Stare miasto nocą - ratusz. Tallin, Estonia

Tallin. Białe noce, stara baśń i dacza

Jest już prawie północ. Samolot powoli zatapia się w zmierzchu. Gdzieś hen na północy, nad Bałtykiem widać jeszcze różowo-pomarańczową łunę. Wyraźnie odcina jasne gorejące gdzieś tam niebo od spowitej mrokiem ziemi. Tallin wita nas przepięknym spektaklem światła i cienia. Zanurzamy się w ciemności. Na lotnisku wita nas Heidi – koleżanka Uli z Tallina, z którą w końcu udaje nam się zobaczyć. Lubię wizyty u zagranicznych znajomych. To nie jest klasyczne zwiedzanie, weekend w obcym mieście. To dzielenie się czasem z kimś bliskim, za kim się tęskni, z kim miło po latach się spotkać. Nie ma szalonego zwiedzania, jest gościna. Plan wycieczki jest zawsze inny, gość obdarowuje nas swoim czasem, widzimy inne rzeczy niż podczas przyjazdu w nieznane miejsce. Jest inaczej. Oprócz miejsca są przecież ludzie.

Tallin, Stare Miasto nocą to magia - brama na starówkę

Mimo późnej pory, od razu wybieramy się na spacer po starówce. Pamiętam Tallin sprzed 13 lat. Mroczna starówka zwiedzana podczas ponurych jesiennych dni. Pogoda typowo kacowa, nawet bez picia człowiek czuje się jak wygnieciona ścierka. Do tego niesamowite, średniowieczne kamienne stare miasto. Miejsce z baśni. Brakowało tylko smoków, rycerzy i księżniczek machających z wież swoim wybawcom. Tym bardziej byłem szalenie ciekaw jak wyglądać będzie miasto latem. Już samo wejście na starówkę, to wrota do innego świata. Wysokie, szare muru miejskie rozstępują się przed nami a dwie dumne wieże zapraszają nas do środka. Pomiędzy starymi, ale przepięknie odnowionymi i utrzymanymi kamienicami przepływa tłum ludzi. Jest głośno, żywiołowo. Nic dziwnego, Tallin to takie małe Las Vegas dla Finów. Przyjeżdżają tu się zabawić. Na szczęście nie ma bałaganu. Imprezownie są dobrze zakamuflowane i w całej swej przaśności, nie psują niesamowitej atmosfery tego miejsca.

Stare miasto nocą - Tallin

W miarę jak pochłania nas labirynt krętych, wąskich uliczek, tłumy znikają. Robi się cicho i tajemniczo, jedynymi odgłosami, jakie słyszymy są nasze oddechy, stukot butów o kamienne uliczki i pisk mew szybujących gdzieś w górze. Atmosfera ulic jest niesamowita. Czujemy się jak w jakiejś baśni. Jakbyśmy nagle przenieśli się kilkaset lat wstecz, do jakiegoś dalekiego, magicznego miejsca. Trupioblade fasady hanzeatyckich budynków przypominają duchy. Wydaje się, że nas obserwują, podążają za nami. Każdy podmuch wiatru na karku sprawia wrażenie, jakby coś nas dotykało. Ściszamy rozmowę, chłoniemy magiczną atmosferę tego miejsca. Już się chyba zgubiliśmy. A może to Heidi prowadzi nas przez zakamarki starego Tallina. I do tego to niebo. Cudownie granatowe. Jest środek nocy a jego kolor zwyczajnie zachwyca swoją głębią. Co i raz odcinają się na jego tle wysokie wieże tallińskich kościołów i ratusza.

Telliskivi - hipsterska dzielnica Tallina, Estonia

Chodzimy tak sobie, nagle starówka znika za naszymi plecami. Błądzimy pomiędzy drzewami, jakimiś małymi uliczkami, mijamy tory. W końcu lądujemy w Telliskivi – za dnia kreatywnym, nieco hipsterskim centrum Tallina, w nocy zagłębiu bardzo ciekawych knajp i klubów. Ich klimat podkreślają wszechobecne ruiny fabryk, magazynów, bocznic kolejowych i dworca. Zatrzymujemy się w jednym z barów i słuchamy Heidi opowiadającej o Tallinie, przekrzykując głośną muzykę. Popijamy zimne ciemne estońskie piwo i zachwycamy się atmosferą letniej nocy w portowym mieście. Możemy tak siedzieć i siedzieć, nie ma śladu po zmęczeniu podróżą, jakby niemogący zapaść zmrok i skrzeczące ptaki dodawały nam energii. W końcu jednak bary pustoszeją i wracamy na stare miasto.

