turbal w valle carbajal, sierra valdivieso circuit

Valle Carbajal. Zrobiłem to

Trekking po Patagonii. Sierra Valdivieso Circuit – dzień 3.

Nauka poprzedniej nocy nie poszła w las. Byłem przygotowany na zimno. Dwie bluzy, dwie pary spodni, ręcznik, folia, kurtka. Mimo to, było zimno. W zasadzie to nawet dobrze, bo wstałem bardzo wcześnie – kiedy tylko zaczęło świtać. Znowu leniwy, chłodny poranek. Rozpalanie ognia zdrętwiałymi z zimna palcami. Wilgotny chrust, delikatne dmuchanie, dodawanie pojedynczych patyczków. Powolne, hodowanie ognia i radość kiedy płomień robi się coraz większy i nareszcie robi się ciepło. Potem gorąca kawa i bułka z dulce de leche – tym razem wymieszanym z serkiem kremowym. Argentyńskie śniadanie mistrzów. Obozowe pięć gwiazdek. Od razu robi się ciepło.

mój drugi nocleg nad laguna mariposa, sierra valdivieso

dolina pięciu jezior, w oddali Lago Fagnano, Ziemia ognista, argentyna
Po śniadaniu zwijam obóz i ruszam dalej na szlak. Idę kawałek wzdłuż jeziora po podmokłych łąkach. Po kilku minutach buty są już mokre. Na nic suszenie przy ognisku, obserwowanie jak buty delikatnie parują, jak ucieka z nich woda zgromadzona przez cały dzień. No trudno. Nikt nie mówił, ze będzie łatwo. Wręcz przeciwnie. Docieram do szlaku znad jeziora Lago Fagnano, z Bahia de los Renos. Nareszcie twarde podłoże. Tylko, że teraz robi się stromo. Droga pnie się w górę, prawie 200 metrów. Jest ciężko. Standardowo nie ma jednej drogi. Rozglądam się, patrzę, szukam, tropię. Znowu każdy, najmniejszy ślad jest wskazówką. Czasami odpuszczam i po prostu idę na czuja przed siebie. Wspinam się prawie na czworakach. Łapię się wijących krzaków, chodzę wręcz po nich. Kieruję się intuicją. To okazuje się dobry pomysł, bo po jakimś czasie trafiam na ślady. A więc ktoś myślał tak jak ja.

podejście na paso valdivieso jest bardzo strome, pełne luźnych kamieni

podejście na przełęcz Valdivieso, Ziemia Ognista, moj najlepszy trekking w życiu

W końcu docieram na skalną półkę oddzielającą dolinę jezior Laguna Mariposa i Laguna Capullo od drugiej doliny, ciągnącej się na południe. Stąd rozpościera się przepiękny widok na okolicę. Na północy, skąd przyszedłem widzę cztery jeziora, w tym Laguna Mariposa niemal 200 metrów bezpośrednio pode mną oraz ogromne Lago Fagnano otoczone ścianą strzelistych szczytów. Na północy, kolejna dolina – poryty skałami pasaż pomiędzy strzelistymi szczytami i lodowcami. To tutaj przebiega granica parku narodowego Tierra del Fuego. Szczyty przede mną znajdują się już na terenie parku. Widok jest niesamowity. Wprost zapiera dech w piersiach. Siadam na skałach i spędzam tu nieco czasu. W takich momentach czas płynie jakoś inaczej. Zresztą nawet nie wiem jak – nie mam zegarka i zupełnie mi to nie przeszkadza. Otrzeźwienie przychodzi kiedy chce zejść w dół do kolejnej doliny.

