Wycieczka do Czarnobyla - Prypeć

Prypeć. Świat, który skończył się wczoraj

Po obiedzie ruszamy w kierunku Prypeci. Dla wielu to największa atrakcja wycieczki. Dla mnie w ogóle używanie słowa „atrakcja” w odniesieniu do pobytu w zonie jest dziwne. Zabiera to temu miejscu powagi, zamienia je w urbexowy park rozrywki, a w sumie, przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Prypeć to nie Energylandia. Kiedy tak nastawiam się psychicznie na spacer po mieście-widmo, nasze dozymetry wariują. Zaczynają wyć unisono – promieniowanie skacze do ponad 8 mikrosiwertów na godzinę.

Czerwony Las

Czerwony Las - najbardziej napromieniowany teren w Czarnobylu

Przejeżdżamy przez Czerwony Las. Najbardziej skażone miejsce w zonie. Nazwa pochodzi od koloru sosen, które obumarły na skutek wchłoniętego promieniowania po przejściu chmury radioaktywnego pyłu i dymu. Cały obszar miał być zrównany z ziemią, drzewa powalone i zakopane głęboko w ziemi. Podczas akcji „sprzątania” okazało się, że z rozkopanej ziemi wydostają się ogromne ilości promieniowania. Projekt więc zarzucono a obszar zamknięto. Od tej pory to miejsce nazywane jest „lasem cudów” albo „magicznym lasem”. Krążą nawet legendy o zmutowanych roślinach i zwierzętach z „Czerwonego Lasu“. Internet pełen jest zdjęć powyginanych sosen rosnących na boki, czy filmów, na których biegają tu jelenie bez głowy. My ich dziś nie zobaczymy. W Czerwonym lesie nie można się nawet zatrzymywać. Kierowca przestraszony wyciem naszych dozymetrów aż dociska gaz. Wyjedźmy już stąd!

Wycieczka do Prypeci

Czerwony Las, Czarnobyl - promieniowanie jest tu zbyt wysokie, żeby tu przebywać

To jednoczesne wycie dozymetrów podczas jazdy wzbudza nieco panikę. Uspokaja się dopiero kiedy po kilkuset metrach, na drodze jak gdyby nigdy nic trafiamy na prace drogowe. Standardowy obrazek jak z dowolnej ulicy: zaparkowana Gazela z narzędziami, ktoś przerzuca jakiś piasek, ktoś się patrzy, ktoś poszedł za potrzebą. Tylko nikt nie pali. Zatrzymujemy się dopiero przy znaku miasta Prypeć. Jest coś przerażającego w tej brutalistycznej betonowej bryle. Nawet pogoda się zmienia. Ciężkie stalowe chmury zasnuły niebo, jak za pstryknięciem palców, wszystko dookoła stało się coraz bardziej niepokojące. A może to my dopiero to zauważamy. Po drugiej stronie drogi trafiamy na znak radioaktywności i napis „Czerwony las„. Przy ziemi dozymetry szaleją – ponad 14 mikrosiwertów na godzinę. Nie widać żadnych zmutowanych roślin, nie atakują nas też bezgłowe jelenie-zabójcy. Poza pykaniem dozymetru nic się nie dzieje. Zycie toczy się swoim tempem. Obracam się i 200 metrów dalej widzę pracujących robotników drogowych, których przed chwilą mijaliśmy. Znowu zadaje sobie to pytanie – Jak!?!?!? – Jak działa ta fizyka, że tu jest śmierć a tam nic się nie dzieje? Jakież to prawo? Jaka zasada? Może jakieś twierdzenie? Wsiadamy do busa i jedziemy do Prypeci.

