postój - Droga z Chorog Khorog do Duszanbe - Pamir Highway - Tadżykistan

Pamir Highway: Wzdłuż rzeki Pandż do Duszanbe

Wstaję wcześnie rano, żeby złapać dzieloną taksówkę z Chorog do Duszanbe. Czeka mnie długa droga wzdłuż rzeki Pandż. Aut jest kilka i odjeżdżają skoro świt z bazaru w centrum miasteczka. W przewodniku czytam, że z autami bywa ciężko, więc mam motywację, żeby ruszać jak najszybciej. Spod zmęczonych, jeszcze szczypiących powiek spoglądam jak słońce zalewa po kolei szczyty otaczające Chorog. W porannym rześkim powietrzu uwijam się z pakowaniem plecaka. Ponad mną szumią płaczące wierzby okalające cały budynek Pamir Lodge. Nagle słyszę wołanie. Zza stojącego przed hotelem białego Land Cruisera wychyla się młody Tadżyk w dresie. – Duszanbe? – krzyczy. Kiwam głową a chłopak zadowolony macha ręką i zaprasza mnie do środka. Szybka wymiana zdań

 – Ile?

300 somoni

kiedy jedziemy?

Zaraz, jeszcze tylko jedna osoba...

A więc udało się!

Pamir Lodge - Chorog Khorog - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Oczywiście od razu wiem, że to „zaraz” czyli „sczast” nie oznacza, że ruszmy niedługo. Wręcz przeciwnie, już wiem, że nie ma co się spinać. Ruszymy jak ruszymy. Ważne, że mam samochód. Zajeżdżamy pod pobliski guesthouse i czekamy na pasażera. Okazuje się, że je śniadanie. Kierowca nerwowo chodzi w te i we wte, co i raz znika w bramie. Ja spokojnie spaceruję po ulicach, patrzę na góry i wschód słońca. W końcu po pół godzinie, pojawia się mój współpasażer – młody Japończyk Ken. Nareszcie ruszamy! Po przejechaniu kilku wąskich ulic spętanych w ślamazarnym poranku, wjeżdżamy na parking obok kipiącego życiem bazaru. Plątanina aut przypomina scenę wielkiego karambolu. Terenówki powciskane obok siebie, pod każdym możliwym kątem, nie wiadomo jak się tu dostały, jak wjechały, nie potrafię sobie wyobrazić jak stąd wyjadą. Zatrzymujemy się gdzieś pośrodku tego gąszczu aut. – Zbieramy pasażerów – oznajmia kierowca – ruszymy za pół godziny – dodaje.

Dzielona taksówka do Duszanbe - Chorog Khorog - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Wysiadamy z auta. Kierowca dołącza do kilkunastu naganiaczy, którzy zbierają pasażerów na podróż do Duszanbe. Ken nastawia zegarek na pół godziny i cierpliwie czeka. On jeszcze nie wie. Jego japoński umysł, działający niczym precyzyjna maszyna, procesor komputera, przyjął informację, że za pół godziny jedziemy i na jego komendę organizm przeszedł w stan czekania. Patrzę na to i aż żal mi uświadamiać biedaka. On jeszcze nie wie. A ja jestem już po drugiej stronie. Na człowieka przyzwyczajonego do linearnego pojmowania czasu, do wszystkich tych terminów, ustaleń, umów, patrzę jak na kosmitę. Jakbym był stąd, zrzucił z siebie to uwiązanie w czasoprzestrzeni, te kajdany narzucone przez nieubłaganie lecący czas. Jakbym wreszcie odpuścił, wyzwolił się, nie był spętany godzinami, minutami. Jakbym był zwyczajnie wolny.

Poranek nad rzeką Chorog Khorog - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Jak się okazuje o auto wcale nie tak trudno. Parking jest pełen terenówek gotowych jechać do Duszanbe. Zapełniają się bardzo powoli. Co ciekawe, nie ma tu żadnego systemu. Ludzie wsiadają do różnych auto, w zależności od tego, który kierowca „upoluje” pasażera. W efekcie w jednym Land Cruiserze czekają dwie osoby, w drugim trzy, w Pajero obok czeka jeden pasażer, w starym Lexusie jest już piątka – tu wystarczy jeszcze dwójka i może ruszać. Nikt nie wpadnie na to, żeby pakować auta po kolei, żeby mogły odjeżdżać szybciej, zorganizować jakąś kolejkę, system. Po co? W Azji Centralnej wszyscy mają czas. Dużo czasu. To niesamowite, jak bardzo jest to niepojęte dla ludzi z zachodu. Po pół godzinie Ken podchodzi do kierowcy i pyta o odjazd. Ten pokazuje, że jeszcze pół godziny. Japończyk znów więc nastawia zegarek. Sytuacja się powtarza po kolejnych dwóch kwadransach.

