Widok na Tien Shan, przełęcz Talgar Almaty Kazachstan

Shymbulak. Czekając na bagaż w Ałmaty

Park Narodowy Ala Archa w Kirgistanie był dla mnie zawsze jakoś nie po drodze. Zniechęcało mnie, że jest tylko kilkanaście kilometrów od Biszkeku. Zdjęcia wyglądały super, ale park kojarzył mi się bardziej z miejscem weekendowych wypadów niż poważnymi górami. Gdzie to dla mnie. Mnie przecież interesuje poważny trekking. Dłuższe szlaki, mogą być wymagające. A nie tam podmiejskie parki. Z tego samego powodu nie interesował mnie Shymbulak koło Ałmat. Dopiero kiedy poszperałem, okazało się, że da się tam sympatycznie pochodzić. Do zdobycia jest Pik Ucziciel (Uchitel) 4542 m n.p.m., albo więcej. Nie wiadomo dokładnie, nie ma zgody co do wysokości góry. Poza tym można pooddychać górskim powietrzem i popatrzeć na kirgiskie niebo. Kiedy przypadkiem trafiłem na śmiesznie tanie bilety do Ałmat, sięgnąłem po kalendarz i zacząłem kombinować. Szybko policzyłem, że biorąc dzień urlopu, za kilkaset złotych mogę spędzić cztery całe dni w Kirgistanie. Nie myślałem długo.

Moskwa o zachodzie słońca, Rosja

W środę samolot prosto z pracy. Oczywiście opóźniony, więc ciśnienie idzie w górę z każdą kolejną minutą. Na chwile uspokaja mnie widok Moskwy widziany przy podchodzeniu do lądowania na lotnisku Szeremietiewo. Potem bieg przez terminal – maładoj cziełowiek, bystrjeje! – Pani krzycząca przy bramce i jestem w samolocie do Ałmat. Przyjemny lot i przez odsłonięte okno widzę jak słońce wstaje ponad łańcuchem Tien Szanu. Patrząc na Ałmaty, czuję, że jestem u siebie. To miasto z góry wygląda jak jakiś piękny ogród u podnóży gór. Kocham je od pierwszego wejrzenia. Beznadziejnie. Na miejscu okazuje się, że mój bagaż nie miał tyle szczęścia co ja i nie zdążył na lot. Kiedy pytam czy został w Moskwie i kiedy przyleci, pani w okienku wzrusza ramionami – nie wiadomo. To Moskwa. Widzę przed oczami widzę całą moją przygodę, która się nie wydarzy. Jak film puszczany od tyłu w przyspieszonym tempie. Widzę, że nic już nie zrobię. Wszystko, co miałem – namiot, ubrania, buty, jedzenie, kijki, nawet głupia szczoteczka do zębów – zostało gdzieś tam. A ja jestem tu. W kapciach, dresie i t-shircie. Trochę słabo jak na Ala Archa i zdobywanie Pik Uchitel.

Ulice Ałmat, Kazachcstan

Ulice Ałmat, czyli relikt ZSRR, Kazachstan

Następny lot z Moskwy będzie po południu, więc postanawiam, że wrócę później. Nie będę siedział bezczynnie z założonymi rękami. Jadę do miasta. Miałem już być w marszrutce do Biszkeku, ale przynajmniej połażę po Ałmatach. Taka bzdura nie zepsuje mi wyjazdu! Ałmaty są dziwne. To miasto to jakiś psychodeliczny sen z dzieciństwa. To PRL zamrożony niczym Walt Disney. Szerokie aleje. Masa zieleni. Nisko zawieszone kable, po których ciągną trolejbusy. Domki z ogródkami, za którymi wystają szare bloki. Jabłonie i mirabelki rosnące przy ulicy, zasłaniające brutalistyczne bryły budynków. Pan zamiatający ulicę wierzbową miotłą i metalową „szufelką”. I pustki na ulicach. Moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa. Tak właśnie pamiętam schyłek PRL-u, senne kwartały warszawskiego Marymontu. Kiedy idę poranną aleją Abay, ożywają we mnie wspomnienia spacerów z dziadkami po starych Bielanach. Parę lat temu te wspomnienia próbował wskrzesić Tiraspol. Ałmaty to komunizm zaklęty w miasto. To sowieckość absolutna. Budzi we mnie jakieś dziwaczne uczucie nostalgii.

Tor łyżwiarski Medeo, Almaty Kazachstan

Ałmaty to muzeum. Tak samo jak w muzeum można tu tylko być. Patrzeć. Nic tu nie ma. Nic się nie dzieje. W centrum nie ma sklepów, nie ma restauracji. Nie ma nawet gdzie wypić kawy, ani coś zjeść. Pomyślałem, że zjem śniadanie i wjadę sobie kolejką na Kok Tobe – punkt widokowy. Pod stacją kolejki okazuje się, że otwiera się dopiero za dwie godziny. No tak. Jest przed 8:00 rano. Dlatego tu tak pusto. Zresztą Kok Tobe z bliska nie wygląda zbyt obiecująco. Postanawiam jechać na Medeo – jeden z najwyżej położonych na świecie otwartych torów łyżwiarskich i na stację narciarską Shymbulak. Tylko nie wiem jeszcze jak się tam dostać. Pomógłby Internet, tyle, że nigdzie nie ma wifi. Znajduje maleńki sklep, w którym mogę nareszcie kupić coś do jedzenia – i picia, bo jest koszmarny upał. Pani mówi, żeby jechać autobusem numer 12 do końca. Kiedy wychodzę, akurat jedzie. Wsiadam więc i jadę.

