buddyjska Świątynia Longshan - modlitwa -Tajpej, Tajwan

Tajpej. Miasto świątyń

Budzi nas elektryzujący komunikat po chińsku. Zaraz po nim rozlega się dyskretny dzwonek. Słychać syk tłoków i rolki, na których otwierają się drzwi. Do środka wagonu wdziera się zimne rześkie, poranne pełne wilgoci powietrze. Zaraz za nim ludzie. Dużo ludzi. Za oknami, z estakady po jednej stronie widać domy, jakieś zakłady, fabryki – dużo fabryk – słupy wysokiego napięcia, słowem cywilizacja. Po drugiej z porannej mgły wyłaniają się porośnięte gęstą dżunglą wzgórza. Powoli dochodzimy do siebie, zmęczeni całonocnym lotem. Jest 8:00 rano. Tajwan budzi się ze snu. Nie ma tłoku, bo Tajwańczycy dziś nie jadą do pracy – jest niedziela. Kolejka powoli wjeżdża do miasta. Domów i fabryk przybywa, nagle zastępują je wieżowce, coraz wyższe i wyższe. W końcu świat przysłania tunel. Jesteśmy w Tajpej.

puste Tunele pod Taipei Main Station - tajpej Tajwan

Nasz pierwszy pobyt w Tajpej - stolicy Tajwanu

Wysiadamy na Taipei Main Station. Jesteśmy zdziwieni bo jest cisza i spokój. Nie ma azjatyckiego młyna, tych tłumów ludzi przelewających się w każdym kierunku. Jest pustawo. Ruszamy przejściami podziemnymi do wyjścia i niemal od razu się gubimy. Wpadamy w jakiś niesamowity podziemny labirynt. Szerokie puste tunele zdają się ciągnąć w nieskończoność. Od głównej alei odchodzą dziesiątki alejek. Na sporadycznie rozstawionych ławkach drzemią ludzie. Paranoicznie pusto. Wygląda to jak świat po zagładzie ludzi. W połączeniu z niewyspaniem, napawa nas nieco grozą – gdzie my wylądowaliśmy? – Na szczęście po przejściu ponad kilometra, udaje nam się wydostać na powierzchnię.

Ulice Tajpej o poranku - Tajwan

Ulice Tajpej są kolorowe nawet pomimo szarego ciężkiego nieba - Tajwan jest pełen radości

Wilgotne powietrze Tajpej otula nas przyjemnie. Jest pochmurnie i szarawo. Mimo to czuć jakieś miłe ciepło, pozytywną energię bijącą z miasta. Od razu na myśl przychodzi mi Singapur. Potem Hongkong. I jeszcze Japonia. Tajwan to połączenie wszystkich trzech. Jest w tym mieście to coś, co od pierwszych chwil obejmuje, przytula i już wiem, że to będzie udany pobyt. Ulice powoli budzą się do życia. Powietrze rozdziera terkot skuterów wybijający się ponad monotonny szum samochodów. Głos miasta. Słychać w nim bicie jego serca, śpiew duszy. W tym jednostajnym, stłumionym zgiełku zastygającym przy światłach, rozrywanym co i raz odgłosami klaksonów.

Ulice dzielnicy Wanhua - neony i setki skuterów Tajpej, Tajwan

Tajpej jak i cały Tajwan są pełne zieleni

Ulice robią się gwarne, pomimo szarugi i ciężkiego nieba wiszącego nad nami bezwładnie, jest żywo i kolorowo. Szarzyznę bloków zdobią pionowe tablice, wszędzie neony, billboardy, ekrany LCD. Miasto jest zaspane, ale radosne. Do tego zieleń! Dużo zieleni. Przebija się przez beton i asfalt, wyrasta spomiędzy domów. Nie pozwala aby ponury zimny budulec zdominował miasto. Jakby stal, szkło i beton były tylko dekoracją, cienką łuszczącą się warstwą spod której przebija soczysta zieleń. Dzielnica Wanhua wydaje się jedynie jakimiś strzępami koszuli na muskularnym zielonym ciele Hulka. Nawet maleńkie, wąskie uliczki pomiędzy rzędami domów cieszą oko zielenią – tu zamiast drzew, są wszędzie powciskane donice i skrzynie z roślinami. Paprocie wydają się rosnąć wprost z obdrapanych murów starych budynków.

