Jedyne auto jakie mijaliśmy na drodze do Murgob - Murghab - Pamir Highway, GBAO Górski Badachszan, Tadżykistan

Pamir Highway: Droga do Murgob. Na dachu świata

Pamirski sen. Wstaję jeszcze przed wschodem słońca. Wychodzę na podwórko. Przenikliwy chłód bezlitośnie wdziera się przez nogawki, rękawy, kołnierz. Powietrze jest tak zimne, że wydaje się gęste. Mrok rozdzierają wypełzające gdzieś głęboko zza horyzontu promienie słoneczne. Są jeszcze daleko na wschodzie – w Chinach, Mongolii – tu dociera zaledwie poranna łuna. Przede mną ściana Pamiru – milcząca, sroga lodowa ściana. Jej śnieżne, trupioblade oblicze odcina wyraźnie góry zarówno od bajecznie błękitnego nieba i od wypłowiałej, szarozłotej ziemi. Widok tak wspaniały, że nie chcę się budzić, chcę tu stać i patrzeć. Tylko ten niemiłosierny ziąb! Przecież we śnie nie może być zimno. No tak, to nie jest sen. Jestem tu. Przede mną Pamir Highway, gdzieś tam za górami Murgob, górskie przełęcze sięgające czterech tysięcy metrów wysokości, Tadżykistan, przygoda! To dzieje się naprawdę. Ten widok nie zniknie. Czyli mogę wrócić spać do ciepłego śpiwora…

Widok na Pamir tuż przed wschodem słońca - Sary Tasz - Sary Tash - Kirgistan - Pamir Highway

Rano wpadam na Shamurata szykującego śniadanie. Mówi, że znalazł kierowcę, który mnie zabierze do Murgob (Murghab). – Chce 2500 somów – i dodaje – To dobra cena. Tyle kosztuje siedzenie w aucie z Osz. Ponieważ nie jestem zdeterminowany i z jakiegoś dziwnego powodu jestem naprawdę gotów iść przez góry piechotą, rzucam, że mogę dać 20 dolarów, czyli jakieś 1400 somów. Skoro i tak ma wolne miejsce, to nie wzgardzi żadną kwotą. Shamurat dzwoni, i po chwili rzuca – auto będzie o 9:00. Właśnie ruszają z Osz – ponieważ znam już kirgiskie podejście do czasu, wiem, że mam spokojnie czas do 11:00. Shamurat proponuje abym wziął jego rower i pojechał na przejażdżkę dookoła wsi, a w tym czasie on przygotuje śniadanie. Nie musi się powtarzać.

Sary Tasz - Sary Tash - i widok na Pamir - Kirgistan - droga M41 - Pamir Highway

Widok na Pamir o poranku - droga M41 - Sary Tasz - Sary Tash - Kirgistan - Pamir Highway - w tle Pik Lenina

Po chwili pokonuje wyboje na rozklekotanym i nieco za małym „góralu”. Przejeżdżam pomiędzy szaroburymi niskimi domami pokrytymi brudną blachą, papą, czym tylko się da. Mijam ulepione z gliny obory, kostki nawozu suszącego się na słońcu. W zimę będzie wykorzystany jako opał. Pomiędzy domami stare, rozklekotane auta, które jakimś cudem tu dojechały i ugrzęzły już zawsze. W wybojach, koleinach, dziurach i zamarzniętym błocie, które najlepiej pokonywać konno. Wioska wygląda na wymarłą, ale to pozory. Pomiędzy ponurymi domkami energicznie krzątają się ludzie. Pojawiają się psy, przed którymi co i raz muszę uciekać. Nie jest to łatwe. Sary Tasz (Sary Tash) znajduje się na wysokości 3 170 m n.p.m. Rozrzedzone powietrze daje się we znaki.

