Taipei 101 jeden z najwyższych budynków na świecie - Tajpej, Tajwan

Taipei 101 – taniec w chmurach

Tajpej o tej porze jest nieśmiałe. W kroplach porannego deszczu przypomina małe miasteczko, w którym nie wiadomo skąd nagle wyrosły ogromne wieżowce a ulice same z siebie się poszerzyły. Ludzi jest mało. Pojedyncze sylwetki przemykają tylko w kolorowych płaszczach przeciwdeszczowych. Samochody zostały wyparte ze swojego królestwa przez skutery. Dobra pora żeby pobiegać. Ruszam zaułkami Ximending i Wanhua, przemykam obok grobowca Czang Kaj-szeka, który wyrasta dumnie z ogromnego placu. Mój cel to Taipei 101 – charakterystyczny wieżowiec kształtem przypominający stertę pudełek po „chińczyku” albo – jak twierdzą Chińczycy z Tajwanu – łodygę bambusa. Dlaczego akurat tam? Nie wiem. Po prostu chcę dobiec, dotknąć i wrócić.

Poranne bieganie po Tajpej - widok na Taipei 101 - piękny wieżowiec - Tajwan

Na ulicach stopniowo ludzi przybywa ludzi. Pojawiają się też samochody. Po około 7:00 rano na ulicach jest już tłok, Tajpej znowu staje się zatłoczoną metropolią. Mimo wszechobecnej zieleni czuć spaliny. To zmora wszystkich ciepłych krajów. Tutaj smród spalin jest jeszcze bardziej uciążliwy. Może to przez temperaturę? Na pewno samych spalin jest więcej, emitują je tysiące samochodów i dziesiątki tysięcy motorów. Uciążliwe robią się także światła przy przejściach dla pieszych, trzeba czekać średnio 2 minuty. Niby niewiele, ale, stojąc na światłach to wieczność. Tajpej wybudziło się już ze snu. Pędzi, brnie do przodu, nie bierze jeńców! Kolorowe plakaty i neony znowu są wszędzie, znowu atakują jeszcze zaspane oczy.

Małe, uliczki - Okolice Taipei 101 - Tajpej, Tajwan

Nad tym wszystkim wyrasta bajeczna sylwetka Taipei 101. Jej czubek niknie gdzieś w chmurach. Niesamowity, wygląda jakby podtrzymywał ciężkie niebo. Symbol nowoczesności, współczesnego Tajwanu, dzielnego, drapieżnego azjatyckiego tygrysa prącego do przodu. Zaraz obok, niemal pod samym Taipei 101, za wszystkimi tymi szerokimi ulicami, pomiędzy wysokimi wieżowcami nadal rządzą maleńkie wąskie i malownicze uliczki. Jakby nowoczesność była tylko fasadą, maską, a prawdziwe serce Tajwanu to właśnie te przepiękne ulice, małe sklepiki, zakładziki. Wszystko to w samym centrum miasta, otoczone szczelnie zasłoną z wieżowców. Doskonale zamaskowane. Trudno tu trafić, ale już tu będąc, widać doskonale wieżowce górujące nad tymi małymi ukrytymi światami.

Uliczny bazar w okolicy Taipei 101 Tajpej - Tajwan

Uliczny bazar w Tajpej - Tajwan

Na jednej z takich uliczek trafiam na bazar. Jeden z tych wspaniałych, przypadkowych, prowizorycznych, ulicznych targów. Mam słabość do takich miejsc. Wciągają, mnie, pochłaniają do reszty. Mimo że nawet nic nie kupię, to powoli chodzę od stoiska do stoiska. Muszę wszystko obejrzeć, nawet dotknąć, powąchać. Jakbym chciał się uczepić tego miejsca dotykając tych wszystkich wspaniałych warzyw, owoców, wąchając zieleninę. W takich miejscach zapominam o całym świecie. Po prostu odpływam. Jak dziecko w sklepie z zabawkami. Te wszystkie warzywa – znane i nieznane, bulwy, nacie, strąki. Owoce we wszystkich kolorach tęczy rozświetlające ponury poranek. Te wszystkie ryby i owoce morza poukładane obok siebie na lodzie. Sprzedawcy – spokojni i raczej cisi – czekający na klienta. Nie ma tu typowej bazarowej wrzawy, przekupek, krzyków, targowania i licytowania się. To nie Kaukaz czy Azja Centralna. Tu jest cisza, spokój, dostojni sprzedawcy i skupieni klienci oglądający owoce, warzywa, wąchający przyprawy i zioła.

