trekking po Spitsbergenie droga z Grumant do Colesbukta wzdłuż opuszczonej linii kolejowej

Colesbukta. Sowieckie kopalnie

Chłodny poranek. Budzi mnie kompletnie przemarznięty nos. To jedyna część ciała jaka wystawała ze śpiwora. W rano wszyscy szczękamy zębami. W namiotach byłoby ciepło, my postawiliśmy na zawalający się domek, w którym przez całą noc hulał arktyczny wiatr. Pierwszą rzeczą, o której myśli każdy jest gorąca menażka z herbatą. Podajemy ją sobie po kolei. Każdy wbija się w nią, nie zważając na to że parzy, i ostrożnie bierze gorące łyki. Naokoło spokój. Leniwy, zimny arktyczny poranek. Szaro i ponuro, niebo zaszło ciężkimi chmurami, które zdają się przygniatać wszystko naokoło. Ziemia w kolorze brudnej rdzy. Opuszczone budynki wyrastające pośrodku niczego. Klimat jak z psychodelicznego snu – Gdzie my jesteśmy!? Grumant, Colesbukta… Te dziwne nazwy niewyraźnie majaczą w myślach.

trekking po Spitsbergenie

trekking po Spitsbergenie opuszczone zabudowania Grumant

Sprawnie zwijamy obóz i ruszamy dalej. Schodzimy na sam brzeg, do największego z budynków. Z góry wyglądał jak jakiś stary opuszczony hotel. Otacza go spróchniały drewniany taras. Każdy niepewny krok wzbudza tajemnicze skrzypienie. Obchodzimy budynek zaglądając w pustkę wnętrz przez dziury okien. pokoje pomalowane niebieską farbą, zupełnie pozbawione życia. Cokolwiek tu było, już dawno tego nie ma. Została pustka, mroźne arktyczne powietrze hulające po opuszczonych wnętrzach. Od frontu budynek przypomina hotel, z pięknym tarasem wychodzącym na morze, okiennicami, wysokimi drzwiami i schodami – to musiała być wizytówka Grumant. To tu pewnie urzędowali naczelnik kopalni i oficer polityczny.

trekking po Spitsbergenie - budynek portu i molo

trekking po Spitsbergenie - Grumant - opuszczona osada górnicza

Teraz budynek we władanie objęły ptaki. Kiedy się zbliżamy, momentalnie wzbijają się w powietrze. Krążą skrzeczą, obserwują nas z góry, pilnują swoich gniazd uwitych na parapetach okien, wnękach drzwi, gzymsach. Wszędzie gdzie tylko dało się wykraść kawałeczek płaskiej przestrzeni., wystają gniazda uwite z tutejszej cieniutkiej trawy zmieszanej nie wiadomo z czym. Przypominają mi się sceny z Ptaków Hitchcocka. W połączeniu z ponurym otoczeniem, efekt jest jeszcze silniejszy. Z jednej strony nakręcamy się i mamy lekkiego pietra, z drugiej, przyciąga nas to niczym magnes.

trekking po Spitsbergenie wybrzeże Grumant - szlak

Powinniśmy iść wzdłuż wybrzeża. Mijamy zabudowania, stare szopy, siłownie kolejki z ogromnym zardzewiałym silnikiem w środku. Czyli wszystko się zgadza, według mapy z Grumant wychodzi kolejka, która ciągnie się po klifie przez 6,5 km aż do sąsiedniej Colesbukty. Po chwili docieramy do ślepego zaułka. W miarę płaską półkę, po której szliśmy pochłonęło zbocze. Rumowisko kamieni tak strome, że zwyczajnie nie da rady iść dalej. Stok kończy się kilkunastometrową przepaścią nad samym brzegiem. Koniec, kropka, nie wiemy jak iść. Cholerne poziomice.

