Przeprawa przez rzekę. Z wodą nie wygrasz

Dzień 2: 22,5 km, 9 godzin

Pierwsza noc na każdej wyprawie jest wyjątkowa. Włącza się tryb „trekking po Kirgistanie”. Organizm przyzwyczaja się do namiotu, chłodu, małej przestrzeni, szelestów wiatru, trzepotania sznurków i połów namiotu w środku nocy. Przekonuje sam siebie, że to nie jakieś niestworzone mary czy dzikie zwierzęta, ale wiatr. Plecy zaczynają się dopasowywać do twardego, zimnego podłoża, które tylko troszeczkę zmiękcza dmuchany materac. To nie jest super przespana noc, ale mimo wszystko baterie niesamowicie się ładują. Mimo zmęczenia fizycznego i niewyspania, jest we mnie radość, szczęście. Jestem w swoim żywiole. Najlepszy sen przychodzi oczywiście nad ranem, kiedy budzi mnie szumiąca rzeka Inylczek. Wstajemy wcześnie, aby na spokojnie zobaczyć ile zajmuje nam zebranie się.

Przepiękny rześki poranek, wstające powoli słońce odsłania powoli dolinę. Kawałek po kawałku cień ustępuje słońcu. Pobielałe, pokryte szadzią trawy zamieniają się w błyszczące od rosy złociste, falujące morze. Szum rzeki Inylczek dźwięczy w uszach. Zapach ziół, kwiatów i trawy. Popijam gorącą herbatę brodząc w wilgotnej trawie. Potem niespieszne śniadanie. Cały czas rozprasza nas piękno gór i panujący tu absolutny spokój. Ruszamy dość późno bo około 9:00 rano. Idziemy w głąb doliny zapuszczoną drogą. Cienka trasa wije się wzdłuż traw raz po raz zbliżając się i oddalając od coraz bardziej rozlewającej się rzeki. Z nieba leje się niesamowity żar. Jest tym bardziej uciążliwy, że znajdujemy się dość wysoko – jakieś 2500 m n.p.m – i cały czas powoli się wspinamy. Co i raz zatrzymuje się, wdycham świeże górskie powietrze, schodzę na pobliskie skały, żeby przysiąść na nich choć na chwilę. Droga jest dość monotonna, ale cudowna. Nawet przez chwilę nie przychodzi mi na myśl, że takie widoki mogą się znudzić.

Po kilku dobrych kilometrach docieramy do zabudowań. Kilka domów, jakaś stajnia, płot, rozkopana budowa, rozklekotana stara radziecka ciężarówka, która już niemal wrosła w ziemię niczym jakiś powykręcany, metalowy krzak. To obóz At Jailoo – to start wędrówki dla wszystkich zorganizowanych grup i wypraw. Smutne, że omija ich spacer tak zjawiskowo piękną doliną. Rozglądamy się, zagaduje właściciela o pojemniki z gazem. Doszliśmy do wniosku, że 5 kartuszy to może być jednak za mało. Apokaliptyczne wizje potęguje reakcja szefa At Jailoo. – Nie ma gazu i już go nie dostaniecie na szlaku – powiedział od niechcenia – zawsze macie po drodze obozy. Tam szukajcie pomocy – Zawsze coś. Pocieszam się, że może jednak starczy nam tego gazu.

Okazuje się, że rzeka, którą mamy przekroczyć jest jeszcze 2 kilometry dalej, ruszamy więc czym prędzej, żeby zdążyć przed południem. Robi się coraz goręcej. Z tyłu natomiast nadciągają już jakieś podejrzane chmury. Jedno i drugie działa na nasza niekorzyść, nieważne czy będzie upał, czy spadnie deszcz – poziom wody w rzece się podniesie. To oznacza postój, nie wiadomo jak długi, zapewne do rana, kiedy po zimnej nocy, poziom wody opada. Niesamowite, że pogoda zmienia się tu w kilka minut. W jednej chwili jest niemiłosierny upał, po chwili wieje mroźny wiatr i zaczyna padać deszcz. Przechodzi w kilkanaście minut, po czym znowu wychodzi słońce. Na szczęście szybko uczymy się, że pogoda jest w miarę przewidywalna. Wystarczy patrzeć za siebie, co idzie z zachodu. Zostaje kilkanaście minut na reakcję.

