widok z paso mariposa. Sierra valdivieso circuit

Ziemia Ognista. Lekcja życia

Trekking po Patagonii. Sierra Valdivieso Circuit – dzień 2.

Noc pod namiotem przy ujemnej temperaturze to dla mnie szybka lekcja. Siebie i swoich możliwości. I fizyki. Nie wiem kiedy zasnąłem. Budzę się w środku nocy z zimna. Mam letni śpiwór. Na tropiku jest już lód. Mam na sobie pełne ubranie. Zmiana się nie nadaje, bo bluza jest wilgotna. Kurtka też. Wyciągam z plecaka folię termiczną i przykrywam się nią. Robi się cieplej, więc zasypiam. Po jakimś czasie znowu się budzę. Jest znowu jakby zimno. I mokro. Różnica temperatur, folia termiczna, kondensacja pary z mojego ciała na folii. Mokry śpiwór. Pada sakramentalne słowo na k…!, myślę, myślę i wymyślam. Ubranie, śpiwór, na to ręcznik z mikrofibry, potem folia, druga – suchą stroną. Udaje mi się zasnąć.

przepiękna dolina rzeki Beban, Sierra Valdivieso

Andy Patagońskie, Ziemia Ognista, Argentyna

Rano budzi mnie przenikliwe zimno. Skostniałe kończyny, zimny nos, para z ust. Rozgrzewam ręce chuchając w nie. Udaje mi się rozpalić ognisko. Nie jest łatwo, wszystko jest wilgotne po nocnym deszczu. Ogień – to pierwszy cel dzisiaj. Dopiero kiedy rozgrzewam się gorącą herbatą, rozglądam się. Wtedy dociera do mnie poranne piękno, które mnie otacza. Dość pochmurny poranek. gdzieniegdzie tylko widać kawałek błękitnego nieba. Szybko sunące chmury. Blade, jesienno rude trawy dominują nad łatami soczyście zielonego mchu. Kępki ciemnozielonych krzaków. Wszystko zdominowane przez surowo szare i grafitowe góry, coraz odważniej oprószone śniegiem. Jest pięknie. Jesiennie, surowo, chłodno i wilgotno ale pięknie.

na końcu doliny rzeki Beban widać przełęcz Paso Beban - pierwszą na szlaku Sierra Valdivieso

Mam szczęście. Wszystko zdążyło wyschnąć na wietrze kiedy siedziałem na pniaku przy ognisku popijając pachnącą dymem turecką kawą. Ledwie zdążyłem złożyć obóz i zaczyna padać grad. Szczelnie i ciepło ubrany ruszam w drogę, dalej w głąb doliny. Jest 9:00 rano. Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. W ciągu kilkunastu minut, grad zamienia się w mżawkę, następnie w słońce, potem znowu deszcz i znów słońce. W końcu staje na pochmurnym poranku. Znowu robię slalom po podmokłych łąkach i wrzosowiskach. Omijam czyhające na mnie kałuże, chodzę po sztywnych krzakach. Po kilkudziesięciu minutach marszu wzdłuż wijącej się rzeki, docieram do końca doliny. Staję przed ścianą.

podejście na przełęcz Paso Beban - łatwiejsze niż się spodziewałem, Sierra Valdivieso, Ushuaia, Argentyna

niższa z przełęczy Paso Beban Este - tu spadł już śnieg. Widoki zapierają dech w piersiach

W zasadzie to nie ściana a ogromne strome rumowisko. Dostrzegam kupkę kamieni – to dobry znak – jestem więc na szlaku. Rozpoczynam wspinaczkę na Paso Beban Este – jedną z dwóch przełęczy oddzielającą dolinę rzeki Beban od doliny rzeki Torito. Po pół godzinie wspinaczki i manewrowania pomiędzy luźnymi kamieniami rumowiska, docieram na przełęcz. Tutaj – na wysokości 830 m n.p.m – jest o wiele zimniej. Cała okolica pokryta jest cienką warstwą delikatnego białego puchu. Spod niego przebijają ostre niczym brzytwa skały. Nade mną zwisają ciężkie, sine chmury. Dumny z siebie, w centralnym punkcie przełęczy zatrzymuje się i zrzucam plecak. Naokoło mnie rozciąga się widok zapierający dech w piersiach. Z tyłu, droga, którą pokonałem – szeroka dolina z wijącą się wzdłuż rzeką Beban.

kupka kamieni gdzieś pomiędzy przełęczami Paso Beban - przynajmniej wiem, że nie zabłądziłem, Sierra Valdivieso, Argentyna