stragan z warzywami Bazar uliczny w Tajpej - Tajwan

Wracam do hotelu i ruszamy już razem na miasto. Dziś nasz ostatni dzień w Tajpej. Na wielki finał zostawiliśmy sobie wieżę widokową na Taipei 101. Na miejsce docieramy oczywiście metrem. Kiedy wyłaniamy się z labiryntu podziemnych korytarzy kolejki, nad nami w niebo strzela piękna sylwetka Taipei 101. Dopiero spod wieżowca widać jego ogrom, masę, wysokość. Obecnie to ósmy najwyższy budynek na świecie, drugi licząc wysokość od ziemi do dachu, bez anten i masztów. Ponad 509 metrów wysokości, 101 pięter, z czego 5 pod ziemią. Jeden z pierwszych tych „naj”, bez wątpienia jeden z najpiękniejszych. Dla mnie numer 1 obok Petronas Towers w Kuala Lumpur. Pogoda wydaje się być przyjemna, chmury jakby się podniosły i doskonale widać cały budynek, nie spieszymy się więc z wjazdem na górę. Najpierw oczywiście śniadanie.

Taipei 101 jeden z najwyższych budynków na świecie - Tajpej, Tajwan

Dół wieżowca zajmuje ogromne kilkupiętrowe centrum handlowe. Obok siebie sklepy najbardziej luksusowych marek. Wszystkie te Chanel, Dior, LV, Prada, BOSS, Versace, Armani obok siebie. Nas bardziej interesuje to co jest dalej – Food court – czyli jedzenie. Ktoś może się zastanawiać co takiego jest w food courtach w centrach handlowych. Oczywiście nic. Ale nie w Azji. Tutaj te miejsca są radykalnie inne od tego co mamy w Europie czy w USA. Singapur, Kuala Lumpur, Hongkong, Pekin, Tokio, Osaka czy nawet Bangkok – w każdym z tych miast, food court to serce centrum handlowego. Pełne stoisk z przepysznym, zazwyczaj lokalnym jedzeniem. Świeżym, doskonale przyrządzonym i zazwyczaj niedrogim. Od ulicznych straganów czy bazarów, w większości przypadków różnią się tym, że są czystsze.

Jedzenie w Food Court w Taipei 101 - Tajpej, Tajwan

Akurat zaczyna się pora lunchu, więc trafiamy w sam środek wygłodniałego tłumu. Kolejki przy tacach, setki stolików, do których trzeba się dosiadać do innych. I ci wszyscy ludzie jedzący te wszystkie wspaniałości. Przechadzamy się wzdłuż dziesiątek stanowisk z jedzeniem, oglądamy, wąchamy, zaglądamy ludziom w talerze. Zazwyczaj robimy to bardzo dyskretnie, ale tu wszystko wygląda tak apetycznie, że trudno nie zwrócić uwagi na nas wpatrujących się w czyjąś miskę. Zjedlibyśmy oczywiście wszystko. Wybieramy omlet z ostrygami i jakieś rzeczy, których nazw nie znamy. Oczywiście musi być nasz ukochany makaron i zupa. Do tego sosy i sosiki, posypki, dodatki, przyprawy. Dzięki nim jedzenie dań azjatyckich urasta niemal do rangi rytuału magicznego. Dodawanie tych wszystkich przypraw, sosów, posypek. Jedzenie pałeczkami, rozciąganie makaronu, te wszystkie ruchy, gesty. Czysta alchemia!

Taipei 101 - wieżowiec z najszybszą windą na świecie. Tajpej, Tajwan

W końcu ruszamy na taras widokowy. Najpierw błądzimy po centrum handlowym, żeby znaleźć te właściwe drzwi. Kupujemy bilety, potem stanie w kolejce do windy. Udaje nam się przed jakąś dużą i głośną wycieczką z Chin. Wsiadamy do jednej z najszybszych wind świata, która porusza się w pionie z zawrotną jak na windę prędkością 60 km/h. Światła gasną, na ścianach rozpoczyna się multimedialny pokaz świateł a my w 37 sekund dojeżdżamy na 89 poziom, na którym znajduje się taras widokowy. Podobno w dół winda jedzie wolniej – aż 45 sekund. Tak czy siak, tempo jest zawrotne, a dzięki stabilizacji w windzie, trudno cokolwiek poczuć. Tak jakbyśmy wsiadali i za chwilę wysiadali w tym samym miejscu. Tylko uszy z trudem przyzwyczajają się do tak szybkiej zmiany wysokości.

