Matei na wyspie Taveuni, Fidżi. Widok z ogrodu poznanej Amerykanki - Cassie

Taveuni. Wyspa szczęśliwych ludzi

Na Caqualai w końcu dopadł mnie deszcz. Wiedziałem, ze mnie to czeka. to w końcu pora cyklonów. Prognozy mówiły o deszczu, ale jakoś do tej pory nie padało. Kiedy zaczyna padać, nagle robi się zimno. Nadal jest pięknie. Soczysta zieleń. Mimo szarego nieba, ocean ma jeszcze piękniejszy kolor. Tylko jest zimno. Mokro i zimno. Śniadanie jem pod płachtą rozciągniętą między drzewami. Zanim jednak tam dotarłem, cały zmokłem. Nastrój poprawia mi gorąca kawa i świeżo wypiekane pączuszki z dżemem. Nie chce się przebierać, szkoda suchych rzeczy, przydadzą się. Kiedy pada, najważniejsze dla mnie to zachować suche rzeczy w plecaku.

Caqualai - ostatnie chwile o poranku, Fidżi

Maa mówi, że morze jest niespokojne i może być problem z powrotem na ląd. To zła wiadomość. Jest 7:00 rano. Jestem na wyspie. O 11:00 mam samolot na Taveuni. Do lotniska mam kawał. Najpierw łódź, potem minibus, potem jeszcze bus. Nieregularne rozkłady a w zasadzie ich brak, podnoszą poziom przygody. Co będzie to będzie!

Caqualai - rajska plaża i deszcz w oddali. Fidżi

Po śniadaniu, morze się uspokaja. Jest 7:30, wsiadamy do łódki i płyniemy do Waidalice Landing. Rejs łodzią na Caqualai był chyba najwspanialszym jaki przeżyłem. Piękna pogoda, widoki, delfiny. Droga powrotna to koszmar. Kiedy myślałem, że bardziej nie da się zmoknąć, oto się udało! Mokro, zimno. A może tak mi się tylko wydawało. W końcu ostatnie dwa dni mnie mocno rozleniwiły. Do Waidalice Landing dotarłem przemoczony i zziębnięty. Schowałem się od razu w przydrożnej szopie i czekałem na busa do Nausori, gdzie znajduje się lotnisko stolicy Fidżi – Suvy. Tak, było mokro i zimno, ale mi się podobało. Jestem masochistą? Nie. Zwyczajnie lubię przygodę. Lubię wychodzić poza strefę komfortu. Tam właśnie zaczyna się życie. Nie wiem kiedy przyjedzie bus. Nie zdążę? Trudno. Ryzyk fizyk. Uda się albo nie. Jeżeli nie, ułożę sobie plan B.

Lotnisko w Suva, właściwie w Nausori, w drodze na Taveuni

Ledwo zdążyłem się przebrać w coś suchego i wyżąć mokre ubrania. Przyjechał bus. Mam szczęście! Do Nausuori dojechał w 40 minut. Tam przesiadka w autobus i o 9:30 jestem na lotnisku. Plecak cały w błocie, masa mokrych ciuchów. Wychodzi słońce, jest upał. Jednocześnie pada cieplutki deszcz. To już zupełnie inny deszcz. Taki, do którego się uśmiecham i wystawiam twarz. Bo jednocześnie ogrzewa mi twarz. Wiem, że zdążę. Znowu się udało. To będzie super dzień. Wiedziałem.

Samolot DHC-6 Twin Otter, linii Fiji Airlines, rejs obsługuje Pacific Sun

Lotnisko jest małe. W budynku terminala pusto. Przed południem startują tylko dwa samoloty. Nadaję bagaż bez kolejki. Mój bagaż z 15 kg, nagle waży 22 kg. Mokry plecak i mokre ciuchy. Za późno żeby suszyć. I tak zawsze mam zapas. Dziwie się, kiedy przy check-inie pani każe mi wejść na wagę razem z bagażem podręcznym. Nigdy przedtem nie spotkałem się z taką praktyką.

