Park Imjingak w DMZ strefie zdemilitaryzowanej, Korea Południowa

Strefa zdemilitaryzowana. Rezerwat DMZ

Wycieczka do strefy zdemilitaryzowanej to coś, co zwyczajnie trzeba zrobić w Korei. Niebieski barak, długi błyszczący stół, skórzane fotele, strażnik w hełmie i ciemnych okularach, stojący z groźną miną i zaciśniętymi pięściami. Drzwi, za którymi jest już Północna Korea. Joint Security Area w Panmunjom. To chyba jeden z obrazów najczęściej kojarzony z Koreą. Współczesna historia tak bardzo wyrugowała z ludzkich skojarzeń piękne średniowieczne pałace, drewniane domy i bajkową przyrodę. Zamiast tego jest wojna. Strefa zdemilitaryzowana. Z tym kojarzona jest Korea. Naturalnie nie mogliśmy sobie odpuścić tej atrakcji. Z dziwną, wręcz masochistyczną chęcią chciałem tam jechać, zobaczyć ten słynny błękitny pawilon. Zobaczyć, że „tu” zaczyna się „ten” dziwaczny kraj. Że ten podmuch powietrza, to znad „tej” Korei. Chciałem to po prostu przeżyć. Jednodniowa wycieczka do strefy zdemilitaryzowanej. Zaczynamy!

Panmunjeom JSA - strefa zdemilitaryzowana na granicy Korei Północnej i Południowej
Autor zdjęcia – https://www.flickr.com/photos/groucho/

Okazuje się, że taka wyprawa nie jest aż tak prosta do zrobienia. Strefę zdemilitaryzowaną można odwiedzić jedynie w ramach zorganizowanej wycieczki z Seulu. Do wyboru są dziesiątki opcji. Z różnymi biurami, planami wycieczek i atrakcjami. Koniec końców, mam wrażenie, że i tak realizują to 2-3 biura. Reszta to pośrednicy. Poszukiwania tej jedynej opcji rozpoczęliśmy zaraz po przybyciu do Seulu. Okazuje się, że za późno. Na wycieczkę trzeba się zapisać z co najmniej 3-dniowym wyprzedzeniem, podając dane z paszportu. Inaczej nie ma mowy o wjeździe do strefy zdemilitaryzowanej DMZ. Kiedy już znajdujemy sensowne biuro, pan w słuchawce informuje z przykrością, że możemy zapomnieć o Panmunjom, ponieważ całe Joint Security Area – JSA – w Panmunjom jest zamknięte dla zwiedzających z powodu… rozminowywania okolicy. To ponoć jakiś element ocieplania stosunków pomiędzy Koreami. Zamiast tego wybieramy opcję podstawową – również w strefie zdemilitaryzowanej – 3-ci tunel infiltracyjny oraz Obserwatorium Dora, ok 4 kilometrów od Panmunjom.

Błękitny pawilon Panmunjeom JSA - strefa zdemilitaryzowana na granicy Korei Północnej i Południowej
Autor zdjęcia – https://www.flickr.com/photos/cristic/

Wieczorem przed wycieczką otrzymujemy ostatnie instrukcje. Oczywiście należy zabrać paszporty. Przy czym upewniamy się, że z polskimi paszportami nie będzie problemu. Niektóre paszporty podpadają pod bardziej restrykcyjne procedury. Szczególnie dotyczy to obywateli… Korei Południowej. Osoby legitymujące się paszportem Korei Północnej nie mają prawa wstępu do strefy zdemilitaryzowanej. Na wycieczkach do DMZ, szczególnie do Panmunjom obowiązuje dress code. Tego się akurat nie spodziewaliśmy. Ubranie musi być schludne, nie ma mowy o koszulkach bez rękawów, porwanych dżinsach, sandałach i wszystkim co wygląda na stare, znoszone lub brudne. Nie dozwolone są także wszelkie wzory militarne. Panterka, khaki itp. odpadają. Generalnie trzeba wyglądać jakbyśmy wybierali się na spotkanie z rodzicami nowo poznanej dziewczyny lub chłopaka. Dlaczego? Okazuje się, że północnokoreańscy żołnierze fotografują turystów, następnie tych ubranych w np. Porwane dżinsy pokazują w materiałach propagandowych. Zdjęcia okraszone są napisami w stylu „tak wyglądają biedni, obszarpani ludzie na zachodzie”. Wybieramy więc co czystsze ubrania i podekscytowani, od samego rana czekamy na wycieczkę.

