Colesbukta - ruiny sowieckiego miasta górniczego - Spitsbergen

Spitsbergen. Tundra, niedźwiedzie i sowieckie ruiny

Spitsbergen wita mnie we wrześniowy dzień. Jest nadzwyczaj jasno. Słońca nie widać, ale wszędzie panuje jakaś dziwna jasność, jakby to wszystko naokoło promieniowało. Z tych szaroburych gór, z sinoszarych wód fiordu bije światło. Wydobywa się zewsząd: spod ciężkich stalowych chmur zawieszonych nisko ponad Longyearbyen, z soczyście zielonych plam wilgotnego mchu i wszystkich tych polarnych porostów, z kolorowych dachów budynków porozrzucanych w wąskiej dolinie. Razem ze światem szaleje tu chłód. Jęzor zimnego, wilgotnego powietrza przenika przez każdą najmniejszą szczelinę w moim ubraniu. Znajduje najmniejsze nieszczelności, każdy niedopięty guzik, niefrasobliwie zgięty kaptur. Wydaje się, że przenika nawet pomiędzy włóknami materiału, wdziera się przez dziurki na sznurówki. Jest zimno i jasno. Jest pięknie. To piękno nieoczywiste. Surowe, arktyczne.

Longyearbyen - najdalej wysunięte na północ miasto na świecie. Spitsbergen

Olena jest niemiła. Nie ufam jej. W punkcie informacji próbuję się dowiedzieć czy da się przejść przez lodowiec Longyearbyen i przełęcz Longyearpasset do doliny Fardalen. Mapa pokazuje, że teoretycznie tak. Tyle czasu studiowałem poziomice na mapie okolicy. Znam już niemal każde zaokrąglenie. Ale chciałem się jeszcze upewnić. – wiem, że jest jakiś szlak dla skuterów śnieżnych, ale czy da się tam przejść piechotą? – pytam – skoro to jest droga dla skuterów, to znaczy, że jeździ się tam skuterami – odpowiada z miną pani z mięsnego z czasów PRL. – czyli rekomendujesz drogę przez Bjorndalen? – dopytuję – Nic rekomenduję. Tam trzy dni temu była niedźwiedzica z małymi, jak je postrzelisz, to będziesz miał problem – odpowiada. Czuję, że nic z tego nie będzie, więc naiwnie pytam, co w takim razie mogę tu robić – Możesz sobie pochodzić tu, po Longyearbyen, iść do muzeum, po co w ogóle tam chodzić? – podziękowałem grzecznie Olenie i wyszedłem. W ten sposób nic się nie dowiem.

Longyearbyen-widok-na-miasto.-Spitsbergen

Ponure Longyearbyen widok na miasto Spitsbergen

Longyearbyen jest puste. Miasto widmo. Jak cały Spitsbergen. W tej przedziwnej, promieniującej szarudze wygląda przygnębiająco, apokaliptycznie, jak jakieś miasteczko z horroru, ale jednocześnie pięknie. Jest szaro, brudno, ziemiście. Nie ma tu żadnego zapachu. Nawet błotnista rzeka nie pachnie. Nie ma tego charakterystycznego metaliczno-krzemowego zapachu. Po obu stronach doliny w górę strzelają ponure strome góry poorane pozostałościami po kopalniach. Widać na nich jakieś drewniane ruiny, porozrzucane wagoniki i deski. Mnóstwo desek. Wszystko to bez koloru. Jedyne kolory to dachy budynków, jakieś znaki. Po pustych ulicach hula wiatr. Mieszkańcy chyba pozamykali się w swoich domkach. W niektórych z nich, w oknach błyszczy jeszcze złota folia, którą latem okleja się tu szyby w nadziei na odrobinę ciemności. Jedyne życie, na jakie się natykam to maluchy bawiące się na placu zabaw przed przedszkolem. Pośród całej tej szarugi, kamieni i zimnego błota, kilkanaścioro maleńkich dzieciaków biega dookoła i się bawi. Wyglądają jak małe, kolorowe zjawy, opatulone szczelnie w kurtki, czapki i rękawiczki.