W końcu, po przejściu kilku pagórków docieramy do rzeki At Jailoo spływającej żwawo spomiędzy szczytów, z przełęczy o takiej samej nazwie. Szerokie rozlewisko pokryte jest rzecznymi kamieniami. Przed samą rzeką, pod ogromnym głazem stoi barak i stajnia. Przed nim konie i Kirgizi. Siedzą i czekają. Od razu proponują przeprawę na koniach przez rzekę. Chcemy spróbować pieszo. Wiadomo – przygoda! Ci z uśmieszkiem przytakują i wracają do rozmowy, spoglądają tylko na nas ciekawie co jakiś czas. Docieramy do rzeki i próbujemy. Przede wszystkim, trzeba znaleźć odpowiednie miejsce – płytkie i z niedużym prądem. Tylko gdzie tu takie znaleźć!? Chodzimy w górę i w dół rzeki. Każdy pokazuje co innego. To ten moment, kiedy jedna osoba musi na siebie wziąć tą odpowiedzialność i powiedzieć – przejdziemy tu – i oczywiście samemu spróbować. Kiedy ściągając plecak odwracam się, dostrzegam nadciągającą ścianę deszczu. Zaaferowani rzeką, zupełnie zapomnieliśmy o obserwowaniu pogody za nami. Nie ma się gdzie schować, jesteśmy na odkrytej patelni. Nie chcemy przekraczać rzeki w deszczu, bo po drugiej stronie nie ma się gdzie schować. Postanawiamy oprzeć się w kucki o metrową skarpę, przykryć płachtami i przeczekać. Układamy pośpiesznie oparcia z ciepłych kamieni, w ostatnim momencie zarzucamy płachty.

Chwilę potem siedzimy w kucki pośrodku siąpiącego, zimnego deszczu. Blisko siebie, czuję niemal oddechy i bicie serca chłopaków obok. Milczymy i czekamy. Pada coraz bardziej i bardziej. W plecy grzeją mnie kamienie rozgrzane w słońcu. Woda ścieka ciurkiem szczelinami w nierównych płachtach. Zaczyna wiać nieznośny wiatr, który nawiewa deszcz pod płaszcze. Lodowate strumyczki znajdują jakoś drogę pomiędzy zagnieceniami i woda dostaje się do skrzętnie chowanego ubrania. Czuję zimno w rękawie, na plecach. Siedzenie nic nie daje. Jest coraz gorzej. Patrzymy zrezygnowani na bajecznie piękną dolinę spowijaną przez mlecznobiałe chmury. W końcu, kiedy wszyscy mokniemy i jest nam naprawdę zimno, decydujemy się wrócić do mijanej kilkaset metrów wcześniej, rozklekotanej szopy. Podnosimy się szybko i niezdarnym truchtem docieramy do ledwo trzymającej się drewnianej konstrukcji. Okazuje się być stajnią. Klepisko jest wyściełane równiutko końskimi odchodami, dach cieknie, ale to nic! Tu jest sucho.

Dookoła siąpi deszcz, nam udaje się znaleźć suchy kąt. Niestety końskie odchody na ziemi przy każdym kroku wzbijają tumany kurzu, który wdychamy, więc staramy się wykonywać jak najmniej zbędnych ruchów. Przemarznięci ubieramy się w zimowe kurtki, puchówki i rozgrzewamy herbatą. Pomysł, aby wzmocnić herbatę prądem zostaje przyjęty przez aklamację i jest niemal poparty okrzykami i oklaskami. „Russkaja ochota” (pol. rosyjskie polowanie) wydaje się być zwykłą wódką. Moją uwagę zwraca metka z ceną – 65 somów, czyli jakieś 3,6 PLN. Spodziewamy się więc niezbyt szlachetnego napiwku, a jednak. Okazuje się być boskim nektarem rozgrzewającym i wznoszącym na wyżyny mocno podupadłe morale. Po jakiejś godzinie czekania, wraca piękne błękitne niebo i wychodzi słońce. Wracamy nad rzekę zadowoleni i rozluźnieni. Radosna atmosfera mija, kiedy widzimy rzekę. Poziom się podniósł a prąd jest jeszcze silniejszy.

Znajdujemy miejsce, które wydaje się najmniej przechlapane i próbuję przejść rzekę. Podbiegają dzieciaki z baraku i ze śmiechem ustawiają się jak w pierwszym rzędzie, żeby popatrzeć na przedstawienie. Podjeżdża starszy Kirgiz i krzyczy na mnie – Och**łeś!? Rzeka Cię porwie i popłyniesz do Chin! – nie wchodź. Sam nie wiem, czy zależy mu po prostu na zarobku i mnie straszy. Postanawiam spróbować i przekonać się sam. Na spokojnie i bez spiny. Widzę, że chłopaki są już nieźle zdezorientowani i raczej wątpią w powodzenie. – Wczoraj jeden Czech się wywalił i rzeka porwała go aż tam! Wracaj! – Mówię, że nie będę się wygłupiał i robię kilka ostrożnych kroków. Woda jest tak lodowata a nurt tak rwący, że nie ma to sensu. Przeszedłbym, gdybym się uparł, ale wiem, że co najmniej jeden z nas wylądowałby w wodzie. Jesteśmy grupą. Idziemy razem.