paso valdivieso - to tu - niepozorna przełęcz, przede mną park narodowy Teirra del Fuego

surowe skały i lodowce sierra valdivieso circuit, Ziemia ognista, argentyna

Droga przypomina tę wczorajszą. Tyle, że wydaje się jeszcze bardziej stroma. Znowu dosłownie zjeżdżam po rumowisku cienki, ostrych jak brzytwa kamiennych płytek. Ziemia dosłownie ucieka mi spod nóg. Udaje się zjechać bez szwanku. Na dole jest już lepiej. Zaskakuje mnie tylko, że tu wszędzie jest mokro. Wszędzie błoto. Zachowanie suchych nóg jest zwyczajnie niemożliwe. A wydawałoby się że wysoko w górach powinno być łatwiej. Mijam kolejne oczka wodne, wrzosowiska, rumowiska. W końcu docieram do przełęczy Paso Valdivieso. Jej wysokość to zaledwie 700 m n.p.m. Generalnie tu nie jest wysoko, ale góry robią niesamowite wrażenie. Czuje się jak na co najmniej 3000 m n.p.m. sama przełęcz bardziej przypomina przesmyk pomiędzy skałami. Zaraz nad nią góruje lodowiec, który wyrzeźbił całą dolinę. W zasadzie pozostały jego resztki. Wysoko w kotle lodowcowym leży końcówka firnu, spod którego wypływają strumienie lodowatej, krystalicznie czystej wody.

laguna valdivieso czy li przepiękne górskie jezioro na szlaku, ziemia ognista, argentyna

Laguna Valdivieso, Ushuaia, Argentyna

Woda zbiera się w stawie. Z niego wypływają kolejne strumienie, które łączą się w kolejnym większym. Z niego odchodzą następne. Razem z innymi strumieniami spływającymi z pozostałych lodowców i szczytów, spotykają się w szmaragdowych, idealnie przejrzystych wodach Laguna Valdivieso. Z brzegu doskonale widać dno. Zatopione, pokryte lekkim osadem gałęzie i ogromne głazy zatopione w jeziorze. Woda jest tak piękna, wygląda jak ogromny szmaragd wciśnięty pomiędzy szczyty. Aż chce się jej dotknąć. Na wodzie rozchodzą się kręgi. Przekonuje siebie, że to najprawdziwsza woda. Nie mogę się powstrzymać aby się jej napić.

szlak Sierra Valdivieso schodzi do doliny wzdłuż strumienia, stromy, kamienisty, pełno błota

podejście na przełęcz Paso Valdivieso, sierra valdivieso circuit, Argentyna

Woda jest zimna. Absolutnie przepyszna. Istnieje przekonanie, że woda nie ma smaku. Że to po prostu obojętny płyn. Woda Laguna Valdivieso ma smak gór. Smak przygody, spełnienia, szczęścia. Po kolejnych łykach czuję orzeźwienie. Smak przygody, wiatr, słońce, śnieg. Niesamowitość tego miejsca, jego historię. Lodowiec, który przez wieki zasilał jezioro wodą. Coś tak banalnego jak picie wody z górskiego jeziora urasta tu do rangi przeżycia niemal mistycznego. Może to duch tego miejsca, może to moja przygoda. To, że jestem tu sam, zdany na łaskę lub niełaskę tego miejsca. Jak na razie korzystam z jego dobrodziejstw. Wiem, że ta woda smakuje tak wyjątkowo tylko tu i teraz. Nie da się tego zabrać, przewieźć, przechować. To smak tej chwili. Wolności i przygody.

trekking po ziemi ognistej, sierra valdivieso circuit

schodzę do doliny Valle Carbajal, granucy parku Tierra del Fuego, Argentyna

Okrążam jezioro i ruszam dalej w dół doliny, wzdłuż strumienia wypływającego z jeziora. Ta magiczna woda jest moim szlakiem. Droga prowadzi kolejnymi podmokłymi łąkami, wrzosowiskami, rumowiskami. W jednej chwili jestem na rozległej łącze, by za chwilę skakać po kamieniach. Potem przedzieram się przez gęste krzaki. Kilka razy przekraczam strumień. Roślinność robi się coraz bardziej bujna i gęsta. Teraz przedzieram się przez las. Po raz kolejny moje zdolności orientacji zostają wystawione na próbę. Z miłym zaskoczeniem odkrywam, że radzę sobie naprawdę nieźle. Jeżeli tylko jestem skupiony, nie idę „na wariata” przed siebie, tylko się rozglądam, wszystko idzie jak po maśle.

w dolinie Valle Carbajal znowu pojawia się turbal - przemoczone wrzosowisko, marsz robi się naprawdę trudny

