Pik Uchitel, pierwszy czterotysięcznik, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Pik Uchitel i Ala Archa. Pierwszy czterotysięcznik

Z dworca autobusowego idę do Apple Hostel , który okazał się idealną bazą wypadową na ten, ale i wcześniejsze wyjazdy. Zawsze kiedy tu jestem, wspominam obleśny Transit Hotel, w którym spałem podczas mojej pierwszej podróży do Kirgistanu . Kupuję gaz do kuchenki i robię szybkie zakupy w pobliskim supermarkecie Frunze. W pośpiechu sprawdzam, czy niczego nie zapomniałem. Nici z marszrutki i taniego dojazdu do Parku Ala Archa, żeby zaoszczędzić stracony czas i zdążyć wejść na Pik Uchitel, zamawiam w hostelu taksówkę za 1650 somów (ok 90 PLN). Po chwili podjeżdża Islam swoim kompletnie zdezelowanym Golfem III i ruszamy. Po drodze do Ala Archa Islam opowiada o wszystkim co widać za oknem – Tu masz wille prezydenta Atambajewa – pokazuje na wysoki mur. – A tutaj wszędzie masz dacze – kiwa na przepiękne skupisko starych ale zadbanych domków w szerokiej dolinie. – Piotr, kup tutaj sobie dacze i przyjeżdżaj. Będzie ci się dobrze żyło – dodaje – świeże powietrze, czysta woda, kumys… czego chcieć więcej – Pierwsze co mi przychodzi do głowy patrząc na te dacze to to, że można by się tu nieźle zanudzić. Po chwili stukam się w myślach w czoło, że w takim miejscu mógłbym się zanudzić na śmierć!

Droga z Biszkeku do Parku Narodowego Ala Archa, Kirgistan

Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Park Narodowy Ala Archa, początek szlaku Kirgistan

Jesteśmy w Ala Archa. Jedziemy jeszcze 12 kilometrów. Po drodze Islam pokazuje na cysternę przy drodze. – Tu wydobywają wodę mineralną Tien Shan Legend. To ta co masz w butelce – uśmiecha się szeroko. W końcu wysadza mnie pod Alp Lagierem, czyli na samym starcie wszystkich szlaków w parku. – miejscowi siedzą tu, w dolinie, grillują szaszłyki i piją wódkę. Tylko turyści idą w góry – tłumaczy pokazując na grupki ludzi biesiadujące na kocach. Faktycznie, wygląda to jak warszawski Powsin. Tyle, że w cieniu szczytów Tien Szanu. W rozrzedzonym powietrzu unoszą się stróżki dymu o zapachu pieczonej baraniny. Szykuję sprzęt, przepakowuje się i jestem gotów. Patrzę na zegarek – jest 16:07 – jeśli się sprężę do przed zmrokiem dotrę na 3500 m n.p.m. do bazy Racek. Dumny z siebie ruszam ścieżką pomiędzy jurtami i biesiadującymi Kirgizami. Po jakiś stu metrach jakiś chłopak mnie zaczepia i mówi, że do wodospadu i Raceka – czyli tam dokąd idę – to nie w tą stronę. – tam w lewo trzeba skręcić – pokazuje ręką. Tyle z mojej dumy. Wielki górski zdobywca… Zgubiłem się na początku szlaku…

Kanion Ala Archa, park narodowy, szlak, Kirgistan

Właściwa droga prowadzi przez gęsty las. Ścieżka jest błotnista i zaczyna się dość mocno wspinać. Muszę uważać, żeby nie zjeżdżać na błocie, nie potknąć się o kamień czy wystający korzeń. Lepkie powietrze stoi. Mam wrażenie, że jestem wewnątrz zmywarki do naczyń. Przecież jestem w górach! Na ponad 2500 m n.p.m.! Do tego dookoła zaczynają krążyć chmary meszek. Praktycznie nie da się zatrzymać, bo momentalnie mnie obsiadają. Tylko ciągły ruch zapewnia choć trochę spokoju. Las robi się coraz niższy, aż przechodzi w chaszcze i dziką łąkę. Docieram nad „zakręt” – najczęściej fotografowane miejsce w parku Ala Archa. To w zasadzie wizytówka tego parku. Powiedzieć, że przepiękne, to nic nie powiedzieć. Idealny obrazek górski. Rzeka Ala Archa przecinająca dolinę – Ala Archa a jakże – otoczoną granitowymi ścianami Tien Szanu sięgającymi czterech tysięcy metrów wysokości. Nad nimi srogie ciężkie niebo. W dole dla kontrastu świerki spokojnie tańczące na wietrze. Lubię pocztówkowe miejsca. Chyba każdy lubi. Kiedy widzimy w końcu to co mieliśmy zobaczyć, bo nam podpowiedział Internet, czujemy spełnienie, że oto dotarliśmy do TEGO miejsca. I wtedy dopiero zaczyna się przygoda. Nieobciążeni tą nie dającą spokoju chęcią sprawdzenia czy jakieś miejsce naprawdę istnieje, możemy w końcu zacząć odkrywać. Tak jak teraz.