Prypeć

Opuszczone budynki w Prypeci, Czarnobyl

Prypeć - opuszczone miasto w strefie wykluczenia wokół Czarnobyla, Ukraina

Przejeżdżamy przez słynny most śmierci. To ten, na który mieszkańcy Prypeci mieli wyjść, żeby patrzeć na łunę nad płonącym reaktorem elektrowni w Czarnobylu. W serialu HBO powiedziano, że wszyscy, którzy byli owej nocy na moście, zginęli. W rzeczywistości nikt z przebywających tam osób nie zachorował na chorobę popromienną. Ale legenda dobra. Sprzedaje się. Robi klimat. Zaraz za mostem przejeżdżamy przez punkt kontrolny Prypeć i wjeżdżamy do lasu. Wydaje mi się dziwne, że punkt jest pośrodku lasu. Wszystko staje się jasne kiedy zza drzew wyłaniają się stopniowo bloki. Okazuje się, że ten las to właśnie jest Prypeć. Pochłaniana przez nature przez ostatnie 33 lata. Na końcu szerokiej niegdyś alei, teraz zjadanej przez las, dojeżdżamy do placu. Wygląda jak jakaś karykaturalna betonowa polana otoczona chaszczami. Tu i ówdzie zza drzew wystają budynki. Oprócz mrówkowców straszących pustymi oczodołami okien jest hotel Polissija (Polesie) jest dworiec kultury energietik, jest supermarket, nawet restoran. Jak w mieście. Tyle, że to akurat miasto, w którym świat skończył się wczoraj. A dziś wyrósł tu las.

Supermarket w Prypeci - Czarnobyl

Supermarket w opuszczonym mieście Prypeć - Czarnobyl

Zostawiamy busy i ruszamy przez opuszczone miasto Prypeć. Wszystko to co kiedyś tworzyło normalne miasto, jego tkankę – budynki, ulice, chodniki, śmietniki – teraz jest schowane pomiędzy drzewami, przykryte liśćmi, porośnięte trawą. Dzikie i obce. Trawione przez naturę. Zza drzew wychylają się od lat uśpione neony i kolorowe tablice spowite brudnym nalotem. Wchodzimy do supermarketu Woschod – niegdyś to katalogowy dom towarowy, wizytówka ZSRR – idealny sklep w idealnym robotniczym mieście. Pełne niegdyś półki, nadąsane panie z obsługi, klienci przemykający z podkulonymi ogonami. A dziś? Nuklearna apokalipsa zrobiła swoje. Ludzie odeszli, potem przyszyły zwierzęta, deszcz, wiatr, wilgoć, pleśń. Teraz Woschod to porozrzucany gruz, szkło, powywracane regały, puste powyginane wózki i odsłonięte zardzewiałe rusztowania na suficie. Tylko tablice sklepowe – „Sery„, „Twarogi„, „Soki owocowe„, „Warzywa” – wyglądają jak zawsze. Jakby one jedyne, podwieszone wysoko pod sufitem były czarnobyloodporne.

Ślady normalności w Czarnobylu - murale na ruinach Prypeci

Murale na opuszczonych budynkach Prypeci

We wnętrzu pałacu kultury w Prypeci - Czarnobyl

Puste, poharatane budynki pochłaniane przez las sprawiają przygnębiające wrażenie. W pobliskim pałacu kultury trafiamy na to co już było. I przetrwało. Cud komunizmu. Pośród gruzu, desek i ogólnego bałaganu leżą portrety pierwszych sekretarzy, znaki komsomołu i tablice rodem z pochodów pierwszomajowych. Jakby dzielni pionierzy dopiero co je tu zostawili. Obrazy świata, który był i się w Prypeci skończył wraz z katastrofą. Na zewnątrz z odrapanych ścian budynków patrzą na nas przedziwne murale. Za drzewami uśmiecha się dziewczynka skacząca na piłce, gdzieś dalej chłopiec pokazuje język. Jeszcze dalej para niedźwiedzi wtopiona w ścianę mrówkowca. To normalne, codzienne życie dorysowane do tego przerażającego cmentarzyska historii robi piorunujące wrażenie. Takie przeszczepy normalności. Naszej rzeczywistości. Świata, który omija Prypeć szerokim łukiem. Który powinien tu być, ale już nigdy nie będzie. Nie przez najbliższych 500 lat w każdym razie. A przecież przy naszym stylu życia 500 lat to w sumie jest wieczność.