W drodzez Shymbulak na przełęcz Talgar Almaty Kazachstan

Shymbulak Almaty Kazachstan

Autobus wspina się powoli pod górę. Zostawiamy za sobą miasto i wjeżdżamy w góry. Robi się coraz chłodniej, dookoła pojawia się coraz więcej sosen a niebo staje się coraz bardziej niebieskie. Po pół godzinie dookoła są już same wysokie góry i ośnieżone szczyty. Zajeżdżamy pod tor łyżwiarski Medeo. Betonowa bryła z socrealistycznymi rzeźbami pasuje do pięknych gór Tien Szanu jak pięść do oka. Jak wielki meteoryt który tu po prostu spadł z nieba. A mimo to, widok sprawia mi radość. Otula mnie zimne górskie powietrze. Chyba to mnie tak korciło. To uczucie niedotlenienia. Rozrzedzone powietrze w płucach na wysokości 1691 m n.p.m. Ten płytki oddech, powracające uczucie przytkania w uszach. To jakiś masochizm, ale tak to lubię. Medeo jest zamknięte dla zwiedzających, przez kraty patrzę jak na środku rozkłada się jakaś scena. Obok otwiera się knajpa z szaszłykami. Wszyscy szykują się na rozpoczęcie dnia. Czekam na busik, który za 500 tenge zawiezie mnie na górę, do stacji kolejki. Byle do 9:30.

Shymbulak droga na przełęcz Talgar Almaty Kazachstan

przełęcz Talgar Almaty Kazachstan

W końcu dojeżdżam do Shymbulak. Ogromny hotel, sklepy, restauracje, jest nawet kawiarnia Paul. Wszystko się szykuje do sezonu. Remonty, sprzątanie, odkurzanie. Z głośników leci muzyka. Klimat jak podczas remontu z kumplami. Widać, że jeszcze nie sezon. Znowu muszę czekać. Pierwsza kolejka odjeżdża o 10:15. kładę się więc na ławce i zamykam oczy. Zmęczenie ścina mnie momentalnie. Zasypiam i budzę się po jakiejś godzinie. Budzi mnie szczypiące czoło. Bardzo mądrze. Zasnąłem na słońcu na wysokości 2 200 m n.p.m. Wsiadam do kolejki i jadę do góry. Patrzę jak zza gór wyłaniają się Ałmaty, a za nimi nieskończony kazachski step. Dojeżdżam do kolejnej bazy – i kolejnej knajpy. Przesiadka do następnej kolejki, na którą znowu muszę czekać. W drodze na górę walczę ze zmęczeniem. Piękne góry rozmazują mi się przed oczami. Po 15 minutach wysiadam w końcu, na przełęczy Talgar na wysokości 3200 m n.p.m. Shybmbulak jest daleko w dole.

Jurta na przełęczy Talgar Almaty Kazachstan

Widok na Tien Shan, przełęcz Talgar Almaty Kazachstan

Słońce grzeje, zimne mroźne powietrze otula mnie ze wszystkich stron. Widok na Tien Szan jest powalający. Ostre, strome skały. Szczyty pokryte śniegiem i lodem, dosłownie zahaczające o błękitne niebo, po którym suną kłębiaste chmury. Czuję dosłownie jakbym zahaczał głową o niebo. Serce bije coraz szybciej. Nie wiem czy to wysokość, czy podniecenie. Jeszcze wczoraj po południu siedziałem przy excelu, dziś rano patrzę na Tien Szan. Widok, który wynagradza wszystko. Dookoła mokry śnieg a ja mam na sobie cieniutkie buty, prawie kapcie. – a do cholery z tym – mówię sobie i ruszam po przełęczy. Widzę w oddali ścieżkę pnącą się do góry na pobliski szczyt. – nie no stary, chyba o tym nie myślisz – mówię do siebie, patrząc na swoje buty. Tak właśnie jest. Chwilę wyczuwam oddech i sprawdzam jak się czuję na tej wysokości. Zaskakująco dobrze, więc dlaczego by nie. – najwyżej zawrócę – mówię do siebie. Zupełnie nie wiem dlaczego zaczynam ze sobą gadać. A może wcale nie mówię? Może na tej wysokości myśli zaczynają po prostu przemawiać moim głosem. A może Shymbulak miesza mi w głowie?