trekking po Spitsbergenie - brzeg morza w Grumant

Wracamy pod Hitchcockowski pałacyk z ptakami. Narada przy akompaniamencie skrzeku i pisków mew. Rozważanie różnych opcji. Analizowanie wszystkich za i przeciw. Jedyna opcja to powrót w górę, wzdłuż strumienia, wejście na płaskowyż i przejście górą. Każdy aż wzdryga się na słuch o wchodzeniu z powrotem wczorajszą znienawidzoną już trasą. Rozglądamy się, schodzimy na plażę i przychodzi nam do głowy druga opcja – kompletnie szalona. Schodzimy z klifu nad wodę i idziemy wzdłuż plaży aż znajdziemy podejście za feralnym rumowiskiem. W końcu na mapie, po jakichś 1,5 km zaczynają się tory kolejki. Skoro są tory, to tym bardziej da się tam iść. Pomysł tak kretyński, że aż śmieszy. Zejdziemy, przejdziemy 2 km, utkniemy, przyjdzie odpływ i za jakiś tydzień wszyscy przeczytają w Svalbardposten o czterech idiotach, którzy zamarzli w wodzie odcięci przypływem.

trekking po Spitsbergenie - marsz koło Grumant

Ale ustalamy plan. Przede wszystkim udaje się – korzystając z zasięgu 3G, który pojawił się na chwilę nie wiadomo skąd! – znaleźć w Internecie tabelę przypływów i odpływów: low tide 7:45, high tide: 13:41, woda podniesie się o ponad metr. Jest 9:50, mamy więc jakieś 2 godziny, żeby spróbować. Ustalamy sobie, że idziemy max 2 km, jak nie znajdziemy podejścia, to wracamy. Czas start! Szybki krok, schodzimy z klifu za hotelem i ruszamy wzdłuż brzegu. Idziemy po pasie kamieni, który raz po raz poszerza się i zwęża. Z 4 metrowej plaży nagle robią się półmetrowe przesmyki. Śliskie kamienie i jeszcze bardziej zdradliwe zielone i brunatne wodorosty. Z ołowianych chmur, zaczyna mżyć deszcz. Czas leci. Po prawej stronie mamy lodowate wody oceanu w kolorze stali, po lewej kilkunastometrowe, niemal pionowe skały. Po przejściu jakiegoś kilometra, pojawia się nadzieja – jakieś osuwisko. Próbujemy, zjeżdżam na tyłku po śliskich kamieniach i błocie. Idziemy dalej, znowu próba i znowu niewypał – tym razem spektakularna gleba zakończona na kamieniach. Wszędzie luźne kamienie i stromizna.

trekking po Spitsbergenie - podejście pod górę

trekking po Spitsbergenie - długi marsz wzdłuż morza

W końcu kiedy zaczyna się już robić nieco nerwowo i przed nami widać, że klif schodzi już bezpośrednio do wody, trafiamy na ostatnia szansę. Kolejne osuwisko. Strome i mokre. Próbujemy. Nie mamy wyjścia. Ruchome kamienie, ślisko, mokro. To już nie chodzenie, to wspinaczka z plecakami. Robi się niemiłosiernie gorąco. Wysiłek. Słony pot ścieka do oczu i szczypie. Każdy krok poprzedza próba, czy kamień nie wymknie się spod nóg. Za nami przepaść. Upadek z takiej wysokości oznacza koniec wycieczki i w ogóle koniec wszystkiego. Każdy z nas musi szukać nowej drogi, bo kamienie uciekają nam spod nóg, osuwają się. W końcu podejście idzie stromym żlebem wypełnionym kamieniami. Kiedyś zapewne płynął tędy strumień, który na dole zamieniał się w spektakularny wodospad. Po naprawdę ciężkim czołganiu się pod górę, osuwaniu, brodzeniu w grząskiej ziemi wymieszanej z kamieniami, w końcu stajemy na zboczu pokrytym trawą i kamieniami. Udało się!

trekking po Spitsbergenie - stara radziecka kopalnia węgla

trekking po Spitsbergenie - Lifestraw jest niezastąpiony

Kawałek dalej dostrzegamy tory wychodzące z tunelu kopalni. Gdzieś na ich końcu jest Colesbukta. – Cholera, naprawdę się udało! Nasz szalony pomysł okazał się całkiem wykonalny. Chyba mieliśmy szczęście. Schodzimy do wyjścia z tunelu i robimy sobie postój. Zbieramy krystalicznie czystą wodę spływającą ciurkiem ze zbocza ponad tunelem. Rozstawiamy kuchenkę i robimy herbatę. Umieramy z pragnienia, wiec zanim dojdzie herbata, powoli ciągniemy bosko zimną wodę przez Lifestraw. Genialny wynalazek. Uzupełniamy zapasy wody, siadamy i popijamy gorącą herbatę. Nabieramy sił po naprawdę ciężkim podejściu i zastanawiamy się kto wpadł na tak kompletnie szalony pomysł jakim jest igranie z arktycznym przypływem.

