Promenada nadbrzeżna w Jafie - widok na Tel Awiw

Tel Awiw. Białe miasto pomarańczy

Tel Awiw. Ten weekend miał się zacząć tak normalnie. Samolot ląduje w sobotę o barbarzyńskiej 3:40 rano. Szybkie, bezproblemowe przejście przez ochronę i kontrolę paszportów. Jeszcze tylko złapać pociąg do miasta i mogę się rozkoszować wschodem słońca popijając kawę gdzieś na promenadzie. Tyle, że jest sobota. Czyli szabat – ostatni, siódmy dzień tygodnia, w którym się odpoczywa. Od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę. W tym czasie transport publiczny w Izraelu nie istnieje. Jedyną opcją na dostanie się z lotniska do Tel Awiwu są taksówki. Nie znoszę lotniskowych taksówek. Szukam innych możliwości. Są tylko inne taksówki. Małe duże, białe, czarne, kierowcy do wyboru do koloru.

Powitanie na lotnisku Tel Awiw

Sprawdzam na Google Maps ile będę iść piechotą. Do hostelu 18 kilometrów, co oznacza jakieś 2,5 godziny marszu. Ruszam więc. Wychodzę z terminala i szukam drogi, z map Google. Kiedy odchodzę dosłownie kilkanaście kroków od wyjścia, zatrzymuje mnie ochroniarz i pyta dokąd idę. Pokazuję mu trasę na telefonie. On patrzy na mnie jak na kosmitę i mówi, żebym się nie wygłupiał i wziął taksówkę. Droga, którą pokazują Google idzie wzdłuż ogrodzenia lotniska i nie wolno tam chodzić, bo mogę zostać zastrzelony. Chyba mnie przekonał. Innej drogi nie ma. Piechotą nie da się wydostać z lotniska. Idę do taksówek. Wszyscy ludzie zniknęli, nie ma z kim nawet wziąć na spółę. 147 szekli to dużo za dużo. Przypadkiem udaje mi się znaleźć kierowcę shuttle busa, który czeka na jakichś ludzi. Dogadałem się z nim i na lewo zawozi mnie pod hostel za połowę ceny taksówki. I tak dużo, ale nie mam wyboru.

ulice Starej Jafy - najstarszej dzielnicy Tel Awiwu

Po nieprzespanej nocy zasypiam tak jak stałem. Budzą mnie kroki ludzi rozdzierające ciszę na pobliskich ulicach. Ciche rozmowy, przechodzący ludzie. Zaspałem, jest już po 11:00. Ale zaraz? Jakie zaspałem? Nie mam żadnych planów, nic nie muszę. Z tym że nici z kawy o wschodzie słońca. Zbieram się leniwie i wychodzę. Energii dodaje mi jedynie fakt, że nie jadłem nic od 14 godzin. Wchodzę w labirynt małych uliczek dzielnicy Stara Jafa – zabytkowej części miasta. Wszystko jakby wymarłe. Gdzieniegdzie widać dopiero co otwarte knajpki, ale są niemal puste. Idę sam pośród kremowych, przybrudzonych elewacji starych i zaniedbanych ale jednocześnie malowniczych budynków. Wszystko jest w kamieniu, piaskowcu, cegle lub wapnie. Ulice i chodniki wyłożone kostką, z której gdzieniegdzie strzelają w górę palmy. Przemierzam puste ulice, nie ma przechodniów, wszystko pozamykane.

Port w dzielnicy Stara Jafa

Przechodzę całą dzielnicę. Docieram do celu. Łudziłem się do samego końca, ale oczywiście Hummus Abu Hassan – ponoć najlepszy lokal z hummusem w całym Tel Awiwie – tez jest dziś zamknięty. Jeszcze bardziej głodny, ruszam więc naokoło wzgórza w stronę portu w Jafie. Wchodzę w inny świat. Ludzi przybywa z każdym zakrętem, każdą alejką. W końcu w samym porcie jest nawet tłoczno. Nieduża zatoka w całości zagospodarowana przez niewielki port zredukowany w zasadzie do nieco większej mariny. Większość zacumowanych jednostek to jachty i żaglówki i oczywiście niewielkie łodzie rybackie. Klimat typowo portowy. Sieci rozłożone na kei, jakieś bojki, liny, pełno żelastwa. Obok, przy stoliku kilku starszych panów popija herbatę, zagryza chleb i pali papierosy. W starych magazynach knajpy. Ryba i frytki, szakszuka, hummus, kawa, słodkości, lokalne specjały. Od prostych budek typu „rzeźnik” aż po dość eleganckie knajpy. Od nadmiaru bodźców trochę głupieje i nie wiem na co się zdecydować, więc idę dalej.

