Pustynia Gobi. Plus trzydzieści i śnieg w środku lata

Pustynia Gobi. Pierwsza noc w tak obezwładniająco pustym miejscu. Ogromne niebo pełne gwiazd rozciąga się nie tylko nad naszymi głowami. Ono jest wszędzie. Jego nieskończoność jest wręcz przytłaczająca. Na dachu samochodu wydaje się jakbyśmy się unosili bezwładnie w przestrzeni kosmicznej. W takich miejscach można poczuć bliskość natury. Nie ma niczego, poza nią i nami. Sen przerywa od czasu do czasu trzepotanie namiotu na wietrze. Umysł szaleje, sny zmieniają się niczym w kalejdoskopie. W końcu we śnie pojawia się Ona. Nie widzę jej, ale słyszę. Woła do mnie stłumionym, niewyraźnym, nieco nieśmiałym głosem – Hiii… – przeciągając nienaturalnie przywitanie. Nie mogę jej zobaczyć. Ona woła po raz któryś – Hiii… – budzę się zaniepokojony.

– Hiii – teraz jestem pewien. To nie sen. Wstaję na autopilocie. Ciszę przeszywa bezlitosny dla uszu pisk suwaka, do rozgrzanego wnętrza namiotu wraz ze świeżym powietrzem dostaje się światło tak białe jak lampa flesza. Próbuję się rozejrzeć, ale oślepia mnie słońce. Jest wszędzie, atakuje moje oczy bez litości. Nie pomaga osłanianie oczu ręką. Kiedy po chwili wzrok się przyzwyczaja, z tej białej łuny wynurza się kobieta na motorze i zaczyna coś mówić po mongolsku. Obok, wokół naszego samochodu lata pies. Próbuje szczekać, ale właścicielka jedną komendą ucisza go na dobre. Zaspany na wpół przytomny wyłapuje tylko – masziiina – i podążając za ręką kobiety, widzę gdzieś w oddali czarny punkcik. Domyślam się, że zakopało się jej auto i potrzebuje od nas pomocy przy wyciąganiu. Pokazuję na migi, że musimy tylko złożyć namiot i już jedziemy.

Dociera do mnie, że nie ma nawet szóstej rano, ale na ratowanie świata nigdy nie jest za wcześnie. Wstajemy zaspani, zwijamy się i jedziemy w kierunku kropeczki, która ugrzęzła gdzieś pośrodku pustyni. Na miejscu okazuje się, że to mały dostawczy Hyundai, jakich w Mongolii pełno. Wypchany po brzegi całym dobytkiem: złożonym gerem, jakimiś meblami, dywanami, zapasami, na pace beczy nawet koza. Mąż kobiety próbował odkopać auto łopatą. Bezskutecznie. Porozumiewamy się bez słów, na migi ustalamy co i jak. – Ja tu… ty tam… to tu… – uniwersalny język. Zaczepiamy linkę, słychać warkot silnika – jednego i drugiego – jakieś pikanie, podekscytowany pies biega wokoło poszczekując, po chwili Hyundai wyjeżdża z grząskich kolein. Mężczyzna dziękuje gestem ręki, po czym wsiada na motor i gna za stadem owiec, kobieta z uśmiechem ściąga z paki auta miskę i oferuje nam śniadanie.

Chyba jest dla nas jeszcze za wcześnie na śniadanie. Szczególnie na takie. W niebieskiej misce leżą gotowane baranie kości obrośnięte mięsem i tłuszczem, obok nich surowa cebula i kozik. Zasada prosta, bierzesz kość ścinasz nożem kawałki twardego mięsa i żujesz. Na zagryzkę chrupiąca, świeża cebula. Ciężkie i trudne do wyobrażenia, ale dla mnie to smak przygody. Tak go zapamiętam. Na deser możemy wybrać sobie łakocie z pudełka obok. Dziękujemy grzecznie za gościnę, pani pakuje się do samochodu i odjeżdża, a za nią biegnie radośnie poszczekujący pies. My zaspani postanawiamy rozłożyć się i zjeść właściwe śniadanie. Świeżo parzona kawa z widokiem na pustynie to coś wspaniałego. Siedzimy sobie na krzesłach biwakowych, popijamy mocny czarny napar i rozkoszujemy się tymi ogromnymi jasnymi przestrzeniami. Nie przeszkadza nam nawet narastający upał. Taka pauza, chwila zatrzymania, a przecież dopiero po szóstej rano. Cały dzień przed nami!