Dogaduję się z Kirgizem, żeby nas przewieźli – płacimy po 300 somów (ok. 15 PLN) od osoby, więc kwota jest niska, ale tak bardzo chcieliśmy przejść rzekę pieszo. Już na samym początku musimy korzystać z pomocy. Kirgiz macha na dzieciaki, te lecą biegiem do baraku, wsiadają na konie i przyjeżdżają do nas. Po chwili wrzucam plecak i gramolę się niezdarnie na konia, łapię się i kurczowo trzymam 12-latka, którzy przejeżdża na koniu przez rwącą rzekę. Widok Kirgizów na koniach na tle gór, przejeżdżających przez rwący potok to niesamowity obraz. Jest w tym ludziach jakieś piękno. Nieoczywiste, trochę pierwotne i dzikie. Ludzie, którzy żyją tak blisko natury, w siodle od dziecka. Przyjaźń pomiędzy zwierzęciem i człowiekiem, współzależność, niemal jedność. Jest w tym coś mistycznego i zwyczajnie pięknego. Patrzymy jeszcze raz na zachwycającą młodego Kirgiza na koniu, piękne góry w tle i ruszamy przed siebie dalej, wzdłuż rzeki Inylczek.

Po kilku kilometrach docieramy do miejsca o nazwie „prijim” gdzie szlak schodzi do rzeki. Przed nami wyłania się niemal pionowy klif, który schodzi aż do rzeki. Przejścia nie ma. Droga ginie w ogromnym, szerokim rozlewisku. Trzeba forsować rzekę przejść po łatach kamieni wzdłuż klifu i wyjść kilkaset metrów dalej na łąkach, za klifem. Widać nawet niewyraźne ślady łazika znikające gdzieś w brudnych grafitowych odmętach wezbranych wód Inylczek. Tylko jedno się nie spina – jak auto wjechało do rzeki przy takim wysokim poziomie i tak silnym prądzie – Amfibia? Błądzimy pomiędzy łatami piachu i kamieni, przechodzimy rozlewiska. Lodowata woda i ostre krawędzie kamieni sprawiają, że krew krąży w stopach jak szalona i momentalnie przechodzi wszelkie uczucie zmęczenia nóg. Coś niesamowitego. Po przejściu trzech odnóg Inylczeku czuję jakby moje stopy właśnie wyszły ze SPA.

Radość nie trwa jednak długo. Kończy się, kiedy docieramy do większej odnogi rzeki. Woda jest głęboka i wartka. Nie ma szans przejść! Po głowie krąży mi głupia myśl – a może by tak spróbować – obok mnie jest jednak Jacek, który mówi – Stary, nie ma szans. Wracamy – niesamowity głos rozsądku, który sprowadza na ziemię. Tylko co robić dalej? Klif jest stromy, nie ma szans na niego wejść, zastanawiamy się czy nie wrócić się kilka kilometrów i nie spróbować podejścia i przejścia odcinka górą. Jeżeli nic nie znajdziemy, rozbijemy się w pobliżu. Zaczynam się martwić, bo wygląda na to, że sześć dni założone na trekking może się okazać za mało. Gorzej, że mamy już kupione bilety na helikopter, który odlatuje z Base Campu konkretnego dnia. Jeżeli nie zdążymy, będziemy w sporych tarapatach. Szlak okazuje się nas zaskakiwać od samego początku. Tak więc, plan jest zły, ale lepszego nie mamy. Decydujemy się zawrócić.

Kiedy wracamy. Przypominam sobie słowa Alexa, który mówił o jednym odcinku, gdzie trzeba przejść rzekę. – Wszystko zależy od Jeziora Merzbachera na lodowcu. Zbiera się w nim woda i co jakiś czas wylewa. Wtedy woda w rzece podnosi się i nie da się jej przejść. Trzeba skorzystać z okrężnej drogi górą – pokazywał coś na mapie, ale nie pamiętam, w którym miejscu. – Jeżeli jezioro wyleje, to będziecie wiedzieli – wtedy szukajcie drogi w górę. – Czyli tu gdzieś musi być objazd – ta myśl nie daje mi spokoju. Zatrzymuję się jeszcze raz wyciągam mapę i widzę miejsce, w którym od szlaku odchodzi maleńka ścieżka po klifie. Spoglądam na ścianę i widzę przed sobą kupkę kamieni oznaczającą szlak i maleńką, ledwie widoczną błotnistą ścieżkę, pnącą się stromo w górę, ginącą gdzieś tam pomiędzy krzakami i drzewami. Zaaferowani rzeką, wszyscy przeszliśmy dosłownie o kilka metrów szlak. Głowiliśmy się co zrobić, a rozwiązanie było na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko bacznie się rozglądać. Pokora, spokój i rozwaga – tego nam zabrakło.