Promenada nadbrzeżna w Jafie - widok na Tel Awiw

Zaraz za portem zaczyna się promenada w Jafa. Szeroki, wyłożony kostką trakt. Niewysoki kamienny murek. Nie wiem dlaczego, ale czuję się jakbym chodził po murach obronnych jakiejś niewidzialnej fortecy. I faktycznie, kiedyś były tu mury Jafy, zamienione sto lat temu na promenadę. Przede mną rozpościera się widok na Tel Awiw. Przepiękne morze, plaża za nią nieregularnie strzelające w niebo wieżowce o przeróżnych kształtach, kolorach, stylach. Atmosfera spokojnego poranka, mimo że już południe. Ludzie spacerują, biegają. Nad brzegiem, rząd wędek opartych o murek, przy nich grupki wędkarzy czekający na swoją zdobycz. Jedni coś dłubią przy swoich wędkach, inni wpatrzeni w morze popalają papierosa, jeszcze inni w grupkach, przy herbacie graja w karty.

Widok na morze z promenady w Starej Jafie - Tel Awiw

Siadam sobie na murku niedaleko wędkarzy tak żeby im nie przeszkadzać. Spod murku wyskakują przestraszone koty. Jest ich wszędzie pełno. Chodzą całymi grupami, są pod samochodami, koło śmietników, w zaułkach, zakątkach. Po prostu wszędzie. Korzystam z pogody, ładuje baterie, grzeję się i wpatruję w przepiękne błękitne morze pod równie błękitnym niebem z idealnymi, małymi, pulchniutkimi chmurami. W zasadzie mógłbym się tu położyć i pospać, ale głód nie daje mi jednak spokoju. Odbijam z promenady i trafiam na Yefet street. Bingo! Są ludzie, są jakieś otwarte stragany i stoiska. Widzę jakieś kolorowe soki, kebaby, widzę jakąś kolejkę. Zbliżam się i wtedy uderza mnie przepiękny zapach pieczonego chleba. Tak cudowny, że moja głowa od razu automatycznie się unosi, dostaję ślinotoku i odruchowo idę w kierunku piekarni.

arabska piekarnia w Starej Jafie - Tel Awiw

pita z zatarem - izraelski przysmak, tel awiw

Pomiędzy półkami z preclami, pitami, plackami, croissantami i pączkami widzę jak pracownicy uwijają się przy ogromnym piecu – sercu piekarni. Co i raz wrzucają do niego kolejne placki, przesuwają, wyjmują krzycząc coś przy tym. Wybieram placek pita z zatarem. Patrzę jak pani go przygotowuje, po czym po chwili gorący ociekający zieloną oliwą jest już w moich rękach. A ja lecę z powrotem nad morze. Wspinam się pod górę do pobliskiego parku Abrasha, siadam na kamieniach z widokiem na Tel Awiw. W twarz grzeje mnie słońce, przed oczami mam malowniczą panoramę Tel Awiwu z najlepszej możliwej perspektywy. Do tego zajadam przepyszny placek ociekający aromatyczną oliwą z zatarem. Widok jest tak ładny, że czasami nie trafiam do buzi. A całe moje ręce są upaćkane zieloną tłustą oliwą. Ten zapach! To będzie najlepszy dzień.

Stara Jafa, Tel Awiw

Kościół św. Piotra w starej Jafie, Tel Awiw

Po zaspokojeniu pierwszego głodu ruszam pokręcić się po wzgórzu starej Jafy. W końcu to miasto o kilkutysięcznej tradycji, grubo przed Chrystusem. To tu zawijały statki z krzyżowcami. Z dołu całość wygląda jak fort otoczony murami. Na górze okazuje się, że to niewielki placyk, zaraz przy nim kościół Św. Piotra. Zaraz pod nim widać minaret meczetu Al-Bahr. Obok kilka domów, w których teraz znajdują się restauracje i inne przybytki turystyczne. Na placu stragany z pamiątkami dla wszechobecnych pielgrzymów. Pamiątki w większości z Jerozolimy – różańce, medaliki, wisiorki. Większość przestrzeni zajmuje niewielki park Abrasha. W nim kręte ścieżki i most ze znakami zodiaków – Ha-Mish’alot. Wystarczy patrząc w morze i trzymając rękę na swoim znaku zodiaku pomyśleć życzenie, które na pewno się spełni. Jasne. Niesamowite, że w tym miejscu każdy, niezależnie od wyznawanej religii czy filozofii każdy znajdzie coś dla siebie. Żydzi, chrześcijanie, muzułmanie, horoskopowicze… To co piękne w tej części miasta, to widok na Tel Awiw.

