bezruchu. Jak mamut w bryle lodu. Nawet wąskie strużki dymu wydobywające się z kominów, wydają się tkwić zawieszone ponad sennym miastem. Zaraz po nastaniu świtu, jeszcze na długo przed śniadaniem ruszam na bazar w poszukiwaniu transportu dalej po Pamir Highway w kierunku Chorogu, może do Aliczur. Chodząc w górę i w dół po labiryncie małych, brudnych domków i lepianek odczuwam wysokość. Po kilku krokach zaczynam łapczywie chwytać powietrze. Serce chce się wyrwać z piersi a w głowie dudni. 3 600 m n.p.m. robi swoje.

Murgob czyli Murghab o poranku - wymarłe miasteczko - Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Bazar w Murgob to zwykłe skupisko starych, pordzewiałych kontenerów porozrzucanych bez żadnego ładu i składu. O tej porze pusty. W końcu jest niedziela rano. Na placu stoją jedynie dwie terenówki z tabliczkami „Osz” i „Chorog”. Kierowcy gadają sobie w najlepsze. Pytam jednego z nich, kiedy jedzie do Chorogu. – Sczast’ – czyli wszystko jasne. Na pytanie za ile, rzuca mi kwotę 150 somoni, czyli jakieś dwa razy więcej niż normalnie. Dziękuję grzecznie i zawijam się na pięcie. W ułamku sekundy zdecydowałem, że idę na piechotę i będę łapał stopa. Przedtem jednak obejrzę jeszcze raz Murgob. Przez noc miasto się nie zmieniło. Nadal jest tu pusto, zimno i depresyjnie. Ani jednego drzewa, żadnej zieleni. Wszystko tymczasowe, jakieś takie rozpadające się, byle jakie. W tym wszystkim fascynujące, ale też trochę dołujące.

meczet w Murgob czyli Murghab - Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Moją uwagę przyciąga mały meczet na polu za miastem. Malowniczy, tajemniczy, klimatyczny. Kiedy do niego docieram, okazuje się, że jest jak wszystko inne w Murgob. Stary, podniszczony, byle jaki i zwyczajnie brzydki. Sklecony z przypadkowych materiałów. Tego, co akurat było pod ręką. Pociągnięty wapnem i farbą olejną. A mimo to, ileż cenniejszy dla ludzi. Postawiony z taką determinacją, wbrew naturze, zapewne rękami samych mieszkańców. Dla nich i przez nich. Sami wybudowali dom dla swojego boga. Ileż więcej w nim ducha niż w tych pięknych budowlach z białego marmuru, ociekających złotem i kosztownościami stawianych nie dla boga a dla ludzi. Jego piękno tkwi nie w materiałach a właśnie w ludziach, ich wierze i oddaniu swemu bogu. To budzi podziw. I szacunek. Tak powinny powstawać świątynie każdego boga. Z potrzeby serca a nie ego.

droga z Murgob czyli Murghab - Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

droga z Murgob czyli Murghab do Chorog Khorog - Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Nie udaje mi się z naleźć żadnego sklepu, więc pytam w hotelu. Chłopak na recepcji uśmiecha się i prowadzi mnie do pawilonu przy hotelowej bramie. Otwiera drzwi i wprowadza mnie do spowitego mrokiem pomieszczenia, w którym na szafkach pod ścianami stoją jakieś konserwy, torby z ryżem, makaronem, cukrem, baniaki z olejem, kolorowe napoje, jakieś przeterminowane ciastka. Znajdują się też butelki z wodą – Tu jest czterokrotnie droższa niż w Kirgistanie – mówi z uśmiechem chłopak – wszystko przez te cholerne drogi – dodaje. Pakuję wody do plecaka i ruszam na zachód w kierunku Chorogu. Miasteczko ciągnie się w nieskończoność. Domy się przerzedzają, po czym gęstnieją na nowo. Na drodze mijam dosłownie kilka osób, wszyscy uśmiechają się, ciekawie patrzą, witają i pytają dokąd idę. Kiedy mówię, że do Chorogu, zdziwieni łapią się za głowę i mówią – daleko! – No cóż, wiem!

