Dolina Wachańska - widok na Hindukusz i Afganistan - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Pamir Highway: Langar – Korytarz Wachański

Aliczur o poranku. Maleńka wioska gdzieś po środku Pamiru budzi się powoli ze snu. Pierwsze promienie słońca wdzierają się bezlitośnie do domu. Wraz z nimi robi się jakby cieplej. Piecyk dawno dogasł, a noc była wyjątkowo zimna. Gospodarze krzątają się już po domu, więc aby nie przeszkadzać im w codziennych obowiązkach, idę na spacer po wiosce. Zastanawiam się jak dostać się do Langar – kolejnego etapu mojej podróży. Ponad domkami unoszą się delikatne strużki siwego dymu, który przedziera się przez rozrzedzone, lodowate powietrze. Niebo jest pięknie błękitne. Na tej wysokości zdaje się być tuż nade mną. Podtrzymują je ośnieżone szczyty Pamiru otaczające Aliczur. Chodzę tak sobie po chrupiących pod moim ciężarem, zamarzniętych kałużach i zachwycam się widokiem. Oddycham mroźnym, idealnie czystym powietrzem. Zdaje się czuć jak moje płuca przyswajają każdą, nawet najmniejszą cząsteczkę tlenu z powietrza.

Aliczur czyli Alichur o poranku - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

ulica w Aliczur czyli Alichur - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Przez myśl przechodzi mi, że tak bardzo tym ludziom zazdroszczę tego piękna, bliskości natury, świeżego powietrza, krystalicznie czystej wody, ryb w strumieniu. Łapie się na tym, że zapominam o ciemnej stronie życia w Pamirze. O wszystkich niedogodnościach, biedzie, niedożywieniu, braku opieki zdrowotnej, bieżącej wody, prądu. Podróżowanie to trochę takie „zjeść ciastko i mieć ciastko”. Wykradanie najpiękniejszych momentów z życia miejscowych, bez żadnych konsekwencji, niedogodności, a potem bezpieczny powrót w ciepłe domowe pielesze. Zachwycam się okolicą, ale nie zaznaję żadnego z problemów, z którymi borykają się mieszkańcy Aliczur. Czuję się jakbym faktycznie ich z czegoś okradał, udawał, ze rozumiem, solidaryzował się z nimi. Tymczasem my – Europejczycy – nie rozumiemy. Takie mamy szczęście!

Aliczur czyli Alichur wioska na trasie Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Kierowca zabierze mnie z Aliczur czyli Alichur do Langar w korytarzu Wachańskim Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Podczas wspólnego śniadania Pani Rahima mówi, że Rustam załatwił mi transport do Langar. Kierowcą jest jej sąsiad. Będzie po mnie o 8:00. Normalna cena za taką trasę to jakieś 150 dolarów, ale powiedziałem Rustamowi, że mogę dać 50 dolarów. Jeżeli komuś się będzie opłacało to OK, jeżeli nie, to pojadę dalej stopem. Wygląda na to, że takie spokojne podejście jest dobre. Widząc, że nie zależy mi za wszelką cenę, moi potencjalni usługodawcy gotowi są naprawdę nieźle zejść z ceny. W sumie mają do wyboru: zarobić cokolwiek, albo nie zarobić. Biorąc pod uwagę, że sezon jeszcze się w zasadzie nie zaczął, to dobra okazja. Mój kierowca – Arasz, pojawia się ze swoim starym Land Cruiserem dopiero przed 10:00. Jedziemy jeszcze po benzynę. Arasz manewruje pośród labiryntu domków, w końcu zatrzymuje się pod domem otoczonym śnieżnobiałym murem. Znika za czarną bramą, po czym pojawia się z kanistrem, z którego tankuje auto. – Nu dawaj, pajechali! – macha ręką i po chwili ruszamy na zachód Pamir Highway.

