Jak podróżować z nogą w gipsie? Jest ciężej, ale nie ma co się poddawać! Nam się udało.

Podróżowanie w gipsie. Don’t stop me now!

Niespodzianka numer 1

Kiedyś myślałam, że ludzie po 30-stce są już starzy, że nic już nie mogą, nic im się nie chce, że to koniec. I bach! Jestem po 30-stce i chcę i mogę wszystko. Nie tylko marzę ale marzenia spełniam. Jestem szczęśliwa i mam w tej zbrodni cudownego partnera. Razem odkrywamy świat, każdego dnia uczymy się czegoś nowego i kolekcjonujemy nasze momenty. Dlatego kiedy zbliżały się moje kolejne urodziny, powiedział, że nie ma dla mnie prezentu, w sensie pudełka z kokardką. Zamiast tego zabiera mnie w krótką podróż. To dla mnie najlepszy prezent, bo każda podróż to nowe wspomnienia do naszej kolekcji, nowe magnesy na tablicę (na lodówce już nie ma miejsca) i nowe zdjęcia jedzenia na Insta (jeśli zdążę je zrobić…). Jest tylko jeden haczyk – do ostatniej chwili nie powie mi gdzie jedziemy.

Mimo wieku jedna rzecz się we mnie nie zmieniła – uwielbiam niespodzianki, ale jeszcze bardziej lubię wcześniej rozszyfrować co mnie czeka. Od dziecka, mimo że czekałam na Mikołaja, i tak próbowałam przeszukiwać szafy próbując odkryć niespodzianki. Dlatego kiedy podał datę, lotnisko, destynację pierwszego samolotu zaczęłam przeszukiwać siatki połączeń, próbowałam wyciągnąć z niego coś więcej. Klops. Nic. Nie wiem. Poddaję się. Jedyne informacje, z jakimi mnie zostawia do samego momentu odlotu to: będzie ciepło, a jedzenie będzie obłędne. Podoba mi się to. Czekam z utęsknieniem do tego pewnego czwartkowego wieczoru.

Niespodzianka numer 2

Jest niedzielny wieczór, cztery  dni do niespodzianki. Idę na fitness, on pobiegać. Po jego kilku kilometrach dzwonię z płaczem. Właściwie to chyba nic poza „przyjedź” nie potrafię powiedzieć.  On zmienia trasę biegu zabiera mnie i kluczyki i wiezie na ostry dyżur. Klops. Noga w gipsie. Jeszcze nie wiemy na jak długo. – Miałem zrobić Ci niespodziankę, Ty zrobiłaś mi większą –  słyszę. Zresztą nie pierwszy raz. Półtora roku temu ta sama noga, też na kilka dni przed planowanym weekendowym wypadem. Decyzja: jedziemy! Tylko jak podróżować w gipsie?

Czekamy na samolot w modlinie, czyli podróżowanie w gipsie

Zatem jest czwartek. Dwie torby podręczne (jedna pusta na zakupy), kule i zmierzamy do Modlina. Zostawiamy samochód na parkingu. Nadal nie wiem gdzie lecimy, nie mam kart pokładowych, jestem podekscytowana. Jako niepoprawna optymistka zawsze szukam pozytywnych stron każdej sytuacji. Jakie plusy ma podróżowanie w gipsie? Jest całkiem szybko, sprawnie i luksusowo! Z miejsca podstawiają wózek inwalidzki, w kolejce na skanerach pierwszeństwo, do samolotu podjeżdżasz samochodem i wsiadasz jak VIP osobnymi drzwiami. Tyle wygrać. Lotniska w Modlinie nie znoszę. Wszystkie loty koncentrują się w jednym czasie więc nieprzygotowana na to mała hala wygląda jak obóz dla imigrantów, gdzie zapomnij o znalezieniu innego miejsca niż w kącie pod ścianą. Chyba, że jesteś na wózku…