Droga do DMZ strefy zdemilitaryzowanej - Korea Południowa

Około 8:00 podjeżdża busik i ruszamy przez zatłoczone ulice Seulu. Jest nieźle, jesteśmy sami w niedużym aucie. Kierowca w garniturze i białych rękawiczkach się uśmiecha. Podrzuca nas pod jakiś hotel, gdzie czeka kolejnych kilka busów. Z całego miasta zjeżdżają się inni ludzie, którzy po chwili znikają w kolejnych busach rozjeżdżających się na wszystkie strony. To jakiś niepozorny, świetnie zorganizowany proceder przemieszczania ludzi z miejsca na miejsce. Wycieczki wszędzie, na niespotykaną skalę. Stoimy tak gdzieś pośrodku chodnika i czekamy na swoją kolej. W końcu trafiamy na nasz busik. Pełny, zwarty i gotowy na przygodę na styku Korei. Przeciskanie się przez zatłoczony, poranny Seul zajmuje chwilę, więc kiedy opuszczamy miasto, niemal wszyscy już drzemią. Zabudowania stają się tymczasem coraz rzadsze, zostaje tylko coraz bardziej pusta droga. W końcu docieramy do Imjingak – ostatniej wioski przed strefą zdemilitaryzowaną DMZ. To pierwszy przystanek na naszej wycieczce.

DMZ czyli strefa zdemilitaryzowana - atrakcja numer jeden w Korei Południowej

Park Imjingak - pierwszy przystanek w DMZ strefie zdemilitaryzowanej, Korea Południowa

Park Imjingak. Początek strefy zdemilitaryzowanej

Imjingak to w zasadzie park poświęcony pamięci 10 milionów Koreańczyków, których rozdzieliła wojna. Pomnik jeden, drugi, stara lokomotywa roztrzaskana przez bomby, powykręcana i sklecona na nowo. Kawałek dalej stalowy szkielet Freedom Bridge – mostu wolności – na którym w 1953 roku dokonano wymiany 13 000 jeńców. Tutaj zaczyna być widać wojnę. Do tej pory Wojna Koreańska była tylko hasłem, napisem na ulotce. Tutaj ją widać. I czuć. To dziwne uczucie, że wszystko dookoła jest ogrodzone płotem, drutem kolczastym, zaminowane, zamknięte. Jesteśmy w pułapce. Takiej, która z jednej stronie na każdym kroku przypomina o wojnie, a z drugiej stara się być jak najbardziej normalnym miejscem, w którym są parkingu pełne aut, sklepy typu 7-Eleven czy restauracja Popeyes. Dom wariatów. Rozdwojenie jaźni. Smutek i zaduma o zapachu frytek i hamburgera. Uciekamy gdzieś, gdzie tego nie czuć. Przyklejamy się do płotu i patrzymy na drugą stronę. Przez romby siatki. Na największe pole minowe na świecie. Po plecach przechodzi mi dreszcz.

Park Imjingak w DMZ strefie zdemilitaryzowanej, Korea Południowa

Przejeżdżamy przez most i znajdujemy się na ostatnim skrawku ziemi należącym do Korei Południowej. Spodziewaliśmy się chyba bardziej ponurego krajobrazu, połamanych drzew, lejów po bombach, popalonych szkieletów budynków, opuszczonych wiosek, miast-widm. Tymczasem jedziemy przez wioski, ogródki, maleńkie pola ryżu. Ptaki radośnie przekomarzają się w gąszczu drzew. Wygląda jak sielska koreańska prowincja, tyle tylko, że na ogrodzeniach, spod bujnego bluszczu wystają czerwone trójkąty z napisem MINE. Po bliższym przypatrzeniu dostrzegamy zakamuflowane wozy opancerzone, jakieś bunkry i całą masę budynków wojskowych. Z krzaków celują w nas kamery, wszędzie wystają tu jakieś czujniki i anteny. Czujemy się non stop obserwowani. Dojeżdżamy do niewielkiego parkingu schowanego pomiędzy gęstymi drzewami. Razem z grupami zwiedzających stajemy przed budynkiem z napisem 3rd Infiltration Tunnel.