Neve Tzedek - małe stare domki w cieniu wieżowców - jedna z najstarszych dzielnic Tel Awiwu (2)

Neve Tzedek - jedna z najstarszych dzielnic Tel Awiwu (2)

Z Jafy ruszam do centrum Tel Awiwu. Kiedy zapytałem w hostelu jak tam dotrzeć, od razu padło pytanie – które centrum? Tel Awiw podobnie jak np. Berlin nie ma jednego centralnego punktu, placu, trudno powiedzieć gdzie jest środek miasta. Każdy ma swoje, w zależności od tego co chce robić. Mi chodzi o Bulwar Rotschilda – słynny deptak z perełkami architektury w stylu bauhaus. Zgodnie z radą idę przez pierwszą – najstarszą dzielnicę stolicy – Neve Tzedek. Pochodzi z końca XIX wieku czyli jest starsza niż Tel Awiw. To dzielnica niskich domków położona w cieniu wieżowców. – Wystarczy się przejść klimatycznymi uliczkami, pełnymi kawiarenek i butików – usłyszałem. Faktycznie, małe uliczki są klimatyczne, mam wrażenie, że nie jestem już w mieście a na jego przedmieściach. Senna atmosfera uliczek Neve Tzedek kontrastuje z żywiołem ulic pełnych sklepów i samochodów otaczających dzielnicę.

uliczki Newe Cedek - najstarszej dzielnicy Tel Awiwu

Centrum Suzanne Delal, Tel Awiw

Kręcę się po kwadracie regularnie ułożonych ulic. Ponad stuletnie domy, na przemian kamienice i bliźniaki i miniaturowe dworki z pięknymi ogrodami skrytymi za drewnianymi płotami. Rozłożyste drzewa dają przyjemny cień. Wszystkie odcienie zieleni – od soczystych liści figowców i rododendronów przez pożółkłe krzewy granatu aż po trupioszare liście drzew oliwnych. Ta dzielnica to azyl, spokojna przystań w środku żywiołowego bliskowschodniego miasta. Czuć tu wytchnienie mimo że sam Tel Awiw w czasie szabatu jest dość spokojny. Dość… kiedy wychodzę na ulicę z owymi knajpami i butikami, pojawia się tłum. Ludzie siedzą przy stolikach, stoją w kolejkach do lodziarni. Typowe niedzielne popołudnie. Tylko że w sobotę. Kolory i czas Neve Tzedek gdzieś znikają zadeptane przez narastające tłumy.

Bulwar Rotschilda - główny deptak Tel Awiwu

Z dzielnicy małych domków i zacienionych uliczek, nagle ląduję w tętniącym życiem mieście. Centra handlowe, sklepy, knajpy – niemal wszystko zamknięte ale wywiera swoje piętno na krajobrazie. Zaczyna się Bulwar Rotschilda – główny deptak miasta. Szeroka aleja chroniona przed upalnym bliskowschodnim słońcem przez cień młodych akacji. Przecina biały Tel Awiw, jest jak główna arteria którą biegnie energia i życie, dostarczane przez kolejne odchodzące od niej ulice do najdalszych zakątków Tel Awiwu. Idę na północ pod tunelem z powyginanych akacji. Przedzieram się przez tłumy. Tu nie ma szabatu. Tu jest życie. Maleńkie knajpki, rodziny z dziećmi, maluchy na trójkołowych rowerkach. Grupki ludzi siedzący na kocach. Dziesiątki mikro pikników. Idę na północ, bulwar stopniowo się zwęża, drzew robi się coraz więcej, znikają wieżowce, pojawiają się przepiękne białe domy z ogrodami. Zupełnie jakbym wychodził z miasta. Tymczasem właśnie zbliżam się do jego centrum!

Budynek przy bulwarze rotschilda, tel awiw

architektura bauhaus w Tel Awiwie

Odbijam w kolejne poprzeczne uliczki podziwiać architektoniczne perełki miasta. Wzdłuż bulwaru rozsiane są dziesiątki przepięknych domów zaprojektowanych przez niemieckich architektów szkoły bauhaus, którzy w latach trzydziestych XX wieku musieli się zwijać z hitlerowskich Niemiec. Tutaj odnaleźli się świetnie i trafili na podatny grunt. Nowo tworzące się miasto przyjęło ich pracę z otwartymi rękami. Kolejne uliczki to boskie białe domy, dużo poziomych linii, kanty lub obłe pofalowane powierzchnie. Wszystko okraszone soczyście zielonymi drzewami lub palmami. Można na to patrzeć godzinami. Obchodzić, zaglądać. Często przystaję, siadam na krawężniku wpatrzony w te niesamowite bryły. Jest w nich coś egzotycznego. Biel, w której odbija się bliskowschodnie słońce. Masywność, pełna bryła i jednocześnie niesłychana lekkość.

