Drewniane stare domy i piękne baśniowe podwórka - Stare Tbilisi, Gruzja

Tbilisi. Spacer po magicznych podwórkach


Idealny, słoneczny i ciepły jesienny dzień. Ale to nie polska złota jesień. Tu cały czas rządzi zieleń. Wdziera się każdą najmniejszą szczeliną, wyrasta spośród złomu, desek i innego dziadostwa porozrzucanego po podwórku. Pnie się do góry, żeby dosięgnąć promieni słońca wdzierających się do górnych części patio. Drewniane, rzeźbione balkony rzucają przepiękne wzorzyste cienie. Kolorowe, pocerowane pranie wiszące w słońcu wygląda jak kalejdoskop. Lekki, przytłumiony gwar miasta zagłusza miarowe szczekanie psa. Echo niesie piskliwe ujadanie po całej studni podwórka. Tak wita nas Tbilisi.

Przepiękne uliczki Tbilisi - drzewa dające cień i drewniane zdobione balkony - Gruzja

Ten weekend to prezent urodzinowy, bo najlepsze prezenty to doświadczenia i ich wspomnienia. Kochamy podróżować, kochamy jeść. A czy jest lepsze miejsce na świecie dla tych dwóch miłości niż Kaukaz? Poza tym mamy jeszcze jedną wymówkę, jak co roku próbujemy uciec przed deszczową jesienią lub oszukać szarą zimę. Tym razem nasz wybór pada na schyłek lata – gruzińskiego lata, a konkretnie na Tbilisi. Przed nami przepiękny słoneczny dzień. Mieszkanie w starej kamienicy jest klimatyczne – czasy świetności ma dawno za sobą, a widać, że to kiedyś były bardzo dobre czasy. Zaprojektowane i dekorowane z kaukaskim rozmachem. Do tego w całej kamiennicy panuje ten szczególny gruziński nieład. W tym bałaganie jest jednak jakiś niesamowity urok. Stare pożółkłe tapety, pianino, ciężki dębowy stół, kryształy na serwantce – po prostu Gruzja. Uciekamy jednak z zimnego mieszkania i ruszamy na zalane słońcem ulice Tbilisi.

Spacer ulicami Tbilisi - winogrona zwisające nad głową - Gruzja

Przemykamy przepięknymi wąskimi uliczkami w poszukiwaniu śniadania. Przed upałem chronią nas rozłożyste akacje, które wydają się wyrastać prosto z ulicy. Wykrzywione doskonale manewrują pomiędzy zupełnie nieforemnymi, powyginanymi domkami. Te wyglądają jakby podtrzymywała je tylko winorośl, która oplata i pochłania wszystko, co spotka na swojej drodze – drzewa, rusztowania i latarnie. Tutaj wszystko może się stać pergolą. Idziemy z głowami zadartymi do góry, niemal potykając się o fotele samochodowe stojące na środku chodnika. Tu można dosłownie wpaść na wszystko – deski, wiadra, złom, beczki, kable a nawet fotele samochodowe. Stoi tak sobie na ulicy i czeka na drugie życie wrastając powoli w miasto.

Chinkali i świeży estragon to najlepszy smak Gruzji - Tbilisi

Docieramy na tonący w słońcu plac Zaarbriukeni. Ze zdziwieniem dostrzegamy, że na znakach widnieje napis Saarbrücken. To chyba spuścizna po czasach carskich, kiedy to nazwy niemieckie w Rosji nie były niczym dziwnym. Mimo huczącego w pobliżu remontu plac jest bardzo przyjemny. Znajdujemy knajpkę przy samym moście, w cieniu drzew i z widokiem na rzekę. Rozkoszujemy się gęstą, mocną kawą po gruzińsku – a może po turecku? Czy ormiańsku? W każdym z tych krajów mówi się na nią inaczej. Ta kawa, pomimo tych denerwujących, mulistych fusów, jest pyszna. Pita w na tarasie, w słońcu, pośród gwaru Tbilisi. Do tego adżarskie chaczapuri, zagryzane świeżą zieleniną i chinkali, z którego wysysamy gorący aromatyczny, kolendrowy wywar. Idealne śniadanie w ten ciepły urodzinowy poranek. Siedzimy tak i patrzymy sobie na życie na ulicach Tbilisi. Panowie w skórzanych kurtkach remontujący chodnik, taksówkarze myjący swoje stare Mercedesy bawełnianą chusteczką i wodą polewaną z plastikowej butelki, kobiety idące z szoti zawiniętym w gazetę, dzieciaki ganiające się nad rzeką.