Sary Tasz - Sary Tash - droga M41 czyli Pamir Highway - Kirgistan

Jeszcze tylko przeprawa przez rzeczkę i jestem już na drodze przecinającą dolinę. Schodzi prosto w oślepiającą od śniegu i lodu ścianę Pamiru. Jadę drogą w dół, w stronę gór. Kotlina Ałajska na mapie wydaje się niewielka. Długa, ale wąska. Góry też zdają się być na wyciągnięcie ręki, tymczasem jadę i jadę a one ani drgną. Ich ogrom sprawia, że wydają się być blisko, a dzieli mnie od nich jakieś 25 kilometrów. Rozrzedzone, idealnie czyste powietrze przekłamuje perspektywę. Widok jest bajkowy. Kiedy oddalam się od zabudowań, zatrzymuję się żeby popatrzeć. Przede mną majestatyczna, biała ściana, z której dokładnie gdzieś na końcu drogi wystaje wybrzuszenie szczytu Awicenny, lepiej znanego jako Pik Lenina. Masywne, bezkształtne i brzydkie cielsko to drugi co do wysokości szczyt Pamiru – 7 134 m n.p.m. Trudno oderwać wzrok od tego widoku, ale dociera do mnie, że od jazdy na rowerze ręce zmarzły mi na kość. Wracam czym prędzej do Sary Tasz (Sary Tash). Przez miasto akurat pasterze pędzą stado owiec. Brązowa masa przetacza się całą szerokością ulicy. I tak tu nic nie jeździ.

owce na drodze w Sary Tasz - Sary Tash - droga M41 czyli Pamir Highway - Kirgistan

Wracając do Szamurata i jego Pamirextreme Guesthouse, zgubiłem drogę. Wszystkie domki wyglądają tak samo, wszystkie są otoczone płotami z drutu kolczastego. Błądzę od domu do domu próbując znaleźć ten właściwy, przejeżdżam przez czyjeś obejścia, wpadam nawet do jakiejś obory, w końcu zrezygnowany pytam jakąś dziewczynę pędzącą owce, jak można się stąd wydostać na główną drogę. Jakimś cudem udaje mi się w końcu trafić do domu Szamurata. Niepozorne Sary Tasz (Sary Tash) to labirynt. Na szczęście czeka na mnie świeży chleb z pachnącym masłem i gorąca herbata. Do tego rozmowy z Kassem i jego kierowcą. To ciekawe, bo kiedy schodzi na politykę, z ust Kirgiza pada dużo niecenzuralnych słów pod adresem prezydenta Rosji. Zdziwiło mnie to, bo do Rosji odnoszono się raczej z sympatią. Najwyraźniej ludzie coraz bardziej czują się pionkami w geopolitycznej grze i mają dość.

Pamirextreme guesthouse - Sary Tasz - Sary Tash - droga M41 czyli Pamir Highway - Kirgistan

Zaraz po śniadaniu Kass z kierowcą pakują się do Land Cruisera. Znowu stoimy we trzech i patrzymy na Pamir. – Ciężko stąd wyjeżdżać – wzdycha, po czym żegnamy się i odjeżdża do Osz. Zostaję na podwórku razem ze starym, ZIŁ-em. Siadam na zderzaku i wpatruję się w ścianę Pamiru. Lodowa ściana oślepia odbijającym się mocnym słońcem. Towarzystwa dotrzymuje mi pies z pobliskiego pola, który ujada na mnie nie wiadomo po co. Czas staje w miejscu, tym razem nawet chłód nie przeszkodzi mi w oglądaniu gór. Przed wyprawą do Murgob (Murghab) ubrałem się ciepło. Około 11:00 na podwórze wtacza się stare Mitsuishi Pajero wypakowane do granic możliwości. Cały bagażnik, tylne siedzenia, przednie siedzenie a także góra tobołów na dachu przykryta jakąś plandeką i obwiązana sznurkiem. Z auta wyskakuje niewysoki chłopak w czarnym skórzanym kaszkiecie i z papierosem przyklejonym w kąciku ust.