Na południe mam doskonały widok na dziką dolinę Laguna Paso Beban z jeziorem rozlewającym się praktycznie na całej jej szerokości. Nad nim dumnie górują szczyty Sierra Valdivieso. Naokoło mnie ostre szczyty Andów. Mam wrażenie, że jestem w wysokich górach. To pewnie przez surowy, strzelisty wygląd gór. Tymczasem, wysokość szczytów nie przekracza 1200 m n.p.m. Rozglądając się naokoło, wracam wspomnieniami na lekcje ukochanej geografii. Kocioł lodowcowy, morena boczna, morena denna, kar lodowcowy. Te kilkanaście lat temu, wszystko to były dla mnie magiczne, abstrakcyjne nazwy. Teraz mam lekcję geografii na żywo. Pokazuję je sobie palcem, powtarzam. Cieszę się jak dziecko, które właśnie odkryło, że zawartość książek w podstawówce, to nie tylko zbiór liter, wykresów i obrazków, ale życie..

wyższa z przełęczy Paso Beban, Sierra Valdivieso

Z jednej przełęczy, uważając na śliskie, oblodzone kamienie i luźne kamienie, w pół godziny przechodzę płynnie na drugą – Paso Beban Oeste. Znajduje się ona jakieś 20 metrów wyżej niż poprzednia. To granica krainy śniegu. Zaraz za nią schodzę w dół, wzdłuż wijącego się strumienia. Najpierw wśród skał, pokonuje wodospady i coraz częstsze błotne kałuże. Nagle z ośnieżonej kamiennej pustyni, znajduje się w zielonej, słonecznej dolinie. Zostawiłem za sobą chmury, deszcz, grad i chłód. Tu rządzi słońce. mogę wysuszyć wilgotne ubrania i przede wszystkim zdjąć kurtkę, rękawiczki i czapkę.

Po zejściu z przełęczy Paso Beban, wchodze do doliny rzeki Rio Torito. Trekking po Ziemi Ognistej

dolina Rio Torito. Sierra Valdivieso Circuit, Argentyna, Andy patagoniskie

Dolina Rio Torito, to prawdziwy raj. Po jesiennej, magicznej, jednak dość ponurej dolinie Rio Beban oraz ascetycznych, kamiennych zimnych przełęczach, Rio Torito tętni życiem. Błękitne niebo i delikatnie smagające twarz słońce wychylające się co i raz zza lekkich chmur, wypełniają całą dolinę energią. Zapominam zupełnie o tym co zostało za górami. Idę pośród niekończącej się zieleni. Naprzód, dolina pełną kolorów. Pojawiają się oczywiście przeszkody. Oprócz standardowych podmokłych pól i wrzosowisk, trafiam na coraz częstsze ślady działalności bobrów.

dolina Rio Torito, Ziemia Ognista

sierra valdivieso circuit, dolina rio torito, argentyna

Zapory, stawy, zalane łąki i lasy. Mnóstwo martwych drzew porozrzucanych w poprzek całej doliny. Ich przejście zajmuje sporo czasu. jak niewinnie i pięknie by nie wyglądały, stanowią nie lada przeszkodę. Praktycznie nie da się ich obejść, bo tam gdzie kończy się jedno, natychmiast zaczyna się drugie. I tak w nieskończoność. Najprościej więc je przeskoczyć. Łatwo powiedzieć. Średnica pni dochodzi do niemal półtora metra. Ciężko mi je pokonać przy niemal dwóch metrach wzrostu. Wolę nie myśleć co miałyby tu osoby „normalnego” wzrostu. Tor przeszkód spycha mnie na zbocze doliny. Powoli wspinam się, przedzierając gęstym bukowym lasem. Momentami muszę wracać, zmieniać kierunek, wspinać się, to znowu schodzić w dół.

martwe lasy w dolinach andw patagońskich, ziemia ognista

wyschniete, spalone lasy, ziemia ognista, andy, patagonia

Tutaj kontynuuje moją przyspieszoną szkołę orientacji. Mój umysł coraz bardziej otwiera się. Zmysły są coraz bardziej wyostrzone na każdy, najmniejszy znak wskazujący, że gdzieś może być szlak. Wydeptana trawa, ślad buta w błocie, pęknięta gałązka. Zwracam uwagę na szczegóły, których normalnie bym nie zauważył. Podoba mi się taki otwarty szlak. Jest zdecydowanie trudniejszy, ale wymaga skupienia i nas rozwija. Idąc jak po sznurku – od znaku do znaku – trochę głupiejemy. Wcale się nie otwieramy, nie szukamy, nie jesteśmy czujni. Po prostu drepczemy ścieżką. Tutaj nie ma ścieżki. To ja ją sobie wyznaczam. Mam mapę, kompas, opis. Wiem, ze mam iść na zachód. I tyle. Jak, którędy? Muszę kombinować. I to jest w tym najwspanialsze.