Dolina Ak Sai, park narodowy Ala archa, Kirgistan

Droga do bazy Racek, i szczyt Pik Uchitel, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Nie mogę tu stać i się wgapiać, bo zjedzą mnie meszki więc idę z głową skręconą o 90 stopni. Skręcam w dolinę Ak Sai, którą płynie rzeka o tej samej nazwie, wypływająca z lodowca – Ak Sai. Powoli wspinam się na płaskowyż Tepshi. Mijam pojedyncze osoby. To najpopularniejszy szlak w parku Ala Archa – do wodospadu Ak Sai. Dwie godzinki i można zażyć gór a potem wrócić na piknik. Dla mnie tu zaczyna się wejście w góry. Nasze rendez – vous. Nagle to czuję. Zdaję sobie sprawę, że to już. Góry mnie obejmują. Czuje, że wszystkie bzdury zostają za mną. Cały stres, czekanie na bagaż, wszystko to nieważne. Już jestem. Udało się. Mogę doświadczać tego wspaniałego cudu natury. Góry, przy których wszystkie nasze codzienne problemy stają się jedynie złudzeniem. Wobec których wszyscy jesteśmy równi. W których jesteśmy bliżej nieba. Które u mnie powodują szaleńcze wydzielanie endorfin. Czuję się jak pijany. I to nie od braku tlenu.

Szlak do bazy Racek Camp, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Baza Racek tuż tuż, droga na Pik Uchitel stoi otworem, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Po dwóch godzinach docieram do wodospadu Ak Sai. Droga znowu chowa się w lesie. Przechodzę przez strumyki, mijam jakieś obozowisko i wychodzę na stromą ścieżkę prowadzącą po piargu prosto do góry – do lodowca Ak Sai. Już widzę ostre, ośnieżone szczyty. Widzę tą górną półkę. Kiedy tu szedłem i widziałem to miejsce, mówiłem sobie – oby to nie była droga do góry – no i jest! Wspinam się coraz bardziej stromą ścieżką, która co i raz znika pośród kamieni. Czasami szlak wyznacza leżąca samotnie zardzewiała puszka po konserwie, czasem jakaś plama farby, to nieregularna kupka kamieni. Za mną dolina robi się coraz bardziej szarawa. Zza gęstych, ciężkich chmur przebija się nieśmiało słońca. Meszki zupełnie zniknęły. Nie ma już nawet bzyczących much. Robi się chłodno. Wkraczam w krainę skał i lodu. Góry wysokie. Jestem prawie na 3000 m n.p.m.

Baza Racek Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Camp Racek, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

W końcu droga wychodzi na górę i chowa obok ogromnej moreny bocznej. domyślam się, że po drugiej stronie wału jest lodowiec, ale nie ma siły żeby się na niego wspiąć. Mięśnie palą jak przypalane rozżarzonymi węglami. Oddech robi się coraz płytszy, głowa lekka, zmęczenie przychodzi momentalnie. Stawiam po kilkanaście, kilkadziesiąt kroków i odpoczywam. Na szczęście się trochę wypłaszacza. Pojawia się trawa i piękne fioletowe kwiatki, które prowadzą mnie prosto do obozu Racek. Jest 19:00. W 3 godziny z Alp Lagiera. Jestem z siebie dumny. Racek to spory barak sklecony ze wszystkiego, co było pod ręką – kamieni, desek, blachy falistej nawet nieco przypomina schronisko. Obok jeszcze kilka baraków z błyszczącej blachy. Do tego parę namiotów. Obóz niczym forteca, otoczony ogromnymi wałami z kamieni i skał. Ponad Rackiem górują szczyty Tien Szanu: Boks, Teke-Tor, Aktoo, Svobodnaya Korea, Korona. Gdzieś tam jeszcze jest Pik Uchitel Absolutnie boskie. Zwalające z nóg. Wyłaniają się z chmur by po chwili znowu w nich zniknąć. Jak ja kocham góry! Ten powrót do korzeni. Pierwotne siły i maleńkość człowieka wobec natury.