W końcu kiedy wydaje mi się, że jestem już prawie na dole, docieram do ostatniego odcinka zejścia. Jest stromo. Jest kolorowo. Naokoło mnie, na tle zielonej trawy rozpościerają się kupki rudo-czerwonego turbalu. To tutejsza specjalność. Kolory naprawdę zachwycają. Niestety trzeba po tym iść. To jest problem. Ów turbal to coś w rodzaju mchu, który działa jak nasączona wodą gąbka. Staję na tym i momentalnie zanurzam się po piszczel w czerwonej miękkiej masie. Wilgotna gąbka doskonale otula moją nogę, mocząc buty. Na szczęście dzięki genialnemu wynalazkowi jakim są stuptuty, spodnie pozostają suche. Pomyśleć, że jeszcze niedawno nawet nie wiedziałem jak to się nazywa.

W końcu kiedy wydaje mi się, że jestem już prawie na dole, docieram do ostatniego odcinka zejścia. Jest stromo. Jest kolorowo. Naokoło mnie, na tle zielonej trawy rozpościerają się kupki rudo-czerwonego turbalu. To tutejsza specjalność. Kolory naprawdę zachwycają. Niestety trzeba po tym iść. To jest problem. Ów turbal to coś w rodzaju mchu, który działa jak nasączona wodą gąbka. Staję na tym i momentalnie zanurzam się po piszczel w czerwonej miękkiej masie. Wilgotna gąbka doskonale otula moją nogę, mocząc buty. Na szczęście dzięki genialnemu wynalazkowi jakim są stuptuty, spodnie pozostają suche. Pomyśleć, że jeszcze niedawno nawet nie wiedziałem jak to się nazywa.

cieżko się chodzi po martwym lasie, drzewa są ogromne, Sierra Valdivieso jest tu trudny

Nareszcie schodzę z gór. Docieram do upragnionej i wyczekanej doliny Valle Carbajal. To ostatni, 16-kilometrowy odcinek trasy. Szeroka dolina z niesforną Rio Olivia wijącą się wzdłuż. Po drugiej stronie doliny widzę majestatyczny łańcuch Cordon Vinciguerra. Teraz znajduje się pomiędzy dwoma łańcuchami gór. Spodziewałem się lasów i podmokłych łąk, podobnie jak w poprzednich dolinach. Carbajal to jednak inna historia. Na dzień dobry, wita mnie starym martwym lasem. Setki bladoszarych drzew porozrzucanych po podmokłym terenie. Gdzieś wśród nich wije się rzeka. Tu szlak prowadzi wzdłuż doliny na południowy wschód. Tu już nie ma żadnej ścieżki. Tu zaczyna się przygoda i wyzwanie. Tu trzeba kombinować.

valle carbajal, sierra valdivieso circuit - nareszcie w dolinie

drzewa odbijają się w wodach rzeki Rio Esmeralda, Valle Carbajal, Sierra Valdivieso circuit

Przede wszystkim w takim pobojowisku trudno o orientację. Wiem dokąd mam iść, ale sytuacja komplikuje się, gdy muszę omijać ciągłe przeszkody. Powalone drzewa wyglądają niesamowicie, magicznie, ale są cholernie trudne do pokonania. Moja droga to skakanie po kolejnych pniach. Co i raz trafiam na śliskie lub spróchniałe pułapki. To ciekawe kiedy staję na pniu o prawie metrowej średnicy, a ten łamie się pode mną jak zapałka. Z jednego drzewa skacze na kolejne, z niego na krzaki, z nich na podmokłą ziemię, potem cofam się, żeby ominąć grząskie starorzecze. I tak w kółko. Czasami trafiam do lasu. Tam marsz utrudniają połamane drzewa, pajęczyny i gęste krzaki.

turbal - moja przeszkoda numer jeden. Valle carbajal

przepiękna dolina valle carbajal, ziemia ognista, argentyna

Martwy las nareszcie się kończy. Wychodzę z cienia prosto na skąpana w słońcu polanę. Tak mi się przynajmniej wydawało. Owa polana to początek ogromnego, ciągnącego się przez całą długość doliny turbalu. Od tej chwili rudy kolor oznacza tylko jedno – kłopoty. I nie chodzi tu już o wilgoć – buty i tak mam mokre. Po miękkim, gąbczastym podłożu bardzo trudno się chodzi. Nogi wpadają, każdy krok męczy. To nie chodzenie, a brodzenie w dziwnej masie. Plusem jest to, że na turbalu idealnie widać szlak. A raczej ślady kogoś kot szedł przede mną. Podeptany turbal z rudego zamienia się w bladożółty. „Szlak” wygląda więc jak ścieżka usypana z mokrych trocin.