Mam jeszcze godzinę do lotu więc ładuję telefon i czytam o Taveuni. W zasadzie nic innego nie da się robić w Nausori. Według Lonely Planet Taveuni to rajskie ogrody Fidżi. Trzecia co do wielkości wyspa, raczej rzadko odwiedzana przez turystów. Za to ponoć najpiękniejsza jeżeli chodzi o bujną roślinność. Zazwyczaj też najczęściej tam pada. Rafa, piękne plaże, dżungla, góry, wodospady. Chcę tam.

lot z Suva na Taveuni trwa około godzin

Czas lecieć. Kiedy zobaczyłem samolot, już wiedziałem dlaczego mnie ważyli. W malutkim DHC-6 oprócz dwójki pilotów, leciały ze mną cztery osoby. Drugi raz w życiu leciałem tak małą maszyną. To niesamowite uczucie jak trzęsie i rzuca podczas startu. Wszystko się trzęsie, słychać warkot silników i można otworzyć uchylne okna podczas lotu! Nie wiem jak do takiej maszyny może wejść więcej niż 6 osób. Miejsc naliczyłem 18. Oprócz mnie na Taveuni lecieli sami Amerykanie: dwójka starszych mormońskich misjonarzy i amerykanka.

Taveuni - widok z samolotu podczas lotu z Suva. Piekna Rafa koralowa.

W tym momencie rozpoczyna się ciąg zdarzeń, który sprawił, że wizyta na Taveuni była pasmem kolejnych niespodzianek. Rzeczy zaskakująco miłych, niespodziewanych, które pozwoliły mi odzyskać wiarę w ludzi. Takich, które nie do końca pozwalają mi wierzyć, że to co mnie tam spotkało naprawę się wydarzyło.

Taveuni z lotu ptaka. W dole Waiyevo i Somosomo
Owa Amerykanka Cassie jest stąd. z Taveuni. Mieszkała na Hawajach, w Australii i w dziesiątkach innych miejsc (jak to Amerykanie). W końcu na emeryturze osiadła na Taveuni. Mieszka tu od kilkunastu lat i mówi, że to najpiękniejsze miejsce na Ziemi. Nie mam powodów jej nie wierzyć, szczególnie po tym jak opowiedziała mi gdzie była. Opowiadam jej dlaczego tu przyleciałem, gdzie chce jechać. Cieszy się, że będzie mogła się z kimś podzielić pięknem tej wyspy. Kiedy opowiadam jej o Lavena Coastal Walk, który mam zamiar zrobić następnego dnia, wzrusza się.

Lądowanie na Taveuni na lotnisku Matei

Co chwila przerywam, żeby robić zdjęcia wysp nad którymi lecimy, i wielkiego błękitu rafy. Cassie opowiada, co to, kto tu mieszka itd. Godzina lotu mija w mig. Zbliżamy się do Taveuni, lecimy wzdłuż wyspy. Mimo że od 3 miesięcy nie spadła tu kropla deszczu (jak na tutejsze warunki to susza), wyspa aż kipi od zieleni. Obrazek jak z pocztówki. Szafirowy ocean. Lazurowe łaty rafy koralowej. Górzysta wyspa z bujna roślinnością. Wszędzie palmy kokosowe, drzewa mango, hibiskusy i frangipani – piękne różnokolorowe kwiaty, które można spotkać w całej Oceanii od Hawajów aż po Fidżi. Jaram się!

Matei, wprost z lotniska, wychodzi się do cudownego miasteczka, z boskim widokiem na ocean

Kiedy lądujemy, Cassie pokazuje mi palcem – O tu mieszkam, mam widok na całą okolicę. W zasadzie to jedź ze mną. Pokaże Ci! Byłem na tyle zafascynowany jej opowieściami o Taveuni, że nie czekałem aż ponowi zaproszenie.

Matei, w ogrodzie Cassie - ogromny mangowiec. Taveuni jest piękne.

Matei nie przypominała w ogóle lotniska. To pas asfaltu wylany na łączce wciśniętej pomiędzy palmy kokosowe. Obok mała wiata z kilkoma drewnianymi ławkami. Do tego ulica, kilka domów i już. Tutejsze okno na świat. Ponieważ Cassie złamała niedawno nogę i chodzi o kulach, bierzemy taksówkę. Jedziemy jakieś 500 metrów. Rainbow Rodge, bo tak nazywa się posiadłość to ogromna łąka na skarpie, z której rozpościera się widok na sąsiednią Vanua Levu. Po środku stoi dom na palach. Wszędzie naokoło drzewa owocowe, warzywniaki i zielniki. Rośnie tu dosłownie wszystko.