Izraelskie białe miasto czyli budynki w stylu bauhaus. Tel Awiw

ulice Tel Awiwu

To właśnie z tymi białymi budynkami kojarzył mi się Tel Awiw. Dają poczucie spokoju. Sam spacer bulwarem jest ciekawym przeżyciem, na początku – jego południowym odcinku – naokoło jest wszystko i nic. Brak jednego stylu, kompletny eklektyzm, pomieszanie z poplątaniem. Biurowce, wieżowce, nowoczesne pawilony, domy w stylu kolonialnym, nawet klasycyzm i klimaty bardziej antyczne. W pewnym momencie wszystko się porządkuje i wszystko jest w miarę jednorodne – co nie oznacza bynajmniej nudy. W tym mieście jest tyle słońca, radości, życia – to także bije od budynków.

Plac Habima w centrum Tel Awiwu

Zaczytany w przewodniku docieram na koniec Bulwaru Rotschilda. Deptak wieńczy rozległy Plac Habima. Naokoło niego wyrastają budynki audytorium oraz teatr. Sam plac, jak większość w Tel Awiwie – wyłożony jest piaskowcem, kamieniem i betonem. Jedynie pośrodku przecina go maleńka oaza -wgłębienie z drzewami, krzewami i trawą, do którego ciągną wszyscy ludzie. To miejsce gdzie można sobie zwyczajnie usiąść i posiedzieć w cieple. Posłuchać Tel Awiwu na zwolnionych szabatowych obrotach. Ja chcę koniecznie znaleźć więcej domów „białego miasta”.

Plac Dizengoff - Tel Awiw

Kaminica w stylu bauhaus na Placu Dizengoff, Tel Awiw

Za radą przewodnika udaję się na Plac Dizengoff, przez wielu uważany za właśnie centralny punkt Tel Awiwu. Przez wielu również nie, więc nie ma co się przywiązywać. Najważniejsze jest to co znajduje się na placu. Po środku fontanna, naokoło klimatyczne, białe bauhausowe kamienice. Więc idę. Po krótkim spacerze docieram na plac. Cały ogrodzony, rozkopany i osłonięty płotami. Samo otoczenie placu oznacza spacer po wzorze pajęczyny. Ani śladu fontanny, wszystko ogrodzone, mogę sobie co najwyżej pooglądać fragmenty domów zza siatki i płotu oddzielającego plac budowy. Po fontannie ani śladu. Ma się to szczęście. A więc trzeba będzie tu kiedyś wrócić. Nie ma tego złego. Kręcę się wokół placu kilka razy i obchodzę praktycznie wszystkie budynki dookoła. Są niesamowite. Białe gładkie, pofalowane elewacje, idealne linie. Szkoda, że wszystko jest zagrodzone i w remoncie.

Plac Bialik w centrum Tel Awiwu

Powoli zaczynam odpadać po nieprzespanej nocy. Zdaję sobie sprawę, że jest już dość późno i zaraz będzie się robiło ciemno. Ruszam z powrotem w kierunku Jafy. Po drodze zahaczam o plac Bialik – określany jako jeden z głównych placów Tel Awiwu. Błądzę małymi krętymi uliczkami, od czasu do czasu mijam jakąś większą. W tym momencie dochodzi do mnie, że przecież jestem w samym centrum Tel Awiwu. Przynajmniej jednym z tych centrów. Tymczasem chodzę po małych uliczkach, zaglądam do ogródków, wspinam się po schodach. Nawet plac Bialik wygląda jak maleńki skwerek gdzieś w willowej dzielnicy na przedmieściach. Bardziej mi to przypomina warszawskie Bielany niż centrum bliskowschodniej stolicy. Ot, takie małe, wesołe i ciepłe miasto. Ale ileż w nim życia!