Dzielona taksówka do Murgob (Murghab) - Sary Tasz - Sary Tash - droga M41 czyli Pamir Highway - Kirgistan

Żora jest Kirgizem mieszkającym w Murgob. Właśnie wraca z Osz z pasażerami, którzy byli na zakupach. Przy okazji i on kupił co nie co. – W Pamirze wszystko jest drogie. Tu robimy zapasy – tłumaczy. Faktycznie w aucie jest wszystko: od baniaków z olejem, worków z mąką, cukrem i makaronem, przez pieluchy aż po jakiś telewizor LCD. Zastanawiam się jak w tym wszystkim zmieści się mój plecak. – Bez problemu! – rzuca Żora, po czym wdrapuje się na skrzypiące Pajero i przez kolejne 15 minut trwa przesuwanie, układanie, upychanie, przykrywanie i obwiązywanie. – Nu pajechali – słyszę zdziwiony. Jeszcze nie spotkałem się w Kirgistanie z kimś, kto by się spieszył. Żegnam się z Szamuratem i ruszamy zgarnąć pozostałych pasażerów, którzy w tym czasie „kuszają„. Po kilkuset metrach stajemy na stacji benzynowej – Żora tankuje. Po kolejnych 50 metrach – w restauracji. – Idziesz zjeść? – pyta kierowca. Tłumaczę, że dopiero co jadem śniadanie i rozkładam się na przydrożnej ławeczce na opalanie.

droga z Sary Tasz - Sary Tash - do Murgob Murghab droga M41 czyli Pamir Highway - Kirgistan i Tadżykistan

Po jakiś 40 minutach w końcu pojawia się Żora i pozostali pasażerowie. Patrzę na nich, na samochód, po czym z powrotem na nich. Coś mi tu nie gra. Szybko kalkuluję: Żora, ja z przodu, z tyłu zostają trzy miejsca, jak się dobrze ścisną. Tymczasem na tylne siedzenia wchodzą cztery dorosłe: dwie kobiety i dwóch mężczyzn oraz kilkuletnia dziewczynka. Do tego te toboły. Wydaje się, że zmieścili się idealnie, zajmując każdy, najmniejszy kawałek wolnej przestrzeni. Do wypakowanego do granic możliwości nie wejdzie już nic. – Czyżby? – zastanawiam się. Nie narzekam. Miałem szczęście, że w ogóle coś znalazłem. Mam transport. Jest w miarę wygodnie i za dobrą cenę. Najważniejsze, że jedziemy!

Przejście graniczne Bodobo - przełęcz Kyzył Art - kyzylart - droga M41 czyli Pamir Highway - Kirgistan i Tadżykistan

Za plecami znika Sary Tasz (Sary Tash), przed nami rośnie coraz bardziej lodowa ściana Pamiru. Droga jest w tragicznym stanie. Asfalt pojawia się tylko okazjonalnie, wszędzie są głębokie dziury, wyrwy i koleiny. Samochód się trzęsie, tłucze i podskakuje. Żora opowiada z uśmiechem o okolicy, pyta się po co przyjechałem i dokąd jadę. Nie szczędzi gorzkich słów o życiu w Murgob (Murghab). Droga wcina się pomiędzy białe góry, jedziemy wzdłuż ogromnego rozlewiska rzeki wypływającej wprost z lodowców Pamiru. Po kilkunastu kilometrach docieramy do kirgiskiego punktu granicznego Bordobo. Typowy koniec świata. Jakieś blaszane baraki, drewniane domy, w jednym z nich urzęduje brzuchaty celnik. Żora bierze jakieś papiery, kolorowy banknot i znika za plastikowymi drzwiami. Po chwili wychodzi i jedziemy do następnego baraku. Tu znudzeni młodzi żołnierze zagadują, pytają o „cigarieta„, a pogranicznik o posępnej minie sprawdza paszport, każe spojrzeć w kamerę, po czym słychać metaliczny łoskot pieczątki i już! Wyjechaliśmy z Kirgistanu.