Pamir Highway - Murgob czyli Murghab - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

W końcu zostawiam Chorog za plecami. Przede mną tylko góry zamykające wyschniętą na pieprz dolinę. Jeszcze widać pasące się tu i ówdzie owce i kozy. Jakiś pasterz zbiera wysuszone placki. Kilka kilometrów za miastem trafiam na posterunek wojskowy. Żołnierze wnikliwie przeglądają mój paszport z wizą i przepustką GBAO. Pytają dokąd idę i dlaczego nie jadę na rowerze, przecież to wygodniejsze, nie wspominając o samochodzie. Zapisują moje dane w dużym papierowym zeszycie i mogę ruszać. Na odchodne jeden z żołnierzy pyta czy mam wystarczającą ilość wody. Nie wiem ile to jest „wystarczająco” więc mówię, że mam tylko dwie butelki, na co rzuca, że napełni mi jeżeli mam jakieś puste. To miłe, naczytałem się, jacy to mundurowi w Tadżykistanie są zepsuci i skorumpowani, doświadczenie na granicy też nie było najlepsze, a tu okazuje się, że są jak wszyscy ludzie. Pewnie znajdą się czasem źli, ale generalnie są dobrzy.

okolice Murgob czyli Murghab - Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Pogoda jest przepiękna. I straszna zarazem. Ani śladu po mrozie, śniegu. Upał niemiłosierny. Jest zaledwie kilkanaście stopni Celsjusza, ale słońce operuje tak bardzo, że jest nie do wytrzymania. Do tego ani odrobiny cienia, kompletna patelnia. Suche, rozrzedzone powietrze dobija. Naokoło pustynia. Ostatnia zima była bardzo ciepła, spadło mało śniegu, przez co roztopy nie dopisały. Rzeki wyschły lub mają niebezpiecznie niski poziom. Kolejne kilometry to prawdziwa mordęga. Po około dwóch godzinach marszu docieram na przełęcz Dżaman Tal na wysokości 4 140 m n.p.m. Za nią kompletnie znika dolina, w którą wcisnął się Murgob. Przede mną pusta droga znikająca gdzieś daleko w górach. Idę i wydaje mi się, że nie ruszam się z miejsca. Prawie dwudziestokilogramowy plecak wykańcza mnie na tej wysokości. Jestem cały mokry, głowa pulsuje jakby miała zaraz wybuchnąć, oddech robi się coraz bardziej niespokojny. OK, chyba czas coś złapać. Tyle, że od trzech godzin nie minął mnie żaden samochodów. Nic!

Pamir Highway - na autostopa - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Kiedy po raz kolejny przysiadam na opuszczonej drodze, dostrzegam auto. Wypakowany po brzegi pick-up zatrzymuje się od razu na mój znak, ale nie ma w nim zupełnie miejsca. Kierowca upewnia się, że mam wodę i radzi poczekać na ciężarówki jadące z Chin. – Powinno coś jechać. Jak nie dziś, to jutro! – rzuca i odjeżdża. Po kolejnej godzinie marszu dostrzegam tuman kurzu gdzieś daleko za mną. W miarę jak robi się coraz większy, moim oczom okazują się dwa żółte cały czas się wyprzedzające ogromne spychacze. Wyglądają jakby tańczyły walca. Myślę, że mam już zwidy od tego słońca, bo skąd tu, pośrodku niczego, spychacze!? Myślę sobie, że skoro to przywidzenie, to pomacham. W końcu co mi szkodzi. Spychacze się zatrzymują. Z kabiny wychyla się uśmiechnięty młodziak i krzyczy – Wskakuj do przodu! – pokazując na lemiesz spychacza. Niewiele myśląc, wrzucam plecak i sam wskakuję do stalowej łyżki. Kiedy spychacz rusza zdaję sobie sprawę jaki to był głupi pomysł. Stalowy, twardy lemiesz to nie fotel, a droga wyboista. Zaczynam podskakiwać i walić o ściany z każdym wybojem. Czuję się jak bębnie pralki. Do tego ogromna chmura kurzu i pyłu spod kół spychacza. Co ja zrobiłem!

