Sary Tasz - ostatnia wioska w Kirgistanie przed granicą z Tadżykistanem - Pamir Highway

Pamir Highway: Z Osz do Sary Tasz. Początek

Słońce. Mnóstwo słońca. Wdziera się przez każdą, najmniejszą szparkę pomiędzy grubymi zasłonami. Odgłos łąki, ze świerszczami, brzęczeniem much i innych owadów przeplata się z dyskretnym gwarem miasta. Do tego żar, który pochłania szczelnie całe miasto. Przygotowałem się na zimę – zamiecie śnieżne i mróz na Pamir Highway, tymczasem od samego rana uderza we mnie niemiłosierny upał. Po nocnym locie i nieprzespanej w większości nocy, blokowisko w Osz widziane zaczerwienionymi, wyschniętymi i szczypiącymi oczami przypomina jakąś senną marę zjadaną przez żar lejący się z nieba. Dopiero cienka zielona herbata zagryzana świeżymi kawałkami jeszcze ciepłej lepioszki stawia mnie na nogi. Razem z gospodarzem – Mohamedem, siedzę przy dastarhanie – niskim stoliku rozstawionym pod tradycyjnym środkowoazjatyckim zadaszeniem – ajwanem. Wokół nas ćwierkają ptaki a my rozmawiamy o moich planach podróży Szosą Pamirską, czyli Pamir Highway.

Pamir Highway zaczynam w Osz Kirgistan - blokowiska i rury centralnego ogrzewania

Tęskniłem bardzo za Azją Centralną. Za chwytającą za serce gościnnością, za wszechobecnym gwarem, a nawet za bałaganem, wonią zapomnienia i rozkładu, i za lekką nutką beznadziei. Osz niewiele się zmieniło przez ostatnie cztery lata. Jest jeszcze głośniej, ciaśniej. Na horyzoncie pojawiły się nowe, wyższe budynki, ale to cały czas to samo Osz. Tętniące życiem, gwarne, upalne, brudne i brzydkie, ale mające w sobie niespożytą ilość energii. Rury centralnego ogrzewania wijące się pomiędzy krowami pasącymi się wśród blokowisk, rozpadające się domy, szpetne pawilony porozrzucane bez ładu i składu przypominające najbardziej nonszalanckie wymysły architektoniczne lat ’90. Do tego niekończące się morze starych aut, które przyjechały tu z Europy. Nad wszystkim tym wznosi się soczyście zielona góra Salomona – Sulejman-too.

Osz, góra Sulejmana, sulejman too - centrum miasta do ogromny bazar - Kirgistan, początek Pamir Highway

W jakimkolwiek celu nie przyjedzie się do Osz, i tak zawsze kończy się na bazarze. Jednym z największych w tej części świata. W zasadzie całe centrum miasta to jeden wielki bazar, poprzecinany ulicami i blokami mieszkalnymi. Tu można zwyczajnie zapomnieć o świecie! Przeciskam się pomiędzy straganami ze wszystkim, co tylko można sprzedać – od odurzająco pachnącej zieleniny, poprzez bajecznie chrupiące lepioszki, góry suszonych owoców i orzechów, aż po plastikową chińską tandetę i majtki z Putinem. Pomiędzy całym tym towarem ludzie. Skupieni i żywiołowi zarazem. Tu dzieje się życie, kręci się biznes, który sprawia, że ta część świata jako tako funkcjonuje.