okolice Aliczur czyli Alichur - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Jezioro Sasykkul - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Kiedy tylko za naszymi plecami znika Aliczur, dookoła nas rozpościera się przygnębiająca górska pustynia. W ogóle nie widać tu życia. Arasz mówi, że żyją tu susły, koziorożce i owce Marco Polo, ale te ostatnie są bardzo nieśmiałe i spotkać je można tylko w najwyższych partiach gór. Pokazuje mi za to kolejne susły niezdarnie podskakujące swoimi wielkimi kuperkami do góry. Mijamy jezioro malowniczo położone pod ośnieżonymi szczytami. Kiedy Arasz widzi mnie przyklejonego do szyby, rzuca – To Sasykkul, słone jezioro. Nie ma w nim życia. – Opowiada o swojej pracy w rezerwacie Zorkul, o tym jak trudno tu cokolwiek zrobić, jak z ochroną przyrody wygrywają kopalnie i przemysł. Jak jest biednie i beznadziejnie, ale jednocześnie jak zjawiskowo tu pięknie. – Nie mógłbym żyć nigdzie indziej. Pamir to moje życie! – mówi rozmarzony.

zjazd z Pamir Highway na Przełęcz Chargusz Khargush - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

droga na Przełęcz Chargusz Khargush - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Po około 20 kilometrach zjeżdżamy z Pamir Highway na południe. Tu kończy się już nawet namiastka asfaltu. Ubita droga gruntowa, pełna żwiru, kamieni, kolein i dziur prowadzi do przełęczy Chargusz (Khargush) i dalej do rzeki Pamir, która wyznacza granicę tadżycko-afgańską. Droga powoli pnie się pod górę. Panuje nieznośny upał. Dookoła pustynia. Ani kropli wody. Mijamy kolejne piękne jeziorko, ale Arasz nie pozostawia złudzeń – Słone -. Po raz kolejny dochodzę do wniosku, że wzięcie auta to był dobry ruch. Tą drogą kompletnie nic nie jeździ a marsz z 20-kilogramowym plecakiem w taki upał, bez wody to jednak nie najlepszy pomysł. W sezonie można tu jeszcze trafić na auta wiozące wycieczki, lub wracające na pusto z Aliczur. Wtedy można rozmawiać o stopie, ale teraz chodzenie tu wydaje się samobójstwem.

Przełęcz Chargusz Khargush - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Przełęcz Chargusz Khargush droga na Korytarz Wachański - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Po około godzinie powolnego wspinania się, wjeżdżamy pomiędzy ośnieżone zbocza gór. Jeszcze tylko niezliczone serpentyny, przedzieranie się po błocie spływającym drogą i docieramy do przełęczy Chargusz. Za przełęczą droga zaczyna opadać w dół. Zza gór wyłania się dolina rzeki Pamir a za nią idealnie biały od śniegu, leżący już w Afganistanie łańcuch Wachański. Robi się jeszcze goręcej i bardziej sucho niż przed przełęczą. Wyraźnie czuć różnicę w oddychaniu zjeżdżamy o jakieś dwa tysiące metrów w dół. Za jednym z zakrętów drogę przecina biało czerwony szlaban. Obok niego sklecony z gliny i kamieni bunkier. Posterunek wojskowy na wjeździe do doliny. Jeden z wielu, który ma pilnować Tadżykistanu przed napływem opium i fundamentalistów zza rzeki, z Afganistanu. Czekamy w prażącym słońcu aż z pobliskich koszarów ktoś przyjdzie. Miga światełko lornetki i po chwili widzimy dwie sylwetki leniwie zmierzające w naszym kierunku.

Posterunek wojskowy, Chargusz, Khargush - dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

droga z Chargusz, Khargush - dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Kontrola na posterunku jest raczej symboliczna. Żołnierz zagląda przez okno do auta, widząc jedynie mój plecak, macha ręką. Potem standardowo, spisywanie danych z paszportu, wizy i przepustki GBAO do dużego zeszytu. Parę zdań zamienionych z Araszem i szlaban unosi się ciężko w górę. Możemy jechać dalej. Wjeżdżamy do innego świata. Wysuszona na pieprz dolina, przez którą leniwie przeciska się rzeka Pamir. Woda to płynie po płaskiej niecce to znów wrzyna się w skały tworząc huczący głucho kanion. Upał staje się nie do zniesienia. Coraz gęstsze, gorące powietrze jest nieruchome. Wydaje się osaczać wszystko, oblepiać, łapać w wilgotny kleisty uścisk. Gdzieś wysoko nad nami ośnieżone szczyty dają nadzieję na ochłodzenie. Już tęsknie za śniegiem, za rześkim powiewem górskiego powietrza.