Most Saarbruecken - pchli targ, na którym kupić można pamiątki z ZSRR - Tbilisi Gruzja

Pchli targ na moście Saarbruecken - Tbilisi, Gruzja

Naszą uwagę przykuwa most na rzece Mtkwari (Kura). Ulica niby pustawa, ale chodnik dość zatłoczony. Ludzie stoją, siedzą, snują się wolno od punktu A do B, przystają, potem znowu idą. Na ziemi leżą jakieś rzeczy. Kiedy docieramy zaciekawieni do mostu, okazuje się, że zalewa go pobliski pchli targ. Stragany dosłownie pączkują w każdą stronę. W zasadzie trudno to nazwać straganami. Po prostu na ziemi, na kawałku folii wyłożone najróżniejsze przedmioty, które emeryci próbują tu sprzedać za grosze. Obraz piękny i zarazem smutny. Tyle ludzkich historii, życiorysów, wspomnień, radości i smutków, wydarzeń ważnych i tych zupełnie bez znaczenia ściśniętych na pogniecionej, zakurzonej folii. Ekscytujące jest czytanie tych ludzi i ich życia z przedmiotów. To jak wykopaliska archeologiczne. Smutne, że muszą się wyzbywać tych wspomnień. Swojego życia. Rzeczy tyle mogą o ludziach powiedzieć. Ten zbierał książki, mapy, atlasy, albumy. Wszystko to teraz leży na jego kawałku folii. Powoli lustruję jego dobytek i staram się odtworzyć jego mieszkanie. Na pewno ma w gabineciku wielką szafę z książkami, kolorowy dywan, na ścianie pożółkła mapa ze spuchniętym, różowym cielskiem ZSRR w samym środku, rozlanym na bryle Eurazji. Na stoliku obok pewnie stoi globus – o ten tu! – uśmiecham się do siebie, jakbym rozszyfrował właśnie jakąś zagadkę. Może to jakiś wykładowca geografii? Za ZSRR uczył dzieci o największych szczytach ZSRR: Chan Tengri, Pik Pobiedy… o lodowcach: Inylczeku, Zwiezdoczce… o wielkich rzekach: Amu Darii, Syr Darii, o Obie i Jeniseju. Chciałbym go zapytać, ale się krępuję… To niegrzecznie być wścibskim, ale przecież całe jego życie wyłożył przede mną na tym kawałku plastiku…

pamiątki z Gruzji - Pchli targ na moście Saarbruecken - Tbilisi, Gruzja

kupujemy pamiątki - Pchli targ na moście Saarbruecken - Tbilisi, Gruzja

Ten obok ma na folii ręcznie strugane proce. Widać, że się na tym zna jak nikt. Piękne, mocne i elastyczne drewno, konkretny kawał gumy. Na pewno w dzieciństwie był łobuziakiem. Od małego robił proce. Wyobrażam go sobie z kolegami jak uciekają pomiędzy budynkami kołchozu przed stróżem, który goni ich za kręcenie się koło mleczarni. A ten tu musiał dużo podróżować. Na folii przed nim leży pełno starych kolorowych banknotów w różnych językach, jakieś monety, medaliki i masa pamiątek z każdego zakątka ZSRR. Mapa Tallina, Kowna, Wilna, dostrzegam nawet bladoróżową brodatą twarz Waryńskiego – stuzłotówka z PRL. Pewnie jakiś radziecki inżynier? Jeździł od Tallina po Władywostok stawiając fabryki cementu. Ten obok sprzedaje akordeony, na pewno przygrywa na nich na każdej suprze. A organizuje je pewnie ten na końcu – na jego folii leżą najróżniejsze szkła, kryształy, kieliszki, karafki, talerze i rogi do picia wina. A ta pani musi być doskonałą kucharką, u niej same patelnie, garnki, szpikulce do szaszłyków i formy do pieczenia ciasteczek orzeszków. Zastanawiam się jak je robiła, czy nadziewała kremem orzechowym, karmelem a może czekoladą? Dziesiątki życiorysów, przez które nie sposób przejść. Kocham pchle targi w byłych republikach ZSRR. Można chodzić, patrzeć, dotykać, powspominać, rozkochać się w rozszyfrowywaniu ludzkich historii.