Ziemia niczyja - Przejście graniczne Bodobo - przełęcz Kyzył Art - Kyzylart - droga M41 czyli Pamir Highway - Kirgistan i Tadżykistan

Ziemia niczyja - przełęcz Kyzył Art - Kyzylart - droga M41 czyli Pamir Highway - Kirgistan i Tadżykistan

Teraz jedziemy ponad 20-kilometrowym pasem ziemi niczyjej. Tylko góry, góry, i jeszcze raz góry. Ta droga to krótko mówiąc dramat. Kamienie, woda, lód, urwiska, koleiny, dziury. O asfalcie nikt tu nawet nie pamięta. Może był w latach ’70, kiedy Rosjanie szykowali drogę przed inwazją na Afganistan. Nikt się nią nie zajmuje, bo niby kto miałby to robić? Kirgizi? A może Tadżycy? Po co? Korzystają z niej jedynie mieszkańcy Pamiru, przyjezdni i przemytnicy narkotyków. Ci pierwsi nie mają wyjścia. Będą z niej korzystać tak czy siak. Dla przyjezdnych taka zapomniana i zaniedbana droga sama w sobie jest wielką atrakcją. A ci ostatni… zawsze dadzą sobie radę. Kiedy Żora mi opowiada o ostatnich strzelaninach pomiędzy pogranicznikami a przemytnikami, mijają nas dwa Kamazy, którymi kierują mężczyźni w kominiarkach, z karabinami. Aż przeszedł mnie dreszcz.

Ziemia niczyja - droga na przełęcz Kyzył Art - Kyzylart - droga M41 czyli Pamir Highway - Kirgistan i Tadżykistan

Mijamy jakieś zabudowania. Żora mówi, że tu mieszkają ludzie, którzy odśnieżają drogę w zimie. Czyli jednak ktoś się nią zajmuje. Aż strach pomyśleć, co by było gdyby faktycznie zostawić ją na pożarcie górom Pamiru. Zaraz za budynkami mijamy znak Kyzył Art (Kyzylart Pass) 4 282 m n.p.m. Droga zaczyna się kręcić i piąć w górę. Auto wtacza się wolno. Koła Pajero ślizgają się na kamieniach i pokonują dzielnie wodę spływającą z góry, która momentami zamienia drogę w rzekę. W końcu wjeżdżamy na przełęcz. Przed nami, na tle przepięknego błękitu nieba wyrasta sylwetka dumnie prężącego się rogacza. To owca Marco Polo – symbol Tadżykistanu. Obok w błękitne niebo strzela wysoki betonowy słup z napisem „Tadżykistan” oraz amebowatym konturem kraju.

Przejście graniczne przełęcz Kyzył Art - kyzylart - droga M41 czyli Pamir Highway -Tadżykistan

Zaraz za nim kilka baraków, jakiś stary kontener, kilka beczek, namiot. Wygląda to jak prowizoryczny obóz bezdomnych. To tadżycki posterunek graniczny. Zatrzymujemy się obok szlabanu. Z twarzy Żory znika ten jego cwaniacki uśmiech i wyluzowanie. Jest wyraźnie spięty. Nerwowo przegląda papiery i wyciąga kolejne banknoty. Po chwili znika za brudnymi, obdrapanymi drzwiami baraku. Po kilku minutach wychodzi, wraca do auta po kolejne banknoty i rusza do kolejnych drzwi. I tak kilka razy. Na końcu zbiera paszporty i znowu gdzieś znika. Celnicy, służby antynarkotykowe, jakaś inspekcja drogowa, pogranicznicy. Do auta podchodzi kilku osiłków w czarnych kominiarkach i zaczynają oglądać, przeglądać co jest na pace. Pytają mnie dokąd jadę i po co, ale wyraźnie nie są mną zainteresowani. W końcu znudzeni odchodzą i kucają sobie na pobliskich betonowych ruinach i palą papierosy. Rozmawiają o czymś, pokazują na nas.