strefa zdemilitaryzowana DMZ to jedno wielkie pole minowe - Korea Południowa

Tunel infiltracyjny nr 3. Udawana kopalnia

Przed nami tunel infiltracyjny numer 3. Zanim jednak zejdziemy na dół, wycieczki są zagonione do małej sali kinowej, gdzie odtwarzany jest film dokumentalny o strefie zdemilitaryzowanej, wojnie oraz tunelach. Okazuje się, że tunel infiltracyjny numer 3 to jeden z czterech, które zostały odkryte od 1974 roku. Wykopane przez wojsko Korei Północnej, w celu przeprowadzenia ataku z zaskoczenia. Kiedy w końcu dojdzie do inwazji, oddziały piechoty wyskoczą znienacka na tyłach wroga. Taki był plan. Niestety z kilkoma tunelami nie wyszło. Jedne odkryto przez przypadek, lokalizacja innych została zdradzona przez uciekinierów z północy (tak jak tego). Nie wiadomo ile jeszcze tuneli skrywa ziemia pod strefą zdemilitaryzowaną. Prędko się tego pewnie nie dowiemy. „Trójka” znajduje się 73 metry pod ziemią. Ciągnie się jakieś 1200 metrów po stronie północnej, przecina linię demarkacyjną i idzie jeszcze 435 metrów po stronie południowej. Koreańczycy mieli ciekawy sposób na znajdowanie tuneli. Nie było tu niestety żadnej wyszukanej techniki. Co dwa metry wiercono w ziemi małe otwory o głębokości do 100 metrów. Następnie umieszczano w nich rury z PCV wypełnione wodą. Kiedy nagle z cylindra strzelała woda jak z gejzera, oznaczało, że gdzieś pod ziemią nastąpił wybuch. Czyli ktoś robi tunel. Wtedy Koreańczycy z południa szykowali komitet powitalny.

pomnik przy trzecim tunelu infiltracyjnym - Sstrefa zdemilitaryzowana, Korea

Tyle treści dokumentalnej. Kiedy część o wojnie, zdaję sobie sprawę, jaką jest ordynarną propagandą. Ile w nim taniego patosu, agresji, swobodnej interpretacji historii, prania mózgu. My mamy rację, oni są jednoznacznie źli! Niby wszystko się zgadza z historią: Północ kontra Południe, komunizm kontra kapitalizm, ale po to całe powtarzanie „enemy„, „enemy„, „enemy„, jakaś taka zaciekłość, zajadłość, nienawiść, pogarda dla drugiego człowieka. To odczłowieczenie wroga, zrobienie z przeciwnika jakiejś siły nieczystej. Zawsze mnie to zadziwia. Te wszystkie „prawdy historyczne” – liczba mnoga, bo każdy ma swoją. Ten relatywizm, to patrzenie na historię jak na zdjęcie, które można bezkarnie fotoszopować kiedy i jak nam się tylko podoba. To samo widzieliśmy w Pearl Harbour, gdzie Amerykanie mówili, że wojna zaczęła się w 1941 roku, to samo było na Okinawie i Hiroszimie, gdzie mówiono o Amerykanach pojawiających się w Japonii po wojnie, ale nie mówiono w ogóle skąd się tam wzięli, to samo jest w muzeum wojny w Ho Chi Minh, gdzie mówi się o arkadyjskim życiu na wietnamskiej prowincji i inwazji złych Amerykanów. Tą samą retorykę można usłyszeć w azerskich wiadomościach w materiale o ormiańskiej okupacji Górskiego Karabachu. Zresztą, dlaczego mnie to tak razi, może wersja historii, którą ja znam, też jest nieobiektywna, zmanipulowana. Nie taka jaka powinna być. I co wtedy?