Pik Shymbulak i widok na Tien Szan przełęcz Talgar Almaty Kazachstan

Szczyty Tien Shan przełęcz Talgar Almaty Kazachstan

Wspinam się wąską ścieżką pomiędzy kamieniami. Za mną widoki robią się coraz wspanialsze. Odwracam się co i raz. Zatrzymuje co jakiś czas, żeby złapać dech. Żeby poczuć wyrównywanie się ciśnienia w uszach i nosie. Żeby serce nieco zwolniło. Kocham wysokość. Mięśnie płonące ogniem piekielnym. Ostre słońce i zimne, rzadkie powietrze. Po pół godzinie siedzę sobie na kamieniach Shymbulak Pik, na wysokości 3450 m n.p.m. i patrzę na ścianę gór. Na chmury przysłaniające genialne niebo. Zachwycam się tym pierwotnym cudem stworzenia. Jak ja kocham góry. Przyrodę. Wszystko, co pierwotne i naturalne. Stoję tak sobie w kapciach i dresie i kajam się przed tą niesłychaną potęgą natury, która zachwyca i trochę przeraża. Ten widok, który chce się pochwycić, złapać, jakoś zatrzymać. Który jest tak ulotny, tak nieosiągalny, tak niepojęty. To co widzę to tylko jakieś złudzenie, które można złapać na zdjęciu. To co czuję widząc to wszystko, Shymbulak,  Talgar, to jakiś totalny kosmos.

Resort Shymbulak Almaty Kazachstan

Ze zdziwieniem, zdaje sobie sprawę, że nie czuję zmęczenia. Nie mam też problemów z wysokością. Kręcę się jeszcze dopóki nie nadciągają brzydkie chmury. Siedzenie tu, kiedy nic nie widać, nie jest już przyjemne. Ducha gór zastępują wilgotna, koszmarnie zimna mgła, w której ledwo udaje się znaleźć drogę w dół. Z knajpy przy stacji kolejki rozkręca się impreza. Chyba zaczynają się zjeżdżać zwiedzający. Czuje zmęczenie. Zalegam na pufie i zasypiam. Budzi mnie gwar. Jestem pośrodku tłumu turystów. Ludzie gadają, robią zdjęcia. Okazuje się, że przespałem kilka godzin! Robi się zimnawo i chyba czas już wracać na dół. Zjeżdżam więc kolejnymi wagonikami mijając nowych turystów wjeżdżających na górę. Przedzieram się przez miasto na lotnisko.

Hostel DA, Ałmaty, Kazchstan

Oczywiście mojego bagażu nie ma i nie wiadomo czy przyjedzie. Wypełniam jakieś kolejne kwity. Pani obiecuje, że zadzwoni do Moskwy… Mówię, że muszę jechać do Biszkeku, więc pani proponuje, że wyślą tam mój bagaż. Kiedy w końcu się znajdzie. Nastawiam się więc psychicznie na to, że żadnych gór już nie będzie. Żadnego Ala Archa, żadnego Pik Uchitel. Pozwiedzam sobie Ałmaty. Pokręcę się po tej komunie, w jednym t-shircie i jednych spodniach. Nie liczę już nawet na to, że odnajdzie się mój nowy plecak, który kupiłem sobie na wyprawę na Grenlandię i chciałem tu przetestować. Znajduję więc Hostel DA, żeby w nim spędzić nieplanowany postój w Ałmatach. Podoba mi się ironiczna nazwa „DA” znaczy po rosyjsku tak. Kiedy akurat wszystko jest na „nie”. Śmiertelnie zmęczony, nawet bez żadnej kolacji zasypiam. Może jutro coś się zmieni.

Aeroflot lubi zgubić bagaż, mój na szczęście się znalazł

Budzę się o 5:00. Sam nie wiem dlaczego. Jakieś przeczucie? Odruchowo patrzę na telefon. Dosłownie w tym momencie przychodzi mail z lotniska: „HELLO, YOUR BAGGAGE IS LOCATED IS AT THE AIRPORT ALMATY, WE WILL SHIP YOUR BAGGAGE BY FLIGHT KC109 ALA-FRU 21.06.19 „. – Jest!!! – niemal krzyczę, budząc wszystkich dookoła. Zrywam się jak poparzony i pędzę na lotnisko. Postanawiam, że nie zostawię bagażu w obcych rękach ani chwili dłużej. Rzucam się na mój plecak jak na odzyskaną miłość. Udało się! Szybka kalkulacja. Jestem 24 godziny do tyłu, ale plan dotarcia do Ala Archa i zdobycia Pik Uchitel jest nadal wykonalny. Mimo wszystko miło było wejść na Shymbulak. Przez Yandex Taxi łapię taksówkę na dworzec Sayran. Tam idealnie trafiam na marszrutkę do Biszkeku. Jeszcze tylko cztery godziny jazdy przez step i jest! Przejście graniczne, czerwona flaga ze słońcem. Jeszcze kawałeczek i jestem w Biszkeku. Znajome głośne zapchane ulice. Tu już nie ma sowieckiego czaru Ałmat. Tu jest azjatycki bałagan, bylejakość, szare, spalone słońcem zadupie. Ale tak bardzo kocham to zadupie. W Biszkeku czuje się jak w domu!

Ałmaty, Kazachstan