Taras Kohtuotsa - nocny widok na stary Tallin, Estonia

Wspinamy się znów wąskimi, wyludnionymi i zupełnie już ciemnymi uliczkami aż docieramy do tarasu Kohtuotsa, z którego rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na cały Tallinn. Spośród gęstych drzew, w niebo strzela wieża kościoła świętego Olafa, jedna z baszt murów miejskich i co większe, piękne, białe kamienice. Nad tym miastem duchów rozpościera się niebo, na północy rozświetlone pomarańczową łuną wiecznie czuwającego o tej porze roku słońca, na południu ciemniejącym mrokiem nocy. To jakiś niepojęty stan pomiędzy dniem a nocą, oszukujący zmysły, niepozwalający organizmowi się zdecydować. Spać czy nie spać? W końcu decydujemy się na odpoczynek. Wracamy do centrum i zalegamy w mieszkaniu na poddaszu w jednej z kamienic. To chyba najbardziej niesamowita, niemal nieprzespana noc w moim życiu. Heidi od razu zasłania okna mówiąc, że za moment zrobi się tu jasno. Faktycznie, dzień wdziera się niespodziewanie już około 2:30 nad ranem. Świt rozdzierają piski i krzyki mew krążących nad budynkami. Ten wspaniały klimat portowego miasto. Uwielbiam ten ptasi jazgot. To dla mnie odgłosy wolności, przygody. Trwam w takim pół-śnie pół-jawie masochistycznie delektując się krzykami mew. W końcu jakimś cudem udaje nam się zasnąć na parę godzin.

estońskie śniadanie w Cafe Klaus - jednej z najlepszych knajp na Kalasadam. Tallin, Estonia

Te same ptasie piski wybudzają nas na dobre. Poranek jest piękny. Bosko soczyste niebieskie niebo, pojedyncze pierzaste chmurki gdzieś wysoko zwiastują idealną pogodę. Na śniadanie Heidi zabiera nas do rewitalizowanej dzielnicy portowej Tallina – Kalasadam. Na miejscu starych zabudowań portu rybackiego powstało tu w ostatnich latach sporo ciekawych butików ze skandynawskim designem, restauracji i galerii. Lądujemy w Klaus Kohvik – ponoć serwującej najlepszą kuchnię estońską. Siedzimy sobie na słoneczku, miziani lekką bryzą od morza, słuchamy delikatnego szumu wody przedzieranego skrzeczeniem mew. Wokoło rodziny z dziećmi. Ludzie spacerujący w sobotni letni poranek. Na stole przed nami paruje doskonała, aromatyczna kawa. Popijamy lekko cierpki koktajl jagodowy. Uśmiecha się do nas przepiękne estońskie śniadanie: sałatka z ziemniaków ze szczypiorkiem, jajko, boski śledź na czarnym, aromatycznym chlebie. Do tego idealnie kwaśna śmietana. Wszystko tak pięknie ułożone, że aż żal jeść. Nawet w lodowatej, orzeźwiającej wodzie pływają prześliczne, malutkie czerwone borówki.

lotnisko w Paarnau - skoki na spadochronie - Estonia

Przylecieliśmy do Tallina z nadzieją na dwa dni zwiedzania miasta. Chcieliśmy poznać nieco Estonię. Heidi miała jednak na nas inny pomysł. Ponieważ mieszka tu od lat i zapewne nudzi już ją to miasto a jednocześnie chciała nam pokazać swój kraj, jego ducha i zwyczaje, zaproponowała, żebyśmy zrobili to, co w letni weekend robią wszyscy mieszkańcy stolicy. A mianowicie ucieczkę z miasta – co prawda pięknego i zielonego, ale zawsze zbyt betonowego – na łono natury. Faktycznie Tallin od samego rana wydaje się być opuszczony. Ulice są puste. Lato w mieście jest męczące, dlatego Estończycy tak bardzo kochający naturę, wykorzystują każdą okazję, aby uciec z betonowej dżungli do lasu. Przez resztę poranka zbieramy więc koleżanki Heidi i po dwóch godzinach jazdy przez bezdroża Estonii – pola i lasy – jesteśmy już pod Parnau. Siedzimy sobie na trawie przy starym sowieckim lotnisku wojskowym przerobionym na cywilne. Popijamy sobie zimne piwo i patrzymy na skoczków skaczących na spadochronie. Wśród nich jest jedna z przyjaciółek Heidi. Zawsze można powiedzieć – kurcze, przecież tracimy tu czas, bo przylecieliśmy zwiedzać miasto, a siedzimy gdzieś w polu i patrzymy jak ktoś zupełnie obcy skacze na spadochronie… – Może i tak, ale poznajemy ludzi, którzy tu żyją, opowiadają nam o kraju, o sobie, tym co lubią, robią, stajemy się niejako częścią ich życia. I to jest niesamowite. No i koniec końców, zamiast chodzić po muzeach szykujemy się do weekendu na estońskiej daczy!

Letnia dacza to w Estonii standard - Parnau, Estonia

A dacza jest naprawdę imponująca. Przede wszystkim, niemal każdy Estończyk posiada domek poza miastem. Mały, duży, stary, nowy… nie ważne. Liczy się to, że w lecie, w weekend, po pracy, czy z jakiegokolwiek innego powodu można się wyrwać z głośnego, cuchnącego, betonowego miasta. Nawet, jeżeli to miasto jest zielone i ładne, to dla ludzi tak miłujących naturę, może być nie do zniesienia. A Estończycy kochają las, wodę, ziemię. Wszystko to, czego nie ma w mieście. Od wieków żyli bardzo blisko natury i w zgodzie z nią. Bardzo przypominają pod tym względem Skandynawów. Zresztą nie tylko pod tym. Nic dziwnego, że są najbardziej rozwiniętym krajem bałtyckim a o ich sowieckiej przeszłości przypominają już chyba tylko nonszalanckie budowle w stylu betonowej rynny Maarjamäe Memorial czy behemota Patareisadama piiripunkt. My mamy to szczęście, że Heidi ma naprawdę super domek, pośrodku lasu w pobliżu Parnau. To tu spędzimy sobotni wieczór.