karawana w Afganistanie - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Dolina rzeki Pamir wydaje się absolutnie nieprzyjaznym do życia miejscem. Jak jakaś obca planeta. Fascynujące jest to, że tak blisko – wręcz na wyciągnięcie ręki – po drugiej stronie rzeki jest Afganistan. O ile po tadżyckiej stronie jest chociaż droga, o tyle w Afganistanie nie ma nic. Tylko piasek, skały i gdzieś tam hen w górze ośnieżone szczyty wystają gdzieś daleko zza krawędzi kanionu. Po jakiejś godzinie jazdy wzdłuż granicy mijamy auto jadące z Langar. Zatrzymujemy się na chwilę i kierowcy od razu zaczynają rozmawiać. Kierowca wiezie do Aliczur rowerzystę, któremu zepsuł się rower. Siadamy na kamieniach i rozmawiamy, tymczasem na przeciwko, za rzeką, po wąziutkiej niczym nitka ścieżce sunie powoli karawana. Najpierw idzie szerokim brzegiem rzeki, potem zaczyna się wspinać wąziutką półką skalną. Konie, wielbłądy, objuczony osiołek. Obraz jak ze starych rycin. Jak przed kilkuset lat. Tam nic się nie zmieniło!

Droga Poległych Żołnierzy - Langar Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

przejazd Droga Poległych Żołnierzy - Langar Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Ruszamy dalej. Tym razem droga wspina się pośród wysuszonych, pustynnych gór. Rzeka Pamir płynie teraz w głębokim na kilkaset metrów kanionie. Przed nami otwiera się ujście doliny, która wpada do kolejnej, dużo większej – Doliny Wachańskiej – czyli tak zwanego Korytarza Wachańskiego. Na przeciwko nas wyrastają ogromne szczyty Hindukuszu, u dołu czarne od jakiś 3 500 metrów n.p.m. Pokryte śniegiem i lodem. Spośród łańcucha w górę strzelają piramidy szczytów. Nagle droga skręca i wrzyna się w zbocze w kształcie litery V. Stary Land Cruiser zajmuje teraz całą szerokość drogi. Przyklejeni do stromego zbocza jedziemy nad kilkusetmetrową przepaścią. Arasz jedzie powoli, omijając co większe kamienie, które cały czas spadają na drogę. Kiedy dojeżdżamy do miejsca, gdzie szlak zakręca, zatrzymujemy się aby nabrać wody. Arasz jest cały mokry. Bynajmniej nie od upału a od skupienia – Ta droga nazywa się „praszczajka”, droga poległych żołnierzy – opowiada pokazując na przerażająco wąską nitkę ciągnącą się wzdłuż stromego, wysokiego zbocza – Podczas wojny spadł stamtąd transporter opancerzony z dwunastoma żołnierzami. Wszyscy zginęli – aż przechodzi mnie dreszcz, kiedy zdaję sobie sprawę, że właśnie tamtędy jechaliśmy, a do pokonania mamy jeszcze drugą połowę tego wyjątkowo niebezpiecznego odcinka. Na szczęście nikt oprócz nas tu nie jedzie.

wjazd do Langar - Droga Poległych Żołnierzy - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Akurat, jak na złość, kiedy już prawie dojeżdżamy do końca mrożącego krew w żyłach odcinka, z naprzeciwka wyłania się zza chmury kurzu stare Pajero. Arasz przytula się do skał a Pajero mija nas o milimetry niemal przelatując nad przepaścią – Durak! – rzuca zdenerwowany Arasz. Szybko się uspokaja, bo droga łagodnie opada w dół ku soczyście zielonej dolinie Wachańskiej i płynącej jej środkiem rzeki Pandż. Właśnie zdaję sobie sprawę, że przez ostatnie cztery dni nie widziałem ani jednego drzewa. W całym Pamirze rośnie tylko trawa i rachityczne krzaki. Dopiero tutaj, w Korytarzu Wachańskim rosną drzewa. Przed Langar witają nas piękne, szumiące na wietrze topole i brzozy. Soczyście zielone, delikatne, przynoszą ulgę oczom zmęczonym jednostajnym beżem i szarością pustynnego płaskowyżu Pamiru. Wioska pojawia się nagle. Wjeżdżamy w piękną aleję pomiędzy wysokimi drzewami. Wokoło murki ułożone z płaskich kamieni, gliniane domki z płaskimi dachami, małe poletka i powiewające na wietrze pranie. Wszystko to skąpane w promieniach popołudniowego słońca. Arasz wysadza mnie na początku wioski, bo chcę już koniecznie się tu pobyć, pokręcić się.