Przejście graniczne przełęcz Kyzył Art - kyzylart - GBAO - Górny Badachszan - Pamir Highway -Tadżykistan

W pewnym momencie jeden z żołnierzy podchodzi do auta. Obchodzi je i zaczyna z tyłu dłubać przy misternie przykrytej i zawiązanej konstrukcji na dachu. Słychać szelest plandeki, potem folii, po czym lekki stukot czegoś miękkiego wysypującego się z dachu prosto na ziemię. W lusterku widzę jak przystawiają torebkę do dziury w pakunku na górze, z który wysypują się jakieś orzechy czy coś innego lekkiego i chrupkiego. Reszta sypie się na ziemie. Kiedy torebka jest pełna, coś tam zatykają, utykają, przykrywają i zmiatają nogą orzeszki na ziemi. Żeby nikt nie zobaczył? Przecież kradli je na oczach zrezygnowanych właścicieli. Nikt nie kiwnął ani słowem. Człowiek w mundurze ma tu władzę. Łapówka? Myto? Po prostu opłata graniczna. Normalna rzecz. Żołnierze odchodzą skubiąc zawartość torby. Nawet na nas nie patrzą. Jakby tu nikogo nie było. Cały czas słyszę jak pojedyncze orzeszki spadają z dachu na ziemię. Kiedy żołnierze kucają i konsumują zszabrowaną zdobycz, moi współpasażerowie wysiadają poprawić swoje zakupy. Nikt nic nie mówi. Żora wraca z pieczątkami. Szlaban się podnosi. Przejeżdżamy. Kiedy pytam co to było, Żora pod nosem złorzeczy robiąc „tfu tfu” na palce złożone w charakterystycznym geście symbolizującym pieniądze. – Witaj w Tadżykistanie – mruczy.

Pamir Highway droga z przełęczy Kyzył Art - kyzylart do Karakol - GBAO Tadżykistan

siatka na granicy z Chinami - Pamir Highway droga z przełęczy Kyzył Art - kyzylart do Karakol - GBAO Tadżykistan

Jesteśmy w Pamirze! Ogromny płaskowyż ciągnący się ok. 280 km z północy na południe i ok. 400 km z zachodu na wschód. Od północy ograniczony Kotliną Ałajską, z której przyjechałem, od wschodu Górami Kaszgarskimi od południa grzbietem Hindukuszu a od zachodu doliną rzeki Pandż. Średnia wysokość to jakieś 3 500 m n.p.m, ale droga wspina się nawet na ponad 4 600 m n.p.m. Jeżeli Himalaje są dachem świata, to Pamir jest konkretnym strychem. Administracyjnie znajdujemy się w Górskim Badachszanie (GBAO) – autonomicznej prowincji Tadżykistanu znanej ze swojej krnąbrności i często podkreślanej niezależności. Przez co, niezbyt cieszącej się sympatią władzy centralnej. Dlatego też Górski Badachszan (GBAO) jest słabo rozwinięty i – co tu dużo mówić – bardzo zaniedbany. Drogi są w koszmarnym stanie, prąd – pomimo powyginanych słupów sterczących wokół drogi – nie zawsze dociera, często nie ma bieżącej wody a zaopatrzenie w podstawowe produkty kuleje. Efekt – ludzie są tu biedni i zdani tylko na siebie. Są twardzi, ale przyjaźni i niewyobrażalnie gościnni.

Pamir Highway droga do Murgob Murghab - jezioro Karakul - Górski Badachszan GBAO Tadżykistan

Jezioro Karakul - Pamir Highway Górski Badachszan GBAO Tadżykistan

Zjeżdżamy z przełęczy pomiędzy szarobure, suche góry. Dookoła nas pustynia. Śnieg został za naszymi plecami. – W Kirgistanie jest biały Pamir, tutaj czarny Pamir. Nie ma śniegu – tłumaczy Żora. Dziwi mnie to, bo na tej wysokości spodziewałem się śniegu i mrozu. Tymczasem upał jest niemiłosierny. Ubrany w kilka warstw, zaczynam się gotować. O klimatyzacji nie ma co marzyć, a wszystkie okna są pozamykane, bo za autem ciągnie się ogromna chmura kurzu, który wdziera się do środka przez każdą, nawet najmniejszą szczelinę. Jedziemy kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż „sistiemy” – siatki granicznej z Chinami, mimo że do granicy jest jakieś 10 kilometrów. Droga ciągnie się pomiędzy kolejnymi pagórkami, które sięgają 4 500 m n.p.m. W końcu przed nami pojawia się wielka, nieregularna biała plama. Jezioro Karakul – czyli „czarna woda” – cały czas pokryte grubą warstwą lodu i śniegu. Za nim przepiękne niczym dekoracja na torcie łańcuchy Pamiru i Tajik National Park.