Letnia dacza - Parnau, Estonia

Dacza to idealnie odnowiony ponad stuletni dworek. Stoi pośrodku idealnie przystrzyżonej trawy. Wokoło rośną przepiękne jabłonie, których gałęzie uginają się pod dojrzałymi jabłkami. Soczyste papierówki chrupiące tak wdzięcznie, że chce się objadać nimi bez reszty. Z niedalekiego warzywnika dziarsko wystają pachnące łodygi dymki i koperek. Coś, co z daleka wygląda jak kępa chwastów, z bliska okazuje się być rabarbarem… „Wsi spokojna, wsi wesoła!”. Całość wydaje się tak idealna, tak arkadyjska, tak bardzo odległa od zgiełku miasta. Dacza jest samowystarczalna. Rąbię drewno, rozpalamy ognisko. Rozgrzewamy saunę na wieczór. Zbieramy brzozowe witki, szykujemy sałatki ze świeżych wiejskich pomidorów i ogórków. – Nie ma cebuli! – Jak to nie ma? Heidi znika w ogródku, gdzieś za stawem i po chwili wyłania się z pękiem bosko pachnącej cebuli. Czosnek? Zioła? Tu wszystko jest! To tak w Estonii spędza się weekend. Blisko natury. Chodząc boso po miękkiej, lekko wilgotnej wieczornej trawie i szykując jedzenie na świeżym powietrzu. Kiedy ziemniaki pieką się już na ogniu a składniki sałatek przenikają się smakami, Heidi prowadzi mnie przez ogród…

wędzarnia ryb na daczy - Parnau, Estonia

Łosoś świeżo wędzony na owocowym drewnie - czyli kolacja na daczy. Parnau, Estonia

Tajemnicza kamienna konstrukcja, która zaintrygowała mnie od pierwszego wejrzenia, okazała się nie być mogiłą jakiegoś przodka naszej przyjaciółki, a przydomową wędzarnią. Heidi pokazuje mi na pomarańczowo-czerwone szczapki drewna ułożone pod drzewem – Te są owocowe, najlepiej nadają się do wędzenia łososia – tłumaczy. Następnie opowiada jak wędzić rybę, ile czasu i na jakim drzewie, jak dodawać szczapki, co robić a czego nie. Rozpalam czym prędzej ogień, aby w owocowym dymie opędzić się od coraz bardziej natrętnych komarów. W końcu wielki kawał różowego łososia ląduje w czeluści wędzarni pochłaniany przez białe kłęby odurzającego owocowego dymu. Zanim się orientujemy, po kilkunastu minutach Heidi przynosi gotowego łososia. Tak jak wiele innych czynności, wędzenie ryb tutaj to tradycja i świętość. Rządzi się swoimi zasadami, czas wędzenia jest nieprzypadkowy. Łosoś musi być idealny. I jest. Tak jak reszta jedzenia. Tak doskonale proste, naturalne, świeże i cudownie pyszne.

Letni weekend na daczy to w Estonii standard okolice Parnau

Wieczór spędzamy przy ognisku, wsłuchując się w trzask palonego drewna, szum wiatru. Rozmawiamy, popijamy zimne piwo. W końcu sauna – absolutna tradycja, obowiązkowa pozycja dla każdego Estończyka. Podobnie jak w Finlandii, tak i tu w każdym domu jest sauna. Czas spędzony w bani, to nie tylko zabieg pielęgnacyjny czy zdrowotny, to także rytuał towarzyski. Zasady są proste. Żadnych ubrań, żadnych zdjęć. Tylko wielkie wiadro wody z olejkami zapachowymi, lodowata wódka i fikuśne filcowe czapki mające chronić włosy przed wysoką temperaturą panującą w saunie. A po saunie sprint do stawu pomiędzy szuwarami. To jest dziwne. Ja w takiej wodzie nie zanurzyłbym nawet nogi. Lekko brunatna woda, nie głęboka, ale nie widać dna, na powierzchni jakaś dziwna rzęsa. Wchodzi się przez jakieś obślizgłe szuwary, dno to lepkie, śliskie, włochate glony. Aż się wzdrygam na samą myśl o wchodzeniu do stawu – Przecież to czysta natura – mówi Heidi. Dla niej to coś tak naturalnego, jak chodzenie na bosaka po trawie. Nie rozumie jak można się tego brzydzić. Estończycy to prawdziwi ludzie lasu. Żyjący tak blisko natury, szanujący ją i czerpiący z jej dobrodziejstw. Jakby w całym tym swoim rozwoju i parciu do przodu pamiętali cały czas skąd przyszli. To tak inne… Coś niesamowitego.