Budynek Parlamentu - aleja Rustawelego, Tbilisi Gruzja

Za rzeką pchli targ kończy się na rozkopanej ulicy. Tu nie da się rozłożyć folii. Gdyby nie budowa, kto wie, może rozlewałby się aż do samej alei Rustawelego. Wbrew fizyce, pod górę, po schodach, połykając całe ulice, parki, aleje. Za budową jest Park 9 Kwietnia. Drzewa dają cień i wytchnienie od upału. Woda w fontannach przyjemnie pluska. Ludzie w czarnych skórzanych kurtkach spacerują, dzieci się ganiają, jak to w parku. Zupełnie nagle wychodzimy na słynną Aleję Rustawelego. Karmiony dziesiątkami książek o Gruzji – od Ryszarda Kapuścińskiego, przez Wojciecha Jagielskiego aż po Wojciecha Góreckiego – wyobrażałem sobie ową aleję, jako jakieś niesamowite, wręcz mistyczne miejsce, które było świadkiem najnowszej, dość burzliwej historii Gruzji. Jej obraz budował się w mojej wyobraźni z każdą nową książką, spodziewałem się czegoś, co zachwyci, powali na kolana, sprawi, że zaniemówię. Tymczasem, przed nami szeroka ulica, po której pędzą samochody. Otoczona tymi ponurymi kaukaskimi gmaszyskami z burego kamienia, z łukami i kolumnami. Do tego inne, mało urodziwe budynki: Marriott, jakiś bank, „biznes center”, muzeum, opera, kolejne muzeum, budynek parlamentu, w którym już nawet ów parlament nie obraduje. Głośno, tłoczno i obco.

Tawisuplebis Moedani czyli plac Wolności - statua św Jerzego, tu zaczyna się al Rustawelego - Tbilisi Gruzja

Handlarka sprzedająca przyprawy na ulicy - Tbilisi Gruzja

Dopiero na końcu – na placu Puszkina, jakby wraca życie. Zielone, gęste drzewa chronią przez słońcem wlewającym się przez każdy, najmniejszy prześwit. Święty Jerzy przebijający włócznią smoka lśni w pełnym słońcu pośrodku placu. Mijamy panie sprzedające z kubeczków aromatyczne przyprawy. Zbliżamy się do starówki i to się czuje. Jakby bicie gigantycznego serca Tbilisi. Najlepsze jednak jest to schowane przed wzrokiem niewtajemniczonych. Podwórka! W Tbilisi każda brama – zardzewiała metalowa czy obdrapana drewniana – to wrota do innego świata. Do baśni, do snu, do magicznego ogrodu. Zaglądamy do kolejnych bram, otwieramy skrzypiące drzwi i zakradamy się na kolejne podwórka. Obdrapane, popękane mury pożera gęsta, soczyście zielona winorośl.

Przepiękne podwórka starego Tbilisi, Gruzja

bajkowe podwórka Tbilisi - Gruzja

Cherlawe drewniane balkony i tarasy wydają się trzymać jedynie na napiętych kablach. Galeryjki, przybudówki, zewnętrzne schody, na tarasie stara kanapa. Jakieś deski, rury, dykty, żelastwo. Taki piękny nieład. Z tą całą zielenią, słońcem i błękitem nieba, trudno się w tym obrazie nie zakochać. I jeszcze to pranie na sznurkach. Wytarte, wyblakłe, ale mimo to kolorowe. Dzieciaki grające w piłkę, pokrzykujące radośnie. Kobieta siedząca na stołeczku rozmawiająca z drugą siedzącą gdzieś w oknie. Staruszkowie pochyleni nad partią warcabów. Mikroświat. Chce się wejść dalej, chłonąć go bez reszty. Wystarczy zrobić dwa kroki wstecz i z powrotem jesteśmy na gwarnej ulicy.