Zachód słońca na promenadzie w Tel Awiwie - widok na Starą Jafę

To życie pojawia się właśnie wraz z zachodem słońca w sobotę. Kończy się szabat. Ludzie wychodzą na ulice, zaczynają się otwierać knajpy. Miasto się otwiera niczym kwiat. Ja zupełnie przeciwnie – powoli się zaczynam zwijać. W tym momencie tak bardzo nie pasuję do tego miasta. Zanim docieram na promenadę słońce już zupełnie zachodzi. Zostawiam za sobą budzące się do życia miasto. Nawet Stara Jafa jest nie do poznania. Knajpy, kolory, zapachy, gwar, przekrzykiwania, nawoływania. A miałem takie plany… Padam spać wykończony całym dniem na nogach.

poranek na pomenadzie w Tel Awiwie, Izrael

Hotele przy plaży w centralnej części Tel Awiwu

Dzięki temu, że wcześniej poszedłem spać, mogę dużo wcześniej wstać. O 6:00 rano jestem już na promenadzie i biegnę na północ. Jest rześko, jakieś 12 stopni, ale to w końcu połowa stycznia. Promenada jest pusta, gdzieniegdzie tylko mijam biegaczy i porannych spacerowiczów. Puste plaże – chluba Tel Awiwu, hotele, leżaki, bary, trochę jakby opuszczony kurort. Bliżej Jafy jest już tylko szeroka promenada i poranne morze rozbijające się o kamienne falochrony. Spokój i cisza zwiastujące przebudzenie tego żywiołowego miasta.

Hummus Abu Hassan - najlepszy hummus w tel awiwie

Po bieganiu, głodny i spragniony powtarzam moją wczorajszą trasę do Hummus Abu Hassan. Aż do samego końca jestem przekonany, że jest za wcześnie i będę się musiał głodny kręcić po okolicy w oczekiwaniu na otwarcie tego miejsca. Tymczasem jest! Otwarte i bez kolejki, którą widać na każdym zdjęciu lokalu. Są nawet miejsca siedzące. Łapię stolik na zewnątrz – jeden z dwóch i zamawiam hummus. Nie ma menu, jest tylko jedno danie: hummus. W dwóch wersjach. Właściciele robią każdego dnia dwa gary i sprzedają. Zamykają kiedy hummus się kończy. Na stół wjeżdża przepyszna jeszcze ciepła pita, talerz surowej cebuli pokrojonej w ćwiartki oraz hummus. Nieregularna masa zalana oliwą, pastą z bobu i posypana papryką i pietruszką. Obok lemoniada miętowa. Jestem w niebie. Nie wiem czy faktycznie to jest najlepszy hummus w Tel Awiwie, ale zdecydowanie najlepszy jaki w życiu jadłem. Może to kwestia słońca, porannej bryzy, zapachu morza. Każdy kawałek chlebka, piórko cebuli maczane w tej ciepłej masie sprawia, że się uśmiecham.

Port w dzielnicy Old Jafa (Yafo) - jeden z najstarzsych portów nad morzem śródziemnym

promenada w starej Jafie - widok na Tel Awiw

Najedzony i szczęśliwy ruszam w miasto. Oczywiście będąc tak blisko portu i mojej – już – ukochanej promenady nie mogę na nią nie wpaść. Przed 9:00 port jest jak wymarły. Ani śladu wczorajszego porannego zgiełku, jedynie staruszkowie siedzący przy herbacie i fajkach. Na promenadzie też niemal żywego ducha, widać tylko pojedynczych wędkarzy. Siadam na jednej z kamiennych ławek i wpatruje się w Tel Awiw. Ta pocztówkowa panorama od razu podbiła moje serce. Nie wiem dlaczego, przecież Tel Awiw nie jest ani stary ani wyjątkowo piękny. Może to połączenie morza i miasta, luz i spokój bijący od tego miejsca, jego pozytywna energia. Nie wiem co, w każdym razie nawet nie wiem kiedy mija ponad godzina od kiedy tu siedzę. Tymczasem naokoło przybywa ludzi. Widać, że miasto powoli wstaje po gorączce sobotniej nocy.

Stara Jafa

Dzielnica Stara Jafa w Tel Awiwie

Mam okazję pochodzić nieco po pobliskiej Starej Jafie. Znowu przechodzę małymi uliczkami, gdzie z ziemi wyłożonej kostką piaskowca przebijają się pojedyncze drzewa. Na nich pośród zielonych liści można znaleźć soczyste pomarańcze. Zapewne nie nadają się do jedzenia, ale wyglądają pięknie. Jest gwarnie, żywo, czuć życie. Próbuje zwiedzić pobliski flea market czyli pchli targ, ale wszystko jest jeszcze pozamykane. Otwarte są tylko jakieś pojedyncze dość zmanierowane knajpy i pojedyncze stragany z e wszystkim – głównie starymi meblami. To ani nie jest w moim guście ani kręgu zainteresowań. Tym niemniej samo błądzenie małymi uliczkami pomiędzy starymi i nowymi budynkami daje dużo radości i energii.