atrapa tunelu infiltracyjnego numer 3 w strefie zdemilitaryzowanej, Korea

Po filmie ruszamy do tunelu. W dużym baraku zostawiamy wszystkie rzeczy, przede wszystkim aparaty fotograficzne i telefony. W tunelu nie wolno robić zdjęć. Korci mnie, żeby wziąć telefon i z cichacza porobić zdjęcia. Fajnie przecież mieć pamiątkę i móc się pochwalić. Po chwili stwierdzam, że to głupie. Po pierwsze lepiej nie ryzykować nieprzyjemności. Wszędzie tu pełno kamer. Po ciemku, ze zdjęć z ukrycia i tak pewnie nic nie będzie. Po drugie, myślę sobie, że skoro to obiekt strategiczny, to z jakiegoś powodu lepiej nie promować tego co promowane być nie powinno. No nic, obrazy zostaną w głowie. Schodzimy pochyłym, dość stromym tunelem jakieś 400 metrów w dół. Wygląda to jak zejście do kopalni. Mijamy zziajanych ludzi wracających pod górę. Robi się coraz zimniej, coraz duszniej i wilgotniej.

Tunel infiltracyjny numer 3 - strefa zdemilitaryzowana, Korea Południowa

Tunel infiltracyjny numer 3 - zejście na dół - strefa zdemilitaryzowana, Korea Południowa
By Josh Berglund – originally posted to Flickr as Third Tunnel of Aggression, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=6355300

W końcu docieramy na ciemnawego, małego tunelu, w którym zewsząd kapie woda a półmrok rozświetlają jedynie niewielkie żarówki. Wzdłuż poszarpanych dynamitem ścian ciągną się pokryte jakąś gąbką rury i rusztowania. Co chwila trzeba się schylać. Szoruję kaskiem po niskim stropie, zaczepiam o ostre skały. Jest nisko, ciasno i klaustrofobicznie. Na ścianach można znaleźć ciemne ślady. To Koreańczycy z północy smarowali ściany węglem i rozrzucali go wszędzie, żeby w razie odkrycia tunelu, wyglądał na starą kopalnię. Co ciekawe, nigdzie w okolicy węgiel kamienny nie występuje. Słaby kamuflaż, ale kto wie. Po kolejnych około 300 metrach docieramy do ślepego zaułka. Barierka, kawałek za nią zasieki i stalowa plomba z małym kwadratowym okienkiem. Przewodnik mówi, żeby przez nie popatrzeć. Tam dalej tunel i kolejna plomba. Za nią następna – ostatnia. Potem jest już tylko strefa demarkacyjna i część pod Koreą Północną. To jednak trzeba sobie już tylko wyobrazić. Bo trzeba wracać. OK, mogę sobie powiedzieć, że byłem 173 metry od linii demarkacyjnej i to 73 metry pod ziemią. Wracamy ciasnym tunelem i wspinamy się pośród sapiących amerykańskich turystów i szkolnych wycieczek zbiegających tunelem w dół. Z zimnego, ciemnego tunelu jesteśmy znów na powierzchni – pośród gęstej, soczystej zieleni.

Makieta przedstawiająca strefę zdemilitaryzowaną Obserwatorium Dora

Obserwatorium Dora - stąd można obserwować Koreę Północną - strefa zdemilitaryzowana DMZ

Obserwatorium Dora. Północ na wyciągnięcie ręki

Ledwo się pakujemy do busika, po chwili musimy wysiadać. Dojeżdżamy do obserwatorium Dora. Budynek to betonowy pawilon na wzgórzu, pomalowany w panterkę. Zaraz obok buduje się coś, co przypomina jakiś luksusowy hotel. Chcę zrobić zdjęcie, ale kiedy tylko wyjmuje telefon, od razy macha na mnie żołnierz. Tu nie wolno. Kwestie bezpieczeństwa. Fotografować wolno na platformie obserwacyjnej i w środku. W obserwatorium wchodzimy do sali z wielką mapą-makietą, na której zaznaczone są wszystkie obiekty w okolicy. Przechodzimy przez nią jak przez jakiś plan działań wojennych. Zaraz potem wychodzimy na taras obserwacyjny. Po raz kolejny ogarnia mnie to uczucie. Tej dziwnej satysfakcji, jakiejś radości z bliskości Korei Północnej. Znowu mogę sobie powiedzieć – To tam. To już Korea Północna – dorywam się do lornetki, której nie odstępuje na długi czas. Wrzucam kolejne monety 500 wonów, żeby patrzeć.