Przepiękne uliczki starego Tbilisi, Gruzja

Piękne domy stargo Tbilisi, Gruzja

W końcu wkraczamy do samego serca starego Tbilisi. Wsiąkamy w labirynt małych, wąskich, krętych uliczek. Błądzimy w cieniu drewnianych balkonów, przybudówek i zarośniętych winoroślą galeryjek. Nie słychać tu zgiełku Alei Rustawelego. Tu świat zwalnia, życie toczy się swoim powolnym tempem. Słychać rozmowy kobiet, trzepanie prania, czasem niemal pojedyncze kroki nielicznych przechodniów. Stare Tbilisi nie jest duże, ale to czarna dziura. Wciąga z niesamowitą siłą. Przestrzeń i czas. Pośród tych pięknych starych uliczek nic się nie liczy. W labiryncie mijamy kolejne kościoły: ormiański, gruziński, jest też meczet i synagoga. Taka Gruzja w miniaturze. Przechadzamy się pod zwisającą z góry winoroślą. Na straganach zwisają kolorowe czurczchele. Trafiamy na stary teatr marionetek. Uginające się pod praniem sznurami i poplątane czarne kable sprawiają, że sami czujemy się jak marionetki w teatrze. Jakby ktoś tam na górze pociągał za te sznury i kable i wprawiał w ruch całe Tbilisi. Bez nich to miasto nie istnieje.

Most Pokoju widziany z Rike Park, rzeka Kura - Tbilisi, Gruzja

Rzeka Kura, Tbilisi, Gruzja

Nagle domy się przerzedzają i z labiryntu ulic wychodzimy w okolicy Mostu Pokoju. Gruzini nazywają go też „most Always„, bo ponoć przypomina gigantyczną podpaskę. Tak czy siak, w jednej chwili znajdujemy się w kompletnie innym świecie. Tutaj rządzi szkło i stal. Cegły i drewna tak charakterystycznego dla starówki nie ma w ogóle. Przechodzimy chłodnym mostem do Rike Park z idealnie przystrzyżonymi trawnikami, serpentynami ścieżek i pięknymi, kolorowymi rabatkami. Na wzgórzu ponad parkiem majaczy bryła pałacu prezydenckiego. Klasycystyczny portyk i ogromna jajowata kopuła. Budynek wygląda tu tak abstrakcyjnie, jakby nie został wzniesiony a wylądował po długiej podróży w czasie – sprzed kilkuset lat.

Rike park i pałac prezydencki w Tbilisi - Gruzja

Spacer po Rike Park, Tbilisi Gruzja

Ze wzgórza wylewają się futurystyczne odnóża ogromnego stalowo-szklanego potwora. To sala koncertowa i centrum wystawowe. Nie wiem skąd ta kosmiczna bezkształtna bryła. To jak dwa przewrócone gigantyczne wazony z Ikei. Zupełnie tu nie pasuje stylem a jednak wygląda jakby tu była od zawsze. Doskonale się odnajduje w tym gruzińskim misz-maszu. Tbilisi przypomina trochę Las Vegas. Eklektyczne aż do bólu. Można tu spotkać każdy styl, każdy nurt w architekturze. Od klasycyzmu przez barok, secesję, stalinowski gotyk aż po kosmiczne twory włoskich architektów. Wszystko to ściśnięte w tym żywiołowym tyglu pomiędzy Świętą Górą (Mta Cminda) i twierdzą Narikala od południa, wzgórzami dzielnic Elia i Kukia od północy, wzdłuż rzeki Mtkwari (Kury).

Góra Mtatsminda, widok na stare miasto Tbilisi - Gruzja

Tbilisi, Gruzja, widok z kolejki linowej Narikala

Z Rike Park bierzemy kolejkę linową, która jeździ na szczyt wzgórza Sololaki, do twierdzy Narikala. Naturalne jest, że gdziekolwiek jesteśmy chcemy wjechać najwyżej, żeby obserwować miejsce z góry. Kolejka rusza z impetem i już po chwili unosimy się ponad przepięknym starym Tbilisi. Jakbyśmy cofali się w czasie. Zostawiamy za sobą Rike Park ze swoimi ultranowoczesnymi figurami, oddalamy się od nich. Wkraczamy w świat starego Tbilisi. Domy z cegły, z czerwonymi dachówkami, drewnianymi, rzeźbionymi balkonami. Kościoły! Dużo kościołów. Wszystko to tonie w zieleni, jakby było poukrywane pomiędzy drzewami. Wygląda jak sprzed stu lat. Wszelkie oznaki nowoczesności są gdzieś daleko, maleńkie, jakby miraż. Gdzieś majaczy wieża telewizyjna, kwiecista bryła Public Service Hall, Most Wolności, zgarbiona figura Biltmore Hotel. Wszystko to jest gdzieś daleko. Prawdziwe, stare Tbilisi jest na wyciągnięcie ręki.