Bazar w Osz - Kirgistan, pierwszy etap Pamir Highway

suszone owoce - Bazar w Osz - Kirgistan pierwszy etap Pamir Highway

Zanim ruszę w kolejną przygodę życia, muszę dopiąć kilka kwestii organizacyjnych – znaleźć gaz, wymienić pieniądze i zrobić zapasy na drogę. No i znaleźć kogoś, kto zawiezie mnie do Sary Tasz – ostatniej wioski przy granicy z Tadżykistanem. Z gazem jest najłatwiej. Jedyne miejsce, w którym można go dostać w Osz, jest Osh Guesthouse, więc zamawiam go jeszcze przed przyjazdem. Zakupy na drogę – warzywa, lepioszki, ciastka znajduję na bazarze bardzo szybko. Jak się okazuje, również tadżyckie somoni są dość łatwe do kupienia w kartonowym zagłębiu obok centrum handlowego Pekin. Wyzwaniem jest transport. Z Osz do Sary Tasz jedzie jedna marszrutka dziennie. Rusza spod mostu nieopodal starego dworca autobusowego. Kiedy docieram na miejsce, cała przestrzeń pod estakadą zawalona jest samochodami poupychanymi zupełnie byle jak. Nie wiem jak tu wjechały, jeszcze trudniej mi sobie wyobrazić jak z tego rozgardiaszu wyjadą.

marszrutka z Osz do Sary Tasz - pierwszy etap Pamir Highway - Kirgistan

W jednej chwili obskakują mnie kierowcy prywatnych taksówek. Jest kilka kursów, ale kiedy pytam o cenę, dostaję pytanie – a ile dasz? – to sprawia, że mi się odechciewa. Dla świętego spokoju rzucam jakąś śmieszną kwotę w stylu – sto somów – żeby uciąć dyskusję. W końcu znajduję marszrutkę. Kilkuletni Mercedes Sprinter, wokół mały wianuszek ludzi. Nie pytam o cenę, bo wiem, że dostanę dla turystów, czyli jakieś dwa razy tyle ile płacą miejscowi. Na pewniaka ściągam plecak i pytam kiedy odjazd. I tu zaczyna się magia Kirgistanu – Sczast’ – odpowiada kierowca. Niewprawne ucho mogłoby wyłapać rosyjskie – siejczas – czyli już, teraz. Jednak sczast’ może oznaczać teraz, za 5 minut, 15, lub 8 godzin. Sam nie wiem po co zapytałem, skoro wiem, że marszrutka ruszy, kiedy się zapełni. Kierowca stoi i czeka na pasażerów. Ludzie powoli się schodzą. Kilka osób już stoi lub kuca wokół swoich tobołów.

Bazar w Osz i góra Sulejmana w tle - Kirgistan, pierwszy etap Pamir Highway

Kwas chlebowy - Bazar w Osz - Kirgistan, pierwszy etap Pamir Highway

Na zegarku kilka minut po 10 rano. Zostawiam plecak w aucie i mówię kierowcy, że idę pozałatwiać kilka spraw. Odpowiada, że ruszymy około pierwszej. Albo i nie. Wiem z doświadczenia, że mam czas. Tutaj nikomu się nie spieszy. Z moim plecakiem przecież nie odjedzie, po prostu zostawi go koło innego kierowcy. A może nie? W każdym razie postanawiam się nie przejmować i korzystać z pogody. Jestem w miejscu, gdzie czas dociera bardzo wybiórczo. A ten europejski praktycznie tu nie istnieje. Przede wszystkim śniadanie! Składając wspomnienia sprzed lat, odtwarzam drogę do czajchan ukrytych gdzieś pomiędzy straganami bazaru. Mijam tłumy życzliwych Kirgizów i Uzbeków zachwalających swoje towary. Po drodze orzeźwiam się boskim, zimnym kwasem chlebowym. Jak ja za tym tęskniłem. Idę dalej wiedziony coraz wyraźniejszym dymem pachnącym baraniną. Jest! Spowita półmrokiem kolorowych, pstrokatych płacht i pachnąca świeżo przyrządzanym jedzeniem.

przyrządzanie szaszłyków, Bazar w Osz - Kirgistan, pierwszy etap Pamir Highway

Czajchana, Bazar w Osz - Kirgistan, pierwszy etap Pamir Highway

Siadam przy jednym z dużych, pokrytych lepką ceratą stołów. Wokół mnie kalejdoskop smaków, zapachów i kolorów. Płow, lagman, manty, szaszłyki, lepioszki! Zamawiam miejscowy czaj, jeszcze ciepły chleb i świeżo przyrządzone szaszłyki baranie. Z ogromną przyjemnością patrzę jak kucharz przyrządza je wprawnie nad dymiącymi węglami. W kilka chwil przede mną pojawia się wspaniałe danie. Niespiesznie jem wpatrzony w to, co naokoło. Słucham, wącham i czuję jak przepełnia mnie Kirgizja. Ta niesamowita, magiczna atmosfera, do której zawsze tak tęsknię. Gwar, żywioł, kolory, upał buchający gdzieś z zewnątrz i jednocześnie jakiś taki spokój. Jakby to wszystko było trochę poza czasem. Przynajmniej tym, który znamy. To coś, co trudno określić, nazwać, wypowiedzieć. To po prostu się czuje. Azja! Orient!