Widok na Matei, Taveuni z tarasu w ogrodzie Cassie, w oddali sąsiednia wyspa Vanua Levu

Idealnie utrzymane i zadbane. W centrum ogromny mangowiec, na którym widzę setki dojrzałych owoców. Obok papaje. Dalej palmy kokosowe. Potem rosnąca na krzakach marakuja. Jest nawet morwa, którą Cassie skądś sprowadziła. Całym gospodarstwem zajmuje się hindus z żoną i 6-letnim synkiem. Cassie opowiada mi o posiadłości i prosi gospodarza aby mnie zaprowadził na platformę obserwacyjną. – Przy okazji daj mu „buuu” – mówi mu. – A co to jest „buuu”? – zobaczysz!

buuu czyli kokos prosto z drzewa, z którego pije się świeżą wodę kokosową. Taveuni, Fidżi

Siadam sobie na platformie na skraju skarpy i oczom nie wierzę. Nogi mi zwisają kilka metrów nad palmami poniżej. Wszędzie naokoło zielono. Palmy. Same palmy. Wydawało mi się, ze na nich siedzę. Słońce, bryza od oceanu. I widok. W oddali wyspy. Na dole rafa. Białe kołyszące się lekko po lazurowej tafli. Pojedyncze soczyście żółte kajaki.

buuu kokos prosto z drzewa i widok z platformy ogrodu Cassie. Widać piękną rafę koralową przy Taveuni

Wtedy dostaję „buuu” to kokos prosto z drzewa. Nie to co znamy z supermarketów. Twarde, zdrewniałe, ciemne. Ogromny zielony kokos. Woda z takiego kokosa to chyba najlepszy napój jaki piłem. Absolutnie orzeźwiający. Nawet nie schłodzony. Pyszny. Po wypiciu sprawnym ruchem maczety, z kokosa robią się dwie miseczki i dostaję wyciosaną z łupiny „łyżeczkę” którą mogę wyjeść bosko tłusty i pożywny glutowaty miąższ. Podziwiam widoki jak zahipnotyzowany. Zwyczajnie nie chce mi się stąd ruszyć. Siedzę sobie i rozmawiam z hindusem. Potem jeszcze mam okazję porozmawiać z Cassie, wymieniamy kontakty.

Droga w Matei, Taveuni Fidżi

Na odchodne dostaję górę owoców prosto z drzewa. Złocisto-zielone mango, niebiańsko pachnącą papaje, kilka marakui. Plecak robi się coraz cięższy. Na szczęście udało mi się podsuszyć trochę zawartość plecaka.

Plaża w Matei, Taveuni, Fidżi

I ruszam w drogę. Plan na dzisiaj to spotkanie się z Ker’en, która przypłynęła na Taveuni z sąsiedniej wyspy, aby być moim przewodnikiem. Naszym punktem docelowym jest wioska Lavena położona na wschodniej części wyspy, jakieś 20 km od Matei. Ker’en ma się tam dostać z Waiyevo na zachodniej części wyspy. Na szczęście jest jedna droga i dwa autobusy dziennie. Oba jada przez Matei. Jeden minął mnie dokładnie kiedy wychodziłem od Cassie. Było południe. Kolejny miał być o 17:00. Zdzwoniliśmy się z Ker’en, że spotkamy się w autobusie i jesteśmy w kontakcie. Gdybyśmy się nie znaleźli, widzimy się na miejscu. Każde z nas miało tylko zrobić jakieś zakupy na weekend bo w Lavena nie ma sklepu. Dostałem prikaz aby kupić wodę, 1 kg ryżu, 2 kg ziemniaków i 12 jaj. Na 2 osoby, na półtora dnia… kupiłem 1 kg ryżu i jajka. Moglibyśmy na tym przeżyć tydzień.