letni weekend na daczy - Parnau, Estonia

Impreza kończy się oczywiście rano. Zresztą trudno powiedzieć, kiedy kończy się noc a zaczyna poranek. Heidi jedzie z koleżankami do niedalekiej Salacgrīvy zaraz za granicą łotewską na festiwal Positivus. Nam zostawia swoje auto, wręcza kluczyki do mieszkania i mówi – Tallin jest wasz! – I to jest bardzo pozytywne. Przyjeżdżamy do przyjaciółki, spędzamy razem wspaniale czas. Do niczego się nie zmuszamy. Ona nie rezygnuje ze swoich planów, my ze swoich. Każdy jest zadowolony. Wizyta znajomych nie jest dla niej wyrokiem, oprowadzaniem po mieście, które zna jak własną kieszeń. My mamy okazję na klasyczne zwiedzanie miasta, ale też mogliśmy doświadczyć estońskiego weekendu na daczy – czegoś, czego się nie spodziewaliśmy, co nas miło zaskoczyło i zachwyciło. Taki układ jest super. Oczywiście trzeba się wcześniej dogadać.

Za nim jednak ruszymy do Tallina, odwiedzamy jeszcze jedną koleżankę Uli – Jaanikę. Dziewczyny nie widziały się co najmniej dwa lata. Siadamy przy kawie, świeżo upieczonym cieście cytrynowym i plotkujemy o bieżących sprawach, jakby minął ledwie tydzień od ostatniego spotkania. Jaanika opowiada nam o życiu w Estonii, o kolejnych zwyczajach, o wypadach łódką na małe wysepki, na ryby, pod namiot. O bliskości z naturą, o polowaniach – tu akurat się nie zachwycamy, bo żadne z nas nie jest fanem strzelania do bezbronnych zwierząt. Jedzenia w sklepach nie brakuje. Jeżeli ktoś się nie zgadza na przemysłowe zabijanie zwierząt, może zostać vege, jeżeli natomiast pragnie się sprawdzić i udowodnić męstwo, zawsze można wyskoczyć na dzika czy niedźwiedzia, ale zamiast armaty, uzbroić się w dzidę lub nóż – wtedy to jest męstwo. Temat polowań zbywamy więc milczeniem. Historiom nie ma końca, ale czas jechać. Żegnamy się, jakbyśmy się mieli zobaczyć znów za tydzień. Nie wiemy, kiedy będziemy tu znów, ale wiemy, że z pewnością wrócimy.

Po Estonii jeździliśmy kabrioletem

Jedziemy przez estońskie lasy kabriolecikiem Heidi, słuchamy głośno Aerosmith i wystawiamy uśmiechnięte buzie na słońce! To chyba najlepszy nasz wyjazd do znajomych. Wszystko jest tak naturalne, tak niewymuszone, wszyscy czują się tak swobodnie, nie ma nawet cienia wątpliwości, że nikt nawet przez chwilę nie musi się jakoś poświęcać. Gospodarze często tak robią – w dobrej wierze, ale jakoś tak głupio nam zaorać komuś weekend swoją obecnością. A tu, wszyscy są zadowoleni. Niepotrzebne są żadne kompromisy. Koło południa jesteśmy z powrotem w Tallinie. Postanawiamy nie tracić czasu i jedziemy prosto na wieżę telewizyjną, obejrzeć panoramę miasta. Przejeżdżamy przez opustoszałem miasto, ciasno się robi dopiero na nadmorskim bulwarze Pirita tee. W jednej chwili znajdujemy się w środku gęstego lasu, który przecina jedynie cienka wstążka asfaltu. Wtem zza drzew wyłania się smukła wieża telewizyjną. Na tle nieba, betonowa konstrukcja wygląda tak lekko i filigranowo, że zastanawiam się jak nie zwiewa jej wiatr.

Tallinn Teletorn - wieża telewizyjna Tallin

Pod samą wieżą trafiamy na wystawę, która w wolnym tłumaczeniu brzmi: „Bananów nie ma. Podróż w czasie do codzienności ZSRR”. Doskonale wybrane, zestawione i uporządkowane eksponaty pokazujące szarą i beznadziejną codzienność Estońskiej SRR. Doskonale urządzone mieszkanie z lat ’80 – identyczne, jakie pamiętam z wczesnego dzieciństwa. Meblościanka w stylu zestaw Bieszczady – połysk, pusta lodówka, pokój dziecięcy z radzieckimi, topornymi zabawkami i kolekcją znaczków-przypinek z Wilkiem i Zającem. Dalej sklepy i puste półki, makieta stołówki zakładowej, dział poświęcony „aprowizacji”. Cała ściana mówiąca o tym jak ludzie radzili sobie z zapasami, co za co i gdzie można było wymienić, ile dni można było żyć za jedną kiełbasę czy butelkę Vana Tallinn czy puszkę kawy od rodziny z Zachodu.