Jedziemy dalej na południe. Droga prowadzi przez regularną pustynię. Jest tak gorąco, że momentami horyzont wydaje się topić i znikać w ogromnym jeziorze, to chyba moja pierwsza fatamorgana. Przy drodze leniwie przechadzają się stada baktrianów, co i raz przelewają się przez nią setki owiec. Kiedy wjeżdżamy na niewielkie wzniesienie, naszym oczom ukazuje się Dalandzadgad – jest na wyciągnięcie ręki, wydaje się, że za chwilę do niego wjedziemy. Tymczasem według GPSa jest do niego ponad 40 kilometrów. Pustynia oszukuje, mami, zwodzi na manowce, zaburza odległości, wystawia zmysły na próbę. Miasto cały czas wydaje się tuż tuż, jakbyśmy już w nim byli, tymczasem jedziemy i jedziemy jeszcze ponad 40 minut, zanim dojedziemy na jego rogatki.

Dalandzadgad to stolica ajmaku południowogobijskiego. Największe miasto w regionie. W naszych kategoriach, to wioska z liczbą mieszkańców nie przekraczającą 20 tysięcy. Mijamy ulice zalane żarem pustyni. Jest niemiłosiernie gorąco i pusto. Jakby ludzie chowali się przed słońcem. Wiatr hula pomiędzy płotami niosąc tony drobnego piasku. Dalandzadgad przypomina miasteczko na dzikim zachodzie w wersji namiotowej, z którego wystają słupy połączone plecionką drutów niskiego napięcia. W samym mieście nie ma co robić, uzupełniamy więc zapasy w jednym z supermarketów, tankujemy auto i przedzieramy się pomiędzy kwartałami gerów otoczonych drewnianymi płotami do drogi kierującej na zachód.

Wyjeżdżamy z miasta w kierunku gór Gurvan Saikhan (Gurwansajchan) i parku narodowego o tej samej nazwie, który zajmuje większość pustyni Gobi. Przed nami rozciąga się przepiękne pasmo niewysokich gór. Przypominają krajobrazy południowego zachodu USA: pofałdowana pustynia, żar lejący się z nieba. Z tą różnicą, tylko, że tu panuje wszechogarniająca pustka. Nie ma samochodów, nie ma ludzi, nie ma już nawet zwierząt. Po blisko 40 kilometrach przemierzonej pustki, mała dróżka odbija na południe, w kierunku gór. Tylko mały, stary i zaniedbany znak mówi, że dobrze jedziemy. Nawigacja na pustyni do łatwych nie należy – wiadomo – nie ma absolutnie żadnego punktu odniesienia, jedynie te złudne. Tutaj trudno nawet ufać GPS-owi, na którym drogi pojawiają się i znikają. Dostrzegamy jednak tuman kurzu unoszący się w oddali i jedziemy w kierunku gór.

Trafiamy do zakamuflowanego wjazdu do parku. Szlaban pośrodku niczego, mała budka, kilka gerów, w których ktoś sprzedaje pamiątki, jakaś wiata i kilka rozklekotanych aut. Pan spisuje nasze dane, płacimy, robimy zdjęcia wielkiej mapy wiszącej na ścianie i już jesteśmy w parku. Nasz cel to Yolyn Am, zwany Doliną Sępów. Wąski kanion słynie z tego, że w jego zacienionych czeluściach, przez całe lato utrzymuje się warstwa lodu. Trudno nam w to uwierzyć biorąc pod uwagę niesamowity upał, jaki tu panuje. Na wysokości 1500 m n.p.m., gdzie się znajdujemy, jest tak nieznośny, że nawet przy kremie z filtrem 50, skóra nieprzyjemnie piecze. Droga wije się przez kilkanaście kilometrów pod górę, pomiędzy przepięknymi wzgórzami pokrytymi wyschniętą trawą. Pokonujemy kolejne serpentyny, koleiny, doły, wyrwy, wspinamy się coraz wyżej.

