Mallacoota - widok na ujście rzeki Wallagaraugh River, Victoria, Australia

Terra nullius. Jutra nie ma

Australia. Zawsze chciałem zobaczyć ten kraj. Co ja mówię. Australia to kontynent. Wracając z Fidżi, postanowiłem zatrzymać się tu na 10 dni i zobaczyć kawałek tego dalekiego świata. Na szybko. Wiedziałem, że i tak jeszcze tu wrócę na dłużej. Teraz po prostu nie mogłem sobie odpuścić. Przelatywać tu i nie zatrzymać się!?

Kiedyś Australia to były dla mnie kangury, koale, Uluru i pustynia. Z czasem zacząłem czytać. Chłonąłem co się da. Nie o zwierzętach, kanionach i pustyni, ale o ludziach. Zaczęło się od Terra nullius Svena Lindqvista. Potem było Follow the Rabbit-Proof Fence Doris Pilkington i Niewidzialni Mateusza Marczewskiego. Czułem, że coś nie coś wiem o tym kraju. O tych ludziach. Spodziewałem się dzikiej przygody. Samotnego spania w aucie w środku buszu, aborygenów. Kiedy tylko znalazłem się tam, wiedziałem, że wszystko to na nic. Moja przygoda będzie wyglądała zupełnie inaczej. Nie będzie aborygenów. Nie będzie buszu. Nie będzie wielkiej rafy. Australia jest zwyczajnie za wielka!

Znaki przypominające, że w Australii jeździmy po lewej stronie. Wilsons Promontory

Dziesięć dni postanawiam przeznaczyć na Princes Highway