opuszczone tory kolejowe trekking po Spitsbergenie

z Grumant do Colesbukta trekking po Spitsbergenie

tory kolejowe trekking po Spitsbergenie

Ruszamy dalej wzdłuż torów. W zasadzie, początkowo trudno nazwać to torami. Bez wątpienia były tu kiedyś. Teraz to sterta porozrzucanego, zardzewiałego żelastwa: torów, rur, śrub oraz belek i desek. Kompletny bałagan, jakby przeszedł tędy huragan. Dopiero gdzieś dalej, torowisko zaczyna nabierać kształtów. Pojawiają się szyby, powywijane niczym makaron, zbutwiałe podkłady, porozrzucane kable i śruby. Średnio się po tym maszeruje, ale widok i klimat są niesamowite. Tory donikąd ciągnące się kilometrami po pustych przestrzeniach Arktyki.

wejście do tunelu kolejowego - Grumant Colesbukta trekking po Spitsbergenie

opuszczony tunel kolejowy - trekking po Spitsbergenie

trekking po Spitsbergenie - opuszczone tunele kolejowe

Po jakimś czasie tory chowają się w tunelu. Wygląda no to, że kiedyś na całej długości kolejka jeździła przykryta drewnianym tunelem. Zapewne dla ochrony przed śniegiem, który w zimie grzebie całą okolicę pod dwumetrową warstwą puchu. Pozostałości tunelu zaczynają się po ok. 1,5 km marszu. Początkowo nieufnie wchodzimy w ciemny drewniany tunel, który wygląda dość solidnie. Uwagę zwracają grube belki, gwoździe, kołki, śruby, z których wykonana jest konstrukcja. Zero fuszerki. Jak nie sowieckie. Super solidna robota, nic dziwnego, że przetrwało tyle lat. Drewno opalone, zabezpieczone przed wilgocią. Wchodzimy do tunelu i idziemy w półmroku uważając na zwisające z góry kable i haki. Momentami ziemia ucieka spod nóg a tory i podkłady wiszą w powietrzu nad wydrążonymi poniżej korytami strumieni. Pojedyncze promienie światła wpadają poprzez pojedyncze szpary w drewnianych ścianach tunelu.

trekking po Spitsbergenie droga z Grumant do Colesbukta wzdłuż opuszczonej linii kolejowej

tunel kolejowy na bagnach - trekking po Spitsbergenie

kwiaty na SPitsbergenie

Stopniowo robi się coraz jaśniej, ściany tunelu robią się coraz bardziej dziurawe, w końcu zupełnie znikają. Z konstrukcji zostaje tylko szkielet pokryty dachem. Teraz z powrotem widać doskonale przepiękne otoczenie. Znowu senne, sinoszare morze i coraz bardziej soczysta i zielona podmokła łąka z maleńkimi białymi kwiatami – małe plamki życia na tej surowej północnej pustyni. Momentami chodzenie po torach okazuje się tak trudne, że musimy wychodzić z tunelu i przechodzić naokoło. Po jakimś czasie tunel znowu jest zabudowany. Znowu mrok, pojedyncze promienie słońca i zardzewiałe haki zwisające nad głowami. Potem znowu dziury w ścianach. I znowu ciemny tunel. Następnie same ściany ale już bez dachu. Tory kręcą i kręcą. Za sporym łukiem w końcu wychodzą z tunelu na dobre.

tuż przed Colesbukta - trekking po Spitsbergenie

trekking po Spitsbergenie - Colesbukta

Colesbukta trekking po Spitsbergenie

Naszym oczom ukazuje się zatoka Colesbukta – i kolejna opuszczona sowiecka osada o tej samej nazwie. Kolejne kilkanaście opuszczonych i zapuszczonych budynków: mieszkalnych i gospodarczych, szop, magazynów i ruiny jakiejś fabryki. W przeciwieństwie do Grumant, widać, że Colesbukta była budowana później i ze zdecydowanie większym rozmachem. Po drodze – na wejściu do osady mijamy chatkę zbudowaną w 1912 roku przez rosyjskiego geologa Władimira Rusanowa. Obecnie służy jako schronienie dla osób idących tą trasą. Za darmo można spędzić w niej noc. Miła odmiana po nocy pod namiotem czy w ruinach, po których hula wiatr. Tu nie trzeba robić wart w nocy, można się wyspać na materacu i ogrzać przy kozie. Mijamy w nim grupę, którą spotkaliśmy wczoraj na płaskowyżu. Ale jest za wcześnie na postój. Chcemy dostać się na drugi koniec zatoki i spędzić noc w jednej z hytt znajdujących się na drugim brzegu.