dociaram do rzeki Rio Esmeralda, którą przekraczałem dwa dni wcześniej, Ostatnia prosta na szlaku sierra valdivieso

znowu widzę Punta Navidad - czyli wyjście z doliny Carbajal

Od tej pory droga dolina to przecinanie kolejnych pól turbalu, tam bobrów i martwych lasów. Jest mokro, jest trudno, jest dużo skakania i kombinowania. Zatrzymuje się, żeby spojrzeć na opis szlaku. Czytam fragment „occasional areas of beaver activity” i głośno się śmieję. Cała okolica to jeden wielki ślad działalności bobrów w tym regionie. Dolina jest dosłownie przez nie zdewastowana. Mimo to jest przepiękna. gęste lasy bukowe schodzą zboczami aż do rzeki. Co jakiś czas muszę przekraczać kolejne strumienie, które spływają z szumiących w oddali wodospadów.

dolina Valle Carbajal to przede wszystkim turbal czyli bagna i torfiska. od czasu do czasu rzadki las. Sierra Valdivieso circuit

w valle carbajal jest jednak jakieś życie. a przynajmniej było. Sierra Valdivieso

Co i raz zbliżam się do Rio Olivia. Aż mnie korci, żeby przeciąć rzekę wcześniej niż radzi przewodnik, ale boje się, że po drugiej stronie nie ma szlaku i zwyczajnie nie da się iść. Kilka razy muszę zawracać od rzeki bo okazuje się, że droga zaprowadziła mnie na skraj krzaczastego cypla, otoczonego z trzech stron przez rzekę. Tu czyha na mnie błocko, ostre krzaki i prawie metrowe doły dokładnie zakamuflowane pod tymi krzakami! Nie mam pojęcia skąd się wzięły, ale parę rady o mało co w takie nie wpadłem. Złamanie nogi w tym miejscu oznaczałoby niechybną śmierć.

turbal w valle carbajal, sierra valdivieso circuit

Rio Esmeralda przepływa przez dolinę valle carbajal, ziemia ognista, argentyna

Droga jest długa. Mijam kolejne łąki i mokradła. Oddalam się od rzeki, która znika gdzieś za drzewami. Dolina robi się coraz szersza. Widać jej koniec – miejsce w którym zaczynałem. Poznaje miejsca – po prawej stronie na skraju łańcucha Cordon Vinciguerra góruje samotny szczyt Punta Navidad. Daleko przede mną wyłania się szczyt Monte Olivia. To u jego podnóża przebiega Ruta Nacional 3, na której zaczynałem moja przygodę. Już prawie czuć koniec. Ostatni odcinek. Prawie finisz. No niezupełnie.

turbal i turbal. wszedzie to samo. szlak robi sie naprawde trudny, sierra valdivieso circuit

patrze na góry sierra valdivieso, przez ostatnie dwa dni szedłem po ich drugiej stronie, ziemia ognista, argentyna

Kolejne, coraz rozleglejsze pola turbalu. Coraz więcej bobrzych rozlewisk. Teraz muszę je otaczać nadkładając całe kilometry. Odbijam od rzeki na dobre, zmieniam zupełnie kierunek aby ominąć rozlewiska. Martwi mnie to, bo nie do końca czuję tą trasę. A turbal robi się coraz szerszy. Tu pola maja już całe kilometry. Nagle przede mną pojawiają się kolejne oczka wodne, strumienie i bagna. Wszystko to trzeba omijać. Nie da się tego przeskoczyć, nie da się przejść, bo woda, mimo że przejrzysta, to głęboka na metr. Przy forsowaniu kolejnego strumienia, kamień ucieka mi spod nóg prawy but ląduje cały w wodzie. Czuję jak powoli zimna woda dostaje się do środka. Brnę dalej, przynajmniej nie będę tego czuł.