Trekking na Lodowiec Longyear - okolice Longyearbyen - Spitsbergen

Trekking na Lodowiec Longyear - widok na Longyearbyen - Spitsbergen

Jest jeszcze wcześnie. Po południu, więc postanawiam sam sprawdzić czy po pobliskim lodowcu da się przejść. Sprawdziłem wcześniej dane dotyczące zachodu słońca na Spitsbergenie i wyliczyłem sobie, że mam jakieś 4 godziny, żeby dojść do przełęczy i wrócić. Potem zaczyna się zmierzch. Nie chciałbym chodzić po lodowcu w wieczornej szarudze lub po ciemku. Na szczęście z mojego hostelu – Gjestehuset 102, do moreny lodowca jest rzut beretem. Zarzucam karabin na ramię i ruszam w głąb doliny wprost na zasnuty szarugą, ciemny lodowiec. Przede mną ogromne gruzowisko moreny czołowej. Wspinam się po luźnych kamieniach wysoko w górę. Na szczęście jest w miarę sucho, nie ma śniegu. Mijam ostatnie ślady bytności człowieka – ruiny jakiejś kopalni i opuszczoną psiarnię. Droga dalej kręci po gruzowisku. Kiedy docieram do kilku skuterów śnieżnych pozostawionych pośrodku niczego, ścieżka znika. Teraz zaczyna się przygoda – trzeba po prostu iść przed siebie. Prosto pod górę lodowca. Tam gdzieś hen!

Trekking na Lodowiec Longyear - skuter czeka na zimę - Longyearbyen, Spitsbergen

Trekking na Lodowiec Longyear - morena - Longyearbyen, Spitsbergen

Jęzor lodowca zaczyna się nagle. Po prostu – kamienie, kamienie, lód. Mijam szczeliny i próbuję wejść na morenę. Niestety powierzchnia lodowca to szklanka. Bez raków nie udaje mi się zrobić nawet jednego kroku i ląduję na brudnym lodzie. Decyduję się iść w górę po morenie bocznej – czyli ogromnym rumowisku po bokach lodowca. Jest strono, nieskończona ilość kamieni małych i dużych, luźnej ziemi i lodu wystającego spod tego wszystkiego zamienia marsz w mordęgę, ale do wyboru mam iść dalej albo wrócić. Staram się nie myśleć o powrocie, bo zapowiada się jeszcze gorszy. Jest ślisko, kamienie co chwila odpadają, łatwo skręcić kostkę. Droga wydaje się nie mieć końca. Odwracam się co i raz. Za moimi plecami Longyearbyen stopniowo oddala się i znika za rumowiskiem kamieni, w długim tunelu doliny.

Trekking na Spitsbergenie - najważniejsza jest broń na niedźwiedzie -Longyearbyen, Spitsbergen

Trekking na Spitsbergenie - broń na niedźwiedzie -Longyearbyen, Spitsbergen

Prześladuje mnie informacja o niedźwiedziach polarnych. Przyjeżdżając na Spitsbergen doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że istniej prawdopodobieństwo, że je spotkam. Po to też broń. Mauser z nabojami myśliwskimi kalibru 7.62 – to takie jak w Kałasznikowie – potrafią przestrzelić stalową płytę. Ale dopiero, kiedy znalazłem się tutaj sam, z dala od cywilizacji, dociera do mnie powaga sytuacji. Jestem tu intruzem. Co z tego, że mam broń. A jeżeli nie zobaczę niedźwiedzia na czas. Przez całą drogę czuję się nieswojo. Jakby ktoś mnie obserwował. Przystaję co jakiś czas i dokładnie lustruję okolicę. Udzielają mi się ostatnie wiadomości o niedźwiedzicy z małymi, która zaledwie kilka dni temu podeszła pod zabudowania Longyearbyen w drugiej części miasta. A co jeżeli przyjdzie tu? Zdaje sobie sprawę, że w łańcuchu pokarmowym Spitsbergenu spadłem niziutko. Samotność, dzika natura i ta wszechogarniająca, martwa cisza, rozrywana jedynie przez wiatr, doprowadzają mnie do małej fobii. Świadomość, że cywilizacja jest daleko, że tu rządzi natura, nie pomaga. Tracę pewność siebie, strach budzi we mnie lekką paranoję. Ta z kolei wymusza ostrożność i pokorę. To dobrze.