Wesołe miasteczko w Prypeci - Czarnobyl

Koło młyńskie w opuszczonym wesołym miasteczku w Prypeci - Czarnobyl

Wesołe miasteczko w Prypeci, Czarnobylska strefa wykluczenia

Wychodzimy na wylany asfaltem plac. Z asfaltem natura radzi sobie tu gorzej. Masa bitumiczna nie przepuszcza tak łatwo korzeni, dopiero woda i mróz mogą ją pokonać. Nareszcie łapiemy perspektywę. Ponad drzewami z daleka widać wagoniki diabelskiego młyna. Są też opuszczone żółte elektryczne samochodziki. Jest jeszcze duża karuzela. Powyginana przypomina gigantycznego stalowego pająka. Klasyczna pocztówka z Czarnobyla. Urbex, apokalipsa i „fajny klimat”. Jakby te obiekty dziecięcej ekscytacji ubrane w apokalipsę miały wzbudzić pełniejsze doznania, większą ekscytację. Jakby to miejsce było bardziej opuszczone niż reszta zony. Przecież cała zona jest dla nas tak samo opuszczona, jałowa i przeklęta. Nie czuję tu nic szczególnego. Żadnego „fajnego klimatu”. Nie po tym, co dziś widzieliśmy. Diabelski młyn, autka i zardzewiała budka z watą cukrową to świat, który sobie zbudowaliśmy i z którego nagle, w pośpiechu musieliśmy się wypisać. Tak samo jak każdy inny budynek w zonie, każdy skrawek asfaltu, każda cegła.

Stadion w Prypeci - Czarnobyl

Na trybunach stadionu w Prypeci - Czarnobyl

Tam gdzie znika asfalt, od razu pojawia się gęsty las. Przechodzimy przez jakąś dziurę w płocie, jakaś przesieka sugeruje, że kiedyś była tu ulica. Potem znowu lasek. Za drzewami wyrasta jakiś budynek. Konstrukcją przypomina jakiś dalekowschodni pałac. Duży dach, po środku przejście, po bokach schodzące stopnie. Przewodniczka mówi, że to trybuny stadionu Awangarda. Skoro to są trybuny… – rozglądam się po lesie dookoła – tak, obecnie znajdujecie się na płycie stadionu – tłumaczy przewodniczka. Zamiast murawy pomieszanie runa leśnego z polem. Naokoło 20-30 letnie topole, wierzby, brzozy, jakieś świerki, modrzewie. Cokolwiek tu przywiało i zakiełkowało. Zakładamy maski i rozchodzimy się po opuszczonych trybunach. Choć na chwilę. Trochę mnie jednak korci, żeby pobyć bliżej. Ale nie apokalipsy i urbexu ale bardziej tego opuszczenia, przekleństwa, przejść się pomiędzy spróchniałymi, ławkami, pomiędzy którymi świeci soczyście zielony, mokry od deszczu mech i snują się przemoczone jesienne liście.

Prypeć zarośnięta przez las - opuszczone miasto, Czarnobyl

Wycieczka po opuszczonej Prypeci - Czarnobyl

Za stadionem znowu las. Tym razem o wiele gęstszy. Znajdujemy jakieś ścieżki – pozostałości ulic Prypeci. Zza drzew wystają poukrywane znaki drogowe, kikuty latarni, gdzieś w przesiekach widać budynki, które resztkami sił walczą z lasem o dostęp do nieba, i do ludzkiej pamięci. Jeszcze kilka metrów, paręnaście lat i pozostanie po nich jedynie wspomnienie. Krążymy po gęstym lesie drzew i bloków. Przewodniczka opowiada o budynkach, które mijamy. Padają kolejne nazwy zakotwiczone gdzieś w przeszłości tak niedalekiej i tak odległej jednocześnie. W życiu Prypeci, które się skończyło i już nigdy nie wróci. Przedszkole Czeburaszka, centrum usługowe Jubiliejnyj. Nazwy przywodzą na myśl roześmiane dzieci na placu zabaw, krawcową z miarką na szyi, zaznaczającą mydłem szwy na palcie do skrócenia, zegarmistrz ze szkłem powiększającym w oku pochylony nad zegarkiem Rakieta, który przecież nigdy nie ma prawa się popsuć. Obrazy normalności, które wyblakły od promieniowania, niczym prześwietlona klisza.