jezioro Lago Arco Iris - czyli większe z dziesiątek rozlewisk w Valle Carbajal, to znaczy, że jestem na szlaku Sierra Valdivieso

lodowate jezioro Lago Arco Iris gdzies na końcu świata - na ziemi ognistej

W końcu docieram do ważnego punktu orientacyjnego – jeziora Lago Arco Iris. To znaczy, że jestem na trasie. Czas na odpoczynek i posiłek. Wyciągam resztki pysznych suszonych bananów i jem je chłonąc widoki szmaragdowego jeziora i otaczających go przepięknych gór. Przy okazji odkrywam, że spaliłem sobie całą lewą stronę twarzy. Coś czego tu się nie spodziewałem. Przez pierwsze dwa dni było pochmurnie, słońce wychodziło od czasu do czasu, ale nie na tyle, żeby nawet pomyśleć o jakimś kremie. Dzisiaj pogoda jest prześliczna. Prawdziwe lato. Tak mnie uraczyła Valle Carbajal.

szukam miejsca by przekroczyć rzekę Rio Esmeralda, Ziemia ognista

przekraczam rzeke Rio Esmeralda, płynącą przez dolinę Valle Carbajal, Sierra Valdivieso

Idę wzdłuż jeziora do miejsca, w którym mam przeciąć rzekę Rio Olivia. To jest moment, którego się obawiałem. Szlak nagle się urywa. Przede mną gęste krzaki po pas. Pod nimi od czasu do czasu przerażające dziury pułapki. Nauczyłem się już chodzić po krzakach zamiast między nimi. Docieram w końcu do rzeki i zaczynam szukać miejsca, w którym można się przeprawić. Według przewodnika to ma być gdzieś tu. patrzę na mapę i próbuje się zlokalizować. Na szczęście zaznaczone są jakieś mniejsze jeziorka, które pozwalają mi się upewnić, że jestem we właściwej okolicy. Pozostaje tylko szukać.

Rio Esmeralda płynie przez Valle Carbajal, Ziemia Ognista

dolina Valle Carbajal widziana znad rzeki Rio Esmeralda, coś wspaniałego. takie widoki tylko na szlaku Sierra Valdivieso

W końcu znajduje odpowiednie miejsce. Zdejmuję buty, podwijam spodnie, zanurzam stopy w lodowatej wodzie i przecinam rzekę. Woda jest tak zimna, że mam wrażenie, jakby w moje nogi wbijały się tysiące igieł. Po wyjściu nogi zdają się z kolei gotować. Korzystam jeszcze chwilę z przepięknej pogody, kładę się na trawie i z głową opartą na plecaku, wygrzewam się na słońcu. Wystawiam prawą stronę, żeby złapać trochę opalenizny dla równowagi. Przy okazji chciałem podsuszyć trochę skarpetki, które i tak w butach momentalnie znowu będą mokre.

kolejne rozlewiska w dolinie na szlaku sierra valdivieso

valle carbajal - ostatnia prosta na szlaku

Po drugiej stronie rzeki, szlak prowadzi na granicy lasu, omijając bezkresne połacie turbalu. Ścieżka jest już wyraźna i w porównaniu z tym co miałem do tej pory – wręcz luksusowa. Zadowolony z siebie ruszam dalej. Po drodze trafiam na przepiękne widoki doliny i łańcucha Sierra Valdivieso w tle. Jestem już coraz bliżej końca. Odruchowo przyspieszam. Niestety niedługo się cieszyłem piękną i łatwą drogą. Trafiam na coś, czego zupełnie się nie spodziewałem. Nie tu. nie na ostatniej prostej.

powalone drzewa, setki drzew. Tak mnie żegna Valle Carbajal.

w elsie sniszczonych drzew idzie się bardzo trudno, ale taki własnie jest trekking po ziemi ognistej