Dolina Fardalen widziana z przełęczy Longyearbyen - Spitsbergen

Fardalen widziana z przełęczy Longyearbyen Spitsbergen

Im wyżej, tym zimniej i bardziej ślisko. Kamienie zamieniają się w ślizgawicę. Dookoła robi się biało i nim się spostrzegłem, jestem na samej górze w kotle lodowca. Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów po płaskim jak szkło, pochyłym zboczu pokrytym lodem i jestem na przełęczy! Przede mną w oddali spowita cieniem, ponura i Fardalen – dolina, którą chcę jutro przejść aż do opuszczonej sowieckiej osady górniczej Colesbukta. – Da się! – krzyczę do siebie radośnie patrząc jak droga do sąsiedniej doliny schodzi po kamiennym gruzowisku. Wszystko wygląda nader optymistycznie. Układam sobie w głowie plan jutrzejszej wyprawy, wszystko zaczyna nabierać realnych kształtów. Wielkie niewiadome ostatnich dni, przestają mnie męczyć. Kręcę się po okolicy i dostrzegam na śniegu dziwne ślady. Coś jakby ktoś się turlał w dół stromego zbocza. Tyle, że żaden człowiek nie podszedłby pod tak strome zbocze. Może skuter? Ale skąd tu skuter o tej porze roku? W pewnym momencie moje ciało przechodzi elektryzujący dreszcz. Pod nogami dostrzegam ogromny ślad. Wygląda jak stopa z trzema ogromnymi pazurami – To przecież nie jest trop niedźwiedzia – tłumaczę sobie. Bardziej wygląda na odcisk buta z rakami. Tyle, że jest ogromny. Moja – duża stopa, w dużych butach, dosłownie tonie w śladzie.

Trop niedźwiedza, przełęcz Longyearbyen - Spitsbergen

Lodowiec Longyearbyen widziany z przełęczy Spitsbergen

Od razu wraca ostrożność i ta niepewność. Wracając do Longyearbyen rozglądam się dookoła, a w miarę jak powoli robi się coraz bardziej szaro, wszystko dookoła wydaje się jedną ciemną masą. Zmysły wyostrzają się, każdy stukot kamieni zwraca moją uwagę. Tajemnicze trzaski spod lodowca, jakiś chlupot, szum, sprawiają, że samotność staje się tu jeszcze cięższa do zniesienia. – co ja najlepszego robię!? – zastanawiam się. Jutro zamierzam przejść prawie 40 kilometrów przez tundrę Spitsbergenu. Kompletnie sam. Szansa, że spotkam tu drugiego człowieka jest znikoma. Mogę liczyć tylko na siebie. I na szczęście. Mam nadzieję, że mi go nie zabraknie. Docieram do hostelu przed zmierzchem. W zasadzie to jeszcze nie robi się ciemno. Przez całą noc panuje tylko lekka szaruga, pogłębiona cieniem doliny, w której leży Longyearbyen. Jeszcze raz wszystko analizuję, zastanawiam się czy iść, zestawiam wszystkie za i przeciw. Sam w takim miejscu to przecież szaleństwo. I dlatego to zrobię!

Spitsbergen - trekking w śniegu - lodowiec Longyear, Longyearbyen

Spitsbergen - trekking w śniegu na lodowiec Longyear, Longyearbyen

Rano niespodzianka. Za oknem kompletnie biało. Jak w wymarzone święta. Przez noc spadł śnieg. Pierwszy w tym roku, już zawitał na  Spitsbergen. Patrzę w stronę lodowca, który cały jest przysłonięty chmurami. No cóż, drogę już znam, spróbuję. Powinno się udać! Ubrany jak Eskimos ruszam w kierunku chmur. Wszystko to, co wczoraj było suche, dziś jest pokryte mokrym śniegiem. Kamienie są śliskie i już po chwili wydaje mi się, że ta wycieczka się zaraz skończy. Docieram jakimś cudem do lodowca bez skręconej kostki. I tu wszystko zaczyna się układać. Okazuje się, że płaska jak szyba morena – wczoraj śliska niczym lodowisko – dziś pokryta jest mokrym śniegiem, po którym da się iść! Ruszam więc odważnie w górę. Do środka tej nieskończonej białej przestrzeni.