Opuszczona szkoła - Prypeć, Czarnobyl

Opuszczony budynek szkoły - Prypeć, Czarnobyl

Wchodzimy do szkoły podstawowej nr 3 w Prypeci. Puste korytarze zżera pleśń i wilgoć dostająca się przez setki otwartych na ościerz okien. Osiada w maleńkich szparach ścian i powoduje wszechobecne łuszczenie farby. Puste ramy okienne w długim rzędzie tworzą dziwaczną konstrukcję. Wyglądają jak korytarz astralny, który przenosi w przeszłość, do czasów, kiedy ganiały tędy dzieciaki. Pod nogami chrupie gruz i szkło, chlupocze lepkie błoto. Wiatr dostaje się przez dziury okien, coś skrzypi, zewsząd słychać kapiącą wodę, jakiś chrobot, zgrzyt i szuranie ludzi przechodzących korytarzami. Wewnątrz szkoły panuje ponury półmrok. Miejsce z horroru. Filmu zapomnienia. Co i raz trafiamy na porozrzucane zabawki i książki, w zadziwiająco dobrym stanie. Czyżby i tu ktoś robił scenografię dla mokrego snu preppersów. Żeby cała ta apokalipsa była bardziej apokaliptyczna. Bardziej widowiskowa. Jakby sam fakt, że jest apokalipsą nie był wystarczającą. Jakby potrzebowała jeszcze doprawienia szczyptą filmowych emocji.

Opuszczony budynek szkoły - sala lekcyjna, Prypeć, Czarnobyl

W opuszczonym budynku szkoły - Prypeć, Czarnobyl

Mijamy sale lekcyjne z porozrzucanymi pustymi ławkami. Na nich elementarze, książki, zeszyty. Jakby świat skończył się wczoraj. Docieramy do kuchni. Ogromna sala z setkami masek gazowych rozrzuconych po podłodze. Są wszędzie, jak okiem sięgnąć. Stołówka wygląda jak cmentarzysko jakiś prehistorycznych stworzeń. Widok dziwnie przygnębiający, mimo że pewnie średnio powiązany z katastrofą w Czarnobylu. Zastanawiam się, czy to dzieci chodziły w tych maskach dzień po wybuchu? Czy likwidatorzy zrzucili tu maski po pracy? A może ktoś je po prostu wyjął z magazynu i tu rozrzucił. Żeby było więcej „fajnego klimatu”. Więcej końca świata. Jeżeli tak, to strasznie to głupie. Znowu trzeba tworzyć symbole? Metafory? Czy Czarnobyl sam w sobie jest niezrozumiały? Po co ta szopka?

Urbex w Prypeci na wycieczce do Czarnobyla

Mierzymy promieniowanie w Czarnobylu

Przeciskamy się przez korytarze, szatnie. Wycieczka rozłazi się po wszystkich piętrach. Trafiam na starą salę gimnastyczną. Po kilku krokach po skrzypiącej podłodze, zatrzymuje się. Czuje, że deski pode mną niebezpiecznie się wyginają i głucho trzeszczą. Oglądam to co zostało z drabinek, ramę kosza, jakieś ławki, resztki kozła. Apokaliptyczna sala gimnastyczna. Chyba trochę przesadziliśmy ze zwiedzaniem na własną rękę, bo zestresowana przewodniczka zaczyna wołać, żebyśmy schodzili. Słyszę nerwowe kroki i nawoływania. Ostrożnie wracam do wyjścia. W Prypeci trzeba uważać na każdy krok. Można się poślizgnąć, potknąć, trafić na dziurę w podłodze, spróchniałe deski, które mogą się zapaść. Wszystko się może wydarzyć. Tarzanie się w tutejszym kurzu, skaleczenia i otarcia to raczej nie jest dobry pomysł. Dobrze, że jest mokro. Przynajmniej się nie kurzy i nie musimy tego wdychać. A jednak mimo to, cały czas chodzę w maseczce.

