Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - czekamy na kei na statek

Pyramiden. Welcome to Russia!

Dziś czeka na nas Pyramiden. Rano serwujemy sobie kosmicznie drogie (150 NOK) śniadanie w hotelowym bufecie – należy nam się. Po nim, wychodzimy „na miasto”. Chcemy dać Barentsburgowi jeszcze jedną szansę. Pogoda się poprawiła, więc całość wygląda zdecydowanie lepiej. To co się nie zmienia to samo miasto. Wygląda jak sterta kolorowych betonowych kloców rozrzuconych po błocie rozmiękłej tundry. Brak tu potrzeby jakiejkolwiek estetyki, brak w tym wszystkim człowieka. Jest tylko węgiel, maszyny. Zamiast ducha jest ciało – ciężkie, spocone, niedomyte, ułomne, jakby słaniające się pod własnym ciężarem. To nie jest miejsce dla człowieka.

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - pomnik lenina przed blokami

Barentsburg - radzieckie miasto na Spitsbergenie

Barentsburg rosyjskie miasto na Spitsbergenie

Mimo to, Barentsburg ma w sobie jakąś masochistyczną magię. Jego brzydota przyciąga, coś w tym mieście intryguje, wręcz zachwyca. Może to fakt, że osada istnieje na przekór zdrowemu rozsądkowi i prawom rynku. Mimo to świadectwo siły i niezłomności Rosjan, którzy gotowi są założyć i utrzymać miasto w najdalszych i najbardziej niegościnnych zakątkach Ziemi tylko po to aby udowodnić innym, że potrafią. Może to jedno z tych apokaliptycznych miast przyszłości, rządzone przez złą korporację, w wersji rosyjskiej?

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - zejście do portu

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - okolice portu

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - kapitanat portu

Idziemy do portu. Schodzimy w dół klifu po ogromnych, wijących się dziesiątkami metrów, drewnianych schodach. Mijamy stare drewniane domki – tak wyglądał Barentsburg kiedyś. Urokliwa, klimatyczna osada górnicza. W tej części miasta pozostał żywy duch tego miejsca sprzed lat. To tu z powrotem czujemy się jak na Spitsbergenie a nie jak gdzieś w zamkniętym mieście-fabryce, ukrytym gdzieś na obrzeżach ludzkiego świata. W porcie czeka już na nas łódź Arctic Explorer, która ma zabrać nas do Longyearbyen a potem do Pyramiden. Na pokładzie wita nas uśmiechnięta młoda blondynka. Czekała na nas, żeby osobiście podziękować nam za znalezienie kolejnych pasażerów.

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - statek do Longyearbyen

Barentsburg - rosyjskie miasto górnicze na Spitsbergenie - miasto widziane z wody

Plan wycieczki po Isfjorden i do Piramidy - Spitsbergen

Dziewczyna nazywa się Liga i jest Łotyszką, mieszkającą w Tromso. Przyjechała tu kilka miesięcy temu, pracuje w firmie oferującej wycieczki i uczy się aby zostać przewodnikiem po Svalbardzie. Przez całą drogę do Longyearbyen na zmianę rozmawiamy z Nią i z pokładu podziwiamy trasę, którą zrobiliśmy w ciągu ostatnich trzech dni. Widzimy kolejno Gronfjorden, Kolesbuktę, tory kolejki, Grumant, dolinę Bjorndalen aż po Adventfjorden. Jakbyśmy cofali się w czasie, przeżywali to wszystko jeszcze raz, w przyspieszonym tempie, w odwrotnej kolejności. Przypominaliśmy sobie obolałe nogi, marudzenie, parzącą w usta menażkę, kisiel, przechodzenie przez rzeki, bagna, śliskie kamienie, renifery idące z nami krok w krok… Liga opowiada nam o okolicy i pokazuje zdjęcia niedźwiedzi polarnych, zrobione w ciągu ostatnich dni jej „amatorskim” sprzętem, który okazuje się być EOS-em 5D z kompletem obiektywów, których nie powstydziłby się fotoreporter National Geographic.

w drodze do Piramidy, Spitsbergen

Wybrzeże Spitsbergenu

W końcu dopływamy do Longyearbyen, większość pasażerów wysiada, chwila przerwy, wsiadają nowi i ruszamy dalej na północ do Billefjorden, nad którym położone jest Pyramiden. Zaraz po wypłynięciu z Adventfjorden podpływamy do brzegu i przez dłuższą chwilę wypatrujemy razem z załogą niedźwiedzi. W tym miejscu widziano je przez ostatnie kilka dni. Obserwowanie ich ze statku jest komfortowe – nie ma ryzyka, że któryś zbytnio się zbliży. Na lądzie jest niestety inaczej i spotkania z misiami nie są raczej pożądane. Liga opowiada o kobiecie, która była uwięziona w swojej hytcie przez 3 dni, bo nie miała broni ani komórki a w okolicy kręcił się niedźwiedź. Niestety z misiów nici. Płyniemy dalej.