Herbata nad rzeką Chorog Khorog - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Ja tymczasem rozsiadam się na pobliskim szkielecie niedokończonej budowy, rozkładam kuchenkę i parzę sobie herbatę. Popijając gorący napój wystawiam twarz do mocnego, górskiego słońca, które muska moją twarz. Nogi zwisają kilka metrów nad szumiącymi wodami rzeki. Za mną przytłumiony zgiełk bazaru i naganiaczy szukających podróżnych. W pewnym momencie podchodzi do mnie mężczyzna. Uśmiechnięty zagaduje i pyta co piję. Podaję mu więc kubek z herbatą. Z radością bierze łyka i wyciąga z torby chlebek non i odrywa mi spory kawałek – na śniadanie dla Ciebie! Świeżo upieczony – podaje uśmiechnięty. – na zdrowie – dodaje i odchodzi pozdrawiając mnie z ręką na sercu. Odwdzięczam się tym samym, po czym z przyjemnością zajadam pyszny, chrupiący, jeszcze ciepły chleb. Rozczula mnie ta bezinteresowna pomoc, czysto ludzkie odruchy, to… dobro. Dociera do mnie, że to właśnie jest dobro. W miejscu, gdzie gubi się czas, razem z nim przepada ten bezduszny wyścig, znieczulica, egoizm i egocentryzm. Człowiek zostaje taki, jakim został stworzony – dobry. Odarty z nikczemności, bez tego strasznego bagażu cywilizacji.

Droga z Chorog Khorog do Duszanbe - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Kolejne auta jakimś cudem się zapełniają. W końcu, po jakiś czterech godzinach oczekiwaniach. Kierowca macha na nas i każe nam przepakować rzeczy do innego auta, w którym zostały akurat dwa miejsca. Widzę, że Ken absolutnie nic z tego nie rozumie, więc lituję się nad nim i mu tłumaczę, co się dzieje. Chłopak zrozumiał, że dla wszystkich pasażerów nie wystarczy, oddał więc swoich innemu kierowcy. Upakowani w osiem osób w starego Land Cruisera ruszamy do Duszanbe. Pierwsza rzeczą, którą robi Ken, jest zdjęcie butów i założenie kapci. Jestem w takim samym szoku jak wszyscy dookoła. To pomaga rozluźnić atmosferę i nawiązać kontakt. Okazuje się, że kierowca jest akurat zapalonym piłkarzem, kiedy więc słyszy, że jestem z Polski, od razu nazywa mnie „Lewandowski’. Przed nami jakieś 12 godzin jazdy. Spędzimy ze sobą ten czas ściśnięci na bardzo małej przestrzeni, więc integracja jest kwestią czasu. Stopniowo zaczynamy rozmawiać, pytać, opowiadać, żartować. Jedni otwierają się szybciej inni wolniej, ale już po godzinie auto przypomina autokar ze szkolną wycieczką. Pośród tadżycko-wachańsko-pamirskich rozmów siedzimy my – dwa dziwolągi.

Dwa światy - Afganistan i Tadżykistan - Droga z Chorog Khorog do Duszanbe - Pamir Highway

Jedziemy wzdłuż rzeki Pandż, która kilkaset kilometrów dalej zamienia się w Amu Darię, czyli starożytny Oksus. Przedzieramy się przez przepiękną wąską dolinę, do której co i raz zaglądają palące promienie słońca. Trafiamy na kiszłaki, które znaczą soczyście zielone plamy drzew. Poza tym pustynia i skały. Jedyną oznaką życia jest dudniąca w wąwozie rzeka. Za nią jeszcze większa pustka – Afganistan. Skały, piasek i kurz. Czasem zza nich wyłaniają się drzewa, kanciasta lepianka, maleńkie poletka wciśnięte pomiędzy skalną ścianę a brzeg rzeki, jakiś osiołek, kilka owiec. W niektórych miejscach Pandż ma kilka metrów szerokości. Wydaje się, że można go pokonać jednym sprawnym susem. To granica dwóch światów. Granica rozciągnięta nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Tam za rzeką jest „dawno temu”, „za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma morzami”. Te kilka metrów jest tak daleko, że trudno sobie wyobrazić, że może być jakieś dalej.