trekking po Spitsbergenie - Colesbukta - opuszcone magazyny

pozostałości Colesbukta - Spitsbergen

trekking po Spitsbergenie - wnętrze opuszczonego magazynu w Colesbukta

Akurat zbliża się pora obiadu, wiec postanawiamy się tu zatrzymać. Zaczyna dość mocno wiać i robi się zimno, wiec to tym bardziej okazuje się być dobry pomysł, szczególnie, że zaraz czeka nas kolejne przekraczanie rzeki. Docieramy do pobliskiego magazynu, zrzucamy rzeczy i gotujemy obiad na kuchence. Przy okazji rozglądamy się po opuszczonych magazynach. Wszystko co nagle przestało być potrzebne ludziom opuszczającym to miejsce stary czajnik, silnik V8, żółte beczki po ropie z napisem Rosnieft, talerze, puste butelki, dużo żelastwa, jakieś siano, kawałki azbestu. W części obok, ogromne sterty worków wypełnionych jakimiś środkami. Wolimy nie wiedzieć co to. Nie dotykamy, nie ruszamy. Siadamy na platformie i jemy obiad z widokiem na przepiękną zatokę. Takie nasze „Cafe Colesbukta„.

trekking po Spitsbergenie molo w colesbukta

trekking po Spitsbergenie - pora na lunch w Colesbukcie

To przedziwne piękno, ale jednak. Mało słońca, kolory ponure, brudne, rude. Ciemna ziemia, wyschnięta, zmarznięta i brudna trawa, porozrzucane żelastwo, stan opuszczenia i zapomnienia. Miejsce, które było, ale już go nie ma. Mimo wszystko próbuje się bronić, opiera się czasowi, na przekór wszystkiemu nie chce zamienić się w proch, trwa. Ta niesamowita, silna chęć życia, przetrwania jest tak charakterystyczna dla ludzi. To miejsce, w całym swoim odtrąceniu, poniżeniu i zapomnieniu, chce trwać dalej, pokazać swoją siłę, wolę, chęć życia. Colesbukta.

trekking po Spitsbergenie - rozległe błota

trekking po Spitsbergenie - zaraz za Colesbukta

Po obiedzie ruszamy dalej w głąb zatoki, do której uchodzi przepiękna dolina Colesdalen. Po środku doliny płynie rzeka, której delta jest zwieńczeniem jej biegu. Idziemy aż drogę odcina nam błoto. Rzeka okazuje się ogromnym rozlewiskiem, obecnie na szczęście wyschniętym. Dużą jego część stanowi właśnie błoto i muł, w których buty grzęzną nam aż po kostki. Jego koszmarna, gliniasta konsystencja sprawia, że lepi się do butów i po chwili nasze stopy zamieniają się w bezkształtne upiorne twory i wyglądają jak kończyny yeti. Przy okazji ważą po kilka kilogramów więcej. Tam gdzie kończy się błoto, zaczyna się bagno. Rude – wydawałoby się suche – torfowiska okazują się niezłą pułapką. To nasączona wodą gąbka, która szczelnie otula buta kiedy, ten się w niej zapadnie. To czyści but z błota ale kompletnie moczy nogę. Nie ma lekko.

trekking po Spitsbergenie - przeprawa przez jedną z rzek

trekking po Spitsbergenie - doliny

Delta okazuje się większym wyzwaniem niż nam się wydawało. Poprzednią rzeczkę przeszliśmy niemal od razu, wystarczyło zdjąć buty i przejść po kolana przez lodowatą wodę. Tu rzeka rozlała się na trzy główne nurty poprzedzielane dziesiątkami mniejszych strumieni. Nasz marsz zaczyna przypominać grę platformówkę na Commodore. Skaczemy po kamieniach deskach i belkach wyrzuconych przez wodę. Próbujemy ominąć błoto pakując się w bagno. Przechodzimy przez jeden strumień, żeby po chwili się wrócić. W końcu udaje się znaleźć bród na rzece. To nawet nie bród a po prostu płytkie miejsce. Woda jest zaledwie po kolana a mimo to nurt jest naprawdę mocny. Do tego dno wyłożone jest kamieniami. Przechodzenie przez rzekę na bosaka to droga przez mękę. Bez kijków absolutnie niewykonalna.