Fuhong Beef Noodles - idealne miejsce na śniadanie w Tajpej. Tajwan

Zostawiamy rzeczy w hotelu i ruszamy zwiedzać Tajpej. Pierwszy przystanek to oczywiście jedzenie. Nie wiemy co i gdzie zjeść, więc po prostu dajemy się ponieść miastu. Błądzimy zapatrzeni w zieleń, chłonąc ciepło miasta, jego energię. Pod nogami chrzęszczą wyglądające jak wysuszona fasola ogromne łupiny spadające z drzew. W końcu trafiamy na Fuhong Beef Noodles – mały pawilon, w którym siedzą ludzie i zajadają beef noodles – flagowe danie z Tajwanu. Świeżo przygotowany bulion, ogromne kawałki krojonego mięsa, bosko parujący gruby makaron. – Tak, to tego szukaliśmy – nie wiem czy to powiedziałem, czy tylko pomyślałem, ale nie ma to znaczenia. Oboje od razu wchodzimy, pokazujemy palcem co chcemy i po chwili przed nami stoją dwie gorące miski beef noodles. Obok na stole różne dodatki: olejki, chilli, tłuszcz drobiowy, jakieś kiszonki. Do tego surowe ząbki czosnku, ocet.

Flagowe danie na Tajwanie - W Fuhong Beef Noodles zjedlismy chyba najlepsze

Wszystko co stoi przed nami u nas, uchodziłoby za śniadaniową herezję. Nie ma to znaczenia. Trochę tego, i tego. W miskach dzieje się magia. Po chwili oddajemy się temu błogiemu, łakomemu siorbaniu makaronu. Wtóruje nam cała sala, kilkanaście osób. Jesteśmy jak jakaś abstrakcyjna siorbiąca orkiestra. – siuuuup – dochodzi z lewej – ślllljuup – pan z prawej ma chyba bardziej gorące, bo siego siorbanie jest bardziej soczyste. – siiiiip – dobiega z innej. Tu już chyba kluski są chłodne i pani kończy. Jej siorbnięcie jest jakby zakończeniem mocnego kawałka. Jako wielki finał szelest obieranego czosnku i chrzęst białego, twardego i soczystego ząbka miażdżonego w ustach pana obok. – Orkiestra siorbaczy. Czy ja śnię na jawie czy to się naprawdę dzieje?

Ulice Tajpej pełne zaparkowanych motorów - Tajwan

Pałac prezydencki w Tajpej - Tajwan

Po śniadaniu ruszamy ulicami Tajpej. Przed siebie, korzystając z pogody. Jeszcze nie pada, a wygląda na to, że będzie. Przez najbliższe trzy dni, czyli dokładnie tyle ile tu będziemy. Krążymy ulicami, pochłanianymi przez zieleń, mijamy setki zaparkowanych równo, jeden przy drugim, skuterów. Przed nami jakieś budynki rządowe. Kamery, płot, drut kolczasty. Każdy wygląda jak twierdza, ale jednak wszystkie te zabezpieczenia wydają się jakieś subtelne i dyskretne. Docieramy do ogromnego budynku w stylu europejskim – to pałac prezydencki. Powiewa nad nim dumnie flaga Republiki Chińskiej – dziwnego tworu, uważającego się za jedyną legalną władzę państwa chińskiego, obejmującego całość obszaru dzisiejszych Chin i Mongolii, część Rosji i Indii. To takie drugie Chiny, kraj uznawany jedynie przez 20 państw na świecie.