Okolice Karmel Market i dzielnica Jemenitów Tel Awiw

bazar Karmel - największe targowisko Tel Awiwu (2)

Ruszam przez Neve Tzedek. Znowu schodzę wszystkie te wąskie zacienione uliczki pomiędzy małymi i większymi domami, płotkami i ogrodami. Docieram do dzielnicy Yemenite Quarter i targowiska Carmel Market – największego w Tel Awiwie. Podczas każdej podróży wszelkiej maści bazary i targowiska, szczególnie te z jedzeniem są obowiązkową atrakcją. Zawsze ciekawi mnie co ludzie w danym miejscu jedzą i z czego to robią. Bazar Karmel do najbardziej malowniczych nie należy, ale jego zawartość przysparza mnie o szybsze bicie serca. Daktyle, świeże figi, granaty, stoiska z baklawą po której skaczą gołębie, dużo zieleniny, pięknie ułożone warzywa i owoce. Dużo pomarańczy o przeróżnych odcieniach, bakłażany, pełno bakłażanów o różnych kształtach i kolorach.

Baklawa na stoiski bazaru Karmel - Tel Awiw

targowisko Karmel - ciasta niczym z Europy

I teraz coś znajomego. Zaraz obok tych wszystkich śródziemnomorskich, bliskowschodnich produktów, na straganach leżą kiszone ogórki i kapusta, marynowany czosnek, śledzie, wędzona makrela, ciasta niczym z babcinego stołu: zawijane makowce, strucle serowe. Sery przypominające oscypki. Jak w domu! To przypomina o dziedzictwie Żydów. Państwo Izrael to przede wszystkim Żydzi, którzy tu zjechali z całej Europy Wschodniej przez ostatnie kilkadziesiąt lat. Przy okazji zabierali ze sobą to co znali z domu: Polski, Węgier, Rumunii, Ukrainy, Białorusi, Rosji. Tak – przede wszystkim Rosji. Język Puszkina słychać w Tel Awiwie na każdym kroku, napisy w cyrylicy widać niemal w każdym sklepie. To doskonałe miejsce do szlifowania języka rosyjskiego.

Falafel - przepyszne danie kuchni bliskowschodniej - Tel Awiw

Błądzę po bazarze, dotykam pomarańcze, wącham przyprawy o różnych kolorach i konsystencjach. Przeciskając się przez tłum trzeba uważać. W pewnym momencie przez przypadek w padłem na jakiegoś mężczyznę. Kiedy się odwraca, wiedzę że na jego tułowiu zwisa karabin. Widziałem już wielu wojskowych z bronią ale gość w t-shircie z przewieszonym M-16 w środku bazaru nie jest dla mnie codziennym widokiem. Tu widok człowieka z bronią nie robi na nikim wrażenia. Z tłumu przekupniów i rzędów kolorowych straganów wychodzę z torebką aromatycznego zataru i kilkoma pomarańczami, które obłędnie pachną w moim plecaku. Na wyjściu łapię jeszcze przepysznego falafela.

Dzielnica Jemenitów - Tel Awiw

Bazar Karmel znajduje się w samym środku dzielnicy Yemenite Quarter. Usłyszałem, że pełno tu klimatycznych uliczek, małych knajpek serwujących pyszny hummus itd. dosłownie dwa kroki za gwarnym bazarem wkraczam w inny świat. Ciche puste uliczki przecinają te zalane słońcem, gdzieniegdzie faktycznie widać pojedyncze stoliki i krzesła knajpek. Od razu widać co to za miejsce. Zwyczajna dzielnica mieszkalna, bezpretensjonalna, bez napinki. Pomiędzy domami małe hipsterskie knajpy serwujące wymyślne dania w kosmicznych cenach. Nie za bardzo czuje klimat tego miejsca. To chyba nie dla mnie. Wolę gwarne przybazarowe zaułki, krzyczących sprzedających w brudnych fartuchach, podających błyszczący od tłuszczu falafel niż gluten free falafel i organiczną kawę podane w ekologicznych opakowaniach przez gościa w koszuli bez kołnierza z dziwną fryzurą. Ale podobno tu smacznie.