w oddali widać już jezioro Fagnano, Dolina rzeki Rio Torito, Ziemia Ognista

W końcu docieram do rwącego strumienia spływającego z wodospadu Salto del Azul kilkaset metrów nade mną. Przekraczam go serią skoków po kamieniach pośród spienionej wody. Tutaj każdy fałszywy krok to kąpiel w lodowatej wodzie oraz w najlepszym przypadku mocno potłuczone kończyny. Wokół strumienia rozciąga się martwy las lenga, przez który niedawno musiał przetoczyć się pożar. Tysiące gołych, szaroczarnych kikutów sterczących z ziemi. Nie znajduję niczego co by chociaż przypominało ścieżkę, muszę więc przedzierać się przez ten las. Każdy kontakt z drzewem kończy się brudnymi smugami sadzy na moim ubraniu. Na szczęście jestem ubrany na czarno.

 

sierra valdivieso circuit, argentyna, ziemia ognista

droga odbija w górę, wspinam sie i powoli opuszczam doline rio torito aby udać się na przełęcz Valdivieso

Kiedy docieram do miejsca, w którym rzeka razem z całą doliną zakręcają na północ w kierunku ogromnego jeziora Lago Fagnano i widać już jego sine wody, mapa każe mi rozpocząć wspinaczkę. Kieruję się więc na południe niezwykle stromym zboczem. Droga jest niezwykle męcząca. Do końca nawet nie wiem czy podchodzę w dobrym miejscu. Dopiero kiedy trafiam na kupkę kamieni, wiem, że jest dobrze. Po drodze mam kilka tarasów, z których mogę podziwiać panoramę doliny oraz błyszczące w oddali Lago Fagnano. Tutaj zaczynam czuć ogromne przestrzenie Ziemi Ognistej. Na tak niewielkiej w sumie wysokości (jestem na jakichś 500 metrach n.p.m.) czuje się blisko nieba. To uczucie kiedy wyciągasz rękę i wydaje ci się, że chwytasz rozciągający się ponad tobą błękit.

arroyo azul i laguna azul, w połowie drogi na przełęcz valdivieso, ziemia ognista, argentyna

Wchodzę coraz wyżej i trafiam na kolejne ślady bobrów. Dotarły nawet tutaj. Ich tamy doprowadziły do powstania niezliczonej ilości rozlewisk. Niektóre muszę forsować idąc centralnie po zbudowanych z patyków i błota zaporach. Kolejny raz doceniam kijki, które kupiłem specjalnie na ten wyjazd. Nie sądziłem, że tak ułatwiają życie. Teraz wiem, że mogą je uratować. Na pewno uratowały mnie nie raz przed kąpielą w zimnej wodzie. Dalej podążam w górę strumienia Arroyo Azul – tego samego, który przecinałem na dole. Zostawiam za sobą szumiący wodospad i brnę w głąb łańcucha górskiego. W końcu docieram do błękitnego Laguna Azul.

Laguna Azul i szczyty Andów Ziemi Ognistej. Wprost trudno uwierzyć, że góry mają tu po max 1000 metrów wysokości. Argentyna

podejście pod paso valdivieso, ziemia ognista, argentyna

Absolutnie przepiękne jezioro wciśnięte jest pomiędzy gołe, surowe skały Andów Ziemi Ognistej. Ascetyzm tego miejsca, jego surowość i księżycowy klimat kontrastują z samym jeziorem – bosko błękitnym i otaczającymi je łąkami. Szybko okazuje się, że to nie trawa a zielone porosty. Miękkie i oczywiście nasiąknięte wodą. Każdy fałszywy krok oznaczał ugrzęźnięcie po kostki w tej przedziwnej materii, szczelnie otulającej nogę niczym nasączona gąbka. Mokro i zimno. Okrążam Laguna Azul i kieruję się na zachód, na przełęcz Paso Mariposa.

widok na laguna azul z podejścia pod paso mariposa, sierra valdivieso circuit, argentyna