Jieshou Park - Tajpej, Tajwan

Naprzeciwko znajdują się dwa parki. Pierwszy z nich to duży 2.28 Peace Memorial Park – nazwany na ku pamięci zamieszek z 28 Lutego 1947 roku, w wyniku których i wprowadzonego później stanu wojennego zginęło na Tajwanie ponad 10 tysięcy osób. Pełno tu kręcących alejek, ławek i oczywiście ludzi. My wybieramy ten drugi – maleńki Jieshou Park. To właściwie mały zielony kwadrat otoczony ze wszystkich stron ulicami. W środku małe jeziorko, w którym pływają sobie kolorowe karpie i żółwie. Na brzegu, na liściach lilii przysiadają egzotyczne, kolorowe ptaki, które delikatnie ćwierkają. Obok malowniczy mostek i soczyście czerwona altanka. Jak z obrazka. Taki zielony, spokojny cichy azyl pośrodku coraz głośniejszego miasta. Sama obecność tu ładuje baterie.

Lin Sen - prezydent Republiki Chińskiej - pomnik w Jieshou Park - Tajpej, Tajwan

W parku życie toczy się swoim powolnym tempem. Elektryzuje cisza i spokój tego miejsca. Jakby jakaś tajemnicza aura nie dopuszczała tu miejskiego zgiełku. Jakaś para ćwiczy tai-chi – ich powolne, płynne ruchy usypiają i intrygują jednocześnie. Jakiś starszy pan, wyglądający na starochińskiego mędrca spaceruje powoli, po drzewie snują się leniwie wiewiórki, żółwie zastygły w bezruchu a karpie jakby lewitowały w jakiejś próżni pod taflą srebrzystej wody. Nad tym wszystkim spokojnie góruje rudoczerwona statua Lin Sena, prezydenta Republiki Chińskiej z lat ’30 XX wieku. Dostojny staruszek w okularach, z laską, ubrany w tradycyjny chiński strój z charakterystyczną bródką spogląda zadumany na wieżowce centrum. Cały Tajwan na jednym obrazku – tradycja chińska i nowoczesność. Na czubku jego głowy ptak strzyże skrzydłami.

Brama na plac wolności - Tajpej, Tajwan

Tajwańczycy ćwiczący na Placu Wolności - Tajpej, Tajwan

Kawałek dalej, przy ruchliwej ulicy, docieramy do ogromnej bramy w stylu chińskim. Przepiękny, monumentalne łuki oddzielają nas od rozległego Placu Wolności. Po bokach stoją dwa duże budynki, jeden z nich to teatr narodowy, drugi to sala koncertowa. Pomiędzy nimi, na wyłożonym kafelkami placu Tajwanki ćwiczą synchronicznie jakiś układ. Coś pomiędzy tańcem a tai-chi, jogą a zajęciami na siłowni. Wszystkie poruszają się niemal w jednym tempie. Kawałek dalej, to samo robią dzieci. Wdrapujemy się na schody budynku teatru i patrzymy jak w oddali figura złożona z ubranych kolorowo Tajwanek porusza się płynnie wymachując kolorowymi tasiemkami. Zaczyna padać deszcz i wszystkie grupy z piskiem zbierają rzeczy i uciekają pod dach. Teraz życie toczy się przed wejściem to teatru. Wokoło nas pełno dzieciaków. Tym razem nie tylko synchronicznie się poruszają i pląsają, ale też – jak na komendę – wykrzykują coś. Grupa obok coś odpowiada. Wygląda to jak jakaś zabawa lub zawody.

Mauzoleum Czang Kaj-Szeka, Plac Wolności, Tajpej Tajwan

Rozkładamy parasol i ruszamy przez szeroką aleję zwaną bulwarem demokracji do ogromnego szarego kwadratowego budynku. Wygląda jak betonowy schron, wielki niezdarny kloc, któremu jakiejś dziwnej lekkości nadaje wieńczący go niebieski dach o przekroju gwiazdy. To mauzoleum Czang Kaj-Szeka – twórcy i pierwszego prezydenta tajwańskiej Republiki Chińskiej. Kiedy zbliżamy się do budynku, okazuje się, że ta ciężka szara bryła to po prostu płachta osłaniająca rusztowania. Tablica informuje nas, że właśnie zaczął się remont grobowca. Jakżeby inaczej… Na szczęście można wejść do środka. Przedzieramy się w tłumie labiryntem pomiędzy siatkami, płachtami i rusztowaniami i po chwili jesteśmy w głównej sali grobowca.