góra Sulejmana – Sulejman Too, Osz, Kirgistan - początek Pamir Highway

panorama Osz - góra Sulejmana – Sulejman Too, Kirgistan - początek Pamir Highway

Będąc tu nie darowałbym sobie, gdybym nie wspiął się na górę Sulejmana – Sulejman Too. Dla Kirgizów to miejsce kultu – na górze znajduje się kaplica, która ma ponoć moc uzdrawiania. Dla mnie to przede wszystkim przepiękna panorama okolicy. Do góry jest spory kawałek i przez myśl mi przechodzi – a co jak marszrutka odjedzie? – równie szybko jednak zbywam tę myśl – będzie co ma być – I ruszam przez gwarne ulice Osz. Do góry prowadzi stroma ścieżka przechodząca w schody, wijąca się pomiędzy zagajnikami porastającymi zbocze góry i ogromnymi głazami. Upał daje się we znaki. Jest koło południa, z nieba leje się wręcz nieznośny żar. Podczas gdy wszyscy się chowają przed słońcem, ja szalony pnę się do góry.

góra Sulejmana – Sulejman Too, Osz, Kirgistan - początek Pamir Highway - widok na południe

góra Sulejmana – Sulejman Too, Osz, Kirgistan - początek Pamir Highway - widok na północ

Po dwudziestominutowej wspinaczce jestem wykończony. Upał, wysokość i niewyspanie zwalają mnie z nóg. Zaczynam wątpić i zastanawiam się jak ja chcę przejść Pamir Highway? Mój plan to oczywiście autostop, ale zakładam, że i tak będę musiał chodzić po kilkanaście – kilkadziesiąt kilometrów dziennie. Będzie co ma być! Butelka wody i rześki wiatr sprawiają, że wracam do żywych i z uśmiechem na ustach oglądam panoramę Osz. Morze błyszczących, blaszanych dachów aż po horyzont, Kirgistan przechodzący płynnie w Uzbekistan. Zieleń traw, piasek unoszący się w powietrzu w postaci złotawego tumanu. Znad miasta dobiega zgiełk, warkot aut, klaksony, szum ludzkich nawoływań znad bazaru, a ponad moją głową trzepot ogromnej kirgiskiej flagi powiewającej na wietrze. Dobrze tu znowu być!

Marszrutka z Osz do Sary Tasz - Pamir Highway, Kirgistan

Przed drugą docieram do marszrutki. Oczywiście nadal czeka. Wokoło niej wianuszek ludzi jest już jednak nieco gęstszy. Widać jakieś ogólne poruszenie, to znaczy jest jakikolwiek ruch. Trochę aut się przerzedziło, najwyraźniej ci bardziej przedsiębiorczy zebrali już pasażerów i ruszyli w drogę. Czekam pod autem cierpliwie obserwując Kirgizów kucających nieruchomo obok stert różnego rodzaju gratów, pakunków, pudeł i worków. Zastanawiam się jak to wszystko zmieści się razem z szesnastoma pasażerami do Mercedesa. Nagle pojawia się kierowca, macha ręką i zaczyna się pakowanie. Momentalnie wszystko ląduje w środku. My też. Udaje mi się wcisnąć na koniec przy przejściu – jedyne miejsce, w którym można wyciągnąć nogi. Przynajmniej teoretycznie, bo przed siedzeniem lądują worki z cebulą, pudło ze starym komputerem i jakieś kanistry. Jeszcze tylko dociskanie bagażnika, przywiązywanie tobołów, kilka prób odpalenia i auto wypakowane po brzegi rusza. A więc zaczęło się! Pamir Highway stoi przede mną otworem.