Pamir Highway - na autostopa - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Po jakimś kilometrze jazdy krzyczę do kierowcy i macham, żeby się zatrzymał. Oba spychacze po chwili zjeżdżają i zatrzymują się. Ledwo wydrapuję się z lemiesza cały zakurzony. Z szoferek wytaczają się obaj kierowcy śmiejąc się do rozpuku. – I jak, wygodnie było? – podsuwają mi pod nos do połowy opróżnioną 1,5-litrową butelką ciepłego tadżyckiego piwa. Panowie zrobili sobie ze mnie heheszki. Kiedy otrzepuję się z białego pyłu, jeden z nich, już poważniejszym tonem mówi – Czekamy. Za chwilę podjadą nasze ciężarówki, pojedziesz z nimi – widząc ulgę na mojej twarzy drugi dodaje – będzie ci wygodniej – i obaj zaczynają się znowu śmiać. Faktycznie po jakiś dziesięciu minutach pogawędek i popijania ciepłego piwa, zjawiają się dwie chińskie ciężarówki Shacman z naczepami pełnymi koparek, spycharek i innych maszyn budowlanych. Chłopaki rozmawiają z jednym z kierowców, pokazując na mnie. Facet ok. 40-stki o bujnej, czarnej czuprynie, wesołych oczach i cwaniackim uśmiechu patrzy na mnie i pyta – masz pieniądze? – kiedy pytam ile by chciał za zabranie mnie do Aliczur, rzuca – Sto baksów! – kiedy mówię, że nie mam tyle, macha ręką, uśmiecha się i mówi, żebym wsiadał.

autostop na Pamir Highway - chińska ciężarówka - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

autostop na Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Parwiz ma 28 lat, tylko wygląda na czterdzieści parę. Takie życie: ciężka praca i dużo słońca. Wiezie maszyny budowlane z Chin do Duszanbe. Łącznie podróż zajmuje pięć dni, ale wcale się nie dłuży. Zawsze można kogoś po drodze zgarnąć, pogadać, posłuchać razem muzyki, wypić piwo. Szczególnie to ostatnie jest ważne. Otóż kierowcy spychaczy nie czekali na Parwiza a na piwo, które wiózł. Kiedy tylko się zatrzymał, obskoczyli jego szoferkę i przyssali się do kolejnych butelek piwa. Kiedy ruszamy Parwiz podaje mi butelkę piwa. Nie mam szczególnej ochoty pić ciepłego sikacza, ale dociera do mnie, że im więcej ja wypije, tym mniej zostanie dla kierowcy, więc czemu nie. Razem z Parwizem w szoferce ściskają się jeszcze Gulab i jego kilkuletni syn Iradż. Od razu dociera do mnie, że autostop, to najlepsze co mogło mnie spotkać. Rozmawiamy, popijamy ciepłe piwo, z głośników rozbrzmiewa głośna tadżycka muzyka. Panowie co jakiś czas wciskają sobie pod język noz czyli popularny w całym regionie naswar – zielony sproszkowany tytoń. Przypomina nieco skandynawski snus, tyle, że tu nikt się nie bawi w torebki, sypie się go na rękę i bierze pod język.

Pamir Highway czyli Pamirski Trakt - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Mijamy kolejne przełęcze. Ciężarówka powoli toczy się górskimi drogami, wyjeżdża na płaskowyże, slalomuje pomiędzy wybojami i koleinami. Przed nami na drodze tańczą dwa spychacze. Kiedy droga robi się zbyt pokiereszowana, zwyczajnie z niej zjeżdżają i jadą przez puste pola obok trasy. Mijają kolejne godziny, a ja chłonę bajeczne krajobrazy Pamir Highway i słucham Parwiza i Gulaba o tym jak żyje się w Tadżykistanie. Jak jest biednie, jak trzeba wyjeżdżać za chlebem – przerzucać cegły na budowach Rosji, czy prowadzić auta z Chin. Tu nie ma żadnych perspektyw, wszyscy kradną i biorą łapówki. Mimo tego wszystkiego Tadżykistan jest dla nich najpiękniejszym miejscem na Ziemi i nie wyobrażają sobie, że mogliby zestarzeć się gdzie indziej niż w u siebie, wśród swoich rodzin. Paradoks tego miejsca polega na tym, że trzyma tu magnetyzm Tadżykistanu, jego piękno i ludzie, jednocześnie nie bardzo da się tu żyć.