W końcu docieramy do końca drogi. Do samego końca doliny, ok 3 km. można dotrzeć pieszo lub na koniach, których jest tu pod dostatkiem. Trzy kilometry do niedużo, ale dochodzimy do wniosku, że chcemy spróbować przejażdżki na tutejszych półdzikich koniach. Za niewielkie pieniądze (jakieś 10 000 MNT czyli ok 15 PLN) bierzemy konie i ruszamy z przewodnikami w głąb kanionu. Konie są dziwne, wielkości kuców, do tego stopnia, że przy moim wzroście, siedząc w siodle, niemal szoruję stopami po ziemi. Jednocześnie emanują dziwną dzikością, sprawiają wrażenie nie do końca udomowionych, a przewodnicy muszą okazywać wobec nich dużą stanowczość. Momentami czuję się jak na rodeo. Konie przyspieszają, to zwalniają, rżą, co chwila się trzęsą, oby tylko żadnemu nie przyszło do głowy wierzgać.

Po drodze mijamy kilkoro jeźdźców – tak nam się przynajmniej z daleka wydaje. Okazuje się, że to – dosłownie – kilkulatki. Sześcio-siedmioletnie dzieci same jeżdżące na tych małych dzikich koniach. Z daleka wyglądają proporcjonalnie jak normalni, dorośli jeźdźcy. Ich wyczyny też w niczym nie ustępują profesjonalnym jeźdźcom. Zagaduję przewodnika. Mieszanką mongolskiego, rosyjskiego i angielskiego tłumaczy, że tu na koniach jeździ się od niemowlaka. Widoki po drodze do kanionu są niesamowite. Zjeżdżamy ze wzgórz pokrytych soczyście zielonymi łąkami w dolinę rzeczki. Droga przecina strumień kilkakrotnie i stopniowo chowa się w zwężającym się kanionie. Skalne ściany po bokach strzelają coraz wyżej. Zieleń zastępuje ciemna skała. Niemiłosiernie palące słońce nareszcie chowa się za górami a my wjeżdżamy z orzeźwiający, przyjemny cień.

Po pół godzinie na grzbietach malutkich koni, docieramy w końcu do najwęższego dostępnego miejsca kanionu. Nasi przewodnicy wiążą konie i kucają sobie spokojnie przy strumieniu, rozmawiają, śmieją się. My mamy czas żeby się pokręcić. Pomiędzy ciemnymi skałami, schowany w cieniu znajdujemy ogromne połacie lodu. Dwa światy: z upalnego słońca wystarczy zrobić kilka kroków, aby znaleźć się na tafli śliskiego, twardego lodu. Jest go dużo, szczególnie biorąc pod uwagę, że mamy lato a naokoło temperatura przekracza 30 stopni. Spod lodu nieśmiało wypływa strumyk. Próbuję iść w głąb kanionu, ale początkowo cienki lód, chrupiący cicho pod moimi krokami, zamienia się w śliski firn nie do sforsowania. Siadamy więc sobie i chłoniemy to zaciszne miejsce. Taki maleńki koniec świata.

Droga powrotna, to ciąg dalszy walki o nie spadnięcie z konia. Moment, w którym przewodnicy dla zabawy przyspieszają, dla nas oznacza panikę. Na szczęście udaje się bezpiecznie dojechać do końca. Przy schodzeniu cudem unikam kopniaka od mojego „kuca”. A może to właśnie dlatego, że cały czas myślałem o nim jak o „kucu”. Pomimo swoich rozmiarów tutejsze konie, cały czas pół-dzikie, to prawdziwe twardziele. Samo nazwanie ich „kucem” to ponoć śmiertelna obraza dla ich właściciela. My na szczęście tego nie zrobiliśmy, zresztą i tak nie było szans, aby dogadać się z właścicielami w jakimkolwiek języku. Z angielskiego naturalnie mieli opanowane jedynie liczebniki i podstawowe zwroty grzecznościowe.