Grobowiec Czang Kaj-Szeka - strażnicy - Tajpej, Tajwan

W środku straszliwy gwar, ogromna sala wręcz huczy od głosów setek zwiedzających. A raczej składających cześć na grobie wielkiego wodza Republiki Chińskiej. Centralnie na wprost wejścia grobowiec Czang Kaj-Szeka. Na nim, na dużym cokole ogromna statua wodza siedzącego na ogromnym tronie. Wielki człowiek – wielkie tron. Prezydent uśmiecha się ciepło. Po jego bokach flagi Tajwanu. Całość bardzo dostojna, majestatyczna. Przy Czang Kaj-Szeku zwiedzający mają się czuć malutcy. Czci i wielkości dodają wodzowi również dwaj strażnicy w sterylnie czystych granatowych mundurach w lśniących lustrzano-srebrnych hełmach. Stoją tu w absolutnym milczeniu, ani drgną wpatrzeni w wodza. Nawet panujący tu gwar nie jest w stanie zepsuć powagi tego miejsca.

Muzeum Czang Kaj-Szeka - Tajpej, Tajwan

Muzeum Czang Kaj-Szeka Cadillac przywódcy - Tajpej, Tajwan

Muzeum Czang Kaj-Szeka - makieta biura przywódcy Republiki Chinskiej - Tajpej, Tajwan

Schodzimy piętro niżej, do muzeum Czang Kaj-Szeka. Tu w kilku salach całe życie wodza w eksponatach. Są zdjęcia, dokumenty, ubrania. Są nawet atrapy ulubionego jedzenia Czang Kaj-Szeka, jego dwa Cadillaki a nawet rekonstrukcja całego jego gabinetu, łącznie z woskową figurą wodza. Lubię czytać o czasach Republiki Chińskiej. To arcyciekawy okres, w którym Chiny po latach upokorzeń wstawały z kolan, miały odzyskiwać swoją wielkość, tymczasem staczały się w otchłań czerwonej zarazy komunizmu. Lata dwudzieste i trzydzieste poprzedniego stulecia, w wydaniu chińskim są jakieś niezwykłe, egzotyczne. Architektura, moda, kultura, ta dalekoswchodniość, otrzepująca się z naleciałości Europy, budząca się po latach uśpienia kultura chińska. Wszystko to ożywa na tej wystawie. Kształtuje się w jedną ideę, która posłużyła za kamień węgielny Tajwanu. Chiny jak dawniej. Zapewne właśnie tak wyglądałoby państwo środka gdyby nie Mao i komunizm.

Spacer po ulicach Tajpej w deszczu - Tajwan

Deszcz na Tajwanie to nic nadzwyczajnego - ludzie się tu przed nim nie chowają. Po prostu się do niego przyzwyczaili

Kiedy wychodzimy z mauzoleum Czang Kaj-Szeka zupełnie konkretnie już pada. Jest popołudnie, jesteśmy zmęczeni, postanawiamy wrócić do hotelu i się zdrzemnąć. Ruszamy więc błyszczącymi od deszczu ulicami. Jestem trochę zdziwiony bo deszcz zawsze kojarzył mi się z opustoszałymi ulicami, ludźmi przemykającymi ukradkiem, chowającymi się przed nieprzychylną aurą. Każdy zawsze gdzieś biegł lub skulony skakał pomiędzy kałużami. Na Tajwanie ulice w deszczu są pełne. Opady nie robią na nikim wrażenia. Ludzie są przyzwyczajeni. Każdy ma ty parasol lub płaszcz przeciwdeszczowy. Tajwańczyków deszcz nie przeraża, nie schylają się przed nim, nie klękają. Żyją jak zwykle.

Dzielnica Wanhua - Tajpej, Tajwan

Pochmurny poranek w Tajpej - stolica Tajwanu tętni kolorami

W hotelu nie mogę zasnąć. Zresztą nawet nie chce. Szkoda mi czasu. Miasto mnie korci, chce je odkrywać, eksplorować, błądzić po nim. Ruszam na południe dzielnicy Wanhua. Ulice są kolorowe od setek kolorowych tablic i świecących neonów. Jest na nich wszystko od salonów masaży, przez sklepy mięsne aż po samochody i linie lotnicze. Ulice, mimo dużego ruchu sprawiają wrażenie uporządkowanych. Po bokach jezdni ustawione jak od linijki setki skuterów. Deszcz pojawia się i znika, siąpi i nagle przestaje. Zostawia po sobie cieniutką warstwę wody na ulicach i chodnikach, która zamienia gładkie powierzchnie w lustro. W nim odbija się ten wesoły świat kolorów.