Skansbukta po drodze do Piramidy, Spitsbergen

Billefjorden - w drodze do Piramidy, Spitsbergen.

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - w drodze - zatoka Skansbukta

Wpływamy do Billefjorden. To trochę jak przekroczenie piekielnych wrót. Chmury robią się coraz gęstsze i niższe – osadzone są gdzieś w połowie gór. Te mają niesamowity, czarnoszary kolor. Jeżeli Svalbard jest jak Mordor, to to jest jego serce. Tu już nie ma trawy, nie ma zieleni ani nawet wypłowiałej rudawych i pożółkłych wysuszonych kłaków. Tu jest ponuro, szaro, smutno, surowo. Trochę jakbyśmy przenieśli się na inną planetę. Pochowały się gdzieś nawet maskonury, które towarzyszyły nam od wypłynięcia z Longyearbyen cała drogę radośnie latając obok łodzi i dziarsko dając nura w lodowatych wodach fiordu. Jedynym miejscem, wysepką, w której można by odnaleźć jakiekolwiek przejawy życia jest Skansbukta – przepiękna malownicza zatoczka, nad którą jako jedyną pada tu promień słońca. Maleńka wydaje się świecić na tle ponurego Mordoru.

Lodowiec Nordenskjold - Spitsbergen, okolice Piramidy

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - lodowiec Nordenskjold

Na końcu fiordu chmury. Płyniemy we mgle. Robi się przenikliwie zimno. W moment, temperatura spada o kilka stopni, dobrze poniżej zera, zupełnie jakby ktoś otworzył przed nami drzwi gigantycznej zamrażarki. Wieje mroźny wiatr, od którego szczypią nas policzki. Z mgły powoli wyłaniają się niewyraźne biało–błękitne ściany lodowca. Przed nami Nordenskiöld. Jego majestat, ogrom, potęga i piękno onieśmielają. Oto stoimy na pokładzie statku, w rządku z oczami jak pięciozłotówki, marzniemy i z błyskiem w oczach wpatrujemy się w lodowiec. Lodowiec to zawsze lekcja pokory. Patrząc zawsze zdaję sobie sprawę jakim „niczym” jest człowiek w porównaniu z siłą natury. Takie lodowce wyrzeźbiły powierzchnię jakichś 20% powierzchni lądów, im zawdzięczamy to jak żyjemy i zapewne również to, że żyjemy.

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - nabrzeże

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - nasi przewodnicy w porcie

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - pomnik

Po krótkim postoju ruszamy dalej, to gwoździa programu – Pyramiden. Piramida to miasto legenda. Można by napisać o nim książkę, nakręcić film, a i tak jego fenomen pozostałby niezrozumiały. Osada założona w 1910 roku obok kopalni węgla kamiennego. W 1927 sprzedana przez Szwedów Związkowi Radzieckiemu. Wtedy się wszystko zaczęło. Powstało miasto, które było stopniowo rozbudowywanie. Powstał tu szpital, dwupiętrowy basen, kryte boisko, kino, sala koncertowa, hotel i helipad. To miała być perła Związku Radzieckiego, jego wizytówka, prztyczek w nos dla zgniłego Zachodu. W szczytowym okresie, w latach ’80 mieszkało tu 1 300 osób. W latach ’90 zaczęło podupadać, jedyne co tu wtedy powstało to dom zrobiony z butelek po wódce. Kiedy przestano wydobywać węgiel w 1998 roku, miasto ewakuowano. No i zostało tak jak stało. Opuszczone w pośpiechu, bez zbędnego bagażu, jak Prypeć. Teraz mieszka tu 8 osób obsługujących wycieczki.

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - port

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - zabudowania

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - pomnik Lenina i widok na lodowiec Nordenskjold

Kiedy dobijamy, na kei czeka już na nas Denis i Sasza – dwóch przewodników. Typy jak kosmici. Długie włosy, okrągłe okulary, długo niegolony zarost a do tego czarny długi płaszcz i futrzana ruska „szapka”. Na plecach karabin, przy pasie pistolet flarowy na niedźwiedzie. Wyglądają jak popi. Zabieram karabin – na wszelki wypadek – i schodzimy na ląd. Wsiadamy w autobus, którym jedziemy dosłownie pół minuty. Wysiadamy przy ogromnym znaku gdzie cyrylicą wywalone jest PIRAMIDA (Pyramiden). – Welcome to Russia – zaczyna Sasza. Oprowadza nas po kolei wzdłuż ulic, uliczek, dróżek i zaułków i opowiada historię miasta.