To najwyższy punkt na trasie – prawie 1 000 m n.p.m. Przecina szczyty pasma Sierra Valdivieso. Patrzę w górę i w zasadzie to nie wiem, która to przełęcz. Widzę trze obok siebie. Wybieram więc tą w środku – na oko – o średnim poziomie trudności. Dlaczego ta? Patrząc w górę zobaczyłem tam jakąś postać. Wyglądało to na jakieś zwierzę – miało sylwetkę lamy – krępy tułów i długą szyję – ale nie wiem nawet czy tu żyją lamy, czy to może była jakaś kozica. Na pewno nie człowiek, bo go później nie spotkałem, ani nawet nie widziałem. Znowu droga pod górę ogromnym rumowiskiem skał. Tutaj wszystko jest luźne, rusza się i ucieka spod nóg. Jest tak stromo, że momentami zaczynam się zsuwać razem z mini lawinami kamieni. Muszę iść zygzakiem.

widok z Paso Mariposa jest obłędny. Sierra valdivieso circuit, ziemia ognista

W końcu po godzinie podchodzenia, docieram na przełęcz. Wita mnie silny wiatr, który nie pozwala mi ustać. Muszę się chować wśród ostrych sterczących skał, trudno nawet zrobić jakiekolwiek zdjęcie. W końcu udaje mi się znaleźć niszę wśród skał, która osłania mnie od porywistego wiatru. Mogę spokojnie coś zjeść. No, może nie spokojnie, ale jestem już tak zmęczony i głodny, że czas najwyższy. Zagryzam więc suszone banany, które przywiozłem ze sobą z RPA. Taka mała rzecz, wydają mi się w tym momencie czymś najpyszniejszym na świecie. Ich słodycz i intensywny bananowy smak. Czuję dosłownie jak mój organizm rzuca się na nie. Jak zaczynają mi pracować soki. Czuję ich smak tak intensywnie, jakby w jednym kęsie były wszystkie banany świata.

laguna mariposa i szczyty sierra valdivieso, coś wspaniałego, ziemia ognista, argentyna

widok z paso mariposa - przepiekny - dotarłem do połowy sierra valdivieso circuit, ziemia ognista

Jedząc mam okazję podziwiać absolutnie wyjątkowe, przepiękne, dziewicze krajobrazy Andów Ziemi Ognistej. Ostre szczyty nieśmiało oprószone śniegiem a w dole, jakieś 300 metrów pode mną, po obu stronach jeziora polodowcowe o pięknym błękitnym kolorze. Z jednej strony Laguna Azul otoczone jasnozielonymi polami mchów. Z drugiej – Laguna Mariposa oraz Laguna Capullo otoczone łąkami i ciemnozielonymi kępami lasów bukowych. Widoki z tego miejsca zaliczam do bezapelacyjnie najlepszych jakich miałem okazję doświadczyć. Mimo szalejącego wiatru i chłodu, spędzam na Paso Mariposa jakąś godzinę. Czas mija oczywiście w okamgnieniu. Czas schodzić na dół, do kolejnej doliny, nad Laguna Capullo. Tutaj planuję dzisiaj obozować.

mordercze zejście z paso mariposa, sierra valdivieso circuit

Łatwo powiedzieć. O ile wejście na przełęcz od strony Laguna Azul jest ciężkie, o tyle zejście w drugą stronę to czyste samobójstwo. Chyba jednak wybrałem złą przełęcz, bo zwyczajnie zastanawiam się czy jestem na tyle szalony, żeby tu schodzić. Droga w dół prowadzi po stromym rumowisku usypanym z płaskich, ostrych jak brzytwa skał. Czuję się jakbym chodził po wielkiej górze z potłuczonych kafelków. „Chodzić” to w tym przypadku ostre nadużycie semantyczne. Ja zjeżdżam, prawie na tyłku. Wykonuję serię mniej lub bardziej kontrolowanych poślizgów, uważając aby nie pokaleczyć sobie rąk, ani nie zniszczyć ubrania.

strome zejście z paso mariposa, laguna mariposa, ziemia ognista, argentyna

stamtąd przyszedłem, sierra valdivieso circuit

W przewodniku przeczytałem, że dla osób idących w drugą stronę, zdecydowanie rekomendowana jest alternatywna droga, 600 metrów dalej na południe. Zastanawiałem się dlaczego. Teraz już wiem. Tu się zwyczajnie nie da podejść pod górę. Schodzenie jest o krok od samobójstwa. Podchodzenie to już czyste szaleństwo, z góry skazane na niepowodzenie. W końcu, po pół godzinie i paru mniej lub bardziej spektakularnych wywrotkach, udaje mi się dotrzeć do w miarę normalnego podłoża. Tak mi się wydawało, bo stromizna w każdej postaci jest trudna do pokonania. Teraz musiałem szukać drogi pomiędzy tarasami, krzakami, uskokami i urwiskami. Standardowo musiałem wystrzegać się wody, grząskich wrzosowisk i ostrych krzaków. Ta trasa to jeden niekończący się tor przeszkód. Ale nagroda jest najlepsza. Widoki, których nie zapomnę do końca życia.