Małe uliczki dzielnicy Wanhua - Tajpej, Tajwan

bloki z innej perspektywy -Dzielnica Wanhua - Tajpej, Tajwan

Wystarczy jednak odejść kilka metrów od którejś z głównych ulic, skręcić w którąś z małych uliczek, zabłądzić. Tu zaczyna się inny świat. Osłonięte od zewnętrznego świata kurtyną wysokich bloków pojawiają się podwórka, zaułki i alejki. Tu jest prawdziwe codzienne życie. Pojedyncze sylwetki z parasolami leniwie snują się po tym labiryncie. Wszędzie walają się jakieś graty: skrzynki, stare fotele, jakieś worki. Do ścian przypięte są węże ogrodowe. Nad głowami, niczym liany, rozciągają się kolorowe kable. Wzdłuż ulicy stoją zaparkowane skutery. Niemal każdą wolną przestrzeń zajmuje zieleń. Wszędzie stoją doniczki. Z kwiatami, krzakami, drzewami. Rośliny rozrastają się, dziczeją, wychodzą z doniczek i roznoszą się po ulicy, chodniku, ścianach. Natura odbiera co do niej należy.

Przepiękne ulice dzielnicy Wanhua - Tajpej, Tajwan

ulice dzielnicy Wanhua zarastają drzewami - Tajpej, Tajwan

Za każdym kolejnym zakrętem zaczyna się inny, jeszcze piękniejszy świat. Idę i nie mogę uwierzyć w to co widzę. I czuję. Jak coś na pozór tak zwyczajnego, może tak zachwycać. Przecież to zwykłe, zapuszczone boczne uliczki. Cóż może w nich być ciekawego!? Są tak bardzo naturalne, tak zwyczajne. Tutejszy nieład – orientalny – jest tak bardzo różny od naszego. Tu nie czuć tej beznadziei, bylejakości. Tu nieład jest przyjemny, ciepły, bliski. Nie oznacza rozkładu, zapomnienia, utraty chęci czy nadziei. Zdaje się być naturalną częścią życia. On tu po prostu pasuje. Nie jest dogorywającym wspomnieniem lepszych czasów, tutaj nieład to element równowagi, idealnej całości. Oznacza życie, nie śmierć. Buduje, nie niszczy. Wydaje się być czymś tak naturalnym i oczywistym, że trudno wyobrazić sobie te uliczki wypucowane na błysk.

Bopiliao - stara uliczka Tajpej, Tajwan

Bopiliao - stara klimatyczna uliczka z odrestaurowanymi domami - Tajpej, Tajwan

Przecinam kolejne błyszczące od deszczu ulice. W wilgotnym powietrzu neony są bardziej soczyste, ich kolory wyraźnie odcinają się od ponurej szarzyzny nieba. Docieram do maleńkiej uliczki – Bopiliao. Po obu stronach doskonale zachowane niskie budynki z czasów dynastii Qing oraz z okresu japońskiego panowania na Tajwanie. Ceglane domy, dawne witryny sklepowe schowane pod arkadami. Klimat jak sprzed stu lat. Kiedy spaceruje ulicą, akurat znowu spada deszcz. Ukrywam się pod arkadami i szperam po kolejnych zaułkach Bopiliao. W miejscu starych sklepów są galerie ze sztuką, jakieś maleńkie muzea, gdzieś z tyłu kapliczka. Nie ma tu żywej historii, jest tylko materia. Uliczka to doskonale zachowana i odnowiona makieta. Oczarowuje obrazami martwej natury starego Tajpej.