Baza Racek - Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Wieczór w bazie Racek, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

W obozie jest już kilka osób. Trzech Niemców, jakaś rodzina Czechów. Kiedy zaczynam się rozbijać, podchodzi do mnie Niemiec i mówi – to miejsce jest piękne, ale nie ryzykowałbym – mówi pokazując na ścianę za mną i miejsce niedaleko, na którym leży głaz wielkości malucha, który spadł z góry – gdzie indziej powinno być bezpieczniej – uśmiecha się. Rozkładam się więc tam, gdzie wszyscy. Gadamy o naszych planach, chłopaki są tu na kilka dni. Aklimatyzują się przed wejściem wyżej. Też bym chciał, ale mam opóźnienie… Kiedy wspominam o planie zdobycia Uchitela, mówią, że to bardzo ambitne – tak z marszu… prosto z dołu na 4500 metrów… – Cóż. Zobaczymy jak się będę czuł. Na razie znoszę wysokość zadziwiająco dobrze. Czech przysłuchuje się zainteresowany i uaktywnia się na słowo „Uchitel”. Jego córka pyta czy nie chce iść razem z nim. – Tata nie mówi po angielsku ani rosyjsku, ale jakoś się dogadacie – No to jutro 6:00 rano! Aż nie wierzę, że tak się układa. Miałem nie zdążyć, teraz tu jestem, pogoda wygląda w miarę i właśnie zyskałem towarzysza na tą niełatwą wyprawę. Przy kolacji chłopaki proponują butelkę wody mineralnej. Kiedy dziękuję mówiąc, że mam swoją, ci śmieją się – to nie woda przecież… – Łyk kirgiskiej wody ognistej na rozgrzewkę i można spać. Jutro ważny dzień!

Trekking Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Trekking na Pik Uchitel, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Rano zbieramy się wyjątkowo sprawnie. Kilka minut po 6:00 jesteśmy gotowi. Ruszamy pod górę wielkim rumowiskiem. Pik Uchitel jest ukryty za stromą ścianą. Szlak nie wydaje się trudny technicznie, ale podejścia jest naprawdę sporo. Kamienie są dość luźno rozrzucone, łatwo zgubić szlak, więc co chwila musimy się przedzierać przez rumowisko. Karol to dobry towarzysz. Zachowujemy odstęp, ale idziemy mniej więcej jednym tempem. Nikt nikogo nie pogania ani nie musi na nikogo czekać. Obóz Racek znika na dole pomiędzy kamieniami, za to w miarę jak wchodzimy wyżej, naszym oczom ukazuje się zbieg lodowców Ak Sai i Uchitel. Wydałem z siebie mimowolne – Wow! – ale to tak żenująco mało. Te niesamowite ilości lodu spychane z gór, torujące sobie drogę do przodu. Ich siła, potęga, piękno wgniatają w ziemię. Szmaragdowe oczka wodne, głazy, poszarpane skały, strome szczyny, lodowe nawisy, śnieg. To wszystko jest takie cudownie piękne. Zawsze, kiedy patrzę na lodowiec przypominam sobie lekcje geografii, na których nigdy nie mogłem zrozumieć co to jest lodowiec i jak to działa. Do momentu, aż go zobaczyłem na własne oczy.

Góry i lodowce widziane podczas trekkingu na Pik Uchitel, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Szlak na PIk Uchitel, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Wychodzimy w końcu na wzniesienie, na którym jest nawet miejsce na rozbicie namiotu. Spanie w tym miejscu musi być naprawdę magicznym doświadczeniem – widok zapiera dech w piersiach. Z jednej strony zbieg lodowców i ściana Tien Shanu, z drugiej zielone góry i piękne niebo. Brniemy dalej. Do góry. Droga robi się jeszcze bardziej stroma. Masa kamieni, które stopniowo zaczyna przykrywać śnieg. Mokry, ciężki, twardy. Zaczynamy się momentami ślizgać, zapadać, ale i tak najgorsza jest stromizna. I wysokość. Patrzę na GPS i akurat pokazuje 3999 m n.p.m. Przekraczam magiczną granicę 4k z nieukrywaną radością. Głowa szumi, uszy przytkane, oddech robi się coraz cieńszy. To niesamowite uczucie kiedy oddychasz coraz mocniej, chcesz wciągnąć coraz więcej powietrza, w końcu wydaje ci się, że dyszysz tak bardzo, że zaraz wywiniesz siebie samego na lewą stronę, jak koszulkę po praniu.