Stare Miasto Tbilisi i Sobór Trójcy Świętej Gruzja

Kartlis Deda czyli matka gruzja - Tbilisi

Z góry widok jest powalający. Stąd „garbaty Tyflis” wygląda jak miasteczko z Bajki. Wzgórza, klify, niska zabudowa, piękne, stare domy, kościoły i mnóstwo zieleni. Tylko miejscami straszą jakieś szkaradztwa, na oko z lat ’90. Kaukaskie „późne rokokoko”. Siedzimy tak sobie na górze i w promieniach popołudniowego słońca, popijając gruzińską oranżadę, patrzymy na to piękne miasto. Perłę Kaukazu, która przez lata była kulturalnym sercem całego regionu, najpiękniejszym miastem gdzie stykały się różne religie, kultury, kuchnie. To punkt, w którym Europa stykała się z Azją. Teraz, po latach sowieckiej degrengolady została tylko skorupa dawnego Tbilisi. Nieco popękana, ale nadal robiąca wrażenie. Komunizm nie zniszczył Tbilisi. On je doświadczył. Nie tylko go nie zabił, ale wzmocnił. Stolica Gruzji jest bardziej toporna, ale zachowała swój niesamowity klimat.

Tbilisi widziane z lotu ptaka - Gruzja

Stare Tbilisi, wzgórze i twierdza Narikala, Gruzja

Komunizm zostawił tu jeszcze jedną pamiątkę – Kartlis Deda – Matkę Gruzję. To dwudziestometrowy posąg kobiety, wykonany z oślepiającego w pełnym słońcu aluminium. Statua jest symbolem Tbilisi. Matka Gruzja patrzy w kierunku miasta, trzymając w lewej ręce puchar wina, a w prawej miecz. Winem wita przyjaciół, miecz przeznaczony jest dla wrogów. Jak to w Gruzji. Obchodzimy ruiny twierdzy, ale nie możemy znaleźć przejścia do ich wnętrza. Wszystko ogrodzone. Podążamy więc małą ścieżką i wychodzimy z drugiej strony ruin przy kościele. Okazuje się, ze na ruiny można wejść na dziko, po osuwisku. Można, ale nie wolno, więc odpuszczamy, nie chce nam się bawić w podchody ze strażnikami. Siadamy na murku z widokiem na wschodnią część miasta. Tutaj miasto wciska się pomiędzy rzekę i góry. Północny brzeg to wysokie kamienne urwisko, do którego domy są poprzyklejane jak huby do drzewa. Drewniane balkoniki i galeryjki zwisają niemal 30 metrów nad rzeką.

Łaźnie w Tbilisi, Gruzja

Tbilisi słynie z łaźni publicznych, Gruzja

Naszą uwagę przyciąga zasnuta już cieniem uzdrowiskowa część Tbilisi. Tu czuć wyraźny powiew orientu. Wygląda jak z baśni 1001 nocy. Spośród gruzińskich kolorowych, zdobionych balkonów i porośniętych winoroślą drewnianych domów wystają wieże minaretów a co i raz uśmiechają się błękitne mozaiki rodem ze Stambułu. Miga mi nawet coś na wzór zdobionej kafelkami ściany Medresy niczym z Samarkandy. Schodzimy więc w dół i znowu gubimy się pośród pięknych domków. Wreszcie docieramy do łaźni. Wedle legendy to właśnie tu powstało Tbilisi. Na gorących źródłach siarkowych. Tbilisi ma je poniekąd w nazwie. Tpili to po gruzińsku ciepły. Kąpielisk, łaźni i spa jest tu sporo, najbardziej znane są dwie: Abanotubani – duży, niski, ceglany budynek przypominający bunkry, z kopulastym dachem. Tu kąpieli zażywali Dumas i Puszkin. Druga to Orbeliani – w owym budynku przypominającym medresę. Ponoć „kąpać się w tbiliskich łaźniach to jak modlić się w tysiącletniej katedrze albo zatrzymać na noc w wiekowym karawanseraju”. Tak pisał Wojciech Górecki w „Toast za przodków”. Chcieliśmy spróbować, ale okazuje się, że owe łaźnie nie mają w sobie nic, ani z tych budapeszteńskich, ani z hammamów, do jakich można trafić w Stambule. Tu, we wnętrzach urządzonych w stylu siłowni z początku lat ’90, ze skórzanymi fotelami i brzydkimi kafelkami, można zwyczajnie wynająć sobie za grube pieniądze pokój kąpielowy z sofą i zażywać kąpieli w kilkuosobowej wannie z siarczaną wodą. Niezupełnie tego szukaliśmy.

