Widok na Koreę Północną Goseong Observatory, strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

Sokcho i Goseong. Wojna w kolorowym papierku

Z Magicznego Gyeongju ruszamy na północ. Naszym celem jest Sokcho – miasto położone kilkadziesiąt kilometrów od linii demarkacyjnej i granicy z Północą. Stamtąd blisko jest do strefy zdemilitaryzowanej – to jeden z powodów, dla którego ludzie przyjeżdżają do Korei. Ta dziwaczna granica dzieląca naród na pół. Poza tym, z miasta jest rzut beretem do przepięknego parku narodowego Seoraksan. Samo Sokcho to z kolei mekka miłośników owoców morza. Rzut beretem stamtąd do Goseong i strefy zdemilitaryzowanej (DMZ). Droga prowadzi pomiędzy zielonymi wzgórzami. Za Pohang dojeżdżamy do morza i jedziemy cały czas mając po prawej stronie przepiękną ciemnoniebieską taflę połyskującą wczesnojesiennym słońcem. Tutaj Korea to przepiękne zielone góry wcinające się w ocean. Na tym maleńkim skrawku asfaltu pomiędzy dwoma żywiołami my. Mijamy kolejne miasta, miasteczka i wsie. Na znakach migają nazwy – Yeongdeok, Ujlin, Donghae – które powtarzamy pod nosem niemal śpiewając.

Świątynia Deungmyeongnakgasa

Gangneung świątynia Deungmyeongnakgasa - po drodze do Sokcho - Korea Południowa

Świątynia Deungmyeongnakgasa - Gangneung, Korea Południowa

Świątynia Deungmyeongnakgasa, Gangneung, Korea Południowa

Kilka kilometrów przed miasteczkiem Gangneung trafiamy na przepięknie położoną świątynię Deungmyeongnakgasa. Przepięknie pomalowane, drewniane budynki przyklejone do wzgórza, otulone ze wszystkich stron gęstym lasem. Do środka zaprasza na rubaszny Budda. Za wielką bramą kompletne pustki. Wspinamy się krętą ścieżką pośród przepięknego ogrodu. Uwielbiam świątynie. Te wszystkie drzewa wyglądające jak wyrośnięte bonsai, pomiędzy którymi poukrywane są kolorowe pagody i posągi z białego marmuru. Tutaj nawet kamienie wydają się idealnie wyszlifowane i ułożone. Ktoś pieli świątynny ogródek, miarowo przesuwa się pomiędzy równymi rzędami sałaty. Kto inny zamiata chodnik. Po ławce zwinnie posuwa się gigantyczna modliszka. Na wietrze dynda sobie dzwonek pobrzękując leniwie. Dookoła wszechogarniający śpiew ptaków i cykady – ten owadzi gwar – odgłos upalnego, wczesnojesiennego dnia. Te pojedyncze momenty składające się w doskonałą całość. Wszystko tu przepełnia jakimś spokojem i harmonią. To właśnie w świątyniach buddyjskich wszystko co materialne i namacalne kształtuje duchowość, emanuje niesamowitą aurą i magią. Naprawdę warto czasem zjechać z utartego szlaku i ruszyć tam, dokąd niesie nas serce i intuicja.

Gangneung Unification Park

Gangneung Unification Park - muzeum wojny koreańskiej, statek - Korea Południowa

Gangneung Unification Park - muzeum wojny koreańskiej - Korea Południowa

Kilkaset metrów dalej trafiamy na ogromny statek i łódź podwodną, które zwyczajnie stoją na brzegu. To Gangneung Unification Park – miejsce poświęcone konfliktowi pomiędzy Koreami. To coś jak radzieckie parki pabiedy, tylko bez pabiedy. W Korei trudno mówić o zwycięstwie. Północ i Południe od siedemdziesięciu lat żyją obok siebie w zawieszeniu broni. Cały czas dochodzi do incydentów – a to ktoś odkryje tunel pod granicą, a to ktoś kogoś ostrzela, nagle pojawi się łódź podwodna, jakiś statek wojenny i zaczyna strzelać itd. O tym jest trochę ten park. Historia wojny i braku pokoju obsadzona kolorowymi sklepami 7-Eleven. Dziwne to wszystko, ale drzemiący we mnie mały chłopiec już przebiera nogami, żeby wspiąć się na ten statek! Zimna stal pod grubą warstwą sinoszarej farby, rdzawe zacieki i głuchy odgłos kroków na pokładzie. Chodzimy sobie po niszczycielu! Okazuje się, że historia statku nie kryje żadnych wielkich bitew morskich. Ot, amerykański statek, był w służbie w czasach II Wojny Światowej i wojny w Wietnamie. W latach siedemdziesiątych został przekazany Korei. W końcu zamiast przerobić go na żyletki postawiono go tu.