Po grani - ostatnie chwile przed szczytem, Pik Uchitel, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

W drodze na pik Uchitel, chmury, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Brodząc w śniegu po kolana, wchodzimy na grzbiet, który prowadzi prosto na szczyt Pik Uchitel. Tymczasem za nami, z dołu podnoszą się skłębione chmury, które zasłaniają nam drogę powrotu. Zastanawiam się czy nie zawrócić. Pik Uchitel słynie z kapryśnej pogody. Chcę na niego wejść, ale chcę też zejść, a nie wygląda to najlepiej. Chmury kłębią się i szaleją, zaczyna wiać wiar. Krzyczę do Karola, ale ten coś tłumaczy po czesko-rosyjsku. Zdaje się, że mówi, że to przejdzie bokiem. No cóż spróbujmy. Droga grzbietem wydaje się łatwa, niezbyt stroma, ale to dobicie, tak na koniec. Jestem kompletnie wykończony. Kolana protestują po koszmarnym podejściu. Uda razem z nimi. Dwa razy czuję, że zaraz mnie zetnie z nóg. Po prostu się złożę. Oddech szaleje. Robię coraz częstsze przerwy. Widzę jak Karol leci na szczyt. Jednocześnie czuję, że nie zrobię tego za wszelką cenę. Jeżeli uznam, że mam dość, to zawrócę. Nawet 300 metrów przed szczytem. Mimo wszystko prę przez głęboki śnieg. Normalnie, latem śnieg jest tu po jednej stronie i idzie się po kamieniach. W tym roku jeszcze nie odtajał i brnę po kolana przez śnieżną połać.

Pik Uchitel, Ala Archa

Po trzech godzinach w końcu jesteśmy. Ostatnie kroki są jak na starym filmie. Zwolnione tempo. Trzask śniegu. Tępy odgłos plecaka lądującego w śniegu i to wspaniałe uczucie spełnienia. To już. Koniec. Wszedłem. Zdobyłem Pik Uchitel – mój pierwszy czterotysięcznik! Cały ten wysiłek, niepewność, nerwy czy się uda – nie ma już żadnego znaczenia. Ten jeden moment kiedy staję obok łopaty wbitej w śnieg, tu na górze, sprawia, że nie liczą się żadne przyziemne bzdury. Zdaję sobie sprawę jakie to wszystko było beznadziejne. Po co się denerwować, stresować. Góra puści lub nie, dopuści do siebie, wpuści na szczyt jeżeli będzie chciała. W tym momencie myślę sobie, że wszystko wokół nas – cała przyroda, świat – jest w jakiejś zmowie i czasami nas testuje. Nie wygramy z tą siłą, możemy tylko robić swoje.

trekking na Pik Uchitel, Ala Archa, Kirgistan

Widok na północ z Piku Uchitel, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Cały ten myślotok przelewa się przez moją głowę, kiedy patrzę dookoła. Już po drodze widoki zapierały dech w piersiach. Ten… sprawia, że chce się wyjść z siebie. Skakać, jakoś to wszystko objąć, złapać, już nie tylko oczami, rozumem, ale tak zwyczajnie rękami, jakoś zagarnąć, dotknąć, żeby przekonać się, że to naprawdę istnieje. To przecież nie może być prawda. To jakiś Matrix. Wspaniałe czterotysięczniki Byachchekey, Pik Skryabina – północny i południowy, Pik Semiona Tien-Shanskogo, Korona, Izyskatel. Lodowce Ak Sai i Uchitel. Piękno absolutne. Z drugiej strony widok jest mniej dramatyczny. Tam już chyba wieje gorące powietrze znad Biszkeku -nie ma tyle śniegu, lodowce dogorywają. Nie ma też surowych skał. Jedynie Pik Komsomolec nieśmiało chowa się w chmurach.

