Witsand czyli biały piasek - gdzieś za Kommetije, po drodze z Cape Town na przylądek dobrej nadziei, Kapsztad, RPA

Przylądek Dobrej Nadziei. Mapa skarbów

– Jakie masz plany na najbliższe kilka dni? – zapytał mnie hostelu pewien Niemiec. – Przylądek – odpowiedziałem bez wahania. – Eee… ogarniesz to w jeden dzień. Nie ma tam co robić dłużej… Wiedziałem, że nie ma racji, ale nie zamierzałem dyskutować. Usłyszałem tylko, że będę się nudził… Gość nawet nie wiedział jak się myli. O 10 rano mam już dziwacznego Datsuna z wypożyczalni. Okazało się to o wiele łatwiejsze niż myślałem. Otwieram okno, zakładam okulary i z szerokim uśmiechem wydaję sobie komendę: „Na południe!”

Droga z Cape Town na przylądek prowadzi przez Green Point, Sea Point, Bantry Bay, Clifton, Camps Bay. Widok na góry stołowe jest powalający. Kapsztad, RPA

Dotarcie z Cape Town na przylądek to chwila. 60 km, 1 godzina 20 minut. Ja wybrałem drogę naokoło. Bo to droga jest ważna a nie jej cel. Wybieram oczywiście drogę wybrzeżem Atlantyku. Przedzieram się po kolei przez nadmorskie willowo-apartamentowe rejony miasta. Greenpoint. Sea Point. Bantry Bay. Clifton. Camps Bay. Im dalej od centrum, z każdym kolejnym znakiem widzę coraz bogatsze rezydencje na zielonych zboczach Gór Stołowych. Coraz bardziej luksusowe apartamenty nad brzegiem morza. Coraz droższe samochody. Coraz piękniejsi ludzie. To jak kolejne kręgi jakiegoś raju dla milionerów. Tu nie ma biedy. Nie ma problemów trzeciego świata. To nie jest Afryka

Clifton jest absolutnie przepiękne - Cape Twon, Kapsztad, RPA

Obraz to istna sielanka. Spokojne, dostatnie życie w porażająco pięknych okolicznościach przyrody. Ocean zimny – w końcu to Atlantyk – niespokojny i potężny. Pokazuje co i raz swoją moc ciskając falę o potężne przybrzeżne skały. Magiczne góry niczym łańcuch śpiących olbrzymów czuwających nad miastem. Natura sprawiająca wrażenie surowej ale jednocześnie poskromionej, oswojonej, przyjaznej dla człowieka, dającej nadzieję. W końcu to przylądek dobrej nadziei. Nawet nie próbuje sobie wyobrazić jak widok tych gór mógł cieszyć kilkaset lat temu serca marynarzy snujących się po oceanach całymi tygodniami. Przy całej swej wspaniałości, to miejsce ma jeszcze jedną niesamowita cechę. Otóż siedząc tak na brzegu i patrząc na góry, czuje się niczym w centrum wielkiego amfiteatru. Jakbym stał na scenie, w centrum uwagi. To dziwne, nieco onieśmielające uczucie.

Hout Bay - przepiękne miasteczko po drodze z Cape Town, Kapsztadu na Przylądek Dobrej Nadziei, RPA

Chapman’s Peak Drive zaraz za Hout Bay - droga na Przylądek Dobrej Nadziei

Mijam Hout Bay – małe miasteczko nad zatoką, które pochłaniane jest stopniowo przez białe piaski plaży. Chwilami, gdy zawieje wiatr, wydaje się, że jest się w środku burzy piaskowej. Zaraz za miasteczkiem droga prowadzi pomiędzy zboczem gór a przepiękną zatoką Hout. Surowe, spalone słońcem skały spadają wprost do ciemnoniebieskich wód zatoki poprzecinanych płaskimi wzorami białej gęstej piany. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim droga. To Chapman’s Peak Drive. Przejazd płatny 40 Randów. Tyle kosztuje bilet na niesamowite przedstawienie. W rolach głównych żywioły: ziemia, woda, powietrze. Spektakl jest jedną wielką niewiadomą. Nigdy się nie powtarza. Nigdy nikogo nie pozostawi obojętnym. Tak cholernie warto.