Dolina Fardalen w śniegu - widok z przełęczy Longyear, Spitsbergen

Dolina Fardalen w śniegu, przełęcz Longyear, Spitsbergen

Wszystko jest inaczej niż wczoraj. Wszystko zlewa się w jedną bezkształtną białą masę. Śnieg oszukuje zmysły. Kiedy wszystko dookoła jest białe, tracę perspektywę. Nie wiem, co jest blisko, co daleko. Nie widzę nierówności terenu. Patrzę przed siebie i nie wiem czy idę po płaskim czy pod górę. Dopiero nogi mówią mi, czy się wspinam czy schodzę. Oczy mają dość. Ciemne okulary nie pomagają, to nie śnieżna ślepota, to zaburzenie perspektywy. W śniegu nie ma kształtów, nie ma odległości, nie ma kątów. Jest tylko biały bezkres. I w tym wszystkim próbuję wypatrywać niedźwiedzi polarnych, które mogę spotkać zawsze i wszędzie. Lubię te momenty, w których moje ciało okazuje się bezradne. Wtedy można się tyle o sobie dowiedzieć. W nowych sytuacjach odkrywać zupełnie nowe reakcje, z których na co dzień możemy sobie nawet nie zdawać sprawy. To powrót do natury. Wyjście ze strefy komfortu, z wygodnego fotela, klimatyzowanego biura, auta z czujnikami parkowania. To powrót do korzeni. Do nas samych. Odkrywanie siebie, uczenie się, wystawianie na próbę. Spitsbergen to podróż wewnątrz siebie.

Przełęcz Longyear - dolina Fardalen, Spitsbergen

Dolina Fardalen w chmurach, Spitsbergen

Na przełęcz docieram w niecałą godzinę, czyli dwa razy szybciej niż wczoraj. Śnieg nie tylko nie przeszkodził mi w marszu, ale wręcz pomógł! Okazuje się jednak, że Fardalen jest cała zasypana śniegiem. Cały czas sypie lekki śnieg, a gdzieś daleko zza gęstych chmur próbuje się przebić słońce. Prognozy mówiły, że od południa będzie słońce, ale kto by tu wierzył prognozom. Może jednak… po chwili wahania i zastanowienie ruszam w dół do Fardalen. Śnieg przestaje sypać, ale w jego miejsce niemal natychmiast pojawiają się chmury, które przesłaniają połowę doliny. Pośród białego puchu dostrzegam trzy czarne kropki w dolinie. – No to mam niedźwiedzie – od razu pomyślałem widząc w nich matkę i dwójkę młodych, o których wszyscy mówili. Pierwsza myśl to „koniec wycieczki”, ale postanowiłem podejść nieco i zobaczyć czy to, aby na pewno niedźwiedzie.

Renifery - dolina Fardalen, Spitsbergen

Dolina Fardalen - trekking w śniegu - Spitsbergen

Schodzę kilkaset metrów dalej kamienistym i śliskim żlebem. Okazuje się, że to nie niedźwiedzie, a renifery, które czmychają, kiedy tylko zbliżam się na kilkaset metrów. Czuję dużą ulgę, ale i lekkie zażenowanie, że wpadłem w jakąś fobię. Wszystko tu to dla mnie niedźwiedź polarny. Może po prostu wychodzi to, że jestem sam i przez to jestem hiperostrożny. Czuje jak powoli się oswajam ze Spitsbergenem, jak otoczenie staje się dla mnie mniej obce, mniej dzikie. Zaczynam je rozumieć, obserwuję, słucham, wydaje mi się, że zaczynam potrafić je czytać, jednocześnie zachowując pokorę. Lubię ten rytuał przejścia, w którym z miejskiego szczura zbliżam się do natury. Kiedy zaczynam zwracać uwagę na otoczenie, dostrzegać ślady na ziemi, wsłuchuję się w to, co dookoła. Staję się częścią natury.