Świątynia Longshan - buddyjska - jedna z najpiękniejszych w Tajpej - Tajwan

wewnętrzny plac buddyjska Świątynia Longshan - jedna z najpiękniejszych w Tajpej - Tajwan

buddyjska Świątynia Longshan - wodospad -Tajpej, Tajwan

Kawałek dalej trafiam na przepiękną bramę świątyni Longshan. Spiczaste wygięte daszki, czerwone, ceglane dachówki i boskie zdobienia. Smoki z powyginanymi ogonami i długimi wąsami wpatrzone w centralnie umieszczony symbol słońca. Przejście przez bramę przenosi mnie do innego świata. Nagle milknie cały miejski zgiełk. Świątynia promieniuje jakąś niewidzialną, energią, siłą spokoju. Wszelkie odgłosy miasta pochłania kojący szum zupełnie jak z wodospadu. Kiedy się odwracam, wszystko staje się jasne. Na placu przed świątynią jest wodospad. Przed nim przechodzą wierni podążający do świątyni. Kłaniają się oddając cześć wodzie i ruszają do środka świątyni, przez kolejną bramę, zwieńczoną słońcem i wijącymi się pięknymi smokami.

buddyjska Świątynia Longshan - setki zapalonych swiec i ofiary -Tajpej, Tajwan

buddyjska Świątynia Longshan - ofiary składane w świątyni -Tajpej, Tajwan

Wewnątrz kolejny placyk. Szum wodospadu pozostaje gdzieś z tyłu, tutaj słychać buddyjską muzykę i śpiewy. Tłumy ludzi skierowanych w stronę świątyni mruczą coś pod nosem. Zapalają świece, modlą się kiwając głową do góry i w dół. Okadzają się aromatycznym dymem z kadzidełek. W powietrzu unosi się mgiełka, dym z setek płonących świec. Zapach dymu miesza się z ostrym chemicznym aromatem płonących świec. Sama świątynia wygląda w tej poświacie jak nierzeczywista, jak jakaś mara, fatamorgana wyłaniająca się z jakiegoś snu. Jakby coś wisiało w powietrzu. Jedynymi wyraźnymi elementami tego dziwnego obrazu są ofiary z kwiatów i owoców rozłożone na długich stołach wokół świątyni. Przepiękne zroszone deszczem storczyki, gerbery, pomarańcze. Tak świeże, pełne życia idealnie kontrastują z senną i nierzeczywistą atmosferą świątyni Longshan.

Spacer ulicami Tajpej - Tajwan

Swiątynia taoistyczna qingshan - Tajpej, Tajwan

Wyjście ze świątyni to powrót do głośnego, zabieganego świata. W momencie przekroczenia bramy wszystko wraca. Przemykam błyszczącymi od deszczu ulicami, skaczę omijając kałuże, zupełnie inaczej niż spokojni Tajwańczycy, którzy idą jak gdyby nigdy nic. Wracam na północ do naszego Ximending. Po drodze trafiam na malutką taoistyczną świątynię Qingshan wciśniętą pomiędzy dwa budynki. Wygląda jakby była zakleszczona pomiędzy dwa miażdżące ją domy. Podchodzę i zaglądam dyskretnie do środka, nie chcę wchodzić na bezczela – w końcu to świątynia – i nie wiem jak byłoby to odebrane. Kiedy robię zdjęcia, woła mnie uśmiechnięty pan i zaprasza gestem ręki do środka.

Swiątynia taoistyczna qingshan - przepiekny sufit - Tajpej, Tajwan

Swiątynia taoistyczna qingshan - bogate wnętrza Tajpej, Tajwan

Wewnątrz przepiękne, kunsztowne wykończenia i zdobienia. Wszystko, w najmniejszych szczegółach jest doskonałe. Wykonane z przepięknego, delikatnego drewna, gładkiego kamienia. Świątynia ocieka złotem od samego szczytu ośmiokątnego sufitu, który zwęża się do góry coraz bardziej tworząc kopułę. Pan stojący obok, widząc jak wzdycham oglądając to wspaniałe dzieło, dodaje, ze sufit został wykonany bez użycia jednego gwoździa. Pokazuje mi jeszcze przepiękne mozaikowe reliefy na dachu świątyni. Kolorowe smoki, wojownicy, zwierzęta, wszystko splecione w szaleńczym uścisku. Istna wojna światów. Wnętrze świątyni wypełnia jasny dym unoszący się znad kadzidełek. Pojedynczy ludzie odpalają długie kopcące patyki, kiwają się z nimi kilkukrotnie pogrążeni w modlitwie, po czym wtykają je w specjalne miejsce. Inni klęczą i mruczą pod nosem modlitwy. Obok w maleńkim stawie pluskają się jaskrawo pomarańczowe karpie. Inny świat.