Chapman’s Peak Drive - dorga na przylądek

Wzdłuż kilkukilometrowej drogi jest kilka punktów widokowych, postojów i miejsc, gdzie można sobie zrobić piknik. Nie można tylko palić ognia ani rozstawiać grilla. To oczywiste. Przy ponad 30-stopniowym upale, mimo bliskości morza, jest tak sucho, że jedna iskra to nieszczęście. Zaraz za głównym punktem widokowym droga zamienia się w tor przeszkód. Wąskie odcinki, tunele wyryte w skale, pokaźne kamienie i oderwane kawałki skał na drodze. Słowo klucz – erozja. Lepiej się tu nie zatrzymywać, bo mimo siatki zabezpieczającej, szansa, że coś trafi samochód jest spora. To z lewej. Z prawej rozciąga się magiczny ocean. Zdecydowane podmuchy wiatru i tępy huk fal rozbijających się o skały.

Widok na Noordhoek - miasteczko na końcu Chapman’s Drive

Na końcu Chapman’s Drive zaczyna się kolejne miasteczko Noordhoek. Przed samym wjazdem, na skarpie znajduje idealne miejsce na przerwę i uraczenie się miejscowym posiłkiem – steak & kidney pie. Czyli gulaszem wołowym z cynaderkami, zapieczonymi w cieście. Brzmi obrzydliwie, ale mi smakowało jak nigdy. To pewnie przez głód. I niesamowity widok na morze, szeroką plażę, całą dolinę Nordhoek ciągnącą się aż po góry przylądkowe, z samym przylądkiem gdzieś w tle. A może po prostu lubię jeść świństwa?

Kommetjie - kolejne zjawiskowo piękne miasteczko po drodze z Kapsztadu na Przylądek Dobrej Nadziei

Latarnia morska w Kommetjie - gdzieć po drodze z Kapsztadu na Przylądek Dobrej Nadziei

Docieram do Kommetjie. Uwielbiam te afrykanerskie nazwy. Z jednej strony brzmią twardo i łamią język, z drugiej mają w sobie jakąś magię. To sprawia, że już widząc na mapie takie miejsce wyobrażam sobie jak będzie wyglądać. Najzabawniejsze jest to, że Kommetjie wyglądało dokładnie tak, jak je sobie wyobraziłem. Senne, piękne nadmorskie miasteczko, spowite lekką mgła wilgotnego morskiego powietrza. Wystarczyło znaleźć latarnię morską, cala reszta przyszła sama. Opuszczona plaża, wąska ścieżka wśród wydm porośniętych soczysto zielonymi krzewami i pnączami. To zapowiadający się niewinnie nadmorski szlak Slangkop. Jedno z tych miejsc, które odkrywamy raczej przypadkiem – bo nie wiedzieć czemu, żaden przewodnik o takich perełkach nie wspomni – a pamiętamy całe życie.

zjazd do zatoki gdzieś za Kommetije - tu zaczyna się najpiękniejszy odcinek drogi na Przylądek Dobrej Nadziei

Jadąc dalej, za miasteczkiem natrafiam na kilku motolotniarzy podziwiających okolice z góry. To musi być dopiero widok. Dojeżdżam do głównej drogi z Noordhoek. Kommetjie jest nie po drodze, trafić tu można chyba tylko przypadkiem. Ale czymże jest nasze życie jeśli nie serią przypadków. Myślę sobie jakie to szczęście. Gdybym posłuchał rady Niemca, tyle by mnie ominęło. Czuję, że takich „przypadków” podczas podróży zdarzy się więcej. Kiedy włączam się do ruchu i stopniowo dodaję gazu nagle miga mi coś w jednej z dojazdowych dróg. Patrzę we wsteczne lusterko i momentalnie hamuję z całej siły. Zawrotka i po chwili jestem na bocznej drodze prowadzącej wzdłuż krzewów prosto do morza. Zatrzymuję się na poboczu.

Stary datsun przy drodze na przylądek. Zbliżam się do Misty Cliffs, RPA

Wysiadam z samochodu. Skaczę, krzyczę, jestem tak zajarany, że dostaję szału. Ten widok to wolność w najczystszej postaci. Biel piaszczystych wydm i morskich fal, błękit oceanu, soczysta zieleń, góry w tle. Do tego oślepiające słońce i delikatna, morska mgiełka. W albumie moich wspomnień, ten widok zajmuje jedno z czołowych miejsc. Po raz kolejny – zupełnie niespodziewanie – udaje mi się odnaleźć skarb. Chwila nieuwagi i nigdy bym tu nie trafił. Zaczynam zupełnie inaczej postrzegać to miejsce. Zmięta mapa na siedzeniu obok – zabrana z wypożyczalni, z reklamami muzeum kamieni, kawiarni, indyjskiej knajpy i najtańszego bufetu w mieście – zmienia się w niesamowitą mapę skarbów. Każda tajemnicza nazwa, każdy zawinięty cypelek, każda kropeczka może być tym krzyżykiem na mapie. Chcę odkryć je wszystkie.