Wracając przez park, gubimy się. Oczywiście celowo. Tak jak lubimy. Skręcamy w inną drogę, niż ta, którą przyjechaliśmy. Chcemy zobaczyć, co jest „za wzgórzem”. Trafiamy w dziesiątkę. Droga wygląda na jeszcze mniej uczęszczaną. Po mapie i GPS dochodzimy, że jest to jakaś alternatywna droga prowadząca na zachód. Udaje nam się tylko podjechać pod pierwsze wzgórze. Za drugim razem. Droga – jeżeli można ją tym mianem określić – jest tak zła i stroma, że uznajemy iż to nie na siły naszego Land Cruisera. Zatrzymujemy się na przełęczy, żeby rozkoszować się widokiem parku, nieco z góry. Znajdujemy się gdzieś pomiędzy rozsianymi wokół pagórkami. Są w życiu momenty, w których wydaje Ci się, że lecisz, takie „Titaniki” – to był jeden z nich. Chce ci się krzyczeć, skakać, po prostu oderwać od ziemi. Coś wspaniałego.

Otrzeźwienie przychodzi, kiedy trzeba zjechać. Chyba żadne z nas, w życiu nie zjeżdżało z góry pod takim kątem, jeszcze po koleinach. Po prostu robi się ciepło. Nie wiadomo skąd, drogę wyjazdową z parku przejmują we władanie owce i kozy. Jeden wielki bek, meczenie. Na widok samochodu, popłoch unoszący tumany kurzu. Przy wyjeździe z parku robimy sobie przerwę na jedzenie – pomimo bardzo podłego mongolskiego pieczywa, wychodzą nam chyba najlepsze kanapki z mielonką, jakie jadłem. Do tego popite mongolskim specjałem – sokiem z rokitnika. Może to przez to, że nie jedliśmy nic od ponad ośmiu godzin.

Zaglądamy też do parkowego „muzeum” w budynku obok rządku gerów, służących jako sklepy z pamiątkami i noclegi dla grup wycieczkowych. Muzeum to określenie mocno na wyrost, to po prostu kilka sal z makietami, zdjęciami i tablicami. Na pewno opowiadają super ciekawą historię, tyle, że są jedynie po mongolsku. Więcej można wyczytać z map i naklejonych na nie zdjęć. Są też kości i jaja dinozaurów, tak przynajmniej wynika z opisu i rysunków. W końcu cała okolica słynie ze prehistorycznych szczątków, tyle że te najlepsze są w muzeach na całym świecie, ale nie tu. No wypchane zwierzęta – nie chciałem o nich wspominać, ze względu na ich stan, ale to specjał tutejszych lokalnych muzeów. Wyglądają tragicznie, są mocno wyliniałe i zaniedbane, jak całe zresztą muzeum. Nie ma się co dziwić, tego typu placówki są daleko na liście budżetowania w tak ogromnym i mało ludnym kraju jak Mongolia. Niemniej jednak należy się wielki szacunek, że tego takie miejsca, jakkolwiek śmieszne by się nie wydawały, istnieją.

Opuszczamy Yolyn Am i jedziemy dalej na zachód. W planie mamy dotarcie do Bayanzag, czyli ognistych klifów. Niby najkrótsza droga wiedzie z powrotem przez Dalandzadgad, ale wybieramy inną, nieco okrężną drogę, licząc na ładne widoki. Szybko pójdzie. W końcu to tylko 130 km. Dziwi nas tylko to, co pokazuje mapa. Odległość ta sama a 2 godziny dłuższa. Przecież droga jak stół, do tego pusta. Nic tylko jechać. Wszystko staje się jasne, kiedy po jakiś 20 km kończy się asfalt. Początkowo wydaje nam się, że to remont nawierzchni, ale po kilku kilometrach po ziemi nie mamy już złudzeń. Tym samym żegnamy asfalt na – jak się okaże – kilka dobrych dni. Przez Bayandalay – kolejne miasteczko-widmo na środku pustyni – przejeżdżamy już po utwardzonym klepisku. Zatrzymujemy się tu tylko na tankowanie. Nieco przerażeni dzikością południowej Mongolii postanawiamy tankować do pełna w każdym możliwym miejscu.