Radość i ulga nie trwają za długo, bo znowu idzie deszcz. Sporą część pięknej słonecznej pogody zmarnowaliśmy na szukanie drogi. Zaczyna się wyścig z czasem. Wchodzimy wąską, stromą, gliniastą ścieżynką nad samym urwiskiem. Kiedy spadnie deszcz, glina zamieni się w jedną wielką ślizgawkę. Zjeżdżalnia nad przepaścią to ostatnia rzecz, którą byśmy chcieli. Droga jest wyczerpująca. Wysokość i zmęczenie zaczynają robić swoje. Część zespołu siada fizycznie i psychicznie. Zaczyna się motywowanie. Jeszcze kroczek, jeszcze kawałek, kilka kroków i odpoczynek, dziesięć oddechów i dalej. I tak w kółko. Do tego znowu deszcz. Mokro, zimno, ślisko, stromo i nie wiadomo ile tak jeszcze. W końcu docieramy na górę i droga zamienia się w serpentynę przecinającą na zmianę hale i gęste lasy. Przechodzimy strumienie, wodospady, chowamy się przed deszczem pod drzewami.

W końcu droga zaczyna schodzić powoli w dół. Za naszymi plecami wychodzi słońce, które zaczyna przyjemnie przypiekać nasze karki. Przed nami cały czas pada. W tych niesamowitych okolicznościach przyrody pojawia się tęcza. Akurat trafiamy na prześwit pomiędzy drzewami, przez który widać doskonale dolinę i bajeczny kolorowy łuk schodzący prosto do doliny. Widok tak niesamowity, że w pierwszej chwili zwyczajnie nie wierzymy. Sama dolina jest przepiękna, tęcza to wisienka na torcie. Jeden za najwspanialszych obrazów, jakie widziałem. Moment, który zapisuje się w pamięci – w głowie i sercu. To nagroda za nasz ogromny wysiłek, za determinację i nagroda pocieszenia za średnie warunki do trekkingu.

Zaczyna się zejście. Równie strome jak podejście. Taka sama, gliniana ścieżka z dużymi płaskimi kamieniami. Tyle, że w tą stronę jest mokra po deszczu i niewyobrażalnie śliska. Schodzimy w ślimaczym tempie, momentami zjeżdżamy trzymając się wszystkiego, czego się da. Zajmuje nam to o wiele więcej czasu niż podejście. W końcu lądujemy na dole w gęstym zagajniku, za którym rozciągają się nadbrzeżne łąki. Chłopaki są tak wykończeni podejściem i deszczem, że oświadczają, że dalej nie idą i to jest dobre miejsce na obóz. Faktycznie nie wygląda źle, są nawet ślady obozowiska. Godzina też jest już właściwa, aby szukać miejsca na rozbicie się. Proponuję, żeby przejść jeszcze kilometr do miejsca, gdzie dolina zakręca na wschód – tak, aby rano słońce szybciej dotarło do obozu – w ten sposób szybciej wyschną namioty. Tu będziemy pozostawać długo w cieniu zbocza. Nie da rady. Wszyscy chcą zostać. Ulegam.

Miejsce jest piękne. Rozbijamy obóz. Wszyscy jesteśmy zmęczeni i wyziębieni, ale szczęśliwi. Podekscytowani niedawno rozpoczętą przygodą. Niesamowite jak bardzo to ładuje baterie. Mimo fizycznego osłabienia, wręcz wykończenia, widać u wszystkich ten błysk w oczach, siłę, ekscytację. Zadowoleni wspominamy dzisiejszy dzień, zajadamy jedzenie z torebek, zagryzamy kabanosami i popijamy parzącą w usta herbatą. Robi się coraz zimniej. Siadamy naokoło grzejących kuchenek i rozgrzewamy ręce. Dochodzi do nas subtelny szum pobliskiej rzeki, trawy delikatnie falują na wietrze, patrzymy jak powoli zachodzi słońce. Natura powoli układa się do snu. Niebo z błękitnego zmienia kolor na różowy, potem purpurowy, granat aż przechodzi stopniowo w głęboką czerń. Kolejny dzień w sercu bajecznie pięknych gór Tien-Szan. Przygoda, którą tak długo planowaliśmy, której tak bardzo nie mogliśmy się doczekać. Oto jest! Tu i teraz! Wciągnęła nas z taką siła, pochłonęła bez reszty.

Nad rzeką Inylczek, gdzieś za Prijim