Wycieczka do Gangneung Unification Park - północnokoreańska szpiegowska łódz podwodna - Korea Południowa

Gangneung Unification Park - północnokoreańska szpiegowska łódz podwodna - Korea Południowa

Kręcimy się po labiryncie pomieszczeń. Kajuty, kabiny, biura jakieś magazyny, siłownia, pokój komunikacji, jest nawet kantyna i gabinet lekarski. Wszystko małe, jakieś takie tępo ciosane, ciężkie i ciasne. Z ekranów sączą się jakieś filmy propagandowe. Wspaniała armia, szczęśliwi, piękni młodzi ludzie w mundurach. Statki rozbijające fale, jakieś helikoptery, źli komuniści z północy, walka o pokój i zjednoczenie. Same powtarzalne schematy, pustosłowie, jakieś łatwo przyswajalne hasła. Oprócz tego militaria, dużo broni, jakiś map, schematów, modeli. Moją uwagę przykuwa ogromna tablica pokazująca uzbrojenie armii północnokoreańskiej. Czołgi, mundury, samoloty… Pośród sylwetek całej masy Migów, Iłów, Antonowów i Tupolewów dostrzegam znajome kształty małego samolotu. Podpis wszystko wyjaśnia: PZL-104 Wilga. Duma polskiego lotnictwa. Nasz wkład w krzewienie komunizmu na świecie.

Gangneung Unification Park - wnętrze szpiegowskiej łodzi podwodnej północnokoreańskiej - Korea Południowa

Gangneung Unification Park - w środku szpiegowskiej łodzi podwodnej północnokoreańskiej - Korea Południowa

Stojąca obok, 35-metrowa północnokoreańska łódź podwodna to z kolei żywa historia konfliktu. Materiał na scenariusz filmu sensacyjnego. W 1996 roku sztorm wyrzucił ją na brzeg w pobliżu Gangneung. Kapitan spalił wszystkie dokumenty i razem 25-osobową załogą próbował się przedrzeć do Korei Północnej. Gigantyczna obława na nich trwała 49 dni. Wszyscy zostali zastrzeleni lub popełnili samobójstwo. Po stronie południowokoreańskiej zginęło 17 osób – cywilów i żołnierzy. Teraz łódź wybebeszona stoi tutaj. Zakładamy kaski ochronne i dosłownie wślizgujemy się do łodzi. Nie mam pojęcia jak pomiędzy tymi wszystkimi rurami zmieściło się 25 osób. Z trudem udaje mi się przecisnąć przez wnętrze tej stalowej trumny. Zimna stal, wszędzie jakieś kable, rury, zawory. Nawet nie mając klaustrofobii można tu zwariować, co dopiero zamkniętym, pod wodą. Zastanawiam się jak zmieściło się tu 25 osób. Jak spali, gdzie jedli i się załatwiali. Z ulgą wychodzimy na zewnątrz. Obok niemal wpadam na jakieś resztki drewnianej łajby, kupa ciemnych desek ledwo trzymająca się kupy, jak eksponat z muzeum starożytności. Okazuje się, że to nie żadne resztki, a północnokoreańska łódź rybacka, którą kilka lat temu uciekło na południe kilkadziesiąt osób. Każdy kolejny eksponat jest coraz bardziej przygnębiający. Dla równowagi, naprzeciwko kolorowy 7-Eleven sprzedaje lody.