Z Bayandalay droga wiedzie na północ, w poprzek pasma gór Gurvan Saikhan. Tutaj szlak, którym jedziemy, już w niczym nie przypomina czegoś, co u nas określa się mianem „drogi”. Podążamy po prostu po śladach innych samochodów, centralnie przez pustynię. Tu zaczynają się mongolskie drogi. Tu DROGA znaczy coś zupełnie innego niż u nas. Tutaj, mając zaznaczoną na mapie drogę wiesz, że musisz jechać w określonym kierunku, np. na północ. To że nie ma żadnej drogi w rzeczywistości, nie ma najmniejszego znaczenia. Nie ma też znaków. Prowadzą nas koleiny i ślady samochodów. Gorzej, gdy te się rozjeżdżają, na trzy lub cztery strony. Dokąd jechać? Która droga jest właściwa? Zostaje jazda na azymut. Chyba, że natrafiamy na strumień, rzekę czy urwisko… Co wtedy? Pomaga trochę MapsMe, wystarczy patrzeć na strzałkę. Tyle, ze co chwila, nawet jadąc wyjeżdżonym szlakiem, pokazuje nam, że z niego zbaczamy, jesteśmy 200 metrów na lewo, kilometr na prawo – O! znowu jesteśmy na drodze! – ten okrzyk będzie nam jeszcze nie raz obniżał ciśnienie.

Tymczasem jedziemy w ciemno, na azymut, kontrując pod MapsMe. Mijamy rozgrzane niczym wielkie patelnie doliny i kotliny, pokonujemy przełęcze ponad ogromnymi połaciami piaszczystych wydm. Przejeżdżamy przez zacienione kaniony, wyschnięte koryta rzek. Przed maską przebiegają nam szalone baktriany, które nie wiadomo skąd pojawiają się pośrodku pustynnych gór. Jesteśmy kompletnie sami, nie mija nas żaden samochód, przez większość drogi nie natrafiamy nawet na żadne ślady życia. Nagle, znikąd pojawiają się ogromne – liczące kilkaset sztuk – stada owiec przebiegające jak na złość tuz przed naszą maską. Nieobliczalne, potrafią w każdej chwili zmienić kierunek kuśtykania i wpaść prosto pod koła. Są też konie, piękne, spokojnie pasące się na środku śladów, zupełnie nic nie robiące sobie z faktu, że chcemy przejechać. Są tu u siebie, to my jesteśmy gośćmi, zresztą nie zrobi nam różnicy je ominąć i tak jedziemy bezdrożem.

Już wiemy, że nasze plany dotarcia do Bayanzag możemy sobie wsadzić pomiędzy bajki. Przy tak nieprzewidywalnych warunkach, braku dobrej nawigacji, w zasadzie nie da się planować. Postanawiamy jednak zrobić coś jeszcze bardziej szalonego. Gdzieś w paśmie górskim po naszej lewej stronie są starożytne malowidła skalne – petroglify Khavtsgait. Chcemy tam dotrzeć. Na mapie nie ma żadnej drogi, mamy jedynie współrzędne GPS i lakoniczny opis z Lonely Planet w stylu „skręć w kierunku gór po lewej stronie”. Tu i tak nie ma dróg, więc nic nie tracimy. Naszym kierunkowskazem jest gwiazdka na Google Maps. A więc droga na azymut. Łatwo powiedzieć. Początkowo idzie super, zbliżamy się do celu. Wkrótce okazuje się, że oddziela nas od niego urwisko, koryto rzeki i łańcuch gór. Jedziemy naokoło, zawracamy, kręcimy się w kółko, szukamy przejazdu, drepczemy trochę w miejscu. W końcu objeżdżamy łańcuch górki i próbujemy z innej strony. Kiedy już prawie to mamy i jesteśmy w jakiejś dolinie niedaleko, okazuje się, że to ślepa uliczka i wjeżdżamy do czyjegoś obejścia. Zza skał wyłania się ger, którego pilnuje groźnie wyglądający pies. Kiedy pytam o drogę pokazując zdjęcia petroglifów i próbuje wyartykułować po mongolsku „Khavtsgait”, gospodarz macha ręką, żeby jechać dalej.