There are no bananas. Time travel to Soviet daily life - wystawa pod wieżą telewizyjną. Tallin Teletorn

There are no bananas. Time travel to Soviet daily life - wystawa pod wieżą Teletorn Tallin

There are no bananas. Time travel to Soviet daily life - doskonała wystawa o czasach sowieckich, Tallin Teletorn

Przepiękne wyjaśnienia została różnica pomiędzy ukraść a zdobyć (ukrast’ a priobrietat’) mającej diametralne znaczenie za czasów ZSRR. Kradzież była czymś nagannym a zdobywanie (własności państwowej, czyli niczyjej, samej wpadającej w ręce), było czymś naturalnym. Dalej trafiamy na pomnik zaradności sowieckiego człowieka, który z powodu chronicznego niedoboru wszystkiego, zmuszony było do robienia wszystkiego samemu, z tego co udało mu się „zdobyć”. Zdjęcia i filmy przedstawiające skutery śnieżne i ciągniki zrobione w garażu, jest nawet samochód domowej roboty stworzony przez Estończyka Uno – tzw. Auto wujka Uno (Onu Uno Auto). Dla nas to coś, co potrafimy sobie wyobrazić, zahaczyliśmy o tamte czasy, nasi rodzice w nich żyli. Zastanawiam się jednak jak byli w stanie to pojąc przybysze z Zachodu. Ludzie, którzy nie doświadczyli chronicznego niedoboru, biedy, szarości i beznadziei centralnego planowania. Czy w ogóle są w stanie pojąć to rozumem? Czy może to dla nich czysta abstrakcja, coś co przyswajają tak jak film o inwazji Marsjan – widzą, ale ich umysły traktują to po prostu jako obraz a nie coś, co miło, ma lub będzie miało szansę się kiedykolwiek wydarzyć. A u nas naprawdę bananów nie było…

Tallin - wieża telewizyjna - Tallinn Teletorn - widok z punktu oberwacyjnego

Tallin - wieża telewizyjna - Tallinn Teletorn - z tarasu rozciąga się przepiękny widok na okolice

Największy chyba w Tallinie symbol minionej epoki to 314-metrowa wieża telewizyjna. Podczas mojej ostatniej wizyty, 12 lat temu, to była zaniedbana, zatęchła i przykurzona ruina z ponurą knajpą, w której serwowano soljankę za grosze. Dwa lata potem taras został zamknięty, bo nie nadawał się już do niczego. Dziś to Tallinna Teletorn – wyremontowane centrum naukowo, rozrywkowe z wystawami, warsztatami i zajęciami dla najmłodszych. Wygląda jak wnętrze statku kosmicznego. Czysto, ładnie, nowocześnie. Najlepszy przykład jak Estonia przekuwa swoją sowiecką przeszłość w skandynawską przyszłość. Wjeżdżamy superszybką windą na taras zawieszony na wysokości 170 metrów. Stąd widać doskonale, że cały Tallin tonie w zieleni. Pod nami domy zdają się wystawać spomiędzy drzew, jak grzyby w trawie. Miasto, gdzieś hen na horyzoncie, ze swoją niską zabudową nie odcina się od otoczenia, jakby tworzył jedną całość z naturą. Wystaje z niego tylko kilka wieżowców, które nie dominują nad Tallinem. Nie ma tu brutalnej dominacji betonu nad lasem. Miasto jest naturalnym przedłużeniem lasu i morza. Przez co wydaje się bardzo lekkie.

Tallin - wieża telewizyjna - Tallinn Teletorn - wystawa na galerii

Tallin - wieża telewizyjna - Tallinn Teletorn - wystawa na tarasie widokowym

Na tarasie widokowym, tu gdzie kiedyś stały klejące się skajowe ławy i brudnawe stoły pokryte poszarzałymi obrusami, teraz są nowoczesne fotele, wystawy i ekspozycja z dolnej wystawy. Eksponaty z czasów ZSRR – stare zdjęcia, ubrania i miski są porozrzucane po całym pomieszczeniu. Sceny z codzienności radzieckiej w XXI wieku. Miska z szarym mydłem, pranie na sznurku. Zdjęcia rodzinne przyklejone do szyby. Zupełnie jakby przeszłość i przyszłość stykały się w tym miejscu. Nie ścierają się ze sobą, wręcz przeciwnie. Przyszłość daje możliwość trzeźwego i krytycznego spojrzenia na przeszłość, ta z kolei jest źródłem wiedzy, doświadczenia, pomaga wyciągać wnioski, uczyć się na błędach, aby ich więcej nie powtórzyć. To takie pocieszające, widzieć jak ktoś wykorzystuje swoją ciężką historię w walce o lepszą przyszłość. Nie chce się do niej cofać, nie idealizuje jej, a wyciąga wnioski. A my… w jednym miejscu możemy patrzeć na to, co było i spoglądać z nadzieją i optymizmem dokąd Estonia zmierza. Takie kraje mają przed sobą przyszłość.

Wystawa pod wieżą telewizyjną w Tallinie - Tallinn Teletorn - pomalowany na kolorowo radziecki BTR

Podobnie na dole, pod samą wieżą wpadamy na stojący nieopodal BTR – opancerzony wóz sowiecki, jeden z tych, które w 1991 roku szturmowały wieżę zajętą przez ludzi chcących niepodległości. Wóz nie jest smutnym, przygnębiającym pomnikiem przeszłości, pomalowany na jaskrawe kolory, pstrokate wzory, kwiatki, ptaszki i szlaczki przypomina raczej wóz rastamanów. Przyszłość i pozytywy, a nie przygnębiająca martyrologia i mesjanizm narodu wbijane do głowy przy każdej okazji. Mądrzy ludzie mają przed sobą przyszłość. Głupi, wciąż patrzą do tyłu. I nawet nie wyciągają wniosków z tego, co tam widzą.