postój w Karakul - GBAO Górski Badachszan - Pamir Highway - Tadżykistan

Karakul - GBAO Górski Badachszan - Pamir Highway - Tadżykistan

Droga jest pusta. Mijamy tylko grupkę rowerzystów wspinających się powoli pod górę. Nie licząc ich, jesteśmy tu sami. Wypakowane do granic Pajero przecinające pustą pamirską drogę. Te ogromne przestrzenie, tylko niebo i góry. Czysta natura, tak pierwotna i wspaniała. Człowiek wydaje się tu tak maleńki i bezradny, zdany na kaprys gór. Pośród tej pustki, wyrasta nagle Karakul. Mała wioska to kilkadziesiąt białych glinianych domów z płaskimi dachami ułożonych równo przy piaszczystych uliczkach. Spośród nich wyrastają stare powyginane słupy elektryczne, z poprzeciąganymi kablami. Po co? Nie wiem. Prądu i tak tu nie ma. Wjeżdżamy w labirynt obdrapanych i zrujnowanych pudełkowatych chatek. Podjeżdżamy do jednej z nich. Na znak klaksonu, wyskakuje z niej mężczyzna, obściskuje się z jednym z pasażerów, rozmawiają przez chwilę, po czym zabierają jakieś tobołki. Po chwili z domu wychodzi kolorowo ubrana, dojrzała kobieta o blond włosach i twarzy zniszczonej słońcem. Wręcza kierowcy dużą torbę parujących jeszcze „pirożków” – smażonych na głębokim oleju aromatycznych poduszeczek nadziewanych kartoflami. Kierowca obdarowuje wszystkich pasażerów, mi wciska jeszcze kilka na drogę tonem nieznoszącym sprzeciwu. Wylewne pożegnanie i możemy jechać dalej.

Droga na Przełęcz Okbajtał lub Akbajtał (Akbaital Pass) - Pamir Highway, GBAO Górski Badachszan, Tadżykistan

Przełęcz Okbajtał lub Akbajtał (Akbaital Pass) - Pamir Highway, GBAO Górski Badachszan, Tadżykistan

Za Karakul Pamir Highway znowu ciągnie się przez pustkowie, pomiędzy wzgórzami i strzelającymi w górę skałami. Auto tańczy na wybojach jak pijana baletnica. Mijamy kolejne, coraz większe koleiny i dziury. Asfaltu raczej nigdy tu nie było. W końcu zaczynamy się wspinać, nagle po obu stronach wyrastają coraz ciemniejsze góry, zbliżają się ścieśniają niczym ogromne imadło. Powietrza jest coraz mniej, a silnik zaczyna coraz bardziej rzęzić. Mijamy tablice Przełęcz Okbajtał zwaną też Akbajtał (Akbaital Pass) – wysokość 4 655 m n.p.m. – najwyższy punkt na trasie Pamir Highway. Jesteśmy tak wysoko, że sama przełęcz nie robi już takiego wrażenia. W zasadzie wjechaliśmy tylko kilkaset metrów ponad powierzchnię Pamiru. Przełęcz wydaje się po prostu być kolejnym zakrętem, pagórkiem na drodze. Powyginane stare betonowe słupki, koleiny zasypane kamieniami, kurz i pustka. Jak wszędzie dookoła.