Taipei 101 - punkt widokowy na 89 piętrze na Tajpej, Tajwan

Taipei 101 - widok z platformy na 89 piętrze na Tajpej, Tajwan

Na górze okazuje się, że chyba jednak zbyt długo zwlekaliśmy z wjazdem na górę. Po ładnej pogodzie pozostało tylko wspomnienie. Za szybami poziomu obserwacyjnego mleko. Białe skłębione chmury zasłaniają wszystko! Co i raz tylko chmury się przerzedzają i spomiędzy nich prześwituje szarawe Tajpej. Tu nie ma już życia, kolorów i światem. Świat na dole wydaje się jakiś bardzo odległy, ponury. My tymczasem jesteśmy tu wysoko, pomiędzy chmurami. To niesamowite móc popatrzeć jak pędzące obłoki napierają na budynki, nagle rozstępują się, omijają je, przelewają się przez nie. Przepiękny spektakl chmur. Momentami nie wiem czy to one czy my się poruszamy. Znowu chmury i deszcz pokrzyżowały nam plany. A może to my się nie dostosowaliśmy do kaprysów pogody? A może to właśnie dzięki nim możemy doświadczyć tego niesamowitego tańca pośród chmur. Czegoś nowego, wspaniałego, czegoś co zapamiętamy na długo.

Baby damper czyli ogromne wahadło - stabilizator budynku Taipei 101 - Tajpej, Tajwan

damper czyli ogromne wahadło - stabilizator budynku Taipei 101 - Tajpej, Tajwan

Postanawiamy dać jeszcze pogodzie jedną szansę. Schodzimy w punktu obserwacyjnego wąską krętą klatką schodową do serca budynku. Jeszcze kilka ciemnych korytarzy i jesteśmy. Ogromna, żółta kula o średnicy 5,5 metra zwisa na 16 grubych na 10 cm stalowych linach. 660-tonowe wahadło, stabilizator, czy jak mówią fachowcy dynamiczny eliminator drgań zwisa sobie pomiędzy 92 a 88 pietrem Taipei 101. Jest tak ciężki, że aby je tu zamontować, wciągano po kolei poszczególne elementy – 41 stalowych płyt. Po co to? Stabilizator, czyli tzw. „damper” pozwala niwelować odchylenia budynku przy silnych podmuchach wiatru i trzęsieniach ziemi. Dzięki niemu wieżowiec zwyczajnie się nie buja. Działanie wahadła najlepiej pokazują wyświetlane tu filmy. Widać na nich jak zachowuje się podczas trzęsienia ziemi oraz tajfunu. Dla mnie to niesamowite jak coś tak ciężkiego może sobie tak spokojnie wisieć niemal 400 metrów nad ziemią.

Taipei 101 - widok z punktu widokowego na 89 piętrze na Tajpej, Tajwan

Damper to oczywiście bohater tego miejsca, ale ktoś tu chyba jednak popłynął. Wracając na taras trafiamy na wystawę maskotek „baby damper”, różnokolorowych z głowami w kształcie wahadła. Każdy ma swoje imię, charakter itd. trochę jak Berlinki. Zaraz za wystawą sklep z gadżetami: maskotki, smycze, długopisy, naklejki, jeszcze więcej maskotek. Na tarasie niestety widoczność poprawia się tylko nieznacznie. Miasta raczej nie widać, natomiast rzadsze chmury pozwalają jeszcze bardziej doświadczyć tego niesamowitego uczucia przebywania między nimi. Możemy też przyjrzeć się z bliska i poczytać o zdobieniach i symbolice budynku. Wszystko tu ma związek z feng shui, wszystko coś symbolizuje. Najwspanialsze jest to, że z założenia budynek nie ma być próbą ujarzmienia natury, ale dostosowania się do niej i współistnienia. Taipei 101 to pomost pomiędzy ziemią a niebem. Takie było założenie i chyba naprawdę wyszło. Przynajmniej dzisiaj. W tak pochmurny dzień, taras na 89 piętrze to istne niebo.

Ulice Tajpej - Tajwan

W drodze do Taipei 101 - Tajpej, Tajwan

Kiedy wychodzimy z Taipei 101 pada coraz bardziej. Mimo to postanawiamy się przejść po okolicy. Wpadamy na pomysł, aby odwiedzić jedną z tradycyjnych herbaciarni, w końcu to jedna z atrakcji Tajwanu. Znajdujemy w Lonely Planet jakąś „och” i „ach”, ale po dotarciu na miejsce okazuje się, że nie jest ani zabytkowa, ani wyjątkowa. Prowadzi ją gość z Paragwaju, opowiada nam jak właściciel skupuje chińskie antyki i urządza herbaciarnie w stylu szanghajskim. Jest miło, ale chyba nie tego szukaliśmy. Kolejny dowód na to, że nie warto chodzić do miejsc wskazanych w Lonely Planet. Postanawiamy jednak pospacerować, dopóki do końca nie zmokniemy. Ulice Tajpej są jedyne w swoim rodzaju. Te kolory neonów i szyldów na brudnej szarości budynków, ta wszechobecna, eksplodująca zieleń. Niby nie ma tu nic spektakularnie pięknego a jednak nie można przejść obojętnie. I chyba nie potrafię sobie wyobrazić tego miasta bez deszczu.