Homestay Rustam - Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Pytam starszą panią na pobliskim podwórzu o jakieś miejsce na nocleg, a ta uśmiecha się i mówi, że jej syn Rustam prowadzi „hotel”. Prowadzi mnie do swojej synowej – Tanaz, która oprowadza mnie po prostym pamirskim domu – skromna izba z kolorowymi materacami i poduszkami, dastarchanem, a do tego lampka i kontakt! Łazienka jest za domem, prosto uliczką w górę, potem w prawo za blaszanymi drzwiami i prosto przez warzywnik, woda do mycia rąk na zewnątrz, „banię” gospodarz mi przygotuje, kiedy wróci pod wieczór. Dokładnie to, czego szukałem. Za takie luksusy płacę 100 somoni, czyli niecałe 12 dolarów. Do tego wyżywienie – trzy posiłki. Ponieważ jest akurat pora obiadowa, Tanaz od razu pyta mnie, co chciałbym na obiad. Odpowiadam, że z przyjemnością zjem to, co oni. Po niedługiej chwili na dastarchanie w mojej izdebce ląduje gorący czaj, chleb, masło, obowiązkowe słodycze i miska słonego, tłustego makaronu. Towarzystwa dotrzymuje mi teść Tanaz – Bahram, sympatyczny staruszek, który od samego początku uśmiecha się i dogląda czy aby na pewno wszystko u mnie w porządku. Po rosyjsku rozumie słabo, więc rozmawiamy mieszanką migowego i tadżyckiego przeplatanych mową Puszkina.

podwórka Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

widok na Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Po obiedzie zbieram się na spacer wokół Langar. Kiedy Tanaz dowiaduje się, że chcę iść na pobliskie petroglify, proponuje, żebym poczekał aż jej syn wróci ze szkoły i mnie tam zaprowadzi. Sam ponoć nie trafię. Kręcę się więc po okolicy w oczekiwaniu na mojego małego przewodnika. Nie muszę czekać długo, bo za chwilę pojawią się mały Gulab w mundurku szkolnym. Przedstawia się ładnym rosyjskim, to niesamowite jak od małego dzieci uczą się tu rosyjskiego i jakie robią postępy. Chłopak znika na chwilę, po czym pojawia się w cywilnym ubraniu. Ruszamy pod górę przez labirynt kamiennych murków, podwórek, uliczek i ogródków pełnych suszącego się prania. Gulab pyta po co mi te kijki do chodzenia, wyjaśniam więc do czego służą kijki trekkingowe. Dla niego bardzo dziwne, że ktoś potrzebuje kijków do chodzenia po górach. Droga faktycznie nie jest łatwa, kręcimy się po wiosce, wspinając się przez kolejne tarasy z polami uprawnymi. Po drodze zgarniamy jeszcze małego kuzyna Gulaba i stajemy przed odsłoniętym zboczem góry – Tędy! – pokazuje chłopak i ruszamy gęsiego wąską ścieżką pod górę.