Sokcho

Plaża w Sokcho - Korea Południowa

Pusta plaża w Sokcho - Korea Południowa

Do Sokcho docieramy późnym popołudniem. Na mapie wygląda to na spore miasto. W rzeczywistości nawet próbuje takim być, ale to nadal senne rybackie miasteczko. Jakby ktoś postawił tu te wszystkie wieżowce przez przypadek, albo na chwilę i miał je zaraz zabrać. Słychać skrzek mew, w powietrzu czuć morze, w ustach wiatr pozostawia słony smak. Bezcenny klimat nadmorskiej dziury po sezonie. Trochę jak z „Już nie ma dzikich plaż” Ireny Santor. Spacerujemy deptakiem żeby wchłonąć nieco tego klimatu. Mała, wąska plaża to raczej przygnębiający widok. Jest zupełnie pusta, jakby to była atrapa plaży. Znaki zakazujące kąpieli niemal opierają się o ogromne reflektory, które pomagają odnaleźć w ciemnościach szpiegów lub uciekinierów z północy.

Abai Village - widok na Sokcho - Korea Południowa

Zachód słońća nad Sokcho - Korea Południowa

Przejeżdżając przez Sokcho zatrzymujemy się jeszcze przy Cheong ho w dzielnicy Abai Village położonej na małej mierzei pochłoniętej przez miasto i splecionej z nim mostem. Idealnie zwyczajne miejsce. Doskonałe w swej prostocie. Jakieś nabrzeże pełne grubych czarnych lin, jakiegoś złomu i śmieci. Leniwy plusk fal obijających się o betonowe nabrzeże. Łodzie obwieszone niczym choinki lampami do połowu kalmarów, kołyszące się delikatnie na lekko pulsującej wodzie. Przed nami, po drugiej stronie zatoki Sokcho – leniwe miasteczko rybackie próbujące udawać duże miasto. To trochę jak maluch, który przykleił sobie sumiaste wąsy i udaje dorosłego. Sokcho jest w tym wszystkim tak samo pełne uroku. Za miastem przepiękna ściana gór, za którymi zachodzi słońce. To dziwne, bo koreańskie góry nie są ani najwyższe, ani najładniejsze, ale mają w sobie jakiś niewytłumaczalny, magnetyczny urok. Są jak z baśni. Stoimy wgapieni w niebo i chmury płonące ponad ciemną, ostrą granitową ścianą otaczającą Sokcho. W końcu gdy słońce gaśnie, ruszamy w te góry. Po pół godzinie jesteśmy już Seorak-dong – wrotach do Parku Narodowego Seoraksan. Ponad nami, w mroku ledwo dostrzegamy ostre szczyty. Wiemy, że tam są, bo nie widać w tym miejscu gwieździstego nieba. Zaszywamy się w lodowato zimnym pokoju opustoszałego pensjonatu Daechong Resortel rodem z „Lśnienia„, tylko w wersji azjatyckiej i z niecierpliwością czekamy aż wróci słońce.

Goseong Unification Observatory

Tongil Security Park - droga do Goseong Observatory, strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

Z samego rana ruszamy do Goseong przy granicy z Koreą Północną. Za Sokcho droga stopniowo pustoszeje. Domów jest coraz mniej, robi się jakoś nieswojo. Za Miasteczkiem Goseong, autostrada zaczyna już przypominać drogę-widmo. Jesteśmy tu sami. Dookoła nie ma nikogo. Zjeżdżamy przy wjeździe do Tongil Security Park. To pierwszy przystanek na drodze do strefy zdemilitaryzowanej (DMZ). Najpierw stoję w jednej kolejce, gdzie płacę za jakiś świstek. Pani kieruje mnie do stolika, gdzie muszę wypełnić papierek – wszystko jest oczywiście po koreańsku, na szczęście jest instrukcja. Wpisuję dane auta i pasażerów. Ze świstkiem staję do drugiej kolejki gdzie daję świstek do podstemplowania i płacę za bilet wstępu do strefy przygranicznej. Po tym raucie po okienkach, przedzieramy się jeszcze przez halę ze straganami, na których są jakieś północnokoreańskie specjały i z papierkiem ruszamy dalej.