Maszt flagowy w Wiosce Pokoju Kaesong - Korea Północna, widok z Obserwatorium Dora

Flaga koreańska na granicy - strefa zdemilitaryzowana

Zieleń. Mnóstwo zieleni. Nieużytki, lasy. Kilometr stąd, pośród nich Panmunjom. Jakieś budynki, i prawie stumetrowy maszt, na którym powiewa koreańska flaga. Zaraz obok, po północnej stronie, Koreańczycy z północy postawili drugi maszt – oczywiście wyższy – 160-metrowy. Do 2010 roku był to najwyższy na świecie maszt flagowy. Obecnie zajmuje czwarte miejsce po Dżuddzie w Arabii Saudyjskiej, Duszanbe w Tadżykistanie oraz Baku w Azerbejdżanie. Maszt wyrasta z tzw. Wioski Pokoju (Kijŏng-dong). Tutaj znana jest jako Wioska Propagandowa. To ponoć największa na świecie makieta miasta. Ma pokazać wszystkim niedowiarkom jak pięknie wygląda życie w Korei Północnej. Wysokie bloki i domy pomalowane na jaskrawe kolory, zakłady, fabryki, szkoła, przedszkole, szpital. Wydmuszki, w których często nie ma nawet okien. Ludzi nie widać na ulicach a światło zapala się we wszystkich oknach jednocześnie. Albo więc Koreańczycy z północy są dyskretni i zdyscyplinowani, albo to faktycznie ściema.

Fortyfikacje w strefie zdemilitaryzowanej na granicy Korei Północnej i Południowej - Panmunjeom

Widok na Wioskę Pokoju i miasto makietę Kaesong - Korea Północna, Obserwatorium Dora

Pomiędzy kępkami drzew wyrastają ni stąd ni zowąd jakieś fortyfikacje, zasieki, wały, płoty. Przypominają takie małe fortece z gier komputerowych. Wyraźnie widać granicę pomiędzy Koreami – wygolony, zaorany kawał ziemi, do którego nikt nie śmie się zbliżyć. Po drugiej stronie to samo. Kolejne linie umocnień i fortyfikacji. Jakieś baraki, wały, kolejne małe twierdze, nad którymi dumnie powiewają niebiesko-czerwone flagi z gwiazdą. Za nimi zabudowania dużego miasta. Kaesong to już nie atrapa. Kaesŏng Industrial Region To jakiś dziwaczny epizod w stosunkach pomiędzy Koreami. To specjalna strefa ekonomiczna na terenie północy. Miała służyć rozwijaniu więzi gospodarczych i zbliżaniu obu krajów. Wyglądało to tak, że na terenie północy, firmy z południa wybudowały fabryki, w których miała pracować tania siła robocza z północy. Zastanawiam się czy to naprawdę zabiegi pokojowe czy czysty biznes? W każdym razie, niewiele z tego wyszło. Kraje się pokłóciły i budynki stoją puste. Nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma więzi. Życie.

W strefie zdemilitaryzowanej wszędzie są miny - Korea

strefa zdemilitaryzowana to unikalny rezerwat przyrody - zwierzętom nic tu nie grozi -Korea Południowa

To elektryzujące uczucie bliskości z Koreą Północną ciągle zakłócają mi owady. Jest ich pełno. Muchy, dziwne mrówki ze skrzydłami, jakieś chrząszcze. Wszystko to lata na tarasie, skacze z pobliskich krzaków i wprost nie można się od tego odgonić. Pytam przewodnika skąd tu tyle robactwa – Nikt tego tutaj nie tępi – odpowiada spokojnie. Zdaję sobie sprawę, że strefa zdemilitaryzowana to pas o szerokości 4 km i długości 238 km, na którym w większości nie staje stopa ludzka. To ogromne pole minowe, otoczone zasiekami z drutu kolczastego. Nie ma tam ludzi. Od 66 lat nikt nie wycina tu lasu, ni buduje dróg, domów, fabryk, nie śmieci, nie produkuje ścieków. Strefa zdemilitaryzowana to natura pozostawiona sama sobie. To najbardziej dziewiczy obszar naturalny na półwyspie. Tylko natura. Okazuje się, że występują tu setki gatunków zwierząt, które gdzie indziej są rzadkie lub nawet wyginęły. Pomiędzy tymi wszystkimi polami minowymi i zasiekami żyją nawet tygrysy syberyjskie! To jeden wielki rezerwat przyrody. Cudowne miejsce. Wojna i nieszczęścia dla ludzi oznaczają zbawienie dla natury. To w sumie niezbyt dobrze wróży na przyszłość. Albo naturze, albo ludziom.