obsługa lotniska Warszawa Modlin pomaga nam wejść do samolotu Ryanair

Patrzę na tablicę. Rozważam wszystkie wskazówki, i nagle jedziemy do bramki. ¾ wskazówek to była ściema. Wykiwał mnie. Lecimy na Majorkę! Zatem kierunek Palma de Mallorca! Czad, nigdy tam nie byłam. Małe rozczarowanie w Ryanairze – tu nie dostałam miejsca z przodu, gdzie byłoby wygodniej (w WizzAir kiedyś dostałam). Za to okazuje się, że mam cały rząd dla siebie – No ok, też mi pasuje.

Palma wita nas ogromną ulewą. Czeka już na nas osobny samochodzik, potem pani z wózkiem i łapiemy autobus do miasta. Z naszego przystanku mamy 150m do hostelu. Jest już bardzo późno, jesteśmy zmęczeni, ale co to dla nas, 150m.. PSH! Schody zaczynają się, gdy… pojawiają się schody. Dużo schodów.  Mój heros bierze torby do przodu, mnie na plecy, ja kule na przód i wspinamy się. Kiedy jesteśmy na górze to już tylko kilka kroków i hostel. Kolejne schody i jesteśmy na recepcji! Gdzie poza kluczami, które nie są dla nas, niczego i nikogo nie ma. Piotrek dzwoni na wskazany numer i czekamy. Kiedy nadzieja już prawie umiera nagle drzwi za kontuarem otwierają się i wtacza się imprezowicz wieczoru z uśmiechem wołając „Hola!”. Na recepcji czeka jeszcze jeden chłopak. To już za dużo informacji dla podchmielonego właściciela. Check-in trwa wieki, bo radosny imprezowicz ciągle myli kto jest z której rezerwacji. Wreszcie dostajemy klucze, jeszcze jedno piętro i jesteśmy. Zasypiamy.

śniadanie w hostelu w Palma de Mallorca, Hiszpania

Rano budzę się sama. Piotr poszedł biegać. Biorę kule i kuśtykam do okna – lubię takie poranki… Słońce, widok na marinę. Bajka! Siedzę tak sobie i czekam. Wiem, że Piotrek za chwilę wróci z biegania. Z kawą i śniadaniem. Uwielbiam takie weekendy. Ciepło, pięknie i te nasze pikniki. Na śniadanie bagietka, jamon, oliwki. Do tego kubek czarnej kawy. Jemy z widokiem na patio i zamek. Hostel jest bardzo klimatyczny. Stara kamienica ma niestety czasy świetności dawno za sobą. Przestrzenne wnętrza, kafelki, zdobione sufity. Wszystko fajnie, ale… niestety jest bardzo zaniedbany. Uciekamy!

Marina w Palma de Mallorca, Hiszpania

Próbujemy złapać autobus. Nic się nie zgadza, trasa, rozkład. Istna manana. Łapiemy taksówkę. Pierwszy raz na wyjeździe wybieramy ten rodzaj transportu. Niestety, nie mamy wyjścia. Daleko nie zajdę. Wysiadamy, i po kilku metrach jesteśmy tam!

Katedra w Palma de Mallorca, Majorka, Baleary, Hiszpania

Mamy piękny widok na katedrę. Jest słonecznie. Jest szczęście. Powoli kulamy w stronę katedry. Rozkładamy się na murku pod nią, z widokiem na morze. Chłoniemy chwilę, rozmawiamy. Gdy już zbieram siły ruszamy dalej, na spacer. Piotrek pomaga mi pokonywać schody, resztę trasy staram się kulać o własnych siłach. Co chwilę robimy przystanki, w czasie których łapię oddech i podziwiam okolicę. Zwiedzamy, kuśtykamy po starówce. Jest fajnie. Przechodzimy przez tonące w słońcu place i placyki. Na jednym z nich – Placa Major – przysiadam. Piotrek idzie na rozpoznanie okolicy. To już czas na obiad. Mija pół godziny i mamy je – tapas wjeżdżają na stół.