Tongil Security Park - przepustka do Goseong Observatory, strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

Goseong Observatory, strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

Droga już zupełnie przestaje być przyjemna. Wjeżdżamy w kolejne umocnione tunele, mijamy jakieś zamaskowane bunkry aż dojeżdżamy do posterunku, gdzie żołnierze sprawdzają dokumenty, sprawdzają auto i tłumaczą zasady – żadnego zatrzymywania się po drodze, żadnego robienia zdjęć, teren jest monitorowany, wzdłuż drogi rozłożone są miny – żołnierz upewnia się, że zrozumieliśmy, po czym umieszcza jakąś dużą żółtą tekturkę za szybą – ostrzega żeby jej stąd nie zabierać – i puszcza nas dalej. Wyobrażam sobie, że jest na niej napisane coś w stylu – nie strzelajcie, jesteśmy swoi –. Jedziemy spięci, co chwila mijamy ciężarówki pełne żołnierzy, jakieś zamaskowane bunkry, wszędzie drut kolczasty, kamery i tabliczki „MINES„. Jesteśmy w strefie bezpieczeństwa, obejmującej kilkanaście kilometrów od samej strefy zdemilitaryzowanej (DMZ). Różni się tym, że nie jest jednym wielkim polem minowym i mieszkają tu ludzie. Tylko co to za życie. Strefa jest buforem między wojną a pokojem, życiem a śmiercią, piekłem a normalnym życiem. I my cały czas oddalamy się od tego normalnego życia i jedziemy w kierunku piekła.

Zwiedzanie Goseong Observatory, strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

Korea Północna widziana z Goseong Observatory, strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

Okazuje się, że piekło nie jest tak daleko od codziennego życia. Na końcu drogi jest duży parking na kilkaset aut, jak pod centrum handlowym. Obok jakieś stragany, sklepy a nawet wagony starego pociągu zamienione na restauracje. Na betonowych cokołach jakiś stary samolot, radziecki czołg. Obok, gdzieś zza krzaków wystają posągi Buddy i Maryi. Chyba pomyliliśmy drogę i zajechaliśmy do jakiegoś przydrożnej restauracji. Przypomina to” Zajazd Samolot” pod Częstochową. A jednak, dobrze trafiliśmy. Dalej jechać się nie da. Po stromych schodach wspinamy się do budynku Goseong Unification Observatory. W środku zamiast tablic informacyjnych, map i historii strefy zdemilitaryzowanej, stragany z nalewkami z żen-szenia, winem, miodami i innymi specjałami z Korei Północnej. Obok banknoty z Kim Ir Senem, jakieś ordery z sierpem i młotem i całe mnóstwo jakiegoś komunistycznego badziewia w cenach tak kosmicznych jak ustrój kraju, z którego pochodzą.

Widok na Koreę Północną Goseong Observatory, strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

Widok na Koreę Północną z Goseong Observatory, strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

Znajdujemy schodki i wychodzimy na taras, z którego rozpościera się wspaniały widok na wybrzeże. Szeroka plaża, góry, jakaś droga, tory, nic nadzwyczajnego. Dopiero po bliższym przyjrzeniu widać, że wszędzie dookoła wyrastają jakieś posterunki, wieżyczki, punkty obserwacyjne, bunkry i inne obiekty wojskowe. Przed nami strefa zdemilitaryzowana (DMZ). Czterokilometrowy pas ziemi niczyjej o długości ponad 250 km, rozdzielający obie Koree wzdłuż 38 południka. Najbardziej zmilitaryzowany obszar na Ziemi. To w zasadzie jedno wielkie pole minowe, na którym od 70 lat nie stanęła ludzka noga. Aż przechodzi mnie dreszcz, kiedy zdaję sobie sprawę, że te zwyczajne wzgórza, lasy, ta plaża – to wojna. Przez lornetkę obserwuję oddalone o kilka kilometrów posterunki północnokoreańskie. Czerwone i czerwono-granatowe sztandary powiewają leniwie na wietrze. Przede mną najbardziej niedostępny kraj na świecie. Relikt komunizmu. Kraj, który przeraża i intryguje. Niezrozumiały, ale też nie do końca odkryty. Jaki jest naprawdę? Z jednej strony chciałbym się przekonać, z drugiej na samą myśl, że jestem tak blisko, w zasięgu strzału, sprawia, że dostaję gęsiej skórki.