Sklep z pamiątkami z Korei Północnej w obserwatorium Dora - strefa zdemilitaryzowana

Po zejściu z tarasu, wpadamy na sklep z pamiątkami przyklejony do tego miejsca jak jakiś pasożyt. Do kupienia są kawałki zardzewiałego drutu kolczastego – oczywiście z linii demarkacyjnej – do tego północnokoreańskie wódki, jakieś nalewki z żeń szenia, stare banknoty i masa innych przedmiotów codziennego użytku, które zdobyły status pamiątek tylko dlatego, że pochodzą z Korei Północnej. Zwykłe rzeczy, których po drugiej stronie brakuje, tutaj zamieniają się w trofea. Bo nie wierzę, żeby ktoś kupował te byle jakie, byle jak zapakowane rzeczy dla smaku czy ich piękna. Dlaczego ludzkie cierpienie jest tutaj tak bagatelizowane? Tak uprzedmiotowione, opakowane w szary papier z napisem „Made in DPRK” i sprzedawane jako suwenir. Patrzę na to wszystko z jakimś smutnym zaciekawieniem aż w końcu odwracam się. Uciekamy czym prędzej z tego miejsca.

Budynek dworca Dorasan - strefa zdemilitaryzowana - Korea Południowa

Stacja kolejowa Dorasan - dworzec widmo w strefie zdemilitaryzowanej - Korea Południowa

Dorasan Station. Dworzec widmo

Busik znowu jedzie przez zarośniętą małą drogę i po chwili wyjeżdżamy na wielką odsłoniętą przestrzeń. Jakieś magazyny, hale, kontenery z nazwami największych koreańskich firm. Wygląda to jak jakieś centrum logistyczne, tyle, że kompletnie opuszczone. Jakby było dopiero co zbudowane i nigdy nie używane. Zatrzymujemy się przed świecącym nowością budynku dworca „Dorasan Station„. Widać poczekalnie, kasy, tablice przyjazdów i odjazdów, ale ani śladu ludzi. Tylko nasza wycieczka. W budynku dworca jest tak pusto, że niesie się pogłos i każdy krok odbija się w ogromnych pustych przestrzeniach. Okazuje się, że stacja nie jest nowa. Powstałą 16 lat temu, tyle że praktycznie nie jest używana. Dwa razy w ciągu dnia odjeżdżają stąd pociągi do Seulu, ale jest w nich tylko kilka osób z wycieczek.

Dworzec widmo - Dorasan Station, DMZ Korea

Dworzec powstał na linii Seul-Pjongjang jako stacja graniczna, razem z terminalem przeładunkowym i infrastrukturą celną. Jest też powiązany z pobliską strefą ekonomiczną – Kaesŏng Industrial Region – to stąd miały odjeżdżać produkowane tutaj towary. Na razie wszystko stoi puste. Najciekawsze jest jednak nie to, a geneza powstania tego miejsca. Okazuje się, że zrzuciły się na nie największe firmy z Korei Południowej. Wszystko po to, żeby, kiedy wreszcie północ się otworzy, móc jako pierwszy wejść na rynek i sprzedawać swoje produkty 25 milionom konsumentów, którzy będą potrzebowali wszystkiego. Stacja dla wielu jest symbolem nadziei na zjednoczenie Korei. Dla niektórych jednak, to nadzieja na pieniądze, na nowy rynek zbytu. To smutne, po raz kolejny odkrywam, że w otwarciu Korei i w końcu w zjednoczeniu nie chodzi o połączenie rozdzielonych ludzi, rozdartego na pół narodu, odtworzenie jedności, tylko o pieniądze. Po prostu pieniądze. Nie ma w tym naiwnej miłości do bliźniego, dobroci, chęci pomocy, tylko chłodna kalkulacja. Z obu stron. Dlatego wątpię, aby prędko zjednoczenie nastąpiło.