Tapas na przepięknym placyku skąpanym w słońcu, Palma de Mallorca, Majorka, Baleary, Hiszpania

Jest super. I tu świat bez barier się kończy. Wiedzieliście, że jak nie możecie chodzić, to szukacie knajpy nie tylko z dobrym jedzeniem, ale takiej, gdzie toaleta jest łatwo dostępna. Gorzej kiedy znajduje się np. w piwnicy, do której prowadzą strome wąskie schodki. A po drodze trzeba robić slalom pomiędzy porozrzucanymi skrzynkami z butelkami. No ale nie ma rzeczy niemożliwych. Znów wskakuję na plecy i kolejny problem pokonany. Krew, pot, łzy, ale się udaje.

starówka w Palmie, Palma de Mallorca, Baleary, Hiszpania

Kulamy tak sobie dalej, z powrotem do katedry. Po drodze deser. Mamy ochotę na lody. Nie jestem jednak w stanie podejść do każdej witryny, zobaczyć co gdzie jest i wybrać. Na szczęście mamy na to już wypróbowany sposób. Piotrek chodzi po okolicznych lodziarniach, robi zdjęcia i wraca. Wybieram a on idzie po lody. I tak sobie siedzimy na kolejnym murku pod oliwką i wciągamy deser.

Przepiękna katedra w Palmie, zachód słońca, Palma de Mallorca, Baleary, Hiszpania

Po drodze na „nasz” katedralny murek kupujemy magnesy – to jedyna pamiątka, poza jedzeniem i zdjęciami, którą przywozimy z podróży. W końcu docieramy na upatrzoną pozycję i oglądamy nadlatujące samoloty. Jest ich mnóstwo! Zabawa w kto pierwszy zobaczy kolejny. Może prosta, dziecinna rzecz, ale sprawia frajdę. Powoli robi się chłodno. Zatem dokujemy mnie w kawiarni a Piotrek idzie po nasze torby – Majorka to nie miejsce docelowe, za kilka godzin lecimy dalej – tym razem…

Barcelona

Barcelona to stan umysłu, Katalonia, Hiszpania

Byłam tam raz w życiu, jakieś 10 lat temu. Będąc we Francji na Erasmusie wybrałam się z koleżanką na weekend… autostopem. I zawsze powtarzałam sobie, że wrócę. Zatem kolejne marzenie się spełnia. Barcelono, nadlatujemy! Jesteśmy na Plaza Espana. Jest prawie 1 w nocy, do celu 2,5 km. Jakieś 40 minut później wiemy już, że nie jesteśmy niezniszczalni… Po całym dniu na nogach, chodzenie o kulach i na zmianę noszenie na plecach kompletnie nas wykańcza. No i końcówka. Nasze mieszkanie jest na drugim piętrze – damy radę. Piotrek tylko odstawi torby i po mnie wróci. Wraca z dziwną miną. Uśmiecha się, ale widzę, że coś jest nie tak. W Barcelonie piętra są oszukane. Po parterze jest najpierw Mezzanine (antresola), potem Principal i dopiero zaczynają się: Primero, Segundo itd. Tak więc „drugie piętro” oznacza w rzeczywistości czwarte. A klatka jest bardzo wąska. Gdy kładziemy się spać jest po drugiej w nocy. Jesteśmy wykończeni i nieprzytomni.