Strefa zdemilitaryzowana, Korea Północna - Goseong Observatory - Korea Południowa

Strefa zdemilitaryzowana i Korea Północna -Goseong Observatory - Korea Południowa

Stoję tak, patrzę i sam nie wiem co chciałbym zobaczyć. Nie wiem czy czekam na salwę artyleryjską, widok dziesiątek tysięcy Koreańczyków z północy szturmujących granice, początek końca. Nie dzieje się nic. Flagi powiewają, po pustych drogach hula wiatr, fale szumią, słońce świeci. Za mną hałasuje jakaś znudzona szkolna wycieczka. Dzisiaj chyba nic z tego. Wojny nie będzie. Zjednoczenia też nie. Zastanawiamy się głośno po co to wszystko. Mówimy sobie jak bardzo nierealne jest połączenie obu Korei. Nikomu się to nie opłaca, nikt tego nie zrobi. Za dużo czasu minęło. Przepaść pomiędzy światami jest zbyt duża. W tym czasie do Uli podchodzi jakaś pani i chce przeprowadzić wywiad do jakiegoś programu. Pyta – co pani sądzi o zjednoczeniu Korei – ale grzecznie odmawiamy komentarza. Chyba nie chcieliby usłyszeć naszego zdania. Chyba nie kupujemy pustosłowia, tej bezmyślnej propagandy i mrzonek o połączeniu.

DMZ Museum

DMZ museum, wycieczka Goseong Observatory, strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

Wewnątrz DMZ museum, Goseong Observatory, strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

Znowu jazda przez opustoszałą, przerażająco wąską drogę ze znakami „MINES” z każdej strony. Tutaj nawet ogródki warzywne są za drutem kolczastym i wyglądają jak ukryte pola minowe. Dojeżdżamy do DMZ Museum – muzeum strefy zdemilitaryzowanej. Przechodzimy przez bardzo ciekawych sekcje poświęcone wojnie koreańskiej i historii strefy zdemilitaryzowanej (DMZ). Są mundury, zardzewiałe karabiny, są zdjęcia z podpisania jakiś ważnych umów. Są historie infiltracji, zamachów, cała tragiczna historia strefy. Zaskoczeniem dla mnie jest jak bardzo muzeum przepełnione jest propagandą. To zawsze Korea Północna kojarzyła mi się z nachalną propagandą i przedstawianiem swojej wersji historii. Tu może nie ma ordynarnych kłamstw, ale wszystko jest czarno-białe, przedstawione z niemałą przesadą, zbyt wybiórczo i pretensjonalnie. Przypomina to stare dobre amerykańskie filmy propagandowe dla półgłówków.

Wystawa w DMZ Museum, Goseong Observatory, strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

DMZ Museum, Goseong Observatory, strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

Druga rzecz, jaka mnie uderza to komercjalizacja wojny. Chyba nigdzie, nawet w miejscach takich jak Pearl Harbour, nie było to doprowadzone do tego stopnia. Przecież tutaj wojna to nie zamierzchła historia. Tutaj wojna to codzienność. Ona przecież cały czas trwa, od 70 lat jest tylko zawieszenie broni, ale cały czas padają strzały, giną ludzie. Właśnie do mnie to dociera. Strefa zdemilitaryzowana, całe to zawieszenie broni, wojna, podział Korei na Północ i Południe to świetny interes. Jak biały miś na Krupówkach, Energylandia czy Smok Wawelski. Nakręca całą turystyczną machinę produkującą kicz i spłycającą problem, mielącą go tak drobno jak mięso na hamburgery w fastfoodzie. Wojna została owinięta w kolorowy papierek i wystawiona na witrynie sklepowej. To smutne. W kraju, który tyle wycierpiał na tej wojnie. To jak budować Disneyland na grobach poległych. Tu już nie chodzi o to, aby ich śmierć nie poszła na marne, aby iść do przodu, żyć dalej, tu chodzi o ordynarne zarabianie pieniędzy. To bardzo smutne. W czasach gdy pacyfka staje się znaczkiem wartym tyle „lubię to” na fejsie, równie dobrze pokój może znaczyć dla ludzi tyle co zdjęcie sałatki na wallu.

Goseong, na granicy dwóch Korei. I wojny