najłatwiej pokonać Pamir Highway autostopem - chińska ciężarówka - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Po kilku godzinach jazdy zatrzymujemy się przy jakimś starym domu ze stodołą i kupą owczych placków suszących się na słońcu. Ot, typowy pamirski dom pośrodku niczego. Gulab znika na chwilę w domku, po czym wychodzi i macha na nas. Parwiz zbiera się i mówi – Idziemy w gości Wnętrze domu jest bardzo skromne, ale jednocześnie ciepłe. Gołe ściany, praktycznie żadnych mebli, jedynie wnęka w ścianie zasłonięta kolorową zasłoną. Siadamy przy dastarchanie razem z gospodarzem – Azadem – kuzynem Gulaba. Mały Iradż znika gdzieś w innej izbie z dziećmi Azada. Kobiety krzątają się wokół nas, niepostrzeżenie przed nami pojawia się dzbanek czaju, chleb i masło. Gospodarz rozlewa czaj do misek. Herbata jest na mleku. – To szir czaj – tłumaczy Azad – pamirski czaj – i pokazuje jak się ją pije. A w zasadzie je.

Pamir Highway - przerwa w podróży - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Dość mocną herbatę z mlekiem i solą wlewa się do miski. Następnie wkłada się kawałki masła, które roztapiając się, tworzą na powierzchni czaju piękne żółte plamy. Na koniec do herbaty wrzuca się kawałki oderwanego tadżyckiego chlebka non (naan). Brzmi to okropnie, ale smak pamirskiego czaju jest niesamowity. Herbata z aromatycznym mlekiem, bardzo wyraziste masło z mleka jaka i mokry, aksamitny non. Pyszne! Przez cały czas mężczyźni rozmawiają, gospodarz pyta mnie skąd przyjechałem, dokąd jadę. Pyta czy potrafię naprawić antenę w jego odtwarzaczu. Patrzę na misterną konstrukcję. Chiński ekran połączony kabelkami i drutami z jakimś zasilaczem, anteną i czymś jeszcze. Wszystko trzyma się na zapałkę. Niestety to nie robota dla Europejczyka. U nas taki sprzęt dawno wylądowałby na śmietniku. Tu wszystko się naprawia dopóty dopóki się nie rozpadnie na kawałki. A nawet wtedy zbiera się je i skleja.

Pamirski czaj - herbata z mlekiem, solą, masłem i chlebem - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Na koniec gospodarz żegna się z nami ściskając prawą dłoń, lewą trzymając na sercu. Dziękuję za gościnę i kiedy Parwiz i Gulab jeszcze z nim rozmawiają, ja idę do ciężarówki, po czym wracam do gospodyni – żony Gulaba, dziękuję i wręczam jej dużego snickersa dla maluchów. W Pamirze jest biednie. Bardzo biednie, ludzie niemal nic nie mają, a mimo to nikt nie poskąpi nam gościny. Dlatego wypada w podzięce dać jakiś podarek. Nic wyszukanego. Wystarczy coś, co pomoże przetrwać kolejny ciężki dzień. Owoc, coś do jedzenia lub słodycze. Dotychczas wycofana i zdystansowana gospodyni uśmiecha się szeroko i woła maluchy, po czym daje im batona. Z Shacmana dobiega już głośna tadżycka rąbanka. W międzyczasie dociera druga ciężarówka i spychacze, które zgubiliśmy gdzieś wcześniej po drodze. Całą kolumną ruszamy dalej.

Aliczur czyli Alichur - Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Po jakiś dwóch godzinach pojawiają się zabudowania. Jakieś małe domki. Białe, zazwyczaj gliniane, pociągnięte wapnem. Dachy z blachy falistej lub azbestu. Sterczące niczym kikuty, pojedyncze słupy elektryczne. To Aliczur (Alichur) – miasteczko, które jest na mapie chyba tylko z przyzwyczajenia. Nic tu nie ma. Nie istnieje jakikolwiek powód, dla którego warto się tu zatrzymać. Jest tylko jedna knajpa, dla kierowców ciężarówek. Przyjezdni omijają to miejsce szerokim łukiem. Wynajęte terenówki przemykają przez Aliczur, aby jak najszybciej dotrzeć do Murgobu. Czasem trafią tu rowerzyści, albo tacy jak ja. Zatrzymujemy się w jedynej knajpie. Parwiz z resztą zamawiają kolejne piwa i zesmażone na wiór ryby z pobliskiego jeziora – specjalność tego miejsca. Dołącza do nas Rustam – tym razem kuzyn Parwiza. Mieszka w Aliczur (Alichur). Od razu proponuje, że mnie przenocuje i pomoże znaleźć transport dalej. W Pamirze chyba każdy ma rodzinę w każdej kolejnej wiosce.