Stare Miasto - Tallin, Estonia. Przepiękne, baśniowe, średniowieczne

Mury obronne - stare miasto Tallin, Estonia

Przepiękne uliczki starego miasta - Tallin Estonia

Wracamy na stare miasto. Gęsto zabudowane, kamień, szare cegły, przepięknie ozdobione fasady średniowiecznych kamienic. Stary Tallin wygląda jak idealna makieta hanzeatyckiego miasteczka. Chodzenie po wąskich, krętych i zacienionych uliczkach to jak podróż do innego świata. Czujemy się jakbyśmy chodzili po planszy jakiejś gry. Przypominają nam się filmy i książki o średniowieczu, Magia i Miecz. Właśnie tak zawsze wyobrażałem sobie miasto w tej grze. Brakuje tylko rycerzy w ciężkich zbrojach chodzących po ulicach z długimi halabardami oraz handlarzy i marynarzy. Tallin przypomina miasto z baśni. Tego nastroju nie psują nawet tłumy turystów, które przetaczają się przez ulice. W zasadzie jest ich bardzo mało w porównaniu z innymi miastami europejskimi, ale jak na estońskie warunki to prawdziwe tłumy. Czuć tu przestrzeń, pomimo że miasto nie jest duże. Można swobodnie oddychać, nie wpada się co i raz na innych ludzi.

Ratusz, stare miasto - Tallin, Estonia

Rynek główny, stare miasto Tallinn, Estonia

Z przyjemnością siadamy na krawężniku gdzieś na historycznym głównym placu starego Tallina i zajadamy na podwieczorek słodkości zakupione po drodze w sklepie. Jest słonecznie, pięknie, spokojnie. To powolne tempo miasta jest kojące. Nie ma gorączkowego pędu, który czuć w wielu miastach w Europie. W Tallinie można naprawdę poczuć średniowiecznego ducha. Nawet knajpy na rynku – parasole, pizze i sałatki cezar na takich samych talerzach – wydają się jakieś spokojne, senne, tajemnicze. Naprawdę czuć tu Skandynawię. Jakieś wycofanie, powściągliwość a jednocześnie niesamowity spokój i porządek. Tallin to jakby połączenie melancholii i pięknej średniowiecznej baśni. Jest jak scenografia sztuk Szekspira. Ma w sobie to coś, czego nie ma w poetyckim i jednocześnie dość głośnym Wilnie czy muzealnej, gotycko posępnej, choć równie pięknej Rydze.

Taras Kohtuotsa - widok na stary Tallin, Estonia

Taras widokowy Kohtuotsa - pomniki zjaw, Tallin, Estonia

Dalej mijamy kolejne przepiękne kamienice wyglądające jak wielkie domy z piernika. Mijamy dom z nawiedzonym pokojem, dziesiątki magicznych bram i furtek, za które po prostu musimy zajrzeć. Kryją w sobie małe podwórka, ogrody, kręte schody, zdobione barierki, tarasy, kolejne uliczki. Stary Tallin to magiczny labirynt, w którym tak dobrze się zgubić. Wychodzimy na tarasie Kohtuotsa, na którym byliśmy dwa dni wcześniej. W dzień, w słońcu to miejsce prezentuje się zupełnie inaczej. Widok na ciemne miasto z podświetlonymi wieżami kościołów jednak bardziej działa na wyobraźnię. Teraz siedzimy na murku ponad czerwonymi dachami miasta i patrzymy sobie na Tallin z góry. Zaglądamy w okna, pojedyncze sylwetki sunące wąskimi, zacienionymi uliczkami, przepiękne drzewa kołyszące się na wietrze. Zza pleców dochodzi nas przytłumiona średniowieczna muzyka z kawiarni w murach miejskich.

Sobór św. Aleksandra Newskiego - Tallin, Estonia

Kawałek dalej, docieramy do przepięknej Soboru św. Aleksandra Newskiego. Do architektury starego Tallina pasuje jak pięść do oka, ale kiedy ją stawiano ponad 100 lat temu, raczej nikt się nad tym nie zastanawiał. Teraz jest jedną z najbardziej charakterystycznych budowli miasta. Lubię cerkwie. Mają w sobie coś orientalnego, magicznego, tajemniczego. Zawsze zionie z nich niesamowita cisza i duszący zapach kadzidła. Do tego babcie, ubrane na czarno, z chustami, gorliwie odmawiające pacierz w odwrotnym kierunku. Brodaty pop przechodzący zawsze dziwnym krokiem, mruczący coś pod nosem i kłaniający się w pas przed ołtarzem. Nie potrafię przejść obok cerkwi obojętnie.