Zdjęcia koreańskich przywódców i nadzieje na zjednoczenie - dworzec Dorasan - strefa zdemilitaryzowana

Zwiedzanie pustej stacji może nie jest niczym porywającym, ale jest ciekawym przeżyciem mając w głowie to wszystko co we mnie dojrzewało podczas wycieczki do strefy zdemilitaryzowanej. Puste sale wykorzystano na wystawę zdjęć pokazujących „nowe rozdanie” w stosunkach koreańsko-koreańskich. Zdjęcia uśmiechniętego Kim Dzong Una ściskającego dłoń prezydenta Mun Jae-ina. Razem z rodzinami na jakiejś górze, potem przy stole. Coś oglądają, omawiają, dyskutują. Dużo uśmiechów, uścisków dłoni, podpisywania papierków. A za szybą dworca płot, zasieki z drutu kolczastego i samochody wojskowe. Wszędzie kamery, zakazy i nakazy. Wychodzimy, żeby się przejść dookoła, obejrzeć okolicę, ale wszystko zamknięte. Szlabany, ogrodzenia pod prądem. Zaglądam jeszcze raz przez szybę do dworcowej poczekalni i widzę uśmiechniętych panów ściskających sobie dłonie. To pokój czy wojna? Tak się zastanawiam, czy oni w to naprawdę wierzą? Czy tu jeszcze będzie normalnie? Czy te miny znikną? Czy na Dorasan wróci życie? Czy będzie tu pachniało dworcem? Czy otworzą Starbucksa? Czy na tych krzesłach będą drzemali zmęczeni podróżni? Czy przed budynkiem będą na chodniku czarne plamy z gum do żucia i niedopałki?

Strefa zdemilitaryzowana na granicy Korei

Tymczasem pora się zbierać. Pakujemy się do busika i pod obstawą opuszczamy strefę zdemilitaryzowaną. Te wszystkie szlabany, zasieki, miny i kamery. Po przejeździe przez szlaban, kiedy za plecami znikają żołnierze w groźnych mundurach, odczuwam ulgę. Za oknem przemyka cały czas Korea Północna – nadal jest blisko, widzę ją, ale jest już za rzeką, za zasiekami. Już się jakoś nie boję. Z tych wszystkich emocji aż przysypiamy. Przewodnik budzi nas na przedmieściach Seulu. Ostatni punkt wycieczki to zwiedzanie centrum żeń szenia (Ginseng Center). To obowiązkowy element wszystkich wycieczek. To jedno z tych miejsc, gdzie zawozi się turystów, zamyka i pokazuje różne niepotrzebne rzeczy, aż kupią. Coś jak nasze rodzime „pokazy garnków”. Wchodzę bardziej z ciekawości i słucham jak pani opowiada kilka ciekawych faktów o żeń szeniu. Wychodzi na to, że leczy wszystko i najlepszy jest właśnie w Korei, szczególnie tu, w tym miejscu. Ochroniarz pilnuje, żeby wycieczka się nie rozchodziła i nikt się nie zgubił pomiędzy eksponatami – butelkami z ogromnymi korzeniami zalanymi alkoholem. Nie da się już wyjść, kierunek jest jeden – sklep, w którym chętni mogą coś kupić „po okazyjnych cenach”. Kiedy pan ochroniarz nie chce mnie wypuścić, symuluję atak mdłości, z czym nie było problemu biorąc pod uwagę zapach żeń szenia. Wychodzimy bez problemu, a z nami zabiera się para młodych amerykanów. Cierpliwie czekamy, aż nasza wycieczka wyjdzie z prezentacji. Niektórzy nawet zrobili zakupy. Nie mam serca mówić im, że na bazarze kupią to samo. Za 1/4 ceny.

Seoullo 7017 - projekt rewitalizacji ogród botaniczny na estakadzie starej autostrady - Seul, Korea Południowa

