Park Narodowy Seoraksan, świątynia Sinheungsa - Sokcho, Korea Południowa

Park Narodowy Seoraksan. Zatłoczona bajka

Wracamy do Sokcho. Z jednej jestem nieco onieśmielony i zachwycony bliskością Korei Północnej i strefy zdemilitaryzowanej (DMZ), z drugiej nieco rozczarowanym, że okazała się tylko zwyczajnym kawałkiem ziemi, któremu magii nadaje kontekst. Przygnębiające jest też to, że z wojny robi się tu Disneyland. Ulga przychodzi kiedy mijamy ostatnie posterunki i oddajemy żółtą tekturkę, która niczym magiczna peleryna chroniła nas przed kulami żołnierzy. Chcemy jechać do Parku Narodowego Seoraksan. Do Sokcho dojeżdżamy w południe, niemal od razu udajemy się na ulicę Yeonggeumgjeong-ro – zagłębie owoców morza, aby spróbować miejscowego przysmaku – honggae, czyli kraba czerwonego. Wzdłuż ulicy rząd małych restauracji przy których stoją ogromne akwaria wyładowane krabami. Wybieramy prawie kilogramowy okaz, który znika momentalnie w czeluściach kuchni.

Sokcho

Yeonggeumgjeong-ro w Sokcho - to miejsce słynie z najlepszych krabów honggae - Korea Południowa

Honggae - krab czerwony i banchan, koreańskie przystawki - specjalność Sokcho - najlepsze jedzenie w Korei

My tymczasem siadamy wygodnie a na nasz stół wjeżdżają dziesiątki koreańskich przystawek banchan. Są m.in. gotowana dynia, kluski z ciasta ryżowego, gotowane jaja przepiórcze, sashimi, ślimaki morskie abalone, czyli jeonbok (po polsku słuchotki), krewetki w tempurze, kimchi i inne kiszonki a także mulhoe – pikantna zimna zupa z surową rybą. Po kilkudziesięciu minutach na stół wjeżdża gwiazda, czyli gotowany krab czerwony honggae. Zaczyna się zabawa w wyciąganie mięsa. Okazuje się, że wszystko jest przygotowane tak, aby można było bez problemu dostać się do delikatnego białego mięsa wprost rozpływającego się w ustach. W skorupie kraba pływają zielonkawo-żółte wnętrzności, które kucharz miesza z ikrą i smaży na nich ryż – tzw. crab fried rice, podawany właśnie w skorupie kraba. Do tego jeszcze zupa na krabie. Wszystko z kraba. Krabowy ideał! Po prawie dwugodzinnej uczcie opuszczamy restauracje szczęśliwi jak nigdy. To było chyba najlepsze jedzenie jakie jadłem w życiu. Więcej o tym miejscu, jak i o innych wspaniałych daniach kuchni koreańskiej znajdziecie w tym wpisie.

Park Narodowy Seoraksan

Po drodze Park Narodowy Seoraksan - Sokcho, Korea Południowa

Po obiedzie jedziemy do Parku Narodowego Seoraksan. Te bajecznie piękne góry, ostre granitowe szczyty, porośnięte soczystozielonymi drzewami. Te ciemne ściany, które przesłaniają słońce. Ta dzika i nieokiełznana natura. Podniecenie niestety opada już przy wjeździe do Seorak-dong, kiedy trafiamy na gigantyczny korek. Ostatnie dwa kilometry wyglądają jak poranek przy warszawskim Mordorze. Sznury samochodów, smród spalin i to beznadziejne czekanie. Pułapka, powoli płynąca rzeka złomu, z której nie sposób nijak się wydostać. Pocieszeniem jest tylko widok za oknem. W parku dzikie tłumy. Sądząc po zachowaniu, oprócz Koreańczyków jest tu sporo Chińczyków. Nie mamy szansy zgubić ich na szlaku, bo nie mamy czasu. Za długo staliśmy w korku, do zmierzchu zostało kilka godzin, więc nici z łażenia po górach. Decydujemy się na kolejkę linową na górę Gwongeumseong, na której znajdują się ruiny XIII-wiecznej fortecy. Kupujemy więc najwcześniejsze bilety – na za dwie godziny i ruszamy na wycieczkę po okolicy.

Park Narodowy Seoraksan - spacer - Sokcho, Korea Południowa

Park Narodowy Seoraksan, Sokcho, Korea Południowa

Budda Tongil Daebul. Park Narodowy Seoraksan - Sokcho, Korea Południowa

Park Narodowy Seoraksan jest przepiękny. Już na dole, kilka kroków od pełnych głośnych ludzi alejek, widoki są powalające. Szczególnie teraz, wczesną jesienią, kiedy drzewa zaczynają pokrywać się złotem i purpurą. Na tle błękitnego nieba ta feria ciepłych jesiennych kolorów to balsam dla duszy. Razem z ukrytymi pomiędzy drzewami pagodami, świątyniami i posągami buddy, tworzą obrazki jak z pocztówki. Przystajemy przed ogromnym, niemal 15-metrowym pomnikiem Buddy Tongil Daebul (Wielki Budda Zjednoczenia) słońce odbija się akurat od dużego kryształu pośrodku jego czoła. Wygląda to jak ogromny świecący diament. Idąc za światłem Buddy, docieramy do świątyni Sinheungsa. Wchodzimy do wspaniałego ogrodu. Przechodzimy po zaokrąglonych mostkach z pięknymi, rzeźbionymi balustradami, wzdłuż alejek przepięknych drzew przypominających przerośnięte bonsai. Trudno mi wyobrazić sobie piękniejsze miejsce na podglądanie wczesnej jesieni.