Meczet kirgiski - Aliczur czyli Alichur - Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Żegnam się z Parwizem, Gulabem, małym Iradżem i całą resztą wesołej karawany koparek. Ruszają pozostawiając za sobą tumany białego kurzu. Rustam prowadzi mnie przez wioskę. Zaczynam się zastanawiać czy dobrze zrobiłem, bo jest wyraźnie wstawiony, ale jakoś budzi moje zaufanie. Po drodze z oddali ktoś do nas krzyczy. Zza nowego budynku z tadżycką flagą wyłania się postać w mundurze i coś krzyczy pokazując na mnie. Kiedy odruchowo zwalniam, Rustam mówi żebym szedł i nic się nie przejmował, a w kierunku postaci rzuca jakąś wiązankę i macha ręką. – Cholerne mienty – rzuca. – Już pewnie chciał jakieś pieniądze…A paszoł na ch**! – krzyczy do policjanta. Widać w Pamirze policja nie cieszy się sympatią.

Homestay Shukrona - Aliczur czyli Alichur - Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Rustam prowadzi mnie do jednego z domów gdzieś pośrodku Aliczur. Kiedy oddaje mnie w ręce swojej siostry Rahimy, już wiem, że wszystko będzie dobrze. Sympatyczna pani, na oko po sześćdziesiątce, mówi do mnie po angielsku. To dziwne, bo tu się tego nie spodziewałem. Tym bardziej nie u kobiety, które w Tadżykistanie zazwyczaj nie ruszają się z domu. Pani Rahima zaprasza do środka i od razu gości herbatą, chlebem i masłem. Rozmawiamy i gospodyni opowiada mi o studiach w Rosji, o tym jak przez 20 lat była nauczycielką angielskiego, teraz jest na emeryturze i dorabia prowadząc Guesthouse Shukrona – Gości jest niewiele. Mało kto się tu zatrzymuje – mówi – Jedynie rowerzyści. Tu się bardzo ciężko jedzie – nic dziwnego, Aliczur leży ponad 3 800 m n.p.m.

piec do pieczenia chleba - Aliczur czyli Alichur - Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

świeżo pieczony chleb - Aliczur czyli Alichur - Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Pani Rahima pyta co bym chciał zjeść na kolację po czym znika w sieni domu, w której na piecyku gazowym zaczyna szykować kolację. Ja wychodzę obejrzeć wioskę. Kiedy przechodzę dochodzi mnie zapach smażonych warzyw i jakiegoś chudego, dzikiego mięsa. Zaraz za domem dociera do mnie boski aromat świeżo pieczonego chleba. Okazuje się, że betonowa konstrukcja nieopodal, to właśnie piec chlebowy. Długi kijek przytrzymuje przykrywkę pieca, którą staram się dyskretnie uchylić, żeby zajrzeć do środka i powąchać. Oczywiście nic z tego nie wychodzi i blaszana przykrywka ląduje na ziemi wszczynając alarm w okolicznych domach – no ładnie – myślę sobie – będą kłopoty – na szczęście podchodzi do mnie tylko maluch, który pokazuje mi piec i piękne, rumiane, bosko pachnące chleby. Po czym podnosi pokrywkę i sprawnie zamyka piec. Malec siada na taczkach obok pieca i nie spuszcza już ze mnie wzroku. Chyba muszę zostawić już ten chleb.