Droga wzdłuż murów starego miasta - Tallin, Estonia

Obok Soboru, niedaleko pałacu prezydenckiego schodzimy w dół, ze wzgórza, na którym znajduje się stare miasto. Trasa wygląda jak jakaś dzika, wydeptana ścieżka przez małpi gaj. Na dole idziemy wzdłuż murów i zabudowań dolnego starego miasta. Z jednej strony mamy przepiękny zielony park, z drugiej ścianę kamienic i wież z szarych cegieł. Budynki przypominają coś pomiędzy londyńskim Tower, pruskimi magazynami prochu, garażami z czasów ZSRR a zakładem psychiatrycznym z filmu Shutter Island. Atmosferę dopełniają różne dziwne instalacje i rzeźby rozsiane po parku wzdłuż murów: jakieś dziwne, bliżej nieokreślone figury geometryczne, zatopione blade manekiny, fotele samochodowe, drzwi pośrodku niczego. Sztuka przez duże SZ, nowoczesna i niezrozumiała przez wielkie N.

Wystawa sztuki współczesnej - Podwale starego miasta - Tallin, Estonia

Współczesne rzeźby - Podwale starego miasta - Tallin, Estonia

Na końcu parku jest morze. Poznajemy dobrze to miejsce, lądujemy w Kalasadam – starym nabrzeżu rybackim. Wychodzimy akurat przy Klausie, w którym wczoraj jedliśmy boskie śniadanie. Chodzimy wokół zapuszczonego nieco nabrzeża. Siadamy nad wodą i patrzymy w lekko pomarszczony Bałtyk prześlicznie odbijający promienie zachodzącego powoli słońca. Wokół unosi się ostry zapach przybrzeżnych chwastów. Dochodzą do nas przytłumione odgłosy muzyki, nad wodą unosi się lekka smużka dymu z czyjegoś ogniska. Ot taki weekend nad morzem. Dzieje się coś dziwnego – w wyludnionym Tallinie pojawia się nagle dużo ludzi. Schodzi się ich coraz więcej. Przychodzą z miasta, ścieżką nad wodę i wzdłuż brzegu wydeptanym traktem do opuszczonej, mocno zaniedbanej fortecy Patarei.

Kalasadam - rewitalizowany stary port rybacki - Tallin, Estonia

Kalasadam - droga w kierunku twierdzy Patarei - Tallin, Estonia

Wygląda na to, że coś tam się dzieje, więc bez wątpienia ruszamy za grupkami ludzi. Za fortecą widmo okazuje się, że odbywa się jakiś jarmark, koncert, czy inne podobne letnie święto. Tłumy, namioty z golonka i kapustą, ławeczki i parasole, dużo zimnego piwa i estońska muzyka biesiadna wydobywająca się z głośników. Klimat jarmarku, ale wszystko odbywa się przy zachodzie słońca, na redzie portu. Wokoło stoją zacumowane statki, kutry, barki i żaglowce. Ludzie cieszą się, popijają piwo, śpiewają, spacerują całymi rodzinami. Pierwszy raz widzimy tylu Estończyków w jednym miejscu! Kręcimy się, popijamy razem z nimi, siadamy sobie gdzieś na kei i wczuwamy się w klimat. Ciekawsze jest jednak morze. Przepiękne zachodzące słońce, złocista woda falująca na wietrze. Niesamowite w Estonii jest to, że nawet w takim miejscu, można się w jednej chwili wyłączyć, nie ma tłoku jakiejś presji ludzi, nie czuć tak wyraźnie obecności innych ludzi. Sposób, w jaki się poruszają, stoją, rozmawiają ze sobą. Jakby materia ludzka rządziła się tu swoimi prawami. Jakby nie było czegoś takiego jak tłum, bezosobowa masa, dominująca, przytłaczająca i dusząca. Tu są po prostu ludzie.

Lennusadam - koncert letni w porcie - Tallin, Estonia

Żaglówka przy kei - Lennusadam - Tallin, Estonia

W drodze powrotnej postanawiamy jeszcze zobaczyć Patareisadama piiripunkt – ogromnego betonowego behemota, który szpeci krajobraz nabrzeżnej części Tallina. Ogromna masa betonu zatopiona do połowy w ziemi. Mało kto wie co to w ogóle jest. Jedni twierdzą, że to budynek opuszczonego terminala portowego, inni, że dawna baza atomowych łodzi podwodnych. Faktycznie wygląda jak jakaś tajna baza atomowa, super wytrzymały bunkier przygotowany na koniec świata. Prawda jest jednak bardziej prozaiczna. To pamiątka po Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie z 1980 roku. Władze ZSRR zadecydowały, że zawody żeglarskie odbędą się w Tallinie i kazały postawić to szkaradztwo.