Misty Cliffs - kolejne bajecznie piękne miejsce po drodze na przylądek, RPA

Co chwila natrafiam na kolejny „krzyżyk” na mojej trasie. Stary, rozklekotany, srebrny Datsun na poboczu drogi. Para spacerująca z psami po spowitych mgłą klifach. Przez chwilę rozważam nawet zostawienie auta w Misty Cliffs i wędrówkę pieszą. – Dlaczego nie wziąłem plecaka i namiotu? Idąc mógłbym się dłużej cieszyć drogą. Jazda samochodem pozwala nam dotrzeć dalej, zobaczyć więcej, ale odziera nas z bliskości i de facto oddala od tego piękna. Pokazuje je na chwilę, po czym natychmiast zabiera. Z drugiej strony podróż to przede wszystkim obrazy, wspomnienia. Może lepiej że są tak ulotne. Wtedy są tym piękniejsze. Czas nie może ich zepsuć.

stragany z pamiątkami przy wjeździe do parku narodowego Przylądka Dobrej Nadziei

W Scarborough odbijam od brzegu, jadę doliną pomiędzy kamienistymi wzgórzami z jednej stragany i zielonymi górami z drugiej. Mijam lasy, strusie farmy, pola, aż zupełnie niespodziewanie trafiam na wjazd do Cape Point Park. Jest znak, ale o bliskości parku świadczy przede wszystkim masa straganów ustawionych jeden przy drugim. Wszystkie sprzedają to samo – drobno mielone „pamiątki” dla turystów. Maski, drewniane rzeźby. Każda inna i taka sama zarazem. Najsmutniejsze jest to, że wszystkie przypłynęły tutaj statkiem z Chin. Jest już grubo po 17:00 więc nie ma sensu tam dziś wjeżdżać. Za dwie godziny zamykają. Jadę więc dalej do Muizenburga. Czeka mnie więc jeszcze jakieś 25 kilometrów jazdy wzdłuż False Bay.

Smitswinkel Bay zaraz przy wjeździe do Cape Point Park, RPA

Widok na False Bay, RPA

Niedaleko za wjazdem do parku, w miejscu gdzie droga dochodzi z powrotem do morza zatrzymuje się, bo znowu wydaje mi się, że to ciekawe miejsce widokowe. I kolejny „krzyżyk”. Klif porośnięty rzadkim, suchym lasem i gęstymi krzewami. W dole, nad brzegiem zatoki kilkanaście domów rozsianych po zboczu. Nie dochodzi tam żadna droga, jedyny sposób aby się tam dostać to morze lub wąska ścieżka w dół klifu. Najpierw prowadzi przez las i krzaki tak wysokie, że zamykając się nad głową, jakby tworzyły tunel. Dalej dróżka wije się wśród smaganych wiatrem traw. W końcu znajduje się w środku jakiej wioski. Zupełnie opustoszałej. Nie ma tu ani żywej duszy. Wszystkie domy są pozamykane. Nie ma żadnych śladów ludzi. Wygląda to jak jakieś domy letniskowe, ale nie widzę letników.

Smitswinkel Bay, RPA

Na dole trafiam na wyludnioną plażę z porozrzucanymi ogromnymi, oszlifowanymi przez fale kamieniami. Siadam sobie na jednym z nich i patrzę na Smitswinkel Bay. Znowu magia wody delikatnie targanej wiatrem. Jest coś w tym miejscu co ładuje baterie. Energia i magia. Może to fakt że jestem prawie na samym końcu świata. Dalej, za tą wodą jest już tylko Antarktyda. Siedzę aż całą wioskę doszczętnie pochłania cień. Czas jechać, chociaż mógłbym tu siedzieć aż do nocy. Ale po ciemku chyba lepiej nie wracać. Nie przez labirynt krzaków i lasu.