Swiątynia taoistyczna qingshan - mozaiki - Tajpej, Tajwan

Ulice Tajpej w deszczu - Tajwan

Wracając mijam jeszcze więcej świątyń. W zasadzie, w Tajpej natknąć się na nie można na każdym kroku. Są przy głównych ulicach, poukrywane w małych zaułkach, na podwórkach, a nawet na bazarach. Buddyjskie, taoistyczne, hinduistyczne, są też kościoły, meczety a nawet synagoga. Tutaj każdy odnajdzie swojego boga. Tajpej to miasto świątyń. Powciskane pomiędzy domy, sklepy, szkoły są jak lepiszcze, które skleja miasto w jedną całość. Taki kosmopolityzm na najtrudniejszej z płaszczyzn – religii. Jeden bóg obok drugiego. Trochę jak sprzedawcy na bazarze. Każdy ma swój interes. Ciekawe czy też robią jak tamci. Niby konkurują ze sobą – wiadomo, każdy chce zarobić – ale chętnie ze sobą pogadają kiedy tylko robi się luźniej, zapytają co u drugiego, poopowiadają dowcipy, powymieniają doświadczenia.

Taipei nocą - miasto neonów i kolorów Tajwan

Taipei nocą - setki skuterów i rowerów w swietle neonów Tajwan

Kiedy wracam do hotelu jest już wieczór. Ruszamy więc coś zjeść. Znowu nie wiemy co. Oczywiście musi być lokalne, musi mieć to coś, przyciągać. Wybór niestety jest ogromny. Wszędzie knajpy i knajpki, stragany ze street foodem. Tym pięknym jak i tym przerażającym. Na razie idziemy zahipnotyzowani pięknem nocnego Tajpej. Po zmierzchu miasto eksploduje kolorami. Wszystko tu świeci, rusza się, miga, błyska. Mokre od deszczu ulice są jak lustro, które odbija neony, potęgując efekt. Jesteśmy pośrodku kalejdoskopu! W końcu, trafiamy na Takao 1972 restaurację typu hot pot. W środku wygląda luksusowo, więc jakoś nie ciągnie nas szczególnie, ale widząc te wszystkie piękne kociołki bulgoczące na stołach i góry pysznych świeżych składników, które co i raz lądują w zupie, przełamujemy się bez chwili wahania.

Takao 1972 - restauracja typu hot pot - Tajpej Tajwan

Takao 1972 - restauracja typu hot pot - baza do zupy - Tajpej Tajwan

W środku Takao 1972 faktycznie wygląda ekskluzywnie. To przez te drewniane ciemne, lekko oświetlone ciepłym światłem wnętrza. Po chwili okazuje się jednak, że to nie jest żadna sztywna restauracja tylko sympatyczne i dość luźne miejsce. Ludzie siedzący przy dziesiątkach stołów są normalnie ubrani, nie ma kelnerów w białych frakach. Rozmiar lokalu napawa optymizmem. Przy takim przerobie nie może być mowy o nieświeżym czy niesmacznym jedzeniu. Kelner prowadzi nas labiryntem przejść i sadza gdzieś na końcu – bezpiecznie – żeby przyjezdni się nie rzucali w oczy i nie mieszali z innym i gośćmi, przecież z nimi same problemy. Menu jest podejrzanie tanie, rozglądamy się więc dookoła i pokazujemy co chcemy. Do wyboru kilka rodzajów bulionu, różne makarony i oczywiście dodatki. Pan proponuje żeby wziąć bufet – kosztuje niewiele więcej a można jeść ile się chce. Dopytujemy na wszelki wypadek, czy to co jest na sąsiednim stole to jedna porcja. Kiedy potwierdza, przerażeni jej rozmiarem, jesteśmy tym bardziej utwierdzeni w przekonaniu, że zwykła porcja wystarczy.