Kluczymy więc dalej i dalej. Droga robi się coraz gorsza, jest coraz później, a wciąż kręcimy się wokół tej cholernej gwiazdki i nie możemy do niej dojechać. Jesteśmy zrezygnowani. Trafiamy do kolejnego geru. Właściciel bardzo miły, ale nas nie rozumie. Zaczynamy rysować na piasku jelenie. Zasadniczo nasze zdolności plastyczne nie odbiegają od tych prehistorycznych, więc o dziwo gospodarz uśmiecha się, mówi – Khavtsgait – i pokazuje ręką kierunek. Kiedy widzi nasze zrezygnowane miny, macha ręką na syna, coś do niego mówi i pokazuje nam, żeby jechać za nim. Młody wsiada na motor i gna wąską ścieżynką pomiędzy kamieniami. Pędzimy za nim po niewidzialnym labiryncie, przecinamy strumienie, omijamy kamienie i doły, przedzieramy się przez stada owiec. Po kilku minutach jesteśmy na miejscu. Podziękowaniom nie ma końca, młody wraca do domu a my zostawiamy auto i rozpoczynamy wspinaczkę w górę. Do zmierzchu zostało niewiele czasu, cały czas nie wiemy czy nam się uda.

Stopniowo wchodzimy w świat starożytnych malowideł Khavtsgait. Na pierwsze natrafiamy zgodnie ze wskazówkami już po kilku krokach. Kolejne pojawiały się w miarę jak szliśmy w górę stromą ścieżką. Poukrywane pomiędzy brązowymi kamieniami, wspaniałe pozostałości po ludziach, którzy zamieszkiwali te ziemie nawet 10 000 lat temu! Najstarsze petroglify datowane są bowiem na 8 000 rok p.n.e. Są tak piękne w swej prostocie. Sylwetki zwierząt: antylop, jeleni owiec. Na kolejnych można dostrzec tygrysa, wielbłądy, a także polujących ludzi, jakieś scenki z życia codziennego: gery składanie darów władcy, galopujące konie. Niesamowite uczucie zdać sobie sprawę, że patrzysz na coś tak starego. Próbuje sobie wyobrazić jak ludzie tu wtedy żyli, jak powstały te malowidła, kto i w jakich okolicznościach je stworzył. Czy był to jakiś plemienny artysta, czy może znudzony pasterz.

Jest jeszcze jedna niesamowita rzecz. Te wszystkie bezcenne świadectwa historii naszego gatunku ludzkiego, zwyczajnie sobie tu leżą porozrzucane, dokładnie tak jak przeleżały te tysiące lat. Nikt ich nie pilnuje, nikt się nimi nie zajmuje. Tylko tu mogę dotknąć bezcenne skalne rzeźby, poczuć pod palcami chropowaty wzór układający się w antylopę. Takie żywe muzeum. Jak cała nasza planeta. Bez szyb, galerii i ogrodzonych wystaw. Bez zabezpieczeń, ale i bez tłumów zwiedzających. Trudno tu dotrzeć, znaleźć to, ukraść czy zniszczyć. Może to oddalenie, wręcz zapomnienie tego miejsca to przepis na jego trwałość? Na pewno bije na głowę wszelkie muzea. Nie ma fast foodów i sklepów z pamiątkami, nic nie stoi na przeszkodzie pomiędzy nami i historią. Jego niesamowitość potęguje jeszcze widok na bezkres suchych łąk Gobi. I widok naszego auta gdzieś tam na dole otoczonego chmarą beczących owiec schodzących z pastwiska na noc.

Trudno opuścić to miejsce, tak niesamowite, z tak pięknym widokiem i to jeszcze podczas zachodzącego słońca. Ostrożnie schodzimy po stromym zboczu do auta, które teraz jest w samym środku ogromnego stada owiec. Na szczęście zwierzaki idą dalej. My pakujemy się do Land Cruisera i jedziemy szukać miejsca na nocleg. W zasadzie trudno mówić o szukaniu. Bo jakie niby przyjąć kryteria pośrodku ogromnej równiny? Wszędzie gdzie nie spojrzeć tylko trawa. Zjeżdżamy więc ze ścieżki i jedziemy przez pełną wybrzuszeń łąkę – Tu będzie OK – rzucam, chociaż miejsce niczym nie różni się od okolicy. Tak po prostu tu. Pośrodku niczego. Rozkładamy obóz i rozsiadamy się na krzesłach. Popijając gorącą herbatę rozkoszujemy się tą wspaniałą pustką. Zachodzącym słońcem, kolejnymi gwiazdami pojawiającymi się na ciemniejącym niebie, lekkimi podmuchami wieczornego wiatru – Tak, tu jest OK – Tylko my i Mongolia.

Gdzieś na pustyni Gobi, Mongolia