Ulice Seulu w okolicy Seullo 7017, Korea Południowa

Seoullo 7017 Skygarden. Ogród botaniczny na autostradzie

Po prawie całym dniu spędzonym w strefie zdemilitaryzowanej, chcemy do ludzi. Chcemy jak najwięcej miasta, hałasu, zgiełku, tłumu. To dziwne, ale granica pomiędzy Koreami to pustka. To raj dla zwierząt, ale dla człowieka to jakieś więzienie. To jakby odwrócenie ról. Takie zoo, do którego ludzie sami przyjeżdżają w roli okazów. Tylko nikt poza nimi samymi nie chce na nich patrzeć. My chcieliśmy wrócić do radosnego świata, pozbawionego strachu, wojny i śmierci. I szczęśliwie trafiliśmy w najlepsze możliwe miejsce. Idąc ulicą, nagle znaleźliśmy się na starej estakadzie autostrady, która została zamieniona w ogród botaniczny. Poniżej nas po szerokich ulicach tańczy wielka masa aut. Ludzie przelewają się przez przejścia razem z pikaniem świateł. A my idziemy pomiędzy uśmiechniętymi ludźmi po pięknej alei, która wygląda jak z jakiegoś katalogu. To Seoullo 7017 Skygarden. Podniebny ogród botaniczny urządzony właśnie na estakadzie starej autostrady. Pianino, przy którym ktoś z przechodniów przystaje i zaczyna grać Chopina, krzewy róż o boskim zapachu, te wszystkie ławeczki. Tak! Tego nam było trzeba! Ludzie, którzy zrobili to miejsce dla innych ludzi. W zgodzie z naturą i samym sobą. Tak dalekie od tego co widzieliśmy w strefie zdemilitaryzowanej.

Plac Gangnam Square - nocne centrum Seulu - Korea Południowa

Piękne neony i Gangnam nocą - Seul, Korea Południowa

Gangnamy Style. Nareszcie życie

Gdy robi się ciemno, ruszamy na drugą stronę miasta – do Gangnam. Błąkamy się po zatłoczonych ulicach, pomiędzy kolorowymi sklepami pełnymi ludzi, po ulicach bajecznie oświetlonych tysiącami neonów. Wkraczamy w ten kolorowy labirynt. Gangnam po prostu musieliśmy zobaczyć – chyba nie muszę mówić dlaczego – okazuje się jednak, że to po prostu dość zatłoczona dzielnica pełna wieżowców i sklepów. Gwarne miejsce, w którym dużo się dzieje. Idealne na wieczór po wycieczce do strefy zdemilitaryzowanej. Idealne na podsumowanie naszego wyjazdu. Chodzimy, zaglądamy do sklepów pełnych niepotrzebnych rzeczy, skubiemy pyszności zakupione na ulicznych straganach. Oddychamy tym miastem, wczuwamy się w jego rytm. Potrzebowaliśmy tego miejsca, żeby sobie przypomnieć, że Korea jest o życiu, a nie o śmierci. To kraj przyszłości, a nie przeszłości. Doświadczony przez historię, ale prący do przodu. Strefa zdemilitaryzowana też stara się być o tym co będzie, jest w niej jakaś nadzieja, ale cały czas tkwi w niej wojna, niepewność, miny i zasieki.

Wieczór w Seulu, uliczne bazary

Przepiękny wieczór w Seulu

Przyjeżdżając tu, bardzo chciałem zobaczyć strefę zdemilitaryzowaną. Bo to w sumie fajne trofeum. Nie udało się dotrzeć do Panmunjeom, więc jakby się nie liczy. Dla mnie jednak wycieczka tam była bezcenna. Pobyt tam skłania do refleksji. O tym co złe i o tym co dobre. O tym jak łatwo dobre zamienić w złe i na odwrót. To przede wszystkim przestroga i lekcja na przyszłość. Tak. Cieszę się, że tam byłem, ale z innego powodu niż myślałem. Chyba nie chcę już tam wracać. Do strefy. Oglądanie Korei Północnej można zrobić tylko raz. Potem trochę głupio wracać do normalności myśląc o tym, co dzieje się po drugiej stronie. Chciałbym, żeby tam było normalnie. Jak w Seulu. Żeby ludzie spacerowali, oglądali jakieś dziwne rzeczy w sklepie Kakao Friends, jedli eomuk z patyczków, mocząc go w kubku aromatycznego rosołu, oglądali w Internecie jak inni jedzą gigantyczne porcje jedzenia, dziwacznie się ubierali i uśmiechali. Tak szczerze. Żeby było dobrze. O tym jest Korea. I to jest w niej naprawdę piękne.

Strefa zdemilitaryzowana

Pozostałe teksty o Korei znajdziecie pod tym linkiem