Owce na drodze z Osz do Sary Tasz, Kirgistan, Pamir Highway

Niewyspanie i zmęczenie słońcem daje o sobie znać. Ścina mnie momentalnie i ląduję z głową na ramieniu chłopaka, obok, który co i raz stara się ją przesuwać. Jak przez sen widzę jak miasto się przerzedza ustępując miejsca polom uprawnym i sadom. Kiedy dochodzę do siebie, droga zaczyna się piąć do góry. Nie ma już suchych piasków Fergany i pól poprzecinanych kanałami. Za oknami widać już zielone wzgórza a za nimi pokryte śniegiem szczyty. Na drodze co i raz pojawiają się stada owiec. Skutecznie tamują cały ruch. Przetaczają się przez drogę chaotycznie, bez celu i wyznaczonego kierunku. Nawet pasterze nad nimi nie panują. Auto po prostu nagle zostaje otoczone morzem brązowych owiec. Pośród tego beczenia i jęków toczy się powoli kilka minut, trąbiąc i hamując. Krzyki kierowców nic nie dają. Owczy pęd wygrywa. I tak kilka razy.

Taldyk Pass - przelęcz na wysokości 3615 m npm - Droga z Osz do Sary Tasz, Kirgistan, Pamir Highway

Po raz kolejny budzi mnie chłód i przytkane uszy. Potężny diesel dociążonego Mercedesa rzęzi bezlitośnie. Auto wspina się po krętej górskiej drodze. Serpentyny ciągną się bez końca. Wyprzedzamy ogromne, wyładowane ciężarówki, które wspinają się w ślimaczym tempie. Z naprzeciwka terenówki kamikadze mkną na złamanie karku. Kiedy docieramy na szczyt, mijamy znak – Taldyk Pass – 3615 m n.p.m. W niecałe 3 godziny auto wspięło się na 2 500 metrów. Uszy zdają się to odnotowywać. Są przytkane, czuć też rozrzedzone powietrze. Jest go mniej, jakby samo uciekało z płuc. Każdy kolejny wdech jest bardziej łapczywy. Szykuję się na bóle głowy i zmęczenie związane z nagłą zmianą wysokości. Za przełęczą to teraz my zjeżdżamy z zawrotną prędkością do kotliny Ałajskiej, mijając z rzadka ciężarówki niemal stojące w miejscu. Nagle kierowca odwraca się i krzyczy – Paljak! Gatowsja! Sary Tasz! – Nie za bardzo wiem jak mam się przygotować, bo nie mogę się nawet ruszyć. Wygrzebuje niezdarnie plecak spod sterty worków, toreb, tobołków i innych zawiniątek. Dopiero kiedy marszrutka staje, równie niezdarnie depcząc po tym wszystkim, zapadając się i wygrzebując wysiadam z marszrutki. Na koniec daje na pewniaka 300 somów kierowcy. – Jeszcze 50 – rzuca, więc dodaję jeszcze pomarańczowy papierek. Gdybym zapytał, zapłaciłbym minimum 500 somów. Na odchodne kierowca pokazuje jakiś dom – Tu masz hotel – mówi.

Sary Tasz - ostatnia wioska w Kirgistanie przed granicą z Tadżykistanem - Pamir Highway

Zatrzaskuje drzwi i marszrutka w jednej chwili znika. Stoję kompletnie sam. Przede mną rozwidlenie drogi, spomiędzy którego wystaje kilka chat schowanych za stacją benzynową. Z nimi daleko równa ściana pokrytych śniegiem szczytów. Pamir! Nad nim kłębią się gęste chmury, które niczym koronkowe wykończenie okalają bajecznie błękitne niebo. Widok tak piękny, że nie mogę przestać patrzeć. Po prostu stoję z plecakiem opartym o nogę a moje włosy owiewa zimny wiatr. Po chwili czuję, że przemarzłem na kość. Wyciągam puchówkę i próbuję zorientować się w sytuacji. W ostatniej chwili, przed wyjazdem z Osz, znalazłem w Internecie jakiś nocleg. Na mapie go nie ma, żadnych znaków, więc ruszam na poszukiwania. Wioska wydawała się niewielka, ale już widzę, że przede mną przeczesywanie kilkudziesięciu domów. Pytam w sklepie, zatrzymuję jakiś samochód, ale nikt nie słyszał o „Pamir Extreme„. Nie przejmuję się zbytnio, najwyżej będę musiał znaleźć inny nocleg, lub po prostu rozbiję sobie namiot za wioską.