Dihua Street - bardzo klimatyczna ulica ze sklepami zielarskimi - Tajpej, Tajwan

W końcu lądujemy na drugim końcu Tajpej – na Datongu. Pokonujemy tą samą drogę co wczoraj w poszukiwaniu jedzenia, tym razem jednak trafiamy na Dihua Street. To dawna centralna ulica Tajpej, serce dzielnicy handlowej, pełne przepięknych, małych klimatycznych sklepów, zakładzików i aptek. Dziś Dihua St. obrosła straganami krytymi blachą falistą i kolorowymi tablicami i reklamami. Nad ulicą rozciągnięte są niezliczone czerwone lampiony. Spod tego wszystkiego jednak wystają stare domy z oknami zwieńczonymi łukami i szerokim arkadami. Mieszania stylów chińskiego, japońskiego i zachodniego. Na pierwszy rzut oka, Dihua Street wygląda jak zwyczajny bazarek, ale już po chwili widać, że to alchemia dla zaawansowanych.

Dihua Street - stragany ze środkami leczniczymi - Tajpej, Tajwan

Dihua Street - apteka a raczej sklep z medukamentami - Tajpej, Tajwan

W starych sklepach i sklepikach dominują zioła i środki lecznicze wykonywane chyba ze wszystkiego co można znaleźć w naturze. Na straganach porozkładane są różnorakie liście i listki, owoce i jagody, korzenie, bulwy, części zwierząt. Składniki są suszone, kiszone, w jakiś płynach, proszkowane, w całości, w kawałkach. Rzeczy te wyglądają tak dziwacznie i obco, że nijak nie jesteśmy w stanie powiedzieć nawet czy to kawałek rośliny czy zwierzęcia. Za straganami jasno oświetlone sklepy z ogromnymi szafami. W szafach setki szuflad, obok dziesiątki słoików, słoiczków i butelek. Sklepy z lekami. Rzecz tak bardzo chińska. Wszędzie gdzie tylko są Chińczycy, są też sklepy z medycyną naturalną. Tu nie ma proszków i chemii. Są tylko tysiące naturalnych specyfików. Wystarczy przyjść z dolegliwościami lub karteczką od lekarza a panowie z ladą ze skupieniem zaczynają wędrówkę po szufladach i słoikach. W wielkim skupieniu przesypują, ważą, mieszają, dosypują. Kompletują idealną mieszankę, która ma wyleczyć wszystko od bólu zęba aż po nowotwory.

Spacer z Dihua Street do Ningxia Night Market - Tajpej, Tajwan

pyszne chińskie jedzenie - Ningxia Night Market -Tajpej, Tajwan

Za Dihua znikają sklepy z medykamentami, natomiast bazar i stragany wydają się nie kończyć. Błądzimy tak po zaułkach i uliczkach, pomiędzy straganami, aż docieramy do znajomego już Ningxia Night Market. Co prawda nocny market dopiero co się rozstawia, ale restauracyjki naokoło działają w najlepsze. Jesteśmy jak zwykle głodni, więc rozglądamy się za tym właściwym miejscem. Oczywiście szukamy wszystkiego co nam utrudni przygodę: brak angielskiego menu oznacza, że knajpa nie jest nastawiona na turystów, mało obsługi, mówi zazwyczaj, że to lokal rodzinny, starsza pani lub pan na kuchni daje szansę na naprawdę dobre jedzenie. Jeżeli nie ma nawet obrazkowego menu, to znaczy, że warto spróbować. Trafiamy więc do takiego miejsca – bez nazwy – a raczej z nazwą po chińsku. Przerażona pani z obsługi prowadzi nas do piwnicy, gdzie są jeszcze 4 stoliki. Tam dostajemy „menu” gdzie mamy zakreślić co chcemy zjeść. Zakreślamy coś na czuja, pytamy o coś, podpatrujemy przekąski i takim oto sposobem po kilkunastu minutach rozlega się dzwonek i z windy kuchennej w ścianie wprost na nasz stół wjeżdża dużo pysznego jedzenia. Tym razem ryż smażony z wołowiną – w niczym nie przypominający tego podawanego u nas, makaron z wołowiną, pierożki chińskie, zupa miso, tofu i jeszcze te wszystkie dodatki. Alchemia chińskiej kuchni zaczyna się na nowo.