Patareisadama piiripunkt - pozostałości po olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku - mural na opuszczonej budowli. Tallin, Estonia

Patareisadama piiripunkt - pozostałości po olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku - imponująca budowla. Tallin Estonia

Budynek jest ogromny brzydki i niesamowicie nieprzyjazny człowiekowi. Aby na niego wejść, pokonujemy setki stromych stopni, kilka razy musimy się wracać, bo droga nagle się kończy ślepą uliczką, okrążamy całą budowlę, w końcu docieramy na ogromny płaski dach. Szkaradztwo czy nie, trzeba przyznać, że Patareisadama ma niesamowity klimat. Przede wszystkim budynek tkwi tak w jednej z najładniejszych części Tallina, bo jest za duży, żeby go rozebrać. Nie ma na to pieniędzy, ani pomysłu, co zrobić z ogromną dziurą w ziemi, która by po nim została. Więc tak sobie stoi, zabity deskami, otoczony zardzewiałym, otwartym ogrodzeniem. Z tej ogromnej, zapomnianej masy betonu momentami wyrasta trawa i chwasty. Mury są stare, zaniedbane, pokryte graffiti.

Patareisadama piiripunkt - pozostałości po olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku - jest tu nawet lądowisko dla helikoptera. Tallin, Estonia

Patareisadama piiripunkt - pozostałości po olimpiadzie w Moskwie w 1980 roku - wspaniały widok na Tallin. Estonia

Co rusz, mijamy grupki młodych Rosjan na ”wiecierinkach”. Szczególnie oni upodobali sobie to dziwne radzieckie miejsce. Ten absurdalny grobowiec komunizmu to obecnie najpopularniejsze miejsce „na browara” w Tallinie. Jest pusto, niesamowicie, jest ładny widok. Żeby atrakcji było mało, nad samą wodą, obok tych wszystkich dzieciaków pijących piwo, znajduje się lądowisko dla helikopterów, które wygląda na używane. Spacerując po tej ogromnej bryle betonu pośrodku tego lekkiego i ładnego miasta, czuję się jakbym stąpał po pokładzie statku obcych, który nagle ni stąd ni zowąd tu wylądował. Przeżycie niesamowite. Tak jak widoki na Tallin.

Piękne uliczki starego miasta - Tallin, Estonia

Stare miasto to nie tylko piękne uliczki - to także bramy i ogrody. Tallin, Estonia

Kiedy powoli zaczyna zapadać zmrok, wracamy na stare miasto. Nie wiem jakim cudem, ale odkrywamy kolejne przepiękne uliczki. A może one wcale nie są nowe, tylko te same widzimy o innej porze dnia i sprawiają zupełnie inne wrażenie. Taki jest Tallin. Zachwycamy się piętrowymi i parterowymi domkami w stylu rosyjskim. Tu jest już jakby bliżej domu. Prawie jak w Wilnie. Znowu wchodzimy w bramy, zakradamy się za furtki, do małych ogródków, zaglądamy w okna, gdzie pomiędzy koronkowymi firankami widać przepiękne wystroje starych mieszkań: drewniane stoły, kaflowe piece, haftowane obrusy, kolorowe wazony. Wszystko wygląda jak domki dla lalek.

Kolacja w restauracji Old Hansa. Tallin, Estonia

W końcu robi się dość późno. Przez to, że tak długo jest jasno tracimy nieco rachubę czasu. Jest już prawie 22:00. Głodniejemy i postanawiamy spróbować jedzenia w jednej z „miejscowych”, „estońskich” restauracji na starówce z „tradycyjną” estońską kuchnią. W sumie wiemy, w co się pakujemy, to pewnie pułapka na turystów, ale ryzykujemy. Siadamy w mrocznym Olde Hansa. Z głośników leci średniowieczna muzyka, na stole świece, obsługa poprzebierana w XV-wieczne stroje. Cała szopka dla turystów, ale jedzenie świetne. Wzięliśmy zestaw przekąsek i oczywiście zimne piwo. Dostaliśmy talerz pełen pyszności: dużo wędzonych ryb, ikrę, pastę z sera, jaja i absolutnie zjawiskowy, wypiekany na miejscu chleb. Dla samego niego warto tu było usiąść. To niesamowite, że knajpy dla turystów, mogą serwować tak wspaniałe jedzenie i zapewnić tak niezobowiązującą i luźną atmosferę.

Stare miasto nocą - ratusz. Tallin, Estonia

Najedzeni, napojeni i szczęśliwi znowu zanurzamy się w labirynt uliczek starego Tallina. Miasto jest niesamowite, wręcz baśniowe. Szczególnie po zmroku, nabiera wtedy magii. Trudno uwierzyć, że to rzeczywiście starówka a nie studio filmowe czy scenografia dramatów Szekspira. Do tego niezatłoczona hordami turystów. Można się delektować ciszą i niesamowitością tego miejsca. Można się zgubić, można poczuć ciarki przechodząc obok nawiedzonego domu, można poczuć dreszcz podniecenia patrząc na podświetlone wieże kościołów i baszty z tarasu Kohtuotsa. Przede wszystkim Tallin zapewnia intymność i wolność. Wydaje się, ze tu nic nie trzeba… spieszyć się, robić to, tamto, siamto. Można po prostu odpocząć, być sobą, zrelaksować się i zachwycać tym wspaniały miejscem i jego mieszkańcami. Powściągliwi niczym Skandynawowie, podobnie jak oni, nade wszystko rozkochani w naturze, nie spieszący się nigdzie, po prostu żyjący w swoim tempie. Tallin to miasto, w którym trzeba się zgubić. Estonia to miejsce, którego po prostu trzeba doświadczyć.

Tallin, biała noc