Sary Tasz - ostatnia wioska w Kirgistanie przed granicą z Tadżykistanem - Guesthouse Pamirextreme - Pamir Highway

Chodzę więc i oglądam wioskę, odpowiadam na „hello” biegających dookoła dzieciaków i patrzę na przepiękne szczyty Pamiru po drugiej stronie rozległej doliny. Nagle na drodze mija mnie stara Łada, która zatrzymuje się zaraz z piskiem opon i zawraca. Kiedy podjeżdża, ze środka krzyczy do mnie młody Kirgiz. – Potrzebujesz hotelu? – zrezygnowany odpowiadam, że mam już hotel „Pamir Extreme„, chociaż wątpię, że uda mi się go znaleźć. – To mój guesthouse – odpowiada chłopak – Szukałem cię właśnie! Przepraszam, że musiałeś tyle czekać, ale właśnie wracam spod chińskiej granicy. Odwoziłem tam dwóch Koreańczyków. – Wsiadam i ruszamy. Po drodze tłumaczy, że kiedy minął marszrutkę, pędził żeby mnie znaleźć, bo sam bym nie znalazł jego domu. I nikt by mi nie pomógł, bo guesthouse był do tej pory znany pod inną nazwą.

Sary Tasz - ostatnia wioska w Kirgistanie przed granicą z Tadżykistanem - widok na Pamir i Pik Lenina - Pamir Highway

Po paru minutach stajemy pod chatką na skraju wsi, otoczoną płotem z drutu kolczastego. Obok domu stoi stary Ził i Land Cruiser. – Witam w moich skromnych progach – rzuca gospodarz – jestem Szamurat -. Po chwili siedzimy przy stole, na którym pojawia się chleb, masło, aromatyczna konfitura, czyli varienije, cukierki, jakieś ciasteczka i oczywiście herbata. Gorąca, parująca herbata. Rozmawiamy z Shamuratem. Ma 23 lata i smykałkę do biznesu. Przejął po rodzicach dom i otworzył Pamir Extreme Guesthouse. Na razie prowadzi go sam, ale żeni się za 3 miesiące. – moja żona zajmie się domem – mówi zadowolony. Organizuje dla przyjezdnych wycieczki rowerowe, narciarskie, kajaki, konie, wszystko, co tylko można robić w górach. Zasypuję go setką pytań, chcę, żeby opowiadał, chłonę każde słowo. Jak się tu żyje? – Wszyscy chcą stąd wyjechać, ale to najpiękniejsze miejsce na Ziemi – mówi – rozejrzyj się. – Faktycznie Za oknem rozpościera się bajeczny widok na pokrytą śniegiem ścianę Pamiru. Jak z pocztówki.

Sary Tasz - wioska w Kirgistanie przy granicy z Tadżykistanem - Pamir Highway

Mamy tu wszystko czego potrzeba: krystalicznie czystą wodę, świeże powietrze, pyszne mięso, mleko, domowe masło. O! Popatrz jak pachnie – podtyka mi pod nos miseczkę żółtego masła. Mocna, świeża woń niemal gryzie w nozdrza. Pachnie naturą, zwierzętami, mlekiem – Coś wspaniałego – przytakuję. – Miasto to pułapka. Wszyscy tylko pędzą, nie mają nic z życia. Ja zostaję tu. – Zazdroszczę mu. Nie tylko tego miejsca, ale i dojrzałości. Mimo młodego wieku, bije od niego jakaś mądrość. Kiedy tak sobie rozmawiamy dołącza do nas Kass – Kanadyjczyk indyjskiego pochodzenia, który wraz ze swoim kierowcą przyjechał tego dnia z Murgob. Niedawno przeszedł na emeryturę i postanowił pojeździć po świecie. Opowiada o swoich podróżach po ZSRR w latach ’80, o Pamir Highway, o tym, co mnie czeka po drodze. Z podniecenia wiercę się tak, że byłbym gotów ruszać dalej jeszcze dziś! Jego historią jest jak jakaś książka przygodowa. Zazdroszczę mu tych wszystkich podróży, przeżyć, miejsc. U schyłku ZSRR. W tych niesamowitych czasach, które już nie wrócą.