Góry - Droga z Chorog Khorog do Duszanbe - Pamir Highway - Górski Badachszan GBAO - Tadżykistan

Kilka razy zatrzymujemy się na posterunkach wojskowych. Wioski o nic niemówiących nazwach – Ruszon, Wachdat – okazują się strategicznymi miejscami. To tu odbijają drogi i dróżki, którymi przemytnicy zza rzeki Pandż mogą przerzucać opium z Afganistanu w głąb Tadżykistanu i dalej przez Kirgistan i Kazachstan do Rosji. Na posterunkach ta sama procedura. Paszporty, wiza, pozwolenia, wielki zeszyt w kratkę, w którym żołnierz spisuje dane moje i Kena. Co ciekawe, Japończyk nie ma ze sobą wydrukowanej wizy a jedynie pdf w telefonie. Kiedy o tym słyszę, od razu staram się go sprowadzić na ziemię i przygotować na łapówę, którą będzie musiał dać żołnierzowi. Kiedy przychodzi co do czego, podaje swojego najnowszego iPhone’a z wizą chłopakowi w mundurze a ten spisuje spokojnie dane i oddaje Kenowi telefon. Nie wiem czy dałbym mój telefon komuś w mundurze środkowo-azjatyckiej milicji czy wojska. Okazuje się jednak, że się da. A więc Tadżykistan się zmienia. Odchodzi od tej magii, potęgi papieru, na rzecz cyfrowej efemerydy.

granica - Afganistan i Tadżykistan - Droga z Chorog Khorog do Duszanbe - Pamir Highway

W ogóle spotkanie Japończyka w dzielonej taksówce jadącej z Chorogu do Duszanbe, to ciekawe doświadczenie. Pomiędzy Japonią i Tadżykistanem jest przepaść, jakiej przedstawiciele obu nacji nie są w stanie nawet pojąć. Ja jestem gdzieś po środku tej przepaści i z rozbawieniem przyglądam się starciu dwóch światów. Tadżycy z auta nie rozumieją, po co Ken zakłada kapcie, dlaczego się niepokoił i latał jak kot z pęcherzem, kiedy taksówka się spóźniała. Nie do pomyślenia było dla niego, że nie ma ustalonej godziny odjazdu. Kierowca pyta ile ma lat. – Czterdzieści jeden – tłumaczę odpowiedź Kena. – Ha! To tyle, co ja – rzuca kierowca. Kiedy tłumaczę to Kenowi, ten odpowiada mi zdziwiony – Przecież on wygląda na co najmniej sześćdziesiąt! – Ta odpowiedź niezwykle mnie bawi. To prawda, ale cóż mam odpowiedzieć Japończykowi, który dla mnie wygląda na siedemnaście lat. To niesamowite jak tu, w Tadżykistanie starcie trzech różnych światów potrafi zacierać punkt odniesienia.

postój - Droga z Chorog Khorog do Duszanbe - Pamir Highway - Tadżykistan

W kolejnych mijanych wioskach zatrzymuje nas milicja. Z nazwy to już policja, ale mentalnie cały czas milicja. Jak w Rosji. Wiadomo – trzeba zapłacić myto. Tutaj nikogo to nie dziwi. Zawsze ten sam scenariusz. Chudy i gruby. Pierwszy to młodziak. Nie wie jeszcze, co i jak, łatwo się z nim dogadać, nie jest nachalny, wystarczy papieros, jeżeli bezczelnie próbuje wymusić łapówkę, można go nawet postraszyć rzucając jakimś nazwiskiem i nazwą ministerstwa. Przecież nie sprawdzi. Zazwyczaj stoi z karabinem przy szlabanie i gania między kierowcą a tłustym, spoconym ważniakiem siedzącym na krzesełku w cieniu wierzby. Ten jest już doświadczony, nie jedno przeszedł, nie jedno widział, nie jedno wziął. Z tym trudno się dogadać, jeżeli trafimy na bezczelnego, trzeba udawać, że nic się nie rozumie, liczyć na to, że się nami znudzi. Mamy szczęście. Kierowca jeździ tu często i wszystkich zna. „Kontrole” opędza drobnymi. Jestem w szoku, gdy widzę jak drobnymi. Wystarczy nawet jeden somoni. Czyli jakieś 40 groszy. Pieniądze małe, dlatego akceptowane. Większe łapówki mogłyby ludzi rozeźlić. A tak, wilk syty i owca cała. W sumie jednak nie, bo z takich łapówek milicjanci nie wyżyją. Czasem kierowca wraca do auta i robi zrzutkę papierosów pośród pasażerów. Wystarczą dwa-trzy papierosy. Ken co chwila dopytuje o co chodzi. Nie mieści mu się w głowie, że policjant – czy milicjant – może wziąć łapówkę.