Śniadanie na balkonie w Barcelonie, Katalonia, Hiszpania

Śpimy do południa. Nigdy nam się to nie zdarza na wyjazdach. „Czemu wczoraj nie wzięliśmy taksówki?”  pytanie co chwilę powraca. To proste. Gdy wyjeżdżamy bardzo dużo chodzimy. Kiedy gdzieś jest zdecydowanie za daleko, korzystamy z transportu publicznego. Nigdy z taksówek. To nie kwestia oszczędności. Z chodnika jakoś zawsze nam lepiej chłonąć miasto. Dzień zaczynamy od śniadania z widokiem. Leniuchujemy. Robi się późno. Dzisiejszy wypad na miasto ograniczamy do wizyty w sklepie,  zakupu jamon, chorizo, sera manchego i innych ulubionych specjałów. Potem idziemy na tapas.

Taberna Blai Tonight - najsmaczniejsze miejsce w Barcelonie, Katalonia, Hiszpania

Przepyszne tapas w Taberna Blai Tonight - Barcelona, Katalonia, Hiszpania

Idealny wieczór we dwoje. Tapas w Taberna Blai Tonight. Barcelona, Katalonia, Hiszpania

Taberna Blai Tonight – najsmaczniejsze miejsce w Barcelonie. W zatłoczonym barze udaje nam się dostać stołki prawie za ladą. Co chwilę wjeżdżają nowe talerze z maleńkimi specjałami na kanapeczkach. Ryby, chorizo, jamon, awokado – Oessu! – pada co chwila. Tu jest wszystko i wygląda obłędnie. W plastikowym kubeczku lądują kolejne różnokolorowe wykałaczki, z których nas na koniec rozliczą. Po jakimś czasie jemy już tylko z łakomstwa. Wszystko smakuje obłędnie. Nic więcej nie powiem, bo na samo wspomnienie znów jestem głodna. Zatem te zdjęcia… ja je tu zostawię.

Śniadanie i odwieczne pytanie: jak podróżować z gipsem? Barcelona, Katalonia, Hiszpania

Niedzielny poranek jest leniwy, przynajmniej dla mnie. Gdy się budzę Piotrka nie ma, biega. Dla mnie oznacza to jedno – niedługo wróci z kawą i śniadaniem. Wciągamy bułeczki i nauczeni doświadczeniem zamawiamy taksówkę. Kolejna lekcja – w Barcelonie nie zamówisz taksówki przez Internet. To znaczy jest aplikacja i złożysz zamówienie, tylko ona nigdy nie przyjedzie. Piotrek schodzi do Paral lel, łapie taksówkę, przyjeżdża po mnie i mkniemy głównymi arteriami miasta. Taksówkarz na zamówienie zwalnia w dwóch miejscach. Dzięki temu przynajmniej z taksówki zobaczę Casa Battlo i Casa Mila. W końcu wysiadamy pod Sagrada Familia.

Casa Battlo - niesamowicie piękna kamienica autorstwa Gaudiego, Barcelona, Katalonia, Hiszpania

Casa Mila czyli La Pedrera, kamienica zaprojektowana przez Gaudiego, Barcelona, Katalonia, Hiszpania

Kiedy byłam tu dekadę temu, było jej zdecydowanie mniej. Jedno się nie zmienia – żurawie i ogrodzenia. Niestety w tym roku nie wejdziemy do środka. Byłoby to ponad moje siły. Zatem wrócimy tu. Tym razem szybciej niż za 10 lat. Kule nie przeszkadzają nam jednak zrobić spaceru wokół katedry. Co chwilę się zatrzymujemy – nie ma tu miejsca na podzielność uwagi – albo uważam gdzie idę, albo mogę podziwiać kolejne elementy katedry. Chciałabym mieć dziś więcej czasu i siły. Niestety, dżungla turystów utrudnia nam poruszanie się, zatrzymujemy się więc na odpoczynek w parku z widokiem.

Sagrada Familia - przepiękny kościół zaprojektowany przez Antoniego Gaudiego, Barcelona, Katalonia, Hiszpania

Kolejna taksówka, przebijamy się przez nieco zapchaną jak na niedzielne południe Barcelonę i jesteśmy już na nabrzeżu. Czas na obiad. Cerveceria La Vendimia, czyli blaszany bar, Katalończycy oglądający mecze ligi europejskiej, a dla nas kalmary, sałatka z owoców morza, patatas bravas. Wciągamy wszystko. Jest niesamowite, i nie mamy dość.