ulica w centrum Tel Awiwu

podwórka i małe uliczki tel awiwu

Na tym w zasadzie kończy się mój plan. Teraz zaczyna się zwykła tułaczka po mieście. Idę nie wiem gdzie, zupełnie bez celu. Chodzi o to aby schodzić miasto, stać się jego częścią, wejść w jego krwiobieg. Idę znowu na Plac Dizengoff, chyba w nadziei, że płoty znikną i pojawi się znowu fontanna. Niestety. Znowu trafiam do tego przedziwnego centrum, gdzie główne ulice to aleje biegnące w cieniu drzew wzdłuż i w poprzek miasta. Kupuję pocztówki. Lubię je wysyłać bliskim to taka piękna pamiątka. Coś namacalnego, to część miejsca, w którym byłem, którą ofiarowuje bliskim. Daję im kawałeczek tego miejsca. Piszę odręcznie o tym co widzę, słyszę, czuję, co jem. To jest coś bliskiego, osobistego. To nie jest nieistniejący mail czy wrzutka na Facebooku. To pamiątka. Coś co można dotknąć, powąchać.

Architektura Tel Awiwu

Bulwar Rotschilda

Próbuję dostać znaczki. W Tel Awiwie nie jest to łatwe. Można je kupić jedynie na poczcie. Mijam trzy urzędy. W każdym z nich kolejka i dziesiątki osób karnie czekających na swoją kolej. Numerek pokazuje, że przede mną 30 petentów. Próbuje tak na kolejnych pocztach. W końcu, na trzeciej, biorę numerek i idę dalej zwiedzać. Kręcę się, nawet nie w pobliżu, bo czuję, że mam sporo czasu. Zaglądam w zakamarki, podwórka, odkrywam Tel Awiw od kuchni. Wracam po 40 minutach akurat na moją kolej. Mam znaczki! Docieram na Plac Habima. Siadam sobie jednym z miejskich leżaków – tak… leżaków… i – tak… miejskich… Wyciągam kartki, długopis i spisuję wrażenia swoim bliskim. Pisząc to przeżywam wszystko jeszcze raz, minusem jest to, że nigdy nie jestem w stanie oddać im tego miejsca tak jak bym chciał. Nie wszystko co mam w głowie da się przekuć na słowa. Zwyczajnie nie ma jeszcze takich słów. Jak opisać to słońce, ciepło, to miasto.

Muzeum sztuki w Tel Awiwie

Centrum Tel Awiwu - muzeum sztuki

Z Placu idę do pobliskiego Muzeum Sztuki Tel Awiwu. Z małych ulic i alejek w cieniu akacji, docieram do czegoś co przypomina centrum miasta. Dużo betonu, stali i szkła. Wysokie wieżowce, szerokie ulice. Samo muzeum jest częścią całego zagłębia sztuki z teatrem, operą i centrum sztuki scenicznej. Wyglądają jak wielkie betonowe bunkry otoczone parkiem i palmami. Patrzę na mapę i nie dowierzam. Samo muzeum jest zbudowane na planie bardzo przypominającym… swastykę. Nie wierzę, że nikt tu nie zwrócił na to uwagi. Niestety ze zwiedzania nici. W niedziele muzeum jest zamknięte. Kandinsky, Picasso i mural mojego ukochanego Roya Lichtensteina muszą poczekać.

Plaża w Tel Awiwie, Izrael

Po Tel Awiwie można chodzić godzinami. I wracać ciągle w te same miejsca, patrzeć na te same budynki, nie nudzą, za każdym razem zachwycają. Najważniejszy jest chyba jednak ten lekki duch miasta, który czuć na każdym kroku. Mimo sporej liczby uzbrojonych mundurowych, mimo że każdy huk, klakson i głośny trzask powodują nagłe srogie spojrzenia ludzi, którzy sprawiają wrażenie jakby właśnie szukali osoby, którą zaraz zastrzelą wyciąganą spod pazuchy bronią. Mimo wszystko w Tel Awiwie jest jakiś luz. Miasto żyje normalnie, ludzie nie dają się zastraszyć ani zwariować.

Wybrzeże Tel Awiwu - promenada obok Starej Jafy

Po tułaczce kolorowymi i głośnymi ulicami, trafiam nad morze. Siadam na kamieniach przy promenadzie z widokiem na plaże Tel Awiwu. Wpatruje się w miasto, we włosach mam świeżą bryzę znad błękitnego morza. Zatapiam palce w pomarańczy. Owoc eksploduje tysiącami cząsteczek o boskim cytrusowym zapachu. Sok cieknie po rękach. Siedzę tak sobie i zajadam pomarańczę patrząc na Tel Awiw. Układam sobie ostatnie dwa dni. Porządkuję obrazy, smaki, zapachy. Nad wszystkim jednak dominuje właśnie ten zapach. To dla mnie zapach Tel Awiwu.