przepiękne górskie jeziora i laguny, sierra valdivieso circuit, ushuaia, ziemia ognista

laguna azul, ziemia ognista

Kiedy docieram nad jezioro, szlak robi się bardziej przyjazny. Tutaj da się już iść po w miarę normalnym podłożu. Odnajduję strumień, wzdłuż którego mam iść do jeziora. Jego kilkukrotne przekraczanie to powtórka ze sztuki utrzymywania równowagi i skakania po kamieniach. Śliskich kamieniach. Nie zawsze się niestety udaje. No ale przyzwyczaiłem się już to mokrych stóp i uczucia chłodu. Dobre jest to, że dopóki buty są na nogach, prawie nie czuć, że wszystko w środku jest mokre. Patrzę jeszcze raz skąd przyszedłem. Przełęcz wydaje się tak odległa jakby należała już do innego świata. Gdyby ktoś mi teraz kazał podejść pod nią z powrotem, chyba bym się wolał pokroić. Zmęczyło mnie podchodzenie. Ale schodzenie mnie do reszty wykończyło. Chcę się już zatrzymać, rozbić obóz, usiąść przy ogniu. Padam z nóg.

mój namiot gdzieś nad jeziorem laguna mariposa a moze laguna capullo

Niespodziewanie przed oczami wyrasta mi trawiasty taras nad jeziorem. Szeroka półka z jednej strony odgrodzona gęstym lasem bukowym, z drugiej zasypana głazami narzutowymi. To idealne miejsce na obóz. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo większość terenu była podmokła. Udaje mi się znaleźć w miarę suchą trawę, rozbijam namiot i rozpalam ogień. Pogoda jest idealna. Nie ma nawet mowy o żadnym deszczu. Słońce powoli delikatnie się zniża, żeby schować się za górami. Jest jasno, ciepło cicho. To najważniejsza część dnia. Przy ognisku mogę wysuszyć buty. Przy okazji mogę chodzić boso po zimnej, wilgotnej ziemi. Jest coś w chodzeniu boso. Czuję wtedy jakąś więź z naturą. Jakby ten przenikliwy chłód bijący od ziemi przy każdym kroku był porcją życiodajnej energii wysyłanej mi przez naturę.

ognisko i gorąca herbata pachnąca dymem, sierra valdivieso circuit

Ogień to nadzieja, to piękno, spokój, wyciszenie, koncentracja. Patrząc na delikatny płomień, czując jak otula mnie jego ciepło, wąchając delikatny, trochę egzotyczny dym bukowy, myślę o tym co dziś przeżyłem. Co widziałem, słyszałem, czułem, smakowałem. Układam sobie wrażenia i wspomnienia w głowie. Porządkuje mój świat. Układam starannie tak aby niczego nie przeoczyć, aby nic się nie zgubiło. Aby od tej pory, w każdym momencie było łatwe do odnalezienia. Abym, kiedykolwiek, gdziekolwiek będę, mógł wrócić do tego czasu, tego miejsca, tych gór.

wieczorny widok na jezioro i góry, sierra valdivieso

Naokoło mnie cisza. Od czasu do czasu słychać tylko delikatny, stłumiony podmuch wiatru. Jestem sam. Drugi dzień na szlaku, nie spotkałem ani żywej duszy. Czuję jakbym był tylko ja i natura. Ludzi zastąpiły dziesiątki gatunków ptaków, które spotykałem na szlaku. Zamiast miast: budynków i ulic, mam tamy zbudowane pieczołowicie przez bobry, ich rozlewiska. To ich królestwo, które ciągnie się przez wszystkie doliny. Siedzę tak sobie na skarpie nad jeziorem z menażką gorącej herbaty i aromatyczną, zadymioną grzanką. Obok mnie pojemniczek dulce de leche, w którym co i raz maczam kawałki opalanej na ogniu, chrupiącej bułki.

zachód słońca w górach ziemi ognistej, koniec swiata i ja. Sierra valdivieso, Argentyna

Patrzę na zachód słońca i nie wierze, że tu jestem. Jeszcze 4 dni temu byłem w pracy. Dzisiaj jestem tak daleko od całego cywilizowanego świata. Najdalej. Nie mam telefonu. Nie mam wifi. Nie mam komputera. Nie mam codziennych, bezsensownych problemów. Nie przejmuje się bzdurami. Nie stresuję. Oddycham głęboko świeżym górskim powietrzem Jestem wolny. Jestem szczęśliwy. Żyję. Przeżywam.

 

Laguna Mariposa, Ziemia Ognista, Argentyna