Płow czyli Osz - Droga z Chorog Khorog do Duszanbe - Pamir Highway - Tadżykistan

Pole minowe wzdłóż granicy Tadżykistan - Afganistan - Pamir Highway

Zatrzymujemy się gdzieś po drodze na obiad. Dastarhany schowane są w cieniu brzóz i wierzb. Siadamy po turecku na pokrytym kolorowymi materiałami tapczanie i zaraz pojawia się dzbanek cienkiej zielonej herbaty, chleb noon oraz miski z aromatycznym płowem. Złocisty, błyszczący od baraniego tłuszczu ryż, marchew, kawałki mięsa. Na tym sałatka ze świeżych ogórków, cebuli oraz koperku. Pokarm bogów! Do tego spożywany z widokiem na bajecznie piękne góry, przy akompaniamencie szumiącej rzeki Pandż. Obok raju jest też piekło. Ludzie sami je sobie zgotowali. Kawałek przy drodze straszą żółte wyblakłe tablice „Nie wchodzić. Miny!” obok obrazek pokazujący nogę urywaną przez minę. Smutna pamiątka sprzed trzydziestu lat, kiedy to zaminowano niemal całą granicę Tadżyckiej SRR z Afganistanem w obawie przed mudżahedinami, którzy mieli przenikać do ZSRR w celu dywersji. Po wojnie nikt sobie nie zaprzątał głowy sprzątaniem min. Od czasu do czasu przypominają o sobie. Niesione strumieniami z roztopów i kamienistymi lawinami, mogą być wszędzie. Dlatego podczas postoju kierowca napomina – Sikajcie na drogę. Nie łaźcie nigdzie!

korek - wypadek na drodze - Droga z Chorog Khorog do Duszanbe - Pamir Highway - Tadżykistan

Rozkraczona ciężarówka - Droga z Chorog Khorog do Duszanbe - Pamir Highway - Tadżykistan

Co i raz przy drodze straszą zardzewiałe wraki. Mijamy ciężarówkę do połowy zawieszoną nad kilkumetrową przepaścią. Najwyraźniej kierowca wykazał się zbytnią nonszalancją i teraz auto czeka na pomoc. Czekać może długo. Kiedy wąwóz się kurczy i jedziemy po wąskiej półce skalnej. Z jednej strony pionowa ściana, z drugiej kilkumetrowe urwisko nad spienioną rzeką Pandż. W pewnym momencie korek. Zatrzymujemy się razem z kilkunastoma autami. Przed nami dwa TIR-y zablokowały całą drogę. Jechały naprzeciwko siebie i nie mogą się wyminąć. Zaczyna się wspólna akcja. Wszyscy kierowcy wysiadają i pomagają. Jedni dumają, patrzą, mierzą, radzą. Pozostali dopingują kierowcę, który próbuje wycofać. Kiedy koła zwisają nad krawędzią klifu, auto rusza z powrotem. Znowu narady, przymierzanie, wymierzanie, opracowywanie planu. W końcu pomysł. Odczepianie naczepy, wycof, podjazd pod innym kątem, przyczepianie, odjazd, odczepianie. W tym czasie wszyscy patrzą w skupieniu. Naczepa stoi tak, że można ją minąć. Zaczyna się zamieszanie. Ludzie pakują się do aut i po kolei ruszają dalej. Zza tumanów kurzu, widzę we wstecznym lusterku jak kierowcy TIR-ów mijają się na milimetry. Pamir Highway.