Droga do Murgob - Murghab - Pamir Highway, GBAO Górski Badachszan, Tadżykistan

Jedyne auto jakie mijaliśmy na drodze do Murgob - Murghab - Pamir Highway, GBAO Górski Badachszan, Tadżykistan

Za przełęczą droga robi się prosta jak stół. Żora pędzi omijając slalomem dziury, a za szybami wyrastają kolejne góry, coraz ciemniejsze. Tu faktycznie zaczyna się czarny Pamir. Co i raz spoglądam na mapę Górskiego Badachszanu i identyfikuje kolejne bezimienne szczyty: 5 293 m n.p.m., 5 643 m n.p.m., 5 763 m n.p.m.. Na wysokości kiszłaku Czeczcekty (Chechekty) na drodze przed nami wyrasta dziwna włochata kulka. Kiedy zbliżamy się, wygląda jak wielki stóg siana. Jeszcze bliżej okazuje się, ze to UAZ „Buchanka” wiezie górę siana. Pierwszy i jedyny jak dotąd samochód, który spotkaliśmy na drodze przez ostatnie 250 kilometrów nie licząc Kamazów z mężczyznami w kominiarkach i starego gazika na Tadżyckim posterunku na przełęczy Kyzył Art. Czas najwyższy! Według mapy zbliżamy się do Murgobu – największego miasta na płaskowyżu Pamirskim, w tej części Górskiego Badachszanu.

wjazd do Murgob - Murghab - Pamir Highway, GBAO Górski Badachszan, Tadżykistan

Murgob - Murghab - Pamir Highway, GBAO Górski Badachszan, Tadżykistan

W końcu docieramy do Murgob (Murghab). Na wjeździe do miasta Żora wysadza dwójkę pasażerów i jedziemy dalej. Auto wjeżdża w labirynt uliczek, przeciska się pomiędzy podniszczonymi, kwadratowymi chatami o płaskich dachach otoczonych obdrapanymi murami. Auto wzbudza zainteresowanie, szczególnie, że siedzę na przednim siedzeniu. Wszyscy oglądają się i patrzą kto przyjechał. Auto w Murgobie to wydarzenie. Na ulicach jest pusto. Czasami tylko widać sylwetki w kirgiskich kałpakach – charakterystycznych wysokich czapkach z białego filcu z wyszywanymi wzorami. Na zagraconych podwórkach i zakurzonych ulicach bawią się dzieci. Zatrzymujemy się pod bramą i Żora ogłasza mobilizację. Wyładowujemy samochód! Przez kolejne pół godziny wyciągamy z auta dziesiątki pudeł, toreb, worków i kanistrów. Ciężkie, niewygodne tobołki wspólnymi siłami ściągamy i podajemy kolejnej parze rąk, która podaje je jeszcze dalej, aż po kilku przechwytach kończą spokojnie na podwórzu przy wejściu do kuchni. W bagażniku zostają tylko opony, jakieś brudne szmaty i linka.

Hotel Pamir - Murgob - Murghab - Pamir Highway, GBAO Górski Badachszan, Tadżykistan

puste ulice Murgob - Murghab - Pamir Highway, GBAO Górski Badachszan, Tadżykistan

Teraz kolej na mnie. Objeżdżamy Murgob i Żora wysadza mnie pod Pamir Hotel. Piętrowy budynek to połączenie sowieckiego baraku i stylu starych dobrych lat ’90 z ogromnymi plastikowymi oknami. Do tego jurty rozstawione przed wejściem. W środku boazeria i dywany, panuje półmrok, ale nastrój jest sympatyczny. Miłe panie sprzątające i właściciel ubrany w kurtkę majstrujący na recepcji przy nie działającym telewizorze. Dostaję pokój, w którym jest czysta pościel – to, czego mi trzeba po całym dniu aucie. Do tego bieżąca woda! Tyle, że lodowata. – Diesla odpalamy o 19:00, po dwudziestu minutach będziesz mógł już wziąć prysznic – mówi chłopak na recepcji. Mam jeszcze dwie godziny, więc wychodzę obejrzeć Murgob.

ulice Murgob - Murghab - Pamir Highway, GBAO Górski Badachszan, Tadżykistan

pomnik Lenina - Murgob - Murghab - Pamir Highway, GBAO Górski Badachszan, Tadżykistan