Zejście z piku Uchitel, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Zejście stromym zboczem, pik uchitel, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Nie chce nam się stąd ruszać, ale chmury zaczynają być coraz gęstsze, a droga w dół nie zapowiada się kolorowo. Nie przy tej stromiźnie i śniegu. W zasadzie dopiero teraz zaczynam się zastanawiać, jak my do cholery zejdziemy stąd żywi. Grzbiet to przyjemny spacerek w dół. Jak na ironię, wywalam się dwa razy w śnieg. Właśnie idąc w dół… potem zaczyna się stromizna w dół. Pod śniegiem są kamienie i łatwo się poślizgnąć, kiedy pod nogą trafi się akurat mokry płaski kamień. Okazuje się, że nasze obawy były niepotrzebne. Głęboki śnieg, który w górę był mordęgą, teraz ułatwia zejście. Po prostu lecimy w dół uważając, żeby noga nie uciekła. Trafiamy na chmury, wtedy jest gorzej, bo nic nie widać. Mijamy jakąś parę Rosjan idącą na szczyt. Uparciuchy – ja na ich miejscu już bym zawrócił. Kiedy kamienie robią się coraz większe, postanawiamy je obejść zboczem pokrytym śniegiem. Żebyśmy tylko mieli narty – pokazuje Karol – 5 minut… ziuuuu… dół… – Bez nart schodzimy wywołując miniaturowe lawiny śnieżnych bryłek. Dopiero z dołu widać jak stroma jest ta ściana. Pod górę nie było by szans. Normalnie w dół też nie. Na szczęście jest ten głęboki śnieg.

Droga ze szczytu do bazy Camp Racek, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Kiedy tylko kończy się śnieg, zaczynają się koszmarne kamienie. W dół to jakaś mordęga. Ślizgają się, uciekają spod nóg. Ale jesteśmy zwycięzcami. Wracamy, nic nas nie powstrzyma. Zostawiamy za sobą Pik Uchitiel w chmurach. Przed nami znowu zbieg lodowców, odcięty od szczytów grubą warstwą chmur. Zeszliśmy na niższą półkę. W końcu zza rumowiska wyłaniają się kolorowe namioty obozu. Po pobycie na górze, Racek wydaje się być kwintesencją cywilizacji. Jeszcze tylko kilka wywrotek i jesteśmy w obozie. Uścisk dłoni – Zrobiliśmy to. Dziękuję – mówię – Dakuje – odpowiada Karol. Czas na gorącą herbatę i kirgiską lepioszkę. Wykończony i obolały kładę się w namiocie i sączę gorący napój. Walczę z drgawkami i myślę co robić dalej. Pochodzić jeszcze? Może na lodowiec? W tym momencie zaczyna padać. Niemiłosierny trzask. To nie deszcz. Śnieg? Też nie. Grad. Zaraz po nim śnieg. Po 15 minutach czuję, że namiot jest napięty i zaczyna się zapadać. Przysypał go ciężki, sypki śnieg.

Trekking górski Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Piękny Kanion, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Po pół godzinie wychodzi słońce, ale zbiera się na deszcz. Chyba nici z chodzenia. Suszę rzeczy i zwijam obóz. Schodzę na dół, może tam pochodzę przy lepszej pogodzie. Patrzę z rozrzewnieniem na góry nad obozem – te, za którymi w chmurach chowa się Pik Uchitel – i ruszam w dół. Droga to pikuś. Nogi niosą mnie same, a płuca jakby pracowały na 10% mocy. Czuję, że jestem twardy. Na dużym rumowisku mijam tragarza wchodzącego z plecakami. Z obłędem w oczach, zziajany u ledwo żywy prosi o coś słodkiego – sachar, konfiety jest? – widzę, że naprawdę potrzebuje, więc oddaję mu ostatniego batona, którego miałem z wielką przyjemnością zjeść przy wodospadzie. Jemu bardziej się przyda. Czuję, że to był naprawdę dobry uczynek. Kiedy wchodzę na płaskowyż Tepshi, znowu pojawiają się ludzie na szlaku. Zaczyna padać deszcz. To ostatecznie przekonuje mnie, że chyba pora wracać do Biszkeku. Miałem tu zostać do jutra, ale perspektywa 30 stopni, bieżącej wody i wygodnego łóżka w hostelu jest kusząca. I jeszcze te muchy! Znowu atakują.