Muizenburg - charakterystyczne domki na plaży, RPA

A jednak. Mogłem jeszcze trochę zostać. Zamiast tego spędziłem ponad godzinę w korkach do Muizenburga. Nie miałem pojęcia, że w tym miejscu mogą być korki. Ale warunki drogowe są tu mniej więcej jak na Helu. Ten dzień nasycony przepięknymi widokami natury kończy się w Muizenburgu.
poranek, plaża w Muizenburgu na przedmieściach Kapsztadu, RPA

Dzieci na plażyw Muizenburgu, Kapsztad, RPA

Tu też zaczyna się następny. Bardzo pozytywne surferskie miasteczko z szeroką, piaszczystą plażą i sławetnymi kolorowymi przebieralniami. Wstaje o 6 rano, żeby się przebiec po plaży. Myślałem, że będę sam, tymczasem wpadam tu na dziesiątki ludzi spacerujących wzdłuż ciągnącej się kilka kilometrów plaży. Ludzie wyłaniają się z porannej mgiełki i w niej znikają. Delikatny szum morza. Ptaki leniwie drepczą po piasku. Nie chce im się latać ani nawet wydawać jakichkolwiek odgłosów. Chyba jest dla nich za wcześnie. Leniuchy.

maleńka plaża w st. james i charakterystyczne kolorowe domki

Ja mam dziś ambitne plany. W jedynym supermarkecie zaopatruje się w absolutnie najgorsze pączki na świecie (po ugryzieniu musiałem wyrzucić – chyba po raz pierwszy w życiu) i ruszam do Simon’s Town. Po drodze zatrzymuję się na chwilę w St. James. Chciałem przejść się po słynnej plaży znanej z pocztówek. Tu również znajduje się rząd kolorowych wiktoriańskich przebieralni. Domki są i faktycznie prezentują się prześlicznie, szczególnie dobrze w zestawieniu z kontrastującym morzem, niebem i piaskiem plaży. Problem w tym, że plaża jest mikroskopijna i o godzinie 9:00 rano, jest już niemal pełna. Nic dziwnego, jest sobota. Najgorszy dzień na samotne spacery po plaży. Tak czy siak, warto się było tu zatrzymać i uprażyć w południowoafrykańskim słońcu.

Pingwiny w Boulders, Cape Town, RPA

Po kilkunastu minutach w końcu docieram do celu. Boulders to kolonia pingwinów afrykańskich znajdująca się na obrzeżach Simon’s Town. To kawałek nabrzeża – wydm i plaży, na którym żyją tysiące tych przesympatycznych nielotów. Być w Cape Town i tu nie przyjechać to zwyczajny błąd. Boulders to park, ale oczywiście pingwiny niewiele sobie z tego robią i spotkać je można poza nim. Wystarczy iść na pierwszą z brzegu plażę. W parku mamy gwarancję, że zobaczymy ich setki.

Boulders słynie z pingwinów, Kapsztad, RPA

Boulders i jego wszędobylskie pingwiny, RPA

Plusem plaży jest to, że można do pingwinów podejść. Nie za blisko, bo mimo swoich niewielkich rozmiarów, dziób mają konkretnie ostry. Widziałem i słyszałem dwa walczące samce. Nie chciałbym się zbyt spoufalać z tymi mikrusami. Jeżeli chodzi o wdzięk, zwierzaki biją na głowę wszystkie ptaki. Sposób w jaki się poruszają, dziarsko gibając na lewo i prawo. Ich nonszalancki styl pływania, niesamowita zwinność i lekkość, pomimo niezbyt atletycznej sylwetki. Do tego widok pingwina rozkładającego skrzydła w pozie w stylu „to ja jestem batmanem!” rozkocha w nich każdego.

Pingwiny w Boulders, Przylądek Dobrej Nadziei, RPA

Kręcę się po parku ponad godzinę. Pingwinów jest tyle, że nie wiem gdzie patrzeć, które fotografować. Wszystkie chce się dosłownie przytulać. Przy odrobinie szczęścia można trafić na jednego dosłownie na wyciągnięcie ręki – wyłaniające się ni stąd ni zowąd spod drewnianej ścieżki parkowej. Mam szczęście bo zdążyłem przed tłumami. Kiedy kieruję się do wyjścia, mijam już całe autokary Azjatów i emerytowanych Holendrów. Udało się. Rozbawiony pingwinami, z bananem na twarzy jadę na przylądek!

Cape Point Park - w tle False Bay. Idę na Przylądek Dobrej Nadziei, RPA

Cape Point Park, góry, RPA

Sam park przypomina nieco amerykański Arches NP – tutaj też jest sporo jazdy po płaskowyżu. Duże otwarte przestrzenie, wiatr, bardzo skąpa, sucha roślinność. Trawa, krzaki i kamienie. Nie ma tu w ogóle cienia. Co sprawia, że mimo braku stromizny i podejść, chodzenie po parku jest dość ryzykowne. Raczej trudno się tu dostać bez auta. Ale widoki wynagradzają wszystko. Pierwszy punkt, niedaleko za wjazdem do parku. Okazuje się, że znajduje się dokładnie nad Smitswinkel Bay, do której zszedłem wczoraj. Wygląda na tak samo opuszczoną i piękną co wczoraj.