Typowy widok w tadżyckiej wiosce - prezydent Emomali Rahmon - Aliczur, Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Przechadzam się jeszcze po wiosce. Te same brzydkie, podniszczone domy, gliniane chlewiki, psy wałęsające się pomiędzy obejściami. Dzieciaki przerzucające owcze placki suszące się na dachach domów. Ta sama beznadzieja i brak perspektyw. To samo zapomnienie, co w Murgobie i innych miasteczkach Pamiru. To wszechogarniające poczucie odległości. Pamir jest jak inna planeta. Tu żyje się jak setki lat temu. Bez prądu, bez bieżącej wody, w zgodzie z naturą, w jej rytmie, w niezmierzonym respekcie dla niej. Pośród tej całej dzikości i prostoty, tylko jedna rzecz przypomina, że mamy XXI wiek. To Emomali Rahmon, który z wielkimi orderami na klacie spogląda gdzieś w dal i macha do mnie ręką z dużego plakatu. Nad nim powiewa tadżycka flaga. To jak obsikanie swojego terenu. Pamir należy do Tadżykistanu. Nawet takie zapomniane miejsce. – Jest nasze! – mówi twarz prezydenta.

kolacja w Aliczur czyli Alichur - Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Kiedy wracam, cały dom wypełnia cudowny zapach jedzenia. Siadamy przy dastarchanie z całą rodziną – mężem i córkami. W Tadżykistanie samotne jedzenie postrzegane jest jako największe nieszczęście. Najpierw jest herbata i chleb, potem na stole pojawia się szorba – zupa z warzywami i kawałkami mięsa. Koźlina jest chuda żylasta, kawałki są małe. Jedzenie jest skromne, ale pyszne. Do tego pamirski czaj. Pani Rahima cały czas dodaje mi zupy i herbaty. Bałem się, że podczas wyjazdu będę niedożywiony, a wygląda na to, że dzięki pamirskiej gościnności mam szanse nawet przybrać na wadze. Kolacja trwa długo, słucham opowieści gospodarzy o Tadżykistanie o zamieszkujących Pamir Ismailitach – szyickim odłamie islamu, bardzo oświeconym, stawiającym na rozwój, edukację i nowoczesność – taki islam oświecony. Pani Rahima opowiada o przywódcy duchowym Aga Chanie IV, który dba o rozwój i edukację wiernych w Pamirze.

senne miasteczko Aliczur czyli Alichur - Pamir Highway, Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

W międzyczasie pojawiają się córki sąsiadów, którym Pani Rahima i jej mąż pomagają w pracy domowej. Na warsztat wchodzi matematyka. Kiedy widzę zadania, od razu się poddaję. Gospodarz powoli rozpisuje zadanie z dwiema niewiadomymi ku uciesze uczennic. Kiedy pytam o Tadżykistan, mówią, że to jest Pamir, oni mówią po pamirsku i są Pamircami właśnie. W całym Badachszanie jest kilkadziesiąt ludów, każdy posługuje się innym językiem, Pani Rahima zna pięć, wymienia nazwy, ale oprócz wahańskiego, nie jestem w stanie zapamiętać żadnego. Uwielbiam słuchać tych ludzi. Opowiadają o swojej ojczyźnie – jest nią tu wioska, region – z taką miłością, przywiązaniem. Pomimo biedy, naprawdę ciężkiego, prostego życia wydają się być szczęśliwsi od niejednego przybysza z Zachodu, którego większość problemów tu w Pamirze może się wydawać co najmniej śmieszna. Kiedy zachodzi słońce i gryzący mróz zaczyna się wdzierać do domu, gospodarze dodają do pieca placek i szykują miejsce do spania. Pojawiają się kolorowe materace, poduszki, jako gość dostaję najcieplejsze miejsce – niedaleko piecyka. Wraz z ostatnimi bladymi światełkami zasilanymi z baterii słonecznych, Pamir rozpływa się pośród nocy ciemnej niczym atrament.

Aliczur, Górski Badachszan, Tadżykistan

Książki o Pamir Highway:

Erika Fatland. Sowietstany. Podróż po Turkmenistanie, Kazachstanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i Uzbekistanie

Ludwika Włodek. Wystarczy przejść przez rzekę

Jacek Hugo Bader. W rajskiej dolinie wśród zielska

Krzysztof Samborski. Zjadłem Marco Polo

Marcin Sawicki. Morze Światła. Opowieści Tadżyckie

Marta Owczarek, Bartek Skowroński. Pod Stopami Słońca. Motocyklami po Bezdrożach Azji

Szukasz noclegów?

Zgarnij ode mnie zniżkę:

50 PLN na pierwszą rezerwację na booking.com

100 PLN na pierwszą rezerwację na airbnb

Po prostu kliknij, zarejestruj się i rezerwuj.