Obiad w Cerveceria La Vendimia na nabrzeżu Barcelony - przepyszne tapas. Barcelona, Katalonia, Hiszpania

Niestety weekend zbliża się ku końcowi. Kolejna taksówka, torby, autobus, lotnisko. Czekanie na wózek, jazda wózkiem po lotnisku, poczekalnia, wjazd na pokład. Wracamy do domu.

Po powrocie tradycyjne reakcje na podróżowanie w gipsie:

Jesteś nienormalna

Chciało ci się?

Warto tak na chwilę?

Ale to musiało być męczące!  itd. Itp.

Zdarzyło się kilka „czad!”, „mega pomysł!”, „dałaś radę!”

Zatem tak, wyjechałam z gipsem na weekend. Tak było to męczące. Tak – było warto! A wszystko to, było możliwe tylko dzięki mojemu towarzyszowi – podróży i życia – nie tylko zorganizował mi fantastyczny urodzinowy weekend, ale bardzo mnie wspierał i cieszył się ze mną każdą chwilą. Wyjazd miał inne tempo w porównaniu do naszych dotychczasowych weekendów (z wyjątkiem walentynek w zeszłym roku – wywinęłam podobny numer, kiedy lecieliśmy do Włoch), ale był fantastyczny. Był PRZE!

My na naszym murku pod katedrą w Palma de Mallorca, Baleary, Hiszpania

Złote myśli po wyjeździe w gipsie? Nie jestem nieśmiertelna. Muszę dostosować tempo do możliwości i warunków – chyba, że chcę się jeszcze bardziej uszkodzić. Nie mogę polegać tylko na sobie, ale też przecież nie muszę! Nie zobaczę wszystkiego, ale będę wiedziała po co wracać. Nie potrafię chodzić o kulach i podziwiać świata, bo to grozi upadkiem, a przynajmniej utratą równowagi. Ograniczając bagaż podręczny nie mogę zrezygnować z kremu do rąk, bo mimo rękawiczek, kule dają się we znaki… Jedyne ubranie, jakie się sprawdza, to szary wygodny dres w opcjach do kolan lub do kostek. Nie rezygnuję jednak ze szminki i kolorowych skarpetek, może kulawa, ale stylówa musi być.

Piszę o tym wyjeździe nucąc sobie moją ulubioną piosenkę Queen „Don’t stop me now”. Bo nic mnie nie powstrzyma przed sięganiem po to, co daje mi szczęście – a tym bardziej nie gips! Podróżowanie w gipsie jest OK.

EPILOG

Chęć przygody, ciekawość świata i niepoddawanie się, parcie do przodu wbrew przeciwnościom losu – to nas łączy. Przez taką bzdurę, niejedna osoba by w ogóle zrezygnowała z podróży – No bo jak to? Jak wy sobie w ogóle wyobrażacie zwiedzanie, chodzenie? To przecież szaleństwo -. Może i tak, ale to właśnie dzięki takim właśnie szaleństwom, nasze życie jest wyjątkowe. Nie poddajemy się, nie pozwalamy, żeby ślepy los, głupie przypadki i wypadki przejęły kontrolę nad naszym życiem. Jest nasze i to my nim pokierujemy tak jak chcemy. Byliśmy, pojechaliśmy, umęczyliśmy się, ale było warto. Klasycznego zwiedzania było mało albo nie było go wcale. I co z tego? Spędziliśmy niesamowite chwile na Majorce i w Barcelonie. Zamiast błądzić po tym przepięknym mieście, siedzieliśmy sobie na balkonie popijając kawę, jedząc bagietkę z jamon i patrząc na miasto. Tylko tyle, aż tyle.

Barcelona, Katalonia