Takao 1972 - restauracja typu hot pot - nasza kolacja - Tajpej Tajwan

Teraz płacenie – z góry. Kelner prowadzi mnie do kasy. Zagaduje, pyta o plan podróży, jak długo będziemy itd. kiedy odpowiadam, że wpadliśmy tu tylko na 3 dni, jest w szoku. Ja też jestem zdziwiony kiedy płacę. Za dwie porcje płacę 700 dolarów tajwańskich, czyli jakieś 82 PLN. Biorąc pod uwagę standard restauracji, chyba będziemy musieli dojeść później na mieście. Coś jest nie tak z tymi porcjami – nie mogą być tak duże, za takie pieniądze. Kiedy wracam do stolika, nie mam już wątpliwości. Cały zastawiony jest jedzeniem. Na palnikach stoją już dwa kociołki z bulionami – mój gęsty, aromatyczny, pełen papryczek chilli, gwiazdek anyżu, i innych przypraw, Uli klarowny, świeży. Do tego miski z grubym makaronem. Dalej miseczki z przyprawami: sos sojowy, pure czosnkowe, ocet, jakaś pasta sojowa, natka dymki. Najważniejsze to oczywiście dodatki do zupy, czyli to co się macza w kociołku – talerz pełen świeżych warzyw, grzybów, tofu, kulek rybnych. Jest i oczywiście konkretna wkładka – trzy talerze: z boczkiem, z piękną poprzerastaną tłuszczykiem wołowiną oraz owocami morza: krewetkami, kalmarami, ośmiornicą, sercówkami.

Takao 1972 - restauracja typu hot pot - czyli gorący kociołek - Tajpej Tajwan

Bulion wrze, zaczynamy więc ucztę. Po kolei w kociołku lądują coraz to nowe składniki. Siedzimy sobie w półmroku Takao 1972 i rozmawiamy o Tajpej. Zachwycamy się kolorami miasta, świeżością porannego powietrza. Wspominamy uciążliwy deszcz. Świątynie duże i małe powciskane pomiędzy budynki. Rozmawiamy o tym jak bardzo Tajwan przypomina kraj kwitnącej wiśni – Połączenie Japonii i Hong Kongu – żywiołowość i egzotyka Chin z japońskim porządkiem. W garnku tymczasem zanurzają się kolejne kawałki jedwabistej wołowiny, krewetki, kosmicznie wyglądające grzybki enokitake. Wszystkie składniki oddają swoje cenne smaki, bulion jest coraz bardziej esencjonalny. Hot pot to wspaniały wynalazek, to nie tylko jedzenie, to pewien rytuał. Powolne maczanie składników w kociołku, to stopniowe dochodzenie do tego ile co powinno się gotować. Hot pot to kwintesencja wspólnego jedzenia. Lekcja cierpliwości.

Spacer nocą w deszczu po Tajpej - Tajwan

Nie udaje nam się skończyć kociołków, mimo że po całym dniu chodzenia faktycznie byliśmy głodni. Porcje są gigantyczne. Niemal turlając się wychodzimy na tonące w kolorach ulice Tajpej. Znowu pada, ale chyba się już do tego zdążyliśmy przyzwyczaić. Wtapiamy się w tłum ciągnący wielką rzeką ludzką pomiędzy świecącymi kolorami budynkami. Nie boimy się już deszczu, tak jak Tajwańczycy po prostu idziemy jak gdyby nigdy nic. Z głowami w górze, zahipnotyzowani wpatrujemy się w migające przed nami neony, szyldy i plakaty. Oddychamy kolorami, tą niesamowitą atmosferą Tajpej. Miasto przywitało nas deszczem, ale jednocześnie zobaczyliśmy, że właśnie w deszczu jest tak piękne, bardziej kolorowe, wyraziste i soczyste. Jakby właśnie w deszczu Tajwan był bardziej tajwański. Tak, nie boimy się już deszczu. Chyba nawet go trochę polubiliśmy.

Tajpej, Tajwan