uice Tajpej wieczorem, Tajwan

Kiedy kończymy kolację, na zewnątrz robi się już ciemno. Tajpej zaczyna żyć swoim szalonym życiem. Nocny market zaczyna się zapełniać ludźmi spieszącymi na kolację, po ulicach przemykają tysiące motorów. Wieczór oznacza dla nas tyle, ze musimy się powoli zbierać. Wracamy więc do Wanhua, żeby po raz ostatni przejść się kolorowymi ulicami pośród rzeki ludzi i parasoli, poczuć to miasto, jego niespożytą energię i niesamowitą siłę. Mimo deszczu, na ulicach tłumy ludzi. Nikt tu nie jest z cukru. My tez już chyba nie. Przyzwyczailiśmy się do deszczu i nawet go polubiliśmy. W zasadzie to ciągła ulewa spowodowała, ze nasz pobyt tu kompletnie wymknął się naszym oczekiwaniom i planom. A mimo to się udał.

Spacer po dzielnicy Wanhua - Tajpej, Tajwan

Idziemy tak pijani tym miastem i wczuwamy się w klimat nocnego żywiołu Tajpej. Nagle uderza nas niesamowity odór. Trafiliśmy już na podobny, ale wydawało nam się, że to zawiało z jakiegoś ścieku, czy może gdzieś coś się komuś zepsuło. Tutaj ewidentnie odór unosił się dookoła i nie był to przypadek. Zapach jak znad wysypiska. Psujące się śmieci w połączeniu z nutą ścieku. Skąd może się wydobywać coś tak okropnego i jak to może nie przeszkadzać ludziom, którzy tu jedzą, przecież wszędzie naokoło są stragany z jedzeniem. Szybko orientujemy się jak mało wiemy o życiu, kiedy okazuje się, że ów swąd pochodzi właśnie z tych straganów. A konkretnie jednego – tego z napisem STINKY TOFU.

Stinky tofu - przysmak kuchni tajwańskiej - Tajpej, Tajwan

Małe niepozorne stoisko przy którym pan smaży na głębokim oleju kawałki tofu. Czy może być aż tak źle? Tak! Jadłem w swoim życiu wiele dziwnych rzeczy, nigdy natomiast nie widziałem, ani nie czułem czegoś bardziej odrażającego. Smród stinky tofu jest tak okrutny, że odechciewa się jeść. Trudno pomyśleć nawet o spróbowaniu. Co gorsza, wystarczy przejść obok smażącego się tofu a zapach pozostaje w ubraniu i jeszcze na drugi dzień można go poczuć. Taki zapach z rana to murowane mdłości. Co ciekawe, stinky tofu to chyba najbardziej znany tajwański przysmak. Chińczycy z macierzy przylatują tu aby go spróbować. Skąd ten zapach? Suszone tofu moczone jest w dziwnej zawiesistej brei, która jest efektem dwuletniej fermentacji mieszanki warzyw i liści. Potem taka wonna kosteczka jest najczęściej smażona na głęboki oleju. Nie da się tego znieść, nie da się tego spróbować ze względu na odstręczający odór. Może innym razem.

Dystrykt Wanhua nocą - Tajpej, Tajwan

Tym razem nie udało się spróbować stinky tofu. Może innym razem? Okazja na pewno będzie, bo Tajwan zachwyca. Urzeknie każdego kto był w Chinach lub w Japonii. Każdy odnajdzie tu cząstkę któregoś z tych krajów. Tajwan jest gdzieś w połowie drogi pomiędzy Chinami i Japonią. Geograficznie i mentalnie. Kto nie był ani tu ani tu, tym bardziej zachłyśnie się tym miejscem. Tu ściera się niesamowita bogata historia i piękne tradycje Chin z nowoczesnością i ogromnymi ambicjami. To takie inne Chiny. Czy lepsze? Dla mnie tak, bo ludzie… ale lepiej chyba samemu tego doświadczyć. Przyjechać, zobaczyć, dotknąć, poczuć, zjeść i dać się ponieść rzece ludzi i parasoli. Płynąć pomiędzy tymi jaskrawymi ścianami świetlistych neonów odbijających się w mokrych od deszczu chodnikach. Zawisnąć gdzieś pomiędzy tymi kolorami, w samym środku nocy w Tajpej. Warto!

Tajpej, Tajwan