Uliczki dzielnicy Jafa - Tel Awiw

Wracam promenadą do Starej Jaffy. Znowu polowałem na zachód słońca nad morzem. Kolejny raz nic z tego. Słońce stopniowo zniżało się za coraz bardziej różowiejącymi chmurami, aż nagle po prostu zniknęło gdzieś za wzgórzem Starej Jafy. W miarę jak robi się ciemno, promenada pustoszeje. Chciałem jeszcze zobaczyć nieco najstarszej części miasta, tej twierdzy na wzgórzu. Przed portem odbijam w wąską kamienną bramę ukrytą gdzieś pomiędzy pustoszejącymi witrynami sklepów. Wchodzę w inny świat. Kamienne schody ukryte pomiędzy murami. O zmierzchu wyglądają jeszcze bardziej tajemniczo. Nie ma tu przechodniów, to jakieś wewnętrzne uliczki prowadzące do dziwnych, sekretnych drzwi i bram. Rozgałęziają się, przechodzą w kolejne schody, prowadzą to w górę to w dół, to znowu na boki. Fajnie się tu pokręcić, mimo że te zaułki to maleńka część miasta.

Kościół Św. Piotra Tel Awiw Jafa

W końcu docieram na górę. Wychodzę na placu przed kościołem Św. Piotra. Tu też jest spokojnie i cicho. Wszyscy już chyba zeszli do miasta, na jedzenie i imprezy. Rozpoczyna się noc w Tel Awiwie. Idę do parku, skąd rozpościera się widok na Tel Awiw. Gdziekolwiek w Jafie nie pójdę, zawsze trafiam na ten przepiękny widok. Widziałem go już wczesnym porankiem, w południe, teraz wieczorem. Dla mnie to trochę jak Katedra w Rouen Moneta – niby ten sam widok a oglądany o innej porze wygląda zupełnie inaczej. Jest inny ale tak samo hipnotyzujący. Za każdym razem odkrywa coś nowego.

Widok na Tel Awiw ze wzgórza w dzielnicy Stara Jafa

Zbieram się coś zjeść na pobliskiej ulicy. Chodzę od knajpy do knajpy i głodny próbuję coś wybrać. Coś mi nie daje spokoju, jakoś wybór jest za mały, nie to, nie tamto. Zjadłbym coś innego. Niesie mnie. – A idę…! – rzucam sam do siebie i zostawiając za sobą wszystkie te stragany lecę do centrum. Wieczorem mijam po kolei ulice, którymi szedłem w ciągu dnia. Neve Tzedek, Bulwar Rotschilda, przechodzę obok dzielnicy Yemenite Quarter, w końcu trafiam na pięknie oświetlony Plac Bialik. Idę dalej i po jakiś 40 minutach od Jafy docieram do Sabih Frishman – baru serwującego ponoć najlepszy sabih w Tel Awiwie. Musiałem go spróbować.

Plac Bialik w nocy, Tel Awiw

Sabih to symbol izraelskiego street foodu. Kanapka z chleba pita z plastrami smażonego bakłażana i jajkami gotowanymi na twardo. Do tego ziemniak, sałatki, hummus i sosy o magicznych nazwach zhoug i amba. Całość przygotowana przez gościa, który robi to chyba od lat. Z pietyzmem układa każdą warstwę, rozsmarowuje pasty z czułością młodego rodzica, dozuje sosy niczym alchemik odkrywający tajniki eliksiru nieśmiertelności. Od samego patrzenia serce roście. A smak? Sabih tu jest jak cały Tel Awiw – niesamowity, zaskakujący i pozostawiający niedosyt po spróbowaniu. Chce się jeszcze i jeszcze.

Przepyszny Sabih czyli kanapka z pieczonym bakłażanem, warzywami i sosami. Tel Awiw

Teraz mogę wracać. W Tel Awiwie spędziłem dwa krótkie dni. Krótkie, bo każdy mijał za szybko, nie wiadomo kiedy. Czas przelewał się przez palce niczym lepki sok z pomarańczy. Miasto nie ma za sobą długiej historii, ma natomiast niesamowitą energię i żywotność. Jest jak oddech, chwila odpoczynku umęczonego narodu, który po długiej i ciężkiej drodze przez historię nareszcie może się zatrzymać i nabrać sił i patrzeć w przyszłość. Przez te dwa dni przeszedłem po mieście ponad 110 kilometrów. Tel Awiw sprawił coś jeszcze. Zajadając się przepyszną kuchnią Izraela, na te dwa dni ja zagorzały mięsożerca zostałem wegetarianinem. Nawet się nie zorientowałem. Takie to miasto.

Tel Awiw, Izrael