Szczątki renifera - dolina Fardalen - Spitsbergen

Dolina Fardalen chmury -Longyearbyen, Spitsbergen

Fardalen to królestwo śniegu. Dolina, która wczoraj miała kolor zgniłej wyschniętej trawy i brudnych skał, dziś jest biała. Wszystko pokrywa świeży mokry śnieg. Ma to swoje plusy, całą dolinę wypełnia podmokła tundra. Latem musi to być jedno wielkie bagno. Teraz ziemia przemarzła i da się po niej chodzić, bez zapadania po kostki w mokrej brei. Ruszam na południowy zachód do ujścia doliny. Patrzę na mapę i próbuję określić moje położenie. Ukształtowanie terenu, które wydawało się takie proste na poziomicach, tutaj płata figle. Oprócz różnic w wysokości jest jeszcze podłoże – kamienie na zmianę z nie do końca zamarzniętym bagnem. Udaje mi się dotrzeć do rzeki i ruszam w dół jej biegu. Okolica wygląda jak w jakimś dziwnym śnie. Przejaśnia się, a szarość nieba zastępują kłębiaste chmury tworzące niesamowite wzory. Wydają się ciężkie, jakby zwisały tuż nad doliną. Jakby podtrzymywały je tylko otaczające mnie klify.

Dolina Fardalen Hytta -Longyearbyen, Spitsbergen

Fardalen i Colesladen - przepiękny widok na dolinę, Spitsbergen

Gdzieś nisko na niebie słychać dzikie gęsi. To ich kwakanie, klucz lecący nad głową robią niesamowite wrażenie. To jedna z niewielu oznak życia. I tak czuje się jak w jakimś śnie. Jednym z tych, w których błądzi się w pustce i próbuje znaleźć wyjście. A wyjścia nie ma. Idę przed siebie. Mijam jakąś chatkę myśliwską. Na drzwiach napis „Private. Closed”, ale przez odsłonięte okna widać, że ktoś tu przed chwilą był. Chwilę dalej trafiam na myśliwych. Po drugiej strony rzeki oprawiają renifera, którego dopiero, co upolowali. W oddali przygląda się temu stado innych reniferów. Idę za nimi, a te uciekają, kiedy tylko się do nich zbliżę. Ponieważ idziemy w tym samym kierunku, wygląda to jak zabawa w kotka i myszkę. Podchodzę, renifery wyrywają do przodu. Znowu podchodzę, te znowu uciekają. I tak dalej. Łapie się na tym, że uwolniłem się już od fobii – oessu niedźwiedź – nie szukam go za każdym kamieniem, tylko po prostu idę. Jestem uważny, ale nie przesadnie

Widok na dolinę Fardalen - Spitsbergen, trekking

Zaczyna się robić cieplej. Niebo się przejaśnia, a tundra pod nogami staje coraz bardziej miękka i mokra. Śniegu na ziemi jest coraz mniej. W końcu grzęznę w błocie po kostki. Z każdym krokiem, moje stopy zapadają się w miękkiej, mokrej gąbce, która szczelnie okala i moczy moje buty. Potykam się i grzęznę coraz częściej. W tym niesamowitym baśniowym otoczeniu wydaje mi się jakby z ziemi wyłaniały się jakieś dziwaczne stwory, które chcą mnie pochłonąć. Łapią za nogi i ciągną gdzieś pod ziemię, przez miękkie błoto, aż do wiecznej zmarzliny. Rzeka wrzyna się w wąwóz i zaczyna kręcić. To znak, że docieram do Colesladen – doliny, w której znajduje się Colesbukta. Odnajduję szlak dla skuterów śnieżnych i wspinam się po zboczu na płaskowyż.