Park Narodowy Seoraksan, wioska Seorak-dong - Sokcho, Korea Południowa

Park Narodowy Seoraksan, świątynia Sinheungsa - Sokcho, Korea Południowa

Patrzymy na przepiękne góry Seoraksan przez te wszystkie rzeźbione spadziste dachy z drewna. Smoki wijące się w górę po kolumnach, pełznące wzdłuż dachówek. Łapię się na tym, że zastanawiam się czy tak właśnie jest w bajce. Albo na obrazku z chińskiej miseczki z dzieciństwa. Przypominam sobie jak jedząc budyń jako dziecko, potrafiłem bez reszty gapić się na scenki namalowane na miseczce. Tak samo tajemnicze góry, takie domy z powykrzywianymi dachami. To niesamowite jak podczas podróży potrafimy dogrzebać się do granic świadomości, do obrazów zakopanych gdzieś głęboko w głowie, do wspomnień z zamierzchłych czasów, z dzieciństwa, z tego innego świata, jak na nowo wskrzeszamy to co już nie istnieje. Jesień, światło, ten cały niesamowity świat. Daleki Wschód. Daleki w każdy możliwy sposób. Ta sama jesień, a tak inna. Jak z bajki.

Park Narodowy Seoraksan, kolejka linowa na górę Gwongjeungseong - Sokcho, Korea Południowa

Park Narodowy Seoraksan, góra Gwongjeungseong - widok na Sokcho, Korea Południowa

W końcu przychodzi nasza kolej. Wracamy do kolejki i razem z tłumem dostajemy się do wagoniku. Do tej pory nie wiedziałem, że 50 osób jest w stanie wejść na raz do środka. To akurat ciemna strona bajki Seoraksan. Gwarne didaskalia. Wznosimy się ponad gęstymi zielonymi lasami. Na końcu doliny pojawia się powoli Sokcho i przepiękne morze, za którym niebo ślicznie już różowieje. Na górze uciekamy od ludzi i ruszamy wąską ścieżką prowadzącą do miejsca, w którym stała forteca Gwongeumseong. Wkraczamy w jesień. Dookoła drzewa pokrywają kolorowe pióropusze: złoto, purpura, czerwień, żółć. Gdzieś daleko na dole majaczy Sokcho stopniowo pochłaniane przez łunę pomarańczowego zachodu słońca. Miasto zdaje się płonąć. Świeci się. Jest piękne, wygląda jak kawałek rozżarzonego do czerwoności metalu, który zalewa morze.

Park Narodowy Seoraksan, na szczycie góry Gwongjeungseong - Sokcho, Korea Południowa

Park Narodowy Seoraksan, zachód słońca na górze Gwongjeungseong - Sokcho, Korea Południowa

Na końcu szlaku okazuje się, że po twierdzy nie ma ani śladu. Jest tylko ogromna skalna półka. Dookoła widok nieco jak na Rysach. Ponieważ jesteśmy o połowę niżej, widać drzewa. Pod nimi ostre skały i pionowe ściany rzucające cień na całą dolinę poniżej. Przepiękny tajemniczy klimat. Wystarczy chwila i w myślach przenoszę się kilkaset lat wstecz i próbuję wyobrazić czasy dynastii Silla. Korea działa jak jakiś narkotyk. Niestety głośne wycieczki skutecznie utrudniają wszelką kontemplację tego miejsca. Kręcimy się jeszcze dookoła, spacerujemy pod drzewami o kolorowych liściach. Przystajemy za każdym razem gdy pojawia się możliwość popatrzenia na okolice. Bajecznie piękne góry, liźnięte kolorami jesieni. Do tego ten brudny zachód słońca. Łososiowa łuna gdzieś daleko nad horyzontem. I północ. Gdzieś tam, nie tak daleko, kilkadziesiąt kilometrów stąd, rozciąga się jeden z najbardziej tajemniczych i niedostępnych krajów świata. Stąd, z góry Gwongeumseong, wydaje się o rzut beretem. Jakby można było go dotknąć. To dodaje tego czegoś do magii Seoraksan.

Park Narodowy Seoraksan, góra Gwongjeungseong - zachód słońca, Sokcho, Korea Południowa

Aż żal zjeżdżać na dół. Ale lepiej to zrobić. Z góry nadciągają krzykliwe wycieczki. Za chwilę wszyscy będą chcieli wcinać się do kolejki. Wsiadamy więc razem z tłumem i z powrotem zatapiamy się w przepiękną zieloną dolinę. Ponad nami niebo zasnuwa mrok. Zatłoczony parking jest już niemal pusty. Robi się cicho a na niebie pojawiają się pierwsze gwiazdy. Okolica wraca do swojego pierwotnego stanu, bez całego tego zgiełku, tłumów, kolorowych kubków z napojami. Jeszcze nie odjechaliśmy a ogarnia mnie już tęsknota. Nie udało się pochodzić, podotykać, powąchać, pobyć sam na sam z parkiem, z przyrodą. Nie mieliśmy czasu ani warunków. Seoraksan nawet zatłoczony jest magiczny. Odosobnione i dzikie, to miejsce nie dałoby żadnych szans. Rozkochałoby w sobie bez reszty, uzależniło, nie dało się uwolnić. Zresztą ciężko gdybać. Nie ma tego miejsca bez tłumów. To w końcu Korea. Ruszamy pustymi, ciemnymi drogami w głąb półwyspu, przez koreańską noc, szukać kolejnych takich miejsc.

Park Narodowy Seoraksan, Sokcho, Korea