Drzewa. Dziesiątki drzew. Setki. Droga skrajem lasu znika dosłownie zawalona ogromnymi drzewami połamanymi jak zapałki. To już nie bobry. Wygląda jakby przeszedł tędy huragan. Powalone konary są dosłownie wszędzie. Nie ma już szlaku. Co gorsze, ominięcie drzew to nie lada wyzwanie. Na te, na które się da, wspinam się i przeskakuję. Większość ma jednak rozłożyste konary, które uniemożliwiają ominięcie ich górą. Trzeba je obejść. Z tym że, za jednym drzewem leży kolejne, za nim następne. I tak dalej. Kilka razy musiałem obchodzić po kilkaset metrów lasem pod górę a zdarzało się, że utykałem i musiałem wracać. Na samej końcówce coś takiego.

sierra valdivieso circuit - końcówka trekkingu

to juz naprawde prawie koniec, zbliżam się do osada del Peregrino na wyjściu z Valle Carbajal
W końcu, po naprawdę długim czasie, udaje mi się zostawić cmentarzysko drzew za sobą. Teraz droga wiedzie przez gęsty, wilgotny las. Zaczyna się błoto, które momentami sięga po kolana. Na koniec muszę wpaść parę razy w grząskie czarne błocko. Ścieżka stopniowo się poszerza, widać już ślady bydła i quadów. W końcu docieram do bramy. Za nią idę już drogą. Zza drzew wyłania się widok na rozlegle skrzyżowanie dolin, gdzie zaczynałem 2 dni temu moja wędrówkę. Widoki zapierają dech w piersiach. Na tle błękitnego nieba, góry wydają się jeszcze wyższe i jeszcze piękniejsze niż dotychczas. Zgubiły gdzieś swoja nutkę melancholii i tajemniczości. Teraz wydają się bardziej przyjazne i łatwiejsze do okiełznania. Oj, jakież to mylące.

ostatnia rzeka - Rio Olivia, juz po moście i wchodzę do Posada del Peregrino, tak to koniec szlaku, koniec 3 dniowego cieżkiego trekkingu po ziemi ognistej

W końcu docieram do pastwisk i pól. Przechodzę przez Rio Olivia, tym razem mostem i dochodzę do zabudowań Posada del Peregrino. Tu obszczekują mnie groźnie wyglądające (i brzmiące) psy. Na szczęście są na łańcuchach. Z zabudowań wychodzi starszy pan i idzie do mnie, nie wiem jak się zachować, z jednej strony jestem na szlaku, z drugiej, wpakowałem mu się prawie do ogródka. Wita się ze mną ciepła i zaczyna coś opowiadać i pytać gdzie byłem. Ledwie go rozumiem, opowiadam moim hiszpańskim gdzie byłem i ile przeszedłem. Pan pyta czy natrafiłem na jakieś zwierzę. Nie rozumiem o jakie mu chodzi, ale pokazuje rękami rogi, wiec domyślam się, że chodzi o jakieś kozice. Po krótkiej wymianie zdań, Pan równie ciepło się żegna i wraca do domu.

Posada del Peregrino KONIEC, skończyłem, przeszedłem Sierra Valdivieso Circuit w 3 dni. Czuje się wspaniale

Ja idę do drogi, którą już doskonale widzę i słyszę. To jest kres mojej wędrówki. Pozostaje mi jeszcze tylko sforsować zamkniętą na kłódkę furtkę. Wspinaczka z plecakiem. Skok i jestem już przy drodze. ZROBIŁEM TO!!! Zrzucam plecak staję przy drodze, zaczynam krzyczeć i skakać ze szczęścia. ZROBIŁEM TO!!! Przeszedłem trudny 4-5-dniowy szlak w 3 dni. Sprawdziłem siebie. Zdałem egzamin. Jestem szczęśliwy. Spędziłem samotnie trzy dni w górach. Wyostrzyłem moje zmysły, nauczyłem się zwracać uwagę na drobiazgi, wyciszyłem się, miałem okazję do myślenia. Przede wszystkim chłonąłem przepiękna naturę wszystkimi zmysłami i ładowałem baterię. Czerpałem bezcenna energię z tego miejsca. Z Ziemi Ognistej. Ja naprawdę przyleciałem tu – na koniec świata – na 5 dni, żeby spędzić je samemu w górach. Jestem chyba nienormalny. Ale jeżeli tak, to chyba nie chcę być normalny. Chcę być szczęśliwy. I mam odwagę, żeby o to szczęście walczyć!

 

Posada del Peregrino, Ziemia Ognista, Argentyna