Hindukusz - Droga z Chorog Khorog do Duszanbe - Pamir Highway - Tadżykistan

zachód słońca -Hindukusz - Droga z Chorog Khorog do Duszanbe - Pamir Highway - Tadżykistan

Za Kalajkum, gdzie droga do Duszanbe się rozwidla, rzeka robi się coraz szersza a droga stopniowo zaczyna się od niej oddalać. Tu Pandż łączy się z rzeką Wachsz i zaczyna się Amu Daria. Widać nowy asfalt. Nowa nazwa rzeki – nowa droga. Auto przyspiesza do 80 km/h. Prędkość wydaje się zawrotna. Zmęczenie daje o sobie znać. Podróż staje się coraz bardziej senna. W końcu droga odbija na północ. Wspinamy się serpentynami wspinającymi się w górę. Za nami zostaje rzeka i płonąca czerwonym światłem zachodzącego słońca ściana Hindukuszu. Idealnie gładki asfalt tu i ówdzie jest w połowie zasypany osuwiskami ziemi i skalnymi rumowiskami. W końcu wyjeżdżamy pomiędzy zielone łąki i pastwiska. Jak za dotknięciem magicznej różdżki zmienia się otoczenie. Pamir i Korytarz Wachański pozostają pięknymi wspomnieniami. Spaloną słońcem pustynię zastępują pola i soczyście zielone łąki stopniowo pochłaniane przez mrok. Na przedmieściach Kulobu zatrzymujemy się na kolację.

Lagman - tradycyjna potrawa w Azji centralnej - Pamir Highway, Tadżykistan

Nieśmiertelny lagman, czyli zupa śmieciówka – ze wszystkim. Taka soljanka z makaronem i czymkolwiek, co kucharz miał pod ręką. Do tego kompot z małych dzikich wisienek – darahti gelos. Potem zmęczenie wygrywa. Zasypiamy i budzą nas dopiero auta pędzące pod liniami żółtawych świateł latarni na przedmieściach Duszanbe. Około północy docieramy do postoju taksówek jadących z Chorogu przy Ajni. Obskakują nas taksówkarze, ale mój hostel jest kilka przecznic stąd. Wybieram więc spacer. Okazuje się, że Ken mieszka zaraz obok, więc ruszamy razem na nocny spacer po obrzeżach centrum Duszanbe. Nierówne chodniki, gigantyczne dziury to nic. Dziesięć dni na odludziu przyzwyczaiły mnie do nierównego podłoża. Najgorszy jest hałas i światło! Głośne samochody, klaksony, oślepiające reflektory. Neony, głośna muzyka z klubów, tłumy ludzi przed barami, blade zimne światło nocnego supermarketu. Kolory, gwar i zamieszanie. W tym momencie Duszanbe wydaje się być jak Times Square w Nowym Jorku. Wielkie głośne, ostentacyjne, nachalne. Czuję się jak dzikus, który pierwszy raz jest w mieście. Wystarczyło 10 dni w Pamirze. Azyl znajduję w małej cichej uliczce, pośród szumiących drzew. Ken idzie do swojego hostelu ja do swojego. Zmęczony, ale szczęśliwy siadam na schodach dużego domu pośród zieleni i patrzę w nocne niebo. Już nie widać tysięcy gwiazd, nie ma śladu po drodze mlecznej. Od pobliskich hoteli bije łuna neonów. W powietrzu unosi się nocny zgiełk miasta. To już nie Pamir.

Duszanbe, Tadżykistan

 

Książki o Tadżykistanie:

Erika Fatland. Sowietstany. Podróż po Turkmenistanie, Kazachstanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i Uzbekistanie

Ludwika Włodek. Wystarczy przejść przez rzekę

Jacek Hugo Bader. W rajskiej dolinie wśród zielska

Krzysztof Samborski. Zjadłem Marco Polo

Marcin Sawicki. Morze Światła. Opowieści Tadżyckie

Marta Owczarek, Bartek Skowroński. Pod Stopami Słońca. Motocyklami po Bezdrożach Azji

Szukasz noclegów?

Zarejestruj się, żeby dostać zniżkę:

50 PLN na pierwszą rezerwację na booking.com

100 PLN na pierwszą rezerwację na airbnb

Po prostu kliknij, zarejestruj się i rezerwuj.