Trekking w dolinie Colesladen - kierunek Colesbukta - Spitsbergen

Pode mną przepiękna szeroka dolina, przez którą meandruje rzeka. Rozlewa się po całej szerokości doliny. W złocistym lustrze wody odbija się słońce, które pojawiło się nie wiadomo skąd. Zniknęły chmury, nie ma też śniegu. Cała dolina jest w ciemnym kolorze wczesnojesiennej tundry. Mój cień jest nienaturalnie długi, jak tuż przed zachodem słońca, tyle, że pozostaje w tej pozycji cały czas. Jesień na Spitsbergenie to czas zachodu słońca. Słońce wisi nieruchomo tuż nad horyzontem. Dzięki temu moja ulubiona pora dnia – ten moment przejścia pomiędzy dniem i nocą – trwa tu nieprawdopodobnie długo. Światło jest soczyście ciepłe. Wszystko widać bardzo wyraźnie, nasycone, piękne, kolorowe. Jednocześnie promienie słońca są zimne, zupełnie nie ogrzewają. Jakby były sztuczne. Czuję się jak w jakimś dziwnym śnie.

Widok na dolinę Colesladen Spitsbergen

Dolina Colesladen - Spitsbergen

Po dwóch godzinach marszu w końcu docieram do zatoki. Przede mną pojawiają się pierwsze pozostałości Colesbukty. Jakieś deski, skrzynie, powyginane pręty, drewniane szpule po kablach. Dalej pierwsze ruiny domków powoli pochłaniane przez podmokłą tundrę. Przez błoto docieram do cmentarza ponad osadą. W pomarańczowym świetle nisko zawieszonego słońca kamienne nagrobki wyglądają jak gigantyczne księgi, oparte o złotą trawę, otwarte jakby ktoś je czytał. Straszą wyblakłe, zniszczone zdjęcia. Czerwona gwiazda, która kiedyś dumnie świeciła ponad imieniem i nazwiskiem zmarłego, teraz krwawi i rdzawym zaciekiem zalewa imię Aleksieja – górnika z Colesbukty, który zginął tu w 1960 roku. Pustka. Wszędzie pustka, ciepłe, nisko zawieszone słońce i gęganie dobiegające z klucza gęsi przelatującego nade mną.

Colesbukta - cmentarz - ruiny sowieckiego miasta górniczego - Spitsbergen

Colesbukta - ruiny sowieckiego miasta górniczego - Spitsbergen

Uwielbiam opuszczone miejsca. Ruiny, w których czas się zatrzymał. Ludzie je opuścili a natura wcale się nie kwapi, żeby odzyskać, co do niej należy. W Arktyce rozkład jest powolny. Na Spitsbergenie nic nie gnije, nie pleśnieje, nie ma bakterii i robaków. Tutaj wszystko pokrywa się arktycznym kurzem, zamarza i odmarza, potem znowu zamarza, żeby jeszcze raz odtajać. I tak w kółko, dziesiątki lat. Budynki w Colesbukcie straszą. Spalony szkielet jakiejś fabryki, magazyny. Najstraszniejsze są jednak bloki mieszkalne. Zaglądam po kolei do budynków tkwiących tu samotnie, pozostawionych na wieki. Stare obdrapane wnętrza wyglądają jak sceneria jakiegoś horroru. Tak właśnie wyobrażam sobie wnętrze jakiegoś zakładu psychiatrycznego, w którym straszy.

Colesbukta opuszczona sowiecka osada górnicza Spitsbergen

Colesbukta - opuszczone miasto Spitsbergen

Colesbukta - ruiny domów, opuszczone miasto, Spitsbergen

Puste korytarze spowite mrokiem, otwarte drzwi do kolejnych pokoi, w których pod grubą warstwą kurzu stoi szkielet łóżka, jakieś złamane krzesło, stary materac. Są nawet pokoje, w których stoją łóżka niemiłosiernie skrzypiące przy każdym dotknięciu. Z zewnątrz dobiega szum wiatru. Ciągle coś stuka, drapie, puka. Najgorsza jest świadomość osamotnienia. Nikogo tu nie ma. To uczucie potęgują ślady ludzi, którzy tu byli. Stare meble, wyblakłe zdjęcia dzieci przyczepione do lodówki, jakieś szmaty, usmolone sadzą kozy, wszystko to wygląda jakby ktoś tu był i właśnie wyszedł na chwilę po siekierę, żeby mnie porąbać na kawałki. Do tego ślady ludzi, którzy to miejsce odwiedzają. Butelka po wódce, paczka papierosów, jakiś brudny śpiwór rozłożony na krześle. W miejscach odludnych najbardziej przerażają ślady bytności człowieka. Człowiek w porzucając Colesbuktę ostatecznie zerwał więzy tego miejsca z ludźmi. Od tego czasu, od opuszczenia, człowiek tu nie pasuje, jest obcy, budzi niepokój.