Po drodze do Lavena. Zaraz po wyjściu z Matei, Taveuni Fidżi
Ani przez chwilę nie myślałem o czekaniu pięciu godzin na autobus w jednym miejscu. Nawet tak pięknym jak Matei. Nie chciało mi się brać taksówki do Wayievo, mimo że chciałem zobaczyć miejsce, gdzie przechodzi 180 południk. Doszedłem do wniosku, ze tu gdzie jestem przechodzi południk 179,99 stopni i to mi wystarczyło. Założyłem plecak i ruszyłem w kierunku Laveny jedyna drogą. Mój plan to dojść jak najdalej i złapać autobus po drodze.

Matei - droga do Lavena, Taveuna Fidżi

Od razu wiedziałem, że to moja najlepsza włóczęga. Asfalt skończył się po niecałym kilometrze. Droga szła na zmianę przez las i nad prześlicznym brzegiem. Wszędzie wzdłuż drogi rosły owoce. To niesamowite jak powszechnie są tu dostępne rzeczy, za które my płacimy majątek. Idę drogą, przychodzi mi ochota na mango – rośnie tu. Papaja – tam. Banany – takie małe żółte – tutaj. Zielone do gotowania – tam. Kokosy – wszędzie. Najtrudniej wdrapać się na palmę, a potem dobrać do środka. Ale się da!

droga z Matei do Lavena, Taveuni, Fidżi

Prognoza zapowiadała deszcz non-stop. Poprzedniej nocy był sztorm. Dzisiaj na zmianę słońce i chmury. Po deszczu zostało wspomnienie. Idealna pogoda na spacer. Trampki, plecak i do przodu. Idealne warunki, żeby ładnie zbrązowić biało-różowe kończyny. Trochę błota, ale i tak jest najlepiej. Idąc upajałem się tym co widzę i tym co słyszę. Zgiełk gęstej dżungli na zmianę z szumem fal. Kwiaty i soczysta zieleń przelatana błękitem oceanu nad którym pochylały się leniwie palmy kokosowe. Zapachy to miks kwiatów i owoców na zmianę z zapachem morza – świeżą, wilgotną bryzą.

wiska po drodze z Matei do Lavena, Taveuni, Fidżi

Nie do końca wiedziałem czy taki marsz po wyspie to dobry pomysł. W przewodniku przeczytałem, że Fidżyjczycy żyją w małych wioskowych społecznościach, które są dość hermetyczne. Generalnie nie lubią jak ktoś obcy kręci się po ich terenie. Że na wejście do wioski trzeba mieć pozwolenie wodza itd. Brzmi jak nieumyślnie spowodowane kłopoty. Starałem się więc nie rzucać w oczy i uważałem, żeby przypadkiem nie znaleźć się na czyimś terenie.

Wybrzeże Taveuni, Fidżi. Po drodze z Matei do Lavena.

Idąc myślałem o przypadkowym spotkaniu z Cassie. Jak miło poznawać nowych ludzi. Ile ciekawych rzeczy może z tego wyniknąć. Ile można się dowiedzieć. Ile dobrego może Cię spotkać. Zastanawiałem się skąd tyle bezinteresownego dobra w ludziach. Tej radości z dzielenia się swoim szczęściem. Pomyślałem, że to może ta wyspa. Tak, tu można być szczęśliwym. Wystarczy się rozejrzeć. Na twarzy miałem nieustającego banana. Uśmiechałem się tak bardzo i tak szeroko, że zacząłem połykać muchy. Uśmiechałem się do siebie.

Droga z Matei do Lavena. Drzewo gdzieś w pobliżu wioski Qeleni., Fidżi

Marsz okazał się bardziej męczący niż myślałem. Słońce, dość ciężki plecak i niezbyt wygodne trampki zrobiły swoje. Po przejściu jakiś ośmiu kilometrów, zrzuciłem plecak przy drodze i zeskoczyłem na wąski pas plaży. Usiadłem na pniu drzewa nad wodą i zacząłem jeść. Nieopodal siedziała jakaś para. przywitałem się i zaczęliśmy rozmawiać. Byli ciekawi co tu robię. Nie często spotyka się tu turystów. Przyjezdnych można tu podzielić na dwie grupy: mormońscy misjonarze – amerykanie w kraciastych spódnicach, białych koszulach i krawatach chodzący od wioski do wioski, uczący się fidżyjskiego, oraz turyści z superluksusowych hoteli na wyspach naokoło, przyjeżdżających do Laveny na jednodniowe wycieczki. Ci drudzy przemykają tylko w taksówkach nie zatrzymując się po drodze, bo myślą, że tu mieszkają kanibale.