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - pomnik lennina przed domem kultury

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - przed pływalnią

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - opuszczone budynki

Chodzimy, oglądamy kolejne budynki i oczom nie wierzymy, że w tym miejscu – jakieś tysiąc kilometrów od bieguna północnego – mogło powstać coś co naprawdę przypomina miasto. Brzydkie, nieprzyjazne, obce, jak to sowieckie – bez estetyki i jakiegokolwiek ducha – wiadomo – materializm. Mimo to, pełniło funkcję miasta, żywiło i utrzymywało 1 300 osób. Chodzimy pomiędzy kilkupiętrowymi budynkami, rozłazimy się, rozlewamy po całym terenie, Saszy trudno utrzymać nas w kupie. Prosi aby nie deptać trawy. Jasne. Po chwili zastanowienia patrzymy na przemian to na siebie to na bujną, rudą, kilkunastocentymetrową trawę i głośno pada pytanie. – Skąd tu do cholery wzięła się trawa!? – Za czasów ZSRR, sprowadzono do Pyramiden statkami ziemię z Ukrainy i posiano trawę… – pada odpowiedz takim tonem oczywistości, że przez chwilę zastanawiam się i patrzymy po sobie czy aby nie zadaliśmy idiotycznego pytania.

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - sala gimnastyczna

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - wnętrze domu kultury

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - kino

Podchodzimy do domu kultury, przed którym w dal patrzy głowa Lenina. Sasza wyciąga brzęczący pęk kluczy, otwiera nam drzwi i wpuszcza do środka. Czas na buszowanie, mamy 15 minut na przejście opustoszałych wnętrz. Czuje się jakbym wszedł na zaplecze czynnego domu kultury, tyle że 30 lat temu. Jakby ktoś przed chwilą wyszedł i miał zaraz wrócić. Widać niedopałki, szklanki z niedopitą herbatą, otwarte książki. Wszystkie sprzęty dobrze zachowane – nic dziwnego, przecież, przez większą część roku to naturalna lodówka. Na środku boiska leży piłka, zupełnie jakby właśnie skończyła się pierwsza połowa meczu a drużyny poszły do szatni odsapnąć przed powrotem na hale. Wszystko jest tak naturalne, tak codzienne i przyziemne, że czuje się jakbym stał się niewidzialny i kręcił się po życiu innych, oglądając ich codzienne życie. Tyle, że ci ludzie zniknęli.

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - pływalnia

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - przyrządy na sali gimnastycznej

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - puste baseny płyalni

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - panorama z dachu pływalni

Wołanie Saszy, zbieramy się. Idziemy do kolejnego budynku. Hala sportowa z basenem. Znowu pęk kluczy, skrzypienie drewnianych drzwi i pochłania nas półmrok panujący wewnątrz. Rozchodzimy się każdy w sowim kierunku. Uwielbiam takie zakamarki, kąty, przejścia, schodki, pasażyki. Gubię całą grupę i przechodzę cały budynek największymi zakamarkami, w nadziei, że uda mi się zgubić. Nie wiele brakuje. Znajduję drabinę, wspinam się, potem kolejną i jeszcze jedną. Ląduję na dachu budynku, z którego rozpościera się niesamowity widok na całe miasteczko. Słyszę wołanie. Schodząc tłukę karabinem o drabinę.

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - zaplecze stołówki

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - stołówka od kuchni

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - zaplecze kuchni

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - stołówka

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - puste wnętrza opuszczonej stołówki

Kolejny przystanek to budynek jadalni. To przede wszystkim ogromna kuchnia, magazyny, chłodnie, rzeźnie, zmywaki i schowki, a na piętrze, ogromna sala jadalna. Zaczynamy od dołu, gdzie przechodzimy przez kolejne pomieszczenia. Znajduję drogę na dół, jest ciemno, światło ledwo się tu dostaje przez brudne szyby i szpary we framugach. Trafiam do ciemnych chłodni, gdzie niemal wpadam na ogromne rzeźnickie haki wiszące na szynach. Przestraszony omal nie wpadam na ogromne stalowe drzwi chłodni. Wszędzie bladoniebieskie kafelki, metalowe stoły. Klimat trochę przerażający, przypomina raczej kostnicę, albo scenerię „Piły” niż kuchnię. W końcu wchodzę na górę do sali jadalnej z eleganckimi schodami, ogromna mozaiką, żyrandolami, drewnianymi listwami na ścianach oraz tapetą. Wszystko w stylu sowieckiego Wersalu. Kto powiedział, że robotnicy nie maja polotu. Mają. Tak jak i gust – bardzo specyficzny.