Colesbukta - wnętrza opuszczonego miasta Spitsbergen

Colesbukta - przerażające wnętrza opuszczonego miasta, Spitsbergen

Colesbukta - opuszczone swoeickie miasto, Spitsbergen

Kręcę się po ruinach zapominając o całym świecie. Dostaję gęsiej skórki, boję się zajrzeć do przez każde kolejne drzwi, a jednak chodzę od budynku do budynku. Zwiedzam porzuconą kuchnię z porozrzucanymi ogromnymi kotłami, chłodnią, obitą boazerią jadalnią. Zaglądam do magazynu pełnego porozrzucanego złomu i worków z jakąś chemią, potykam się o stare szyny z zakładów imienia Stalina, które po cichu rdzewieją pośród tundry. To miejsce uzależnia, łapie i nie chce puścić. W końcu, kiedy słońce znika za górami i pośród pomarańczowego wieczornego światła cienie wydłużają się, ruszam dalej za Colesbuktę wzdłuż starych torów prowadzących do kopalni w Grumant. Po drugiej stronie fiordu tkwią bajecznie piękne pokryte śniegiem szczyty, spomiędzy których spływają do wody ogromne lodowce. Widok tak doskonały, że chciałbym móc wyryć go sobie w pamięci. Żadne zdjęcie nie jest w stanie oddać tego majestatu, potęgi natury. Próbuję je złapać, uwięzić na karcie aparatu, ale to niemożliwe. Rzeczy tak piękne nie pozwalają się ujarzmić. Pozostanie jedynie wspomnienie i zdjęcia, które próbują oddać to miejsce. Po 1,5 km marszu po rozpadających się torach docieram do Rusanovoden – hytty, w której można się zatrzymać na noc.

Droga do Rusanovoden - hytta w pobliżu Colesbukty, Spitsbergen

Rusanovoden - hytta w pobliżu Colesbukty - darmowy nocleg na trekkingu, Spitsbergen

Rusanovoden - hytta w pobliżu Colesbukty - fbroń myśliwska - trekking Spitsbergen

Rusanovoden - hytta w pobliżu Colesbukty - fińska wódka o smaku lukrecji trekking Spitsbergen

Tu kończy się moja samotna podróż. Przynajmniej na chwilę. Na miejscu poznaję grupę siedmiu Finów, z którymi leciałem samolotem, jechałem autobusem i mieszkałem w hostelu. Chyba mnie prześladują. Przybyli tu, żeby polować na gęsi. W chatce wpadam na czterech Polaków z Irlandii z Patrol-X – od razu się dogadujemy. Na koniec dociera jeszcze czwórka myśliwych, którzy upolowali renifera. Przychodzą obładowani mięsem zwierzęcia, które w plastikowych workach wieszają na dachu dookoła hytty. W efekcie chata jest obwieszona dziesiątkami kilogramów mięsa renifera i kilkoma gęsiami. Brzmi jak zaproszenie dla niedźwiedzia. Na szczęście oprócz mięsa a chacie jest w sumie 16 osób i pełno broni. Finowie mają ze sobą cały arsenał, którym nie omieszkają się pochwalić. Nie popieram polowania na zwierzęta i nie rozumiem jak można to robić, więc nie podzielam ich entuzjazmu, ale przyjemnie spędzamy wieczór na rozmowach popijając coś rozgrzewającego. W zamian za moją cytrynówkę jestem przez Finów częstowany czarną wódką salmiakki o smaku lukrecji. Słaby interes!

Colesbukta, Spitsbergen

Książki o Spitsbergenie:

Ilona Wiśniewska, Białe

Bea Uusma, Ekspedycja. Historia mojej miłości