Zachód słońca w wiosce Sary Tasz - Kirgistan - Pamir Highway

Opowiadam Shamuratowi i Kassowi o moich planach przejechania Pamir Highway autostopem. Dziwią się, że nie mam transportu do Murgob. Stąd nic nie jeździ, do granicy jest 40 kilometrów przez góry, wszyscy jeżdżą dzielonymi taksówkami z Osz. – Tutaj nic nie znajdziesz. Droga jest w fatalnym stanie. Nikt stąd nie pojedzie – mówi Shamurat. Kiedy odpowiadam, że pójdę na piechotę, chłopak się przejmuje i mówi, że podzwoni, popyta, może uda się coś zorganizować. – To bardzo odważny plan – mówi Kass – Tam naprawdę nic nie ma. Tylko góry. – Muzyka dla moich uszu. Sam w przepięknych górach! Siedzimy tak i rozmawiamy wpatrzeni w góry. Zachwyt mój i Kassa jest oczywisty, ale niesamowite jest to, że nawet Szamurat, który spędził w tym miejscu większość swojego życia jest cały czas tak samo zakochany w kotlinie Ałajskiej, w Pamirze, w Sary Tasz. – Mieszkam tu 23 lata, a i tak codziennie nie mogę się na to napatrzeć. –

Zachód słońca w Sary Tasz - Kirgistan - Pamir Highway

Powoli zapada zmrok. Dolinę stopniowo spowija ciemność. Za sterczącymi nad Sary Tasz górami rozpościerają się ogromne płomienie. Ostatnie promienie słońca miażdżone przez ogromną ścianę Pamiru rozświetlają niebo wspaniałym pomarańczowym kolorem. Chmury płoną. Wychodzimy przed dom i patrzymy dookoła. Popijamy szybko stygnącą herbatę. Przez wioskę pędzi stado koni. Absolutną ciszę przerywa jedyne głuchy tętent kopyt. Stoimy we trzech w milczeniu, słuchamy, oddychamy górskim powietrzem i patrzymy jak niebo dogasa niczym dopalające się ognisko. – No, tak tu żyjemy – mówi po cichu Shamurat cały czas wpatrzony w góry. Po chwili znika w domku a my z Kassem dalej stoimy tak, co i raz wzdychając na ten niesamowity widok. Dopiero po dłuższej chwili zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy przemarznięci na kość. – Interesujące… minus sześć stopni Celsjusza – mówi Kass, obracając termometr w zziębniętej dłoni, po czym uciekamy do ciepłego domku dokończyć nasze opowieści przy czajniku gorącej herbaty.

Sary Tasz, Kirgistan

Książki o Pamir Highway:

Erika Fatland. Sowietstany. Podróż po Turkmenistanie, Kazachstanie, Tadżykistanie, Kirgistanie i Uzbekistanie

Ludwika Włodek. Wystarczy przejść przez rzekę

Przemysław Chwała. Obłoki Fergany

Jacek Hugo Bader. W rajskiej dolinie wśród zielska

Krzysztof Samborski. Zjadłem Marco Polo

Marcin Sawicki. Morze Światła. Opowieści Tadżyckie

Marta Owczarek, Bartek Skowroński. Pod Stopami Słońca. Motocyklami po Bezdrożach Azji

Szukasz noclegów?

Zgarnij ode mnie zniżkę:

50 PLN na pierwszą rezerwację na booking.com

100 PLN na pierwszą rezerwację na airbnb

Po prostu kliknij, zarejestruj się i rezerwuj.