Opuszczona sala gimnastyczna - Prypeć, Czarnobyl

Wycieczka do Czarnobyla - Prypeć

Ze szkoły przechodzimy do budynku basenu „Lazurowy. To w zasadzie cały kompleks sportowy, gdzie na kilku piętrach są: basen, siłownie, sale gimnastyczne i mnóstwo innych pomieszczeń, które niegdyś służyły hartowaniu sowieckich ciał. Siłownia po zagładzie ludzi. Takie zruinowane wspomnienia z dziecinnych lat. Zaglądamy do małych ciemnych szatni, w których straszą powyginane wieszaki. Znajdujemy salę gimnastyczną, do której przez wybite ściany powoli wdziera się soczyście zielony las. Rozgrywamy szybki mecz koszykówki niewidzialną piłką. Nie ma co liczyć na doping tych wszystkich napromieniowanych leszczyn, klonów i powyginanych wierzb zaglądających przez miejsce, w którym kiedyś były okna. Nie rusza ich ani dwutakt po skrzypiącej podziurawionej podłodze, ani rzut za trzy zza sterty rozrzuconych desek.

Zwiedzanie budynków w Prypeci, Czarnobyl

Na basenie w Czarnobylu - Prypeć

W końcu, przez szatnie docieramy na basen „Lazurowy„. Ogromna sala z wielkim pustym zbiornikiem. Zamiast wody, wala się w nim gruz, jakaś zardzewiała bramka do piłki wodnej i żelastwo wszelkiej maści, które odpadło z sufitu albo z innych części budynku i ktoś je tam po prostu wrzucił. Zamiast chlorem, pachnie tu gruzem, pleśnią i wilgocią wdzierającą się z zewnątrz. Pod nogami chrzęści gruz, szkło i wyschnięte liście. Wieża do skakania rozciągnięta nad basenem przypomina jakiś dziwaczny sowiecki pomnik. Jedną z tych wielu bezkształtnych mas rozsianych po całym byłym ZSRR od Bugu aż po Pacyfik. Miejsce ma w sobie jakąś dziwną moc. Nawet przewodniczka zdaje się chodzić jakby była tu po raz pierwszy. Może ma tak za każdym razem. Może to magia tego pustego basenu. Taka pustka do kwadratu. Pusty basen w opustoszałym świecie Prypeci. A może to ten dziwaczny, las wdzierający się przez okna. Potęga natury powoli pochłaniająca dumny twór sowieckiego człowieka.

Basen w Prypeci, Czarnobyl

Zwiedzanie ruin w Prypeci - Czarnobyl

Dzieje się to, czego bałem się najbardziej. Przewodniczka krzyczy – zbieramy się – Znowu idziemy przez las, docieramy do asfaltowej drogi, która cudem opiera się przed łakomą naturą. Za zakrętem czeka na nas nasz bus. Kręcimy wokół budynków wystających jeszcze ponad linię lasu, dojeżdżamy do punktu kontroli „Prypeć” i zostawiamy miasto widmo za sobą. Nie wiem dlaczego, ale droga powrotna wydaje się ultraszybka. Most śmierci, znak Prypeć, Czerwony Las, elektrownia, Kopaczi. Czy to wszystko jest naprawdę tak blisko siebie!? Czy w drodze powrotnej, zona po prostu zaczyna nam uciekać? Rozszczepia się jak atom w naszej wyobraźni? Po drodze przejeżdżamy punkt kontrolny Leviv. Jadąc do Prypeci nawet się tu nie zatrzymaliśmy, teraz, musimy wysiąść i przejść przez bramki mierzące poziom napromieniowania. Jeżeli coś zapiszczy, konieczna jest kwarantanna, czyli czyszczenie ubrania, albo trzeba je zostawić w zonie. Nic co „pika” nie może opuścić tego miejsca. Takie są zasady. Jak u Suworowa „Rubel za wejście, dwa za wyjście„.