trekking po Spitsbergenie - okolice Colesbukta

trekking po Spitsbergenie

trekking po Spitsbergenie - dolina

Znowu tysiące igieł wbijających się w ciało. Chwila ulgi, kawałek po błocie, znowu ściąganie butów i kolejna przeprawa. Następnie susy, szukanie kolejnej przeprawy i tak w kółko. W końcu wychodzimy na drugim końcu rozlewiska. Przed nami rozpościerają się rozległe łąki. Tak nam się przynajmniej wydawało. Łąki okazały się wrzosowiskiem coraz bardziej nasiąkniętym i przechodzącym w zwyczajne bagno. Skaczemy z co gęstszej kępki trawy na drugą, z trudem próbujemy utrzymać się na powierzchni gęstej trawy. Wychodząc z delty nasze buty były kompletnie pokryte błotem, nie dało się nawet odgadnąć ich kształtu, nie mówiąc o kolorze. Po chwili przeprawy przez bagna, były idealnie czyste – jak nowe – tylko doszczętnie mokre.

trekking po Spitsbergenie droga do Colesbukta

trekking po Spitsbergenie - zatoka Colesbukta

Droga przez bagna wydaje się nie mieć końca. Kiedy nareszcie wychodzimy na skrawek suchej ziemi, szybko okazuje się, że to tylko na chwilę i zaczyna się kolejne bagno. W końcu otaczamy zatokę i wychodzimy na jej drugim brzegu. Naprzeciwko nas, gdzieś w oddali majaczą ruiny Colesbukty. Idziemy wzdłuż dróżki przy której stoi kilka hytt. Niestety nasze plany, wzięło w łeb. Nie zatrzymamy się w żadnej z nich. Domki zamknięte są na cztery spusty. W każdym kolejnym to samo. Docieramy do końca zatoki – na przylądek Kapp Laila. Tam zatrzymujemy się za jedną z chatek i rozbijamy obóz. Dbając aby nie narobić komuś bałaganu, na werandzie, z widokiem na zatokę, przygotowujemy sobie kolację. Szybko padamy i po kolei każdy zasuwa się w swoim namiocie. Dziś zaczynam wartę jako pierwszy.

trekking po Spitsbergenie - okolice miasteczka Colesbukta

trekking po rozległych dolinach Spitsbergenu

Gorąca herbata z menażki parzącej usta na przemian z przenikliwie zimną stalą Mausera w drugiej dłoni. Siadam na werandzie i patrzę na zatokę. Za wodą majaczy Colesbukta. Czekam chyba na zmierzch, który nie nadejdzie. Nie dzisiaj i nie przez kolejne kilka dni. Patrzę na kaczki buszujące po zatoce. Co chwila wzbijające się w powietrze, nurkujące, trzepoczące skrzydłami o wodę. Wydające ciche, przygłuszone dźwięki. Jestem zmęczony chce mi się coraz bardziej spać. Na nogach trzyma mnie obchód. Co kilka minut obchodzę domek, przez lornetkę oglądam okolice w poszukiwaniu niedźwiedzi, których mam nadzieje nie zobaczyć. Przynajmniej nie dziś. Po północy widzę grupę, którą mijaliśmy. Idą w naszą stronę, podchodzą, gadamy po angielsku przez chwilę, decydują się rozbić obok nas. Kiedy rozstawiają namioty słyszę… polski! Tak poznaliśmy Kamila i jego ekipę. Gadki zostawiamy na rano, jest północ, wszyscy są zmęczeni. Od razu dogadujemy się, aby podzielić nocne warty. W ten sposób zamiast 2 godzin, każdy będzie stał godzinę. Oczywiście oprócz mnie, bo spotkałem ich na koniec mojej dwugodzinnej warty…

 

Colesbukta, Spitsbergen

P.S. Kilka ciekawych ujęć z Colesbukty znajdziecie pod tym linkiem