Petroglify - Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Petroglify z epoki kamienia - Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Po kilkunastu minutach wspinaczki suchym zboczem pośród kamieni, jakieś 600 metrów ponad wioską, jesteśmy na miejscu – To tam. Tam są petroglify – Gulab pokazuje ręką w górę na ogromną płaską, pomarańczową skałę. Kiedy podchodzę ostrożnie, doznaję szoku tak wielkiego, że aż padam na kolana. Na ogromnej kamiennej płycie, petroglify, z których najstarsze pamiętają epokę kamienia. Sylwetki myśliwych, postacie na koniach, koziorożce, owce Marco Polo z wygiętymi dużymi rogami. Ten wspaniały zapis ludów pierwotnych przetrwał tu tysiące lat, aż w XX wieku został zbezczeszczony przez tutejszych mieszkańców. Te bezcenne petroglify szpecą wyryte bezmyślnie w kamieniu głupawe napisy z ostatnich kilkudziesięciu lat. Jakieś daty, imiona, głupie wstawki, wulgaryzmy. – Jak można? Jak tak można? – to pytanie, które powtarzam w kółko nie mogąc uwierzyć w to, co widzę. Historia ludzkości tak straszliwie potraktowana. Jak śmieć. Bezpowrotnie zniszczona. Barbarzyństwo! Porównywalne z Talibami strzelającymi z moździerzy w posągi Buddy w Bamian. Ogarnia mnie niesamowity gniew. Jak ci ludzie mogli tak potraktować historię.

zdewastowane Petroglify - Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

bezcenne Petroglify zdewastowane - Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Z drugiej strony trudno oczekiwać wrażliwości historycznej od ludzi, którzy nie mają co jeść tu i teraz. Nie maja czym ogrzać swoich domów, w co się ubrać a ich życie na granicy ubóstwa to niemal wegetacja. Ludzie, którzy doświadczyli straszliwej wojny domowej, z której cały czas się nie otrząsnęli. Czy my, ludzie, którzy mamy wszystko, mamy prawo wymagać od nich tej wrażliwości, dbania o historię, kulturę? Może to właśnie na nas spoczywa obowiązek, aby im pomóc zachować historię człowieka, bez względu na to gdzie się dzieję. Może spoczywa na nas więcej. Może powinniśmy pomóc im nie tylko w zabezpieczaniu historii, ale przede wszystkim teraźniejszości i przyszłości. Może gdyby świat nie pozostawił biednego, zapomnianego Tadżykistanu samego sobie, na pastwę silniejszych sąsiadów. Może wtedy udałoby się zachować te wspaniałe, bezcenne petroglify nienaruszone. Może barbarzyństwo nie odcisnęłoby na nich tego okropnego piętna. Myśląc o tym robi mi się jeszcze bardziej przykro.

Droga na Engels Meadows - Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Kanał irygacyjny ponad Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Petroglify w Langar to bardzo przygnębiająca atrakcja. Dziękuję chłopakom za przyprowadzenie mnie tu i ruszam dalej w górę. Chcę się dostać na grań skał wznoszących się ponad doliną. Wspinam się po wijących się niczym tasiemiec wąskich ścieżkach dla owiec. Upał nie pomaga, ale na szczęście po kilku dniach w Pamirze, nie mam problemu z wysokością. Ścieżki pojawiają się i znikają. W końcu docieram do kanału irygacyjnego – misternej konstrukcji – wręcz akweduktu, sprowadzającego wodę wprost z wartkich górskich potoków na pola i pastwiska poniżej, w Langar. W końcu droga ucieka gdzieś i znika za zakrętem w kanionie, prowadząc na łąki pod wznoszącym się za górami szczytem Pik Engels – tzw. Engels Meadows. Ja ruszam na przełaj, stromym zboczem pod górę, uważając na kłujące krzewy i sypiące się kamienie. Niewygody trekkingu wynagradza mi otaczający mnie, odurzający zapach ziół i kwiatów. Świeże, egzotyczne i wspaniałe. Do tego za moimi plecami odsłaniają się kolejne szczyty Hindukuszu rozciągającego się po przeciwnej stronie doliny Wachańskiej, za rzeką Pandż, w Afganistanie.

Dolina rzeki Pamir - Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Widok na Pik Engels - Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Po jakiś dwóch godzinach wdrapywania się niemal na czworakach po naprawdę stromym zboczu, mokry i wykończony, ale szczęśliwy docieram do skał, które upatrzyłem sobie jako mój cel. Oczywiście okazuje się, że to nie najwyższy punkt, ale na pewno dający najlepszy widok. Ten, aż zapiera dech w piersiach. Przystaję na kamieniu i patrzę dookoła. Trudno w ogóle opisać, co tu się dzieje. Przede mną wspaniała dolina Wachańska otoczona bajecznie pięknymi szczytami. Z lewej od północnego-wschodu do doliny wchodzi dolina rzeki Pamir, którą tu przyjechałem. Beżowe skały odcina od błękitu nieba pas śnieżnych szczytów. Za mną, na północy droga prowadzi dalej, w kierunku łąk pod szczytem Pik Engels. Masywne, ośnieżone cielsko szczytu drzemie gdzieś w oddali. Najpiękniejsze jest jednak to, co przede mną. Korytarz Wachański.