Maszyny likwidatorzy w Czarnobylu

Składowisko maszyn w Czarnobylu - roboty likwidatorzy

Zatrzymujemy się jeszcze w miasteczku Czarnobyl. Idziemy do składowiska robotów i pojazdów pracujących przy usuwaniu skutków katastrofy w elektrowni. Za płotem stoi kilka BRDM-ów i jakieś kolorowe roboty różnej maści. Małe, duże, na kołach i gąsienicach. Płaskie i długie, krótkie i wysokie. Skojarzenia z tym miejscem mam dwa: złomowisko z Wally’ego albo przygotowania do jakiegoś studenckiego konkursu robotów. Wszystko wygląda na strasznie toporne, niektóre jakby były na szybko pospawane z tego, co dało się znaleźć dookoła. Hydraulika i prosta mechanika zamiast elektroniki. Widać, że było krucho ze sprzętem i brało się do pracy co było. Nie są to zapewne oryginały, które pracowały przy odgruzowaniu reaktora, tamtych nie dałoby się ot tak postawić ze względu na promieniowanie. Wygląda to raczej jak poglądowa wystawa. Coś jak czołgi, armaty czy samoloty Muzeum Wojska Polskiego. Daje to jednak pojęcie o tym co działo się w zonie w 1986 i później. Cały ten sprzęt wyręczał ludzi przy tytanicznej pracy w warunkach promieniowania. Przewalał gruz, którego nie dało się dotknąć. Przepychał i spychał napromieniowane wraki, kopał, zasypywał, przesuwał. Małe, toporne, ułomne maszyny, które ratowały świat.

Pomnik likwidatorów w Czarnobylu

Likwidatorzy - ci, którzy uratowali świat przed Czarnobylem

Na koniec zatrzymujemy się jeszcze przy szarym, niepozornym pomniku. W zasadzie, z drogi można by go nawet nie dostrzec. Ponury beton zlewa się z szarością i nijakością wszystkiego dookoła. Brzydki, zwykły i codzienny. Nie ma tu żadnego rozmachu, jak przy pomnikach bohaterów wojennych, nie ma patosu, tej sowieckiej nonszalancji, proletariackiej maniery. Są tylko postaci strażaków pracujących przy gaszeniu pożaru i odgruzowaniu reaktora. I napis „Tym, którzy uratowali świat„. Skromny, jak na anonimowych bohaterów przystało. Zwykłych, szeregowych ludzi. Takich, którzy nie noszą maski ani peleryny. Których jedyną super mocą jest działanie. Z poczucia obowiązku, służby, bo tak było trzeba. I tych, którzy przyszli po nich. Wszyscy zostali bohaterami. Pewnie gdyby nie serial HBO „Czarnobyl” mało kto w ogóle by się o nich dowiedział. A to właśnie o nich i dla nich jest to miejsce. Czarnobyl to nie żaden urbex, eksploracja opuszczonego miasta, apokaliptyczny klimat, nie igranie z promieniowaniem, bieganie z dozymetrami czy tropienie jeleni bez głowy. To nie jest „fajna” przygoda ani „fajny” klimat. Czarnobyl to miejsce pamięci. I tak też powinien być traktowany. Jak pomnik. Jak obraz świata, który był i który tak łatwo możemy stracić. W jednej chwili. Chyba właśnie z tym powinno się wyjechać z Czarnobyla. Tak. Teraz możemy stąd wyjechać.

Strefa Wykluczenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej, Ukraina

Zobacz tutaj jak zorganizować wycieczkę do Czarnobyla.

Dziękujemy ekipie Domowy Survival za wypożyczenie dozymetrów.