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - centrum

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - muzeum w hotelu Pyramiden

Ostatni przystanek wycieczki po Pyramiden to hotel PIRAMIDA. Kilkupiętrowy blok z kilkudziesięcioma pokojami, z których zajęty jest obecnie tylko jeden. W środku jest maleńki bar, równie maleńki sklep z pamiątkami oraz muzeum. To raczej za mocno powiedziane – jest tu dosłownie kilka eksponatów: jakieś zdjęcia, wycinki z gazet, plakaty oraz wypchane zwierzęta. Wypchany niedźwiedź, jakieś ptaki i renifer, wyglądają dziwnie, jakoś ułomnie. Wszystkie są powyginane, w dziwnych pozach, wyglądają jakby raczej stały na śmietniku niż w muzeum. Renifer wygląda jak osioł. Wygląd dość żałosny. Wszystko dlatego, że kilka lat temu, do hotelu włamał się niedźwiedź. Wszedł przez okno na pierwszym piętrze, zdemolował bar i zniszczył wypchane zwierzęta. Wyglądają jak z wyspy doktora Moreau.

Wódka Pyramiden pita w Piramidzie - opuszczonym radzieckim mieście na Spitsbergenie

W barze postanawiamy uczcić naszą wyprawę symbolicznym toastem. Oczywiście musi być wódka. Idealnie zmrożona, delikatna w smaku, polana przez młodego barmana. Wódka PIRAMIDA. Oczywiście to wódka z Białorusi, robiona i sprowadzana tu na zamówienie. Nie robi nam to żadnej różnicy. Tu smakuje wyjątkowo, oprócz wódki, czuć przygodę, wspomnienia, wspólnie spędzone kilka dni na łonie natury, zdani na siebie, odkrywanie, obserwowanie, uczenie się, próbę zrozumienia tego innego świata.

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - czekamy na kei na statek

Kiedy wracamy na keję i czas najwyższy już wsiadać na statek i się zbierać, jakoś nikomu nie chce się opuszczać tego miejsca. Kilkugodzinny pobyt tu to zdecydowanie za krótko. Nie zdążyliśmy odetchnąć tym miastem, kręcić się po jego zaułkach, zajrzeć w każdy kąt, pod każdy kamień, w każde okno. Nie mogliśmy poczuć tego ducha opuszczonego, sowieckiego miasta u wrót Arktyki. Siadam sobie na krzesełku i patrzę na lodowiec Nordenskiöld roztaczający się naprzeciwko Pyramiden. Próbuję zapisać w głowie jak najwięcej obrazów. Chwytam je i zapisuję w pamięci. Jest we mnie jakaś łapczywość, która każe mi je łapać i nie puszczać, ale jednocześnie jest spokój i cisza, które dają mi to miejsce. Niesamowite, nietuzinkowe, niekonwencjonalne i piękne w swojej brutalności i braku jakiejkolwiek estetyki. To miejsce nadrabia niepowtarzalnym klimatem. To chyba najbardziej osobliwe miejsce w jakim w życiu byłem.

port w Piramidzie - radzieckim mieście na Spitsbergenie

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - wodok z łodzi

Kapitan i Liga poganiają nas nerwowo. Musimy odpływać. Ciekawe po co – musimy zdążyć przez zmrokiem? – to już nasz wyjazdowy suchar. Niestety odbijamy. Sasza żegna nas swoim zagadkowym spojrzeniem z lekkim uśmiechem. Chyba wie, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Pyramiden znika stopniowo w oddali. Wracamy do Longyearbyen w ciszy. Każdy z nas trawi to co widział dziś i to co przeżył przez ostatnie 4 dni. To była niesamowita przygoda. Udało nam się zrobić coś, co mało komu przyjdzie w ogóle do głowy i na co mało kto miałby chyba ochotę. Aby odkryć nowy świat, sprawnie wyszliśmy ze strefy komfortu i ze środka lata, wylądowaliśmy w Arktyce. Walczyliśmy z własnymi słabościami po to, żeby sobie udowodnić, że można. Dało nam to cholernie dużo satysfakcji.

Piramida - radzieckie miasto na Spitsbergenie - widok na billefjorden

Ten wyjazd uzmysłowił mi jak ważna jest kondycja. Widziałem różnicę pomiędzy typowymi korpoludkami, które siedzą za biurkiem i się nie ruszają a nietypowym korpoludkiem czyli mną. Warto się ruszać! Zamiast windy codziennie wchodzić na 5 piętro po schodach. Dużo łazić po mieście, zamiast wozić tyłek tramwajem. W końcu biegać 3 razy w tygodniu po 10-11 km. To wszystko daje zdrowie, kondycję i siłę. To się przydaje. Nawet jeżeli na co dzień tego nie czuć. Przyda się kiedyś. Naprawdę nie warto zalegnąć na kanapie.

Co do samej przygody. Najlepiej podsumuje ją to co powiedział jeden z nas miesiąc powrocie: – Chłopaki. Muszę w przyszłym roku zrobić coś podobnego bo zwariuję.

 

Pyramiden (ros. Piramida), Spitsbergen