Chciałoby się rzec „idę na miasto”, ale to sugeruje istnienie jakiejś tkanki miejskiej, infrastruktury. Tymczasem Murgob jest absurdem. Sprzeczny z jakąkolwiek logiką. Tu nie ma nic oprócz porozrzucanych kontenerów i brudnych kwadratowych domów z gliny. Po płaskich dachach, najczęściej pokrytych pofalowanym azbestem, pomiędzy suszącymi się owczymi plackami skaczą kozy. Nie ma sklepów, nie ma ludzi na ulicach. Murgob wygląda jak wymarłe miasto po apokalipsie, jak jakaś mara senna. Przygnębiające, depresyjne, szare, bez jakiejkolwiek zieleni. Do tego zimne, szarobure skały zaciskające się dookoła niczym kleszcze i tworzące z Murgobu studnię coraz bardziej skąpaną w cieniu. Jedyny kolor, jaki można tu znaleźć to przepiękne błękitne niebo. Jedynymi dowodami na istnienie człowieka są porozwieszane na budynkach plakaty z podobizną prezydenta Tadżykistanu Emomali Rahmona. Patrzy na mnie z kolejnych budynków – w garniturze, na łące, przy wodospadzie, na polu bawełny. Podążając za podobiznami prezydenta, trafiam na bielejący w ledwo wystającym jeszcze zza gór pomnik Lenina. Pośrodku niczego, tych gór i zapuszczonych domów, wygląda jak jakaś fatamorgana, figiel, który płata niedotlenionemu mózgowi zawrotna wysokość 3 600 m n.p.m. Kto wpadł na to, aby zbudować tu miasto?

Zachód słońca - Hotel Pamir - Murgob - Murghab - Pamir Highway, GBAO Górski Badachszan, Tadżykistan

Kiedy rozlega się klekot diesla, wracam do hotelu. Wraz z prądem pojawia się tu życie. Boazeria robi się ciepła w żółtym świetle lampek. Zaczyna się poruszenie, co bardziej obrotni goście ustawiają się w kolejce do pryszniców. Inni rozsiadają się w „stołowoj” przy kolacji i butelce ciepłego tadżyckiego piwa. Po takim dniu prysznic do zbawienie. Coś czuję, że to ostatni na najbliższe kilka dni. Wychodzę przed hotel popatrzeć na płonące od zachodzącego słońca wzgórza otaczające Murgob. Stopniowo pochłania je cień. Na soczyście błękitnym niebie świeci już jasna plama księżyca. Kiedy tylko cień pochłania miasto, nagle robi się przeraźliwie zimno. I tak jest. Jedynie 3 stopnie, ale przez suche powietrze, w słońcu mogłem chodzić w samym T-shircie. Teraz temperatura spada momentalnie poniżej zera. Miasto stopniowo pochłania noc ciemna niczym smoła. Nie ma prądu, więc nie widać nic oprócz miliardów gwiazd rozświetlających ogromne niebo Pamiru. Wydają się być na wyciągnięcie ręki, otaczać mnie. Murgob zamienił się w gwieździste niebo. Nie ma już brzydkich domów, powyginanych słupów. Nie ma nawet Lenina. Są tylko gwiazdy. Wszędzie. Z każdej strony. Wraz z zapadnięciem zmroku, Murgob przenosi się z Pamiru, z tego „strychu” Ziemi, wprost do serca wszechświata.

Murgob, Górski Badachszan, Tadżykistan

Książki o Pamir Highway:

 

Erika Fatland. Sowietstany. Podróż po Turkmenistanie, Kazachstanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i Uzbekistanie

Ludwika Włodek. Wystarczy przejść przez rzekę

Jacek Hugo Bader. W rajskiej dolinie wśród zielska

Krzysztof Samborski. Zjadłem Marco Polo

Marcin Sawicki. Morze Światła. Opowieści Tadżyckie

Marta Owczarek, Bartek Skowroński. Pod Stopami Słońca. Motocyklami po Bezdrożach Azji

Szukasz noclegów?

Zgarnij ode mnie zniżkę:

50 PLN na pierwszą rezerwację na booking.com

100 PLN na pierwszą rezerwację na airbnb

Po prostu kliknij, zarejestruj się i rezerwuj.