Kolacja w restauracji Samikitno - Meidan, Tbilisi, Gruzja

Zamiast kąpieli, wybieramy jedzenie. W końcu trochę po to tu przyjechaliśmy. Zaczyna się szukanie miejsc z gruzińską kuchnią. Oczywiście mamy wcześniej przygotowaną listę, ale próbujemy znaleźć to, co najbliżej i pogodzić z tym, co najlepsze. Kiedy uznajemy, że wszystko, co chcieliśmy odwiedzić jest daleko, trafiamy na Meidan – niegdyś tętniący życiem bazar, dziś głośne, zatłoczone skrzyżowanie, jednak nadal mające jakiś dziwny urok. Przysiadamy w zatłoczonej restauracji Samikitno. Pierwsze wrażenie: sieciówka, jakiś gruziński Sphinx – ale tłok – i to gruziński tłok – oraz świetnie wyglądające jedzenie na stołach przemawia za. Nie żałujemy. Po chwili na stół wjeżdżają doskonałe gruzińskie przysmaki o magicznych nazwach, które same w sobie powodują ślinotok: pchali, chinkali, badridżani, kuczmaczi, lobio, chaczapuri. Do tego aromatyczne świeże zioła. I wino! Popełniamy błąd, bo bierzemy karafkę. Okazuje się, że jest jeden rozmiar: 1,7 litra! Siedzimy tak i rozkoszujemy się pysznym, świeżym jedzeniem i patrzymy na żywiołowy Meidan. I tak do wieczora…

Czurczchele - orzechy na sznurku zatopione w słodkim syrpie - gruziński przysmak - Tbilisi Gruzja

Przepięknie podświetlona Katedra Sioni w Tbilisi, Gruzja

Ulice starego Tbilisi nocą, Gruzja

Tbilisi powoli robi się coraz ciemniejsze. Niebo zasnuwa szaruga, potem stopniowo zapada zmrok, ale miasto ani myśli kłaść się spać. Przynajmniej tutaj. Kote Afkhazi – główna ulica starego miasta – wprost kipi życiem. Przeciskamy się pomiędzy tłumem na kolorowych ulicach. Ruch jak w godzinach szczytu, sznur trąbiących co i raz aut ciągnie się powoli. Od świateł stopu rozpościera się czerwona łuna. Na jaskrawo oświetlonych straganach migają kolorowe czurczchele. Wystarczy jednak odejść parę kroków od ulicy i znów wkraczamy w inny świat. Podgryzając słodki owocowy przysmak, przecinamy opustoszałe uliczki starego Tbilisi. Niesamowite, że te stare, dość zaniedbane domy i słabo oświetlone ulice, wcale nie sprawiają nocą nieprzyjemnego wrażenia. Nie czujemy się tu nieswojo. Przeciwnie – tu jest jak w jakiejś bajce. Te same ulice są jeszcze bardziej niesamowite i zagadkowe. Podwórka, w tym lekkim, przytłumionym świetle są jeszcze bardziej tajemnicze. Miasto senne, ale jeszcze rozgrzane i buzujące, tętniące życiem, dopiero stygnie po całym dniu. W naszej pięknej starej kamienicy siadamy na kanapie na tarasie i sącząc Saperavi wpatrujemy się w noc pochłaniającą podwórze. Tbilisi układa się powoli do snu. W końcu i my odpływamy po długim dniu.

Tbilisi, Gruzja