False Bay widziana z Cape Point Park, RPA

Cape point i jego roślinność, RPA

Każdy z kilku przystanków na 13-kilometrowej drodze do przylądka to kolejny „krzyżyk” na mojej mapie. Każdy zasługuje na pocztówkę. Znajduję tu przepiękne widoki na szafirowe wody False Bay. niesamowity taniec chmur otulających szczyty gór stołowych. Przepiękne plaże o śnieżnobiałym piasku i lazurowej wodzie. Urwiste klify. Samotne szlaki wśród kamienistego płaskowyżu przylądka. Setki obrazów starannie zachowanych w mojej głowie i na karcie aparatu. Na tle tych niesamowitych widoków, sam Cape Point okazuje się nieco rozczarowujący.

Cape Point, RPA

ostre skały Cape Point, Kapsztad, RPA

Na miejscu wielki parking, autokary, masa ludzi. Tłumy „Januszów” holenderskich, angielskich, chińskich. Kto pierwszy ten lepszy. Baloniki, hot-dogi i tym podobne klimaty. Dla większości kresem wędrówki jest latarnia morska na samym szczycie klifu. Stąd rozkoszuję się widokiem krańca Afryki – tego pazura, którego wiele razy oglądałem na mapie i obiecywałem sobie, że kiedyś zdobędę. Przyjemność psuje tylko tłok i gwar, ciągłe poszturchiwanie, przepychanie i przesuwanie. Nie da się więc skupić na przepięknych widokach. A jest na co popatrzeć. Dzikie, granitowe klify, wiatr zrywający czapki z głów, fale o wielkiej sile, roztrzaskujące się o skały. Huk spienionego wściekłego morza.

latarnia morska na Cape Point, RPA

Na szczęście jest opcja dla wytrwałych. Szlak do nowej latarni, prowadzący dalej na sam cypelek widoczny z góry, tam gdzie stoi stara latarnia i wszyscy „zwiedzający”. Znak mówi o 1,5-godzinnym marszu. Dosłownie pękam ze śmiechu, kiedy po raptem 15 minutach docieram na koniec szlaku – do punktu nad nową latarnią. To najdalej jak się da dojść. W sumie to dobrze, że znak wprowadza w błąd. Dzięki temu mało kto tu przychodzi. Siadam więc spokojnie na murku i rozkoszuje się widokiem. Znowu patrzę na południe.

latarnia morska na Cape Point, RPA

Bycie tak daleko sprawia mi niewypowiedzianą przyjemność. Dla mnie to teraz koniec świata. Najdalej na południe jak kiedykolwiek byłem. Nie jest to nawet najdalej wysunięty na południe punkt Afryki – ten tytuł należy do oddalonego 200 km Cape Agulhas. Jego budowa, kształt, odizolowanie od reszty lądu sprawia, że można się tu faktycznie poczuć jak na końcu świata. Udało się – jestem na samym końcu afrykańskiego pazura. wygonił mnie z niego dopiero naprawdę silny wiatr.

Właściwy Przylądek Dobrej Nadziei to nie to samo co Cape Point, RPA

Naiwnie myślałem, że ów pazur to podręcznikowy Przylądek Dobrej Nadziei. Okazuje się, że niezupełnie. To Cape Point czyli – punkt przylądkowy. Przylądek Dobrej Nadziei jest zaraz obok. Aby się do niego dostać, cofam się główną drogą i odbijam w małą, rozkopaną drogę. Jest spore ryzyko, ze będąc tu samemu, można się nie zorientować i wyjechać z parku wcale nie będąc na tym właściwym przylądku. Zorganizowanym wycieczkom to nie grozi. Ten punkt jest na trasie każdego autokaru. To właśnie autokary jadące „nigdzie” wzbudziły moje podejrzenia, że coś tam jednak może być.

cape point park - przepiękne szlaki nad wodą, RPA

Cape Point Park - droga na przylądek dobrej nadziei, Kapsztad, RPA

Na właściwym przylądku nie ma żadnej infrastruktury, tylko tablica informacyjna. Niestety to w połączeniu z ciągłymi „dostawami” kolejnych autokarów, sprawia, że miejsce wydaje się strasznie zatłoczone. Choćby zrobienie zdjęcia tablicy bez ludzi, graniczy z cudem, ale wytrwałość i asertywność się opłaciły. Prawie się udało. Tłumy zdecydowanie zabijają magię tego miejsca. Żałuję, że nie udało mi się tu dotrzeć z samego rana przed tłumami. No ale rano jeszcze nawet nie wiedziałem, że Przylądek Dobrej Nadziei to co innego niż Cape Point.