Dolina Wachańska - widok na Langar - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Dolina Wachańska - widok na Hindukusz i Afganistan - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Ściana Hindukuszu ciągnie się przez cały horyzont. Czarne strzeliste góry, jak od linijki, od wysokości około 3 500 m n.p.m. pokrywa śnieg. Przede mną wspaniały obraz, na który nie sposób się napatrzeć. Te góry. Ich rozmiary, potęga. To coś przytłaczającego i zachwycającego jednocześnie. To poczucie bycia tylko pyłkiem wobec potęgi natury jest tak oczyszczające. Siedzę tu wpatrzony w Hindukusz, którego szczyty rozszarpują puszyste chmury kłębiące się w pobliżu. Gdzieś tam na wschodzie majestatyczna piramida Baba Tangi wznosząca się 6 513 m n.p.m. Te wszystkie piękne, po części bezimienne szczyty na tle soczyście błękitnego nieba to chyba najpiękniejszy widok w moim życiu. To miłość od pierwszego wejrzenia. Hindukusz.

trekking okolice Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

trekking po okolicznych górach - Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Nie lubię tego momentu. Zawsze go odwlekam ile tylko mogę. Zawsze wtedy czuje się jakoś dziwnie. Jakbym opuszczał kogoś ważnego. Jakbym zamykał ostatnią stronę książki, do której już nigdy nie wrócę. To moment, kiedy trzeba się podnieść, ruszyć, wracać. Jeszcze nie teraz, jeszcze chwilę, jeszcze się nie napatrzyłem. Na ten widok nie da się napatrzeć. Nie mogę tego zrobić. Siedzę tu jakieś dwie godziny. Po prostu. Nie robiąc nic tylko patrząc. Pozwalam, aby lekki, ciepły wachański wiatr trzeszczał mi w uszach, owiewał delikatnie moje włosy. A ja tylko patrzę. I oddycham tym wspaniałym powietrzem. Wsłuchuję się w gwizd wiatru i szum wody gdzieś tam w dole. W końcu jednak słońce zaczyna się zbliżać do szczytów Pamiru. Wolałbym nie schodzić po ciemku.

wioska Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

wioska Langar - uliczki - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Droga w dół okazuje się większym wyzwaniem. Strome, dość luźne zbocze to pułapka. Łatwo wejść pod górę, ale powrót to nieustanne pasmo poślizgnięć i wywrotek. Kijki pomagają, ale nie pozwalają uniknąć wszystkich przygód. Do tego suche ostre kolce krzewów. Zmęczony ciężkimi górskimi butami założyłem dziś na trekking buty do biegania. To był błąd. Im niżej tym gorzej. Zgubiłem drogę i wyszedłem na jeszcze bardziej strome zbocze. Piaszczyste i goła płaska skała na przemian. Zejście zajmuje mi więcej czasu niż podejście. Kończę na cmentarzu. Na szczęście jako przechodzień. U podnóża góry powciskane są groby. Zajmują każdy, najmniejszy skrawek płaskiej, miękkiej ziemi wydarty górze. Spowita cieniem wioska wita mnie spokojem i radością. Bez Gulaba nie jestem w stanie odnaleźć właściwej drogi, więc błądzę po labiryncie kamiennych murków, pomiędzy tarasami pól i chałupami z gliny. Gubię się, to wchodzę na czyjeś podwórko, którego pilnuje agresywny pies.