Góry w Parko Narodowym Ala Archa, Kirgistan

Alplagier, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Schodząc znowu patrzę na rozwidlenie dolin. Na wrzynającą się w Tien Shan rzekę Ala Archa. W pamięci odtwarzam szlaki, które oglądałem na mapie. Do starej bazy narciarskiej na lodowcu, po lodowcu Tuyuksu, przez przełęcze, do doliny Almyntor potem do Alamedin aż do sanatorium „Tjopłyje Kljuczi . Obiecuję sobie tu kiedyś wrócić. Na dole, pod Alp Lagierem impreza. Jeszcze więcej pikników, gra głośna muzyka, ludzie piją wódkę i tańczą przy rosyjskim disco. Jest i para młoda pozująca do zdjęć. Rozglądam się po tych wszystkich imprezach i próbuję znaleźć transport do Kashka Suu, ale nikt się donikąd nie wybiera. Wszyscy bawią się w najlepsze. Na parkingu stoją dziesiątki sprinterów, cały czas zjeżdżają nowe, ale wszystkie są wynajęte prywatnie.

Park Narodowy Ala Archa - droga od bramy do początku szlaku w Alplagier,, Kirgistan

Ruszam więc drogą licząc na stopa. Nie uśmiecha mi się iść 12 km do wejścia do parku, stamtąd jeszcze 8 km do Kashka Suu. Mijają mnie same terenowe Lexusy, Landcruisery i inne terenowce, ale żaden nawet nie zwalnia. Podobnie sprintery. Po 2 km zrezygnowany macham już tylko odruchowo. Zatrzymuje się marszrutka pełna pań wracających z pikniku. Uśmiechnięte zapraszają, zagajają po rosyjsku. Rozmawiamy, pada standardowy zestaw pytań. Skąd jestem, ile mam lat, co robię, po co przyjechałem, po co chodzę po górach? Potem rozmowa się rozwija: jak mi się podoba w Kirgistanie? Kiedy mówię, że jestem beznadziejnie zakochany w tym kraju i goszczę tu po raz piąty panie są wyraźnie zadowolone. Pytają o żonę, mówię, że tak. Dzieci? Ile? – Jeszcze żadnych? To dziwne, w tym wieku… – W końcu proponują, żebym tu przyjechał i zamieszkał, one znajdą mi żonę. Kiedy mówię, że nie mogę bo już mam, mówią, że to nie problem, tu można mieć do 3 żon!

Wieczór na ulicach Biszkeku, Kirgistan

Panie są przemiłe. Odwożą mnie do samego Bisheku. Wysadzając instruują, do której marszrutki mam wsiąść, żeby dojechać do hotelu. Zrzucam przemoczone buty i spocone ciuchy. Zakładam klapki i wychodzę na gorące ulice Biszkeku. Idę zadupiastą ulicą Kulieva – moją ulubioną w Biszkeku. Ulica, na której nic nie ma. Ogromne dziury w chodniku, małe brzydkie domy, jak wszędzie w Biszkeku – sklepiki ze wszystkim, do tego piekarnie z samsami, stragany z szaszłyka i masa zapuszczonych hotelików dla przyjezdnych z pobliskiego dworca i Osz bazaru. Ale widok gór – tych gór, z których właśnie wróciłem – poprzecinany kablami i słupami elektrycznymi, jest najlepszy. Dzięki nim, chodzenie tą ulicą sprawia mi bardzo dużą przyjemność. Rozmyślam o tym co zrobiłem. Wyjazd uświadomił mi jedną rzecz.

Pik Uchitel, pierwszy czterotysięcznik, Park Narodowy Ala Archa, Kirgistan

Nie wszystko układa się tak jak sobie planujemy – w zasadzie pierwszy raz na blisko 400 lotów, spóźniony bagaż mógł pokrzyżować mi wyjazd. Mógł, ale nie pokrzyżował. Ala Archa zaliczona. Pik Uchitel zdobyty. Zamiast aklimatyzacji tutaj, zrobiłem ją na Shymbulaku i przełęczy Talgar. Zawsze można zrobić coś innego, bez żalu. Wystarczy tylko poszukać. Szczęście to nie jechanie po sznureczku, według planu. To takie organizowanie życia, żeby nie żałować. Nie było tak jak zaplanowałem. Miałem obsuwę. Wyszło lepiej! Tylko dlatego, że się nie poddałem, nie zamartwiałem, tylko korzystałem z tego, że jestem w tym cudownym miejscu. Nie warto się przejmować rzeczami. Damy radę bez nich! A góry… Góry w Kirgistanie to część mojej duszy.

Biszkek, Kirgistan