Wioska Qeleni - gdzieś w połowie drogi pomiędzy Matei a Lavena. Taveuni, Fidżi.

Gabriel z żoną zaprosili mnie do swojej wioski – Queleni. Było już około piątej więc zaproponowali, żebym poczekał na autobus u nich. Przy herbacie. Wioska znajdowała się dosłownie 50 metrów dalej za drzewami. Gdybym wiedział, że jestem koło wioski, nie zatrzymałbym się tu, żeby się nie przyciągać zbytnio uwagi i nie narazić się miejscowym. Queleni to około setki domów rozsianych na sporej powierzchni wzdłuż urokliwej rzeczki – od brzegu oceanu aż po trawiaste wzgórza i lasy. Mieszka tam ponad 500 osób.

Qeleni - wioska gdzieś pomiędzy Matei a Lavena, Taveuni, Fidżi

Trafiłem do domu Gabriela. Usiedliśmy z nim i jego rodziną przy herbacie. Fidżyjczycy znają angielski. Nie na tyle dobrze aby prowadzić rozbudowana konwersację ale to nie ważne. Rozmawialiśmy wyrywkowo. Brakujące słowa zastępowaliśmy gestami. I tak świetnie się rozumieliśmy. Ja byłem ciekaw ich. Oni mnie. Opowiadaliśmy sobie nawzajem o sobie. O naszych domach. O tym jak jest u nas. Chłonąłem wioskę. Kobiety robiące pranie w rzece. Korzenie kavy suszące się na słońcu, kolorowe pranie na sznurach. Dzieci wspinające się na kilkunastometrowe palmy kokosowe. Drzewa chlebowca uginające się pod setkami owoców.

Kava susząca się na słońcu w wiosce Qeleni, gdzięś pomiędzy Matei a Lavena. Wyspa Taveuni, Fidżi

Wioska fidżyjska. W naszych kategoriach to bieda. Domki zbite z desek i blachy falistej. Nie ma drzwi. W środku nie ma stołów ani krzeseł. Najwyżej materac i jakaś szafa. Zamiast drzwi i okien zasłony. Ale oni nie są biedni! Do tej pory za każdym razem kiedy przypomnę sobie, ze tak pomyślałem, daje sobie w myślach soczystego plaskacza. Bieda kojarzy się z gnuśnością, brudem, nieszczęściem, brakiem perspektyw i nadziei. Fidżyjczycy mają inny system wartości. Są pogodni, uśmiechają się. W przeciwieństwie do „ludzi zachodu” mających pracę w korpo, mieszkania na kredyt, samochody i wakacje w Egipcie, wyglądają na szczęśliwych. Mają wszystko czego potrzebują. Cieszą się z małych rzeczy i DOCENIAJĄ to co mają. Czy może być lepszy przepis na szczęście?

Qeleni - wioska pośrodku niczego pomiędzy Matei a Lavena. Taveuni, Fidżi

Kiedy autobus miał już przyjechać – co nie jest takie oczywiste, bo tu nie ma sztywnego rozkładu – poszliśmy do centrum wioski. Centrum to miejsce koło mostu, gdzie biegnie droga. Tam pod ogromnym drzewem mango, zatrzymuje się autobus. Tutaj czekaliśmy aż przyjedzie. W wiosce byłem nie lada sensacją. Po kilkunastu minutach od mojego przybycia jakieś pół wioski wiedziało, że mają gościa. Wszyscy przechodząc zaczepiali mnie, pozdrawiali, uśmiechali się, zagadywali, częstowali mango, bananami. Nie dlatego, że biały to dla nich jakaś sensacja, ale miło im było, że ktoś trafił do ich spokojnej wioski. Oczywiście największe zainteresowanie budziłem wśród dzieciaków szalejących w rzece pod mostem i ganiających dosłownie wszędzie. Były ich dziesiątki. Krzyczały, śmiały się.