pawiany - trzeba na nie ciągle uważać. Włamują sie do samochodów w poszukiwaniu jedzenia, są bardzo niebezpieczne, Kapsztad, RPA

W drodze powrotnej robi się korek. Przyczyną są pawiany. Widziałem dużo znaków ostrzegających przed nimi. Wszystkie mówiły o tym samym: to dzikie i niebezpieczne zwierzęta. Pod żadnym pozorem nie wolno ich dokarmiać – są za to horrendalnie wysokie kary. Nie wolno także zostawiać otwartego auta, jedzenia w środku, niczego co mogłoby je nakłonić do włamu. Zastanawiałem się co taka małpka może zrobić, do momentu kiedy je zobaczyłem. Są duże, silne i bezczelne. Do tego jest ich dużo. Przy mniej pawian rzucił się na auto, które zatrzymało się obok i próbował otworzyć drzwi. Sam dostałem od strażnika ostrą reprymendę za to, że nie zamknąłem auta kiedy wysiadłem, żeby zrobić zdjęcie pawianowi.

cape point park - wracam z powrotem do Muizenburga, RPA

Po krótkim przestoju i przygodzie z pawianami skaczącymi po samochodach, mam już wracać do Muzienburga. Zbliża się wieczór, za 2 godziny park się zamyka, więc większość wycieczek wyjeżdża. Robi się coraz luźniej i coraz przyjemniej. Zresztą poza dwiema głównymi atrakcjami – czyt. Pointami, nie ma tu prawie w ogóle ludzi. Jest puściutko. Poza główną drogą można spokojnie zatrzymać auto na środku drogi, wysiąść i rozkoszować się naturą. Pusta droga. Zupełnie jak na amerykańskim „South-Weście”, jak w Australii. Ogromne przestrzenie, cisza, zapach wolności tak łatwo wyczuwalny w powietrzu. Znowu aż chce się wyć, skakać, krzyczeć. Zwyczajnie korzystam z tego, że jestem tu sam i mam te przestrzenie tylko dla siebie.

jescze jedno spojrzenie na smitswinkel bay, Cape point park, RPA

Droga z powrotem jest równie piękna. W zasadzie to trudno skupić się na prowadzeniu. Wszystko rozprasza. Szczegóły przykuwające uwagę. Morze, które nie daje spokoju. Góry i chmury – niesamowity duet, na którego taniec można patrzeć godzinami. Z parku wyjeżdżam prawie na styk. Jeszcze kilka minut i dostałbym mandat za późny wyjazd z parku. Dziś nie spędziłem tu tyle czasu ile bym chciał, ale mam już plan na jutro. cały dzień przeznaczyłem na trekking po parku. Jest kilka szlaków, są też chęci. Oby dopisała pogoda.

znowu pawiany na drodze, RPA

Tym razem po drodze do Muizenburga nie ma korków. W końcu jest sobotni wieczór. Trafiam natomiast na rodzinę pawianów beztrosko spacerującą po ulicy i zaczepiającą samochody. W przypadku pawianów, chyba bardziej trafne byłoby określenie gang. Znowu stanie i cierpliwe czekanie, aż ci mali włochaci terroryści skończą swój zwyczajowy rekiet na trasie. W końcu pod wieczór docieram do hostelu.

kolacja w Muizenburgu - boska sałatka ze świeżych owoców: banany, papaja, winogrona, mango, papaja - popijana schłodzonym pinot grigio, RPA

Docieram po 19:00. Za późno. Jedyny supermarket w miasteczku zamykają o 19:00. Dziś na kolację nie będzie więc pysznego, krwistego steka z nienagannej w smaku południowoafrykańskiej wołowiny. Codzienna tradycja niestety została brutalnie podeptana. Jedyne co mi zostaje to przetrząśnięcie zawartości moich zapasów. Znajduje tylko owoce, chleb bananowy i butelkę miejscowego sauvignon blanc. A to pech…

 

Muizenburg, RPA

 

  • TravelReadRepeat

    Cudowne miejsce! Pojechać tam to jedno z moich największych marzeń! Te krajobrazy… po prostu zachwycają.