tadżyckie dzieci w Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

tadżyckie dzieci bawią się na ulicy w Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Na szczęście odnajduje mnie Gulab. Zadowolony prowadzi mnie na sam dół do domu swoich rodziców. Po drodze dołączają do nas inne dzieci z wioski. Tworzy się spory wianuszek. Maluchy krzyczą wesoło na zmianę „hello” i „priwjet„, ale z przejęcia nie wdają się w dłuższe dyskusje. W końcu po tym jak się oswajają, zaczynają w języku Puszkina. Pytają czy nie potrzebuję noclegu, skąd jestem, dokąd jadę, czy w moim kraju mówi się po rosyjsku, czy są owce, ile kosztują. Chętnie pozują do zdjęć, wręcz proszą, aby ich fotografować i koniecznie pokazywać zdjęcia. Dla zabawy prowadzą obręcze kół kijami. Ta niesamowita zabawa. Coś z niczego. Ta wspaniała kreatywność rozwinięta przez permanentny brak czegokolwiek. Tak jak moje pokolenie wychowało się na patykach, sznurku, kałużach i ognisku, tak oni zastępują wymarzone klocki lego czy resoraki tym, co mają pod ręką. A że mają niewiele…

Owce na ulicach Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Owce w Langar - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

W pewnym momencie główną ulicę przejmują stada owiec i kóz sprowadzanych przez pasterzy z gór. Ogromna, różnokolorowa becząca i mecząca masa rozlewa się na wszystkie strony. Pasterze zdają się nad nią nie panować. Ciekawskie kozy są na tyle zuchwałe, że zaczynają obgryzać moje zielone buty. Do tego wspinają się na tylnie łapy i sięgają nawet do gałęzi topoli zwisających ponad kamiennymi murkami. Becząca szarańcza. Kiedy tak siedzimy z dzieciakami na murku, przed podwórkiem mojego „homestay” przychodzi tata Gulaba – Farad. Okazuje się, że to kierowca, którego spotkaliśmy podczas postoju na drodze do Langar. Odwoził Belga z zepsutym rowerem do Aliczur. Niedawno wrócił. Czyli gdybym tak nie wziął auta, ale jednak próbował iść piechotą i łapać stopa, to bym na niego wpadł i miał podwózkę na pewno o wiele tańszą. A gdyby babcia wąsy miała… ucinam swoje głupie gdybanie.

non - tadżycki chleb - Dolina Wachańska - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Najpiękniejsza w podróżach, jak i w całym życiu jest przecież nieprzewidywalność. Wstajemy każdego dnia rano nie wiedząc, co nas czeka. Kogo spotkamy na swojej drodze, dokąd dotrzemy, czego się nauczymy. To jest sens drogi. Podążanie w nieznane. Farad zaprasza do dastarchanu do wspólnej wieczerzy. To wspaniałe uczucie, gdy gospodarz łamie piękny, świeżo upieczony non wielkości pizzy i rozdaje oderwane kawałki siedzącym przy stole. Wspólnie jemy skromny posiłek, widzę, że specjalnie dla mnie pojawiło się na stole mięso, ale biorę go trochę, symbolicznie, żeby więcej zostało dla gospodarzy. Zajadam się miękkim chlebkiem non i popijam go cienką zieloną herbatą. To jest dla mnie właśnie smak Pamiru. Na koniec wieczerzy rozmawiamy jeszcze z Faradem i jego ojcem Bahramem. Wychylamy kolejne czaszeczki czaju pośród półmroku pamirskiego domu, aż ciemna noc pochłania całe niebo nad Doliną Wachańską. Wtedy wychodzimy na zewnątrz, aby w kompletnej ciemności oglądać wieczność nocnego nieba.

Langar, dolina Wachańska, Tadżykistan

Książki o Pamir Highway:

Erika Fatland. Sowietstany. Podróż po Turkmenistanie, Kazachstanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i Uzbekistanie

Ludwika Włodek. Wystarczy przejść przez rzekę

Jacek Hugo Bader. W rajskiej dolinie wśród zielska

Krzysztof Samborski. Zjadłem Marco Polo

Marcin Sawicki. Morze Światła. Opowieści Tadżyckie

Marta Owczarek, Bartek Skowroński. Pod Stopami Słońca. Motocyklami po Bezdrożach Azji

Szukasz noclegów?

Zgarnij ode mnie zniżkę:

50 PLN na pierwszą rezerwację na booking.com

100 PLN na pierwszą rezerwację na airbnb

Po prostu kliknij, zarejestruj się i rezerwuj.