dzieci kąpiące sie w rzece, we wiosce Qeleni, po drodze z Matei do Lavena. Wyspa Taveuni, Fidżi

Biali tu nie zaglądają. Bo nie mają po co. Tego miejsca nie ma na żadnej mapie. W przewodniku nie ma o niej ani słowa. Bo tu nic nie ma. A jednak. Piękno naturalne tego miejsca nie ustępuje innym zakątkom Fidżi. Palmy, piękne słońce, plaża, niebo. to miejsce jest dla mnie bezcenne z innego powodu. Trafiłem tu przez zupełny przypadek. Znowu poznałem niesamowitych ludzi. O tak innym spojrzeniu na życie. Innym systemie wartości. Ludzi, którzy mają mniej niż ja, a są szczęśliwi. I to nie dlatego, że nie wiedzą, że można mieć więcej, a dlatego, że są wdzięczni za to co mają.

Centrum Qeleni - jak i każdej innej wioski na Fidżi - jest drzewo mango. W drodze do Lavena, Taveuni

Autobus oczywiście nie przyjeżdżał. Nie wiedziałem dlaczego. Komórka nie łapała zasięgu. Nie miałem kontaktu z Ker’en. Zgubić się nie mogliśmy. Była tylko jedna droga, więc prędzej czy później się spotkamy. Brak autobusu w ogóle mnie nie martwił. Czekając na autobus dostałem kilka propozycji, żeby zmienić plany i zostać w wiosce. Miałem gdzie spać. Plan awaryjny stworzył się sam. Wystarczyło się uśmiechnąć i zagadać przypadkowo spotkanych ludzi. Zresztą nawet nie chciałem stąd odjeżdżać. Zwykła wioska, w której niby nic nie ma okazała się bezcennym punktem mojej wędrówki. Bo mogłem zobaczyć prawdziwe Fidżi. Zobaczyć jak żyją tu ludzie. Jak mieszkają. Co robią. To było kilka godzin, ale czuje, że poznałem ten kraj lepiej niż 90% ludzi, którzy tu przyjeżdżają a jedyne wioski jakie widzą, to skanseny w okolicy Nandi, gdzie witani inscenizowanym atakiem ludożerców…

rzeka w wiosce Qeleni, mijam ja podczas marszu z Matei do Lavena. Taveuni, Fidżi

Autobus przyjechał spóźniony trzy godziny. Był tak wypakowany, że nie dało się do niego wsiąść. Jadąca do mnie Ker’en, musiała wychodzić prawie przez okno. Kierowca pojechał dalej a my z dopiero co poznaną Ker’en zostaliśmy w Queleni. Na nocowanie i jazdę nazajutrz rano nie było szans, bo była sobota, a w niedzielę nie jeździ tu kompletnie nic. Gabriel pomógł nam więc zamówić taksówkę, która na szczęście po stawkach lokalnych zawiozła nas kolejne 10 km do Laveny. Ciężko było opuścić Queleni. To jedno z tych miejsc, w którym – mimo że na pierwszy rzut oka nic nie ma – od razu czujesz się jak w domu i wiesz, że to Twoje miejsce. Możesz tutaj choćby siedzieć i nic nie robić a i tak czujesz energię tego miejsca.

słońce powoli zachodziło nad wioską Qeleni, gdzieś po środku Taveuni, pomiędzy Matei i Lavena. Fidżi po środku Pacyfiku

Po drodze dowiedziałem się, dlaczego autobus był spóźniony i tak przepełniony. W Wayievo odbywał się mecz rugby, w którym grała drużyna z Laveny. Autobus czekał ponad dwie godziny na koniec meczu aby zabrać zawodników po meczu i ich kibiców. Dlatego też autobus był taki głośny, kiwał się i podskakiwał podczas jazdy. Przed północą dotarliśmy do Laveny. Było ciemno. Słyszałem tylko, szum oceanu i szelest palm kokosowych na wietrze. Wiedziałem, że jesteśmy nad wodą, ale nic nie widziałem. I chyba dobrze, bo gdybym zobaczył to co było naokoło, chyba bym nie usnął.

Wioska Qeleni, gdzieś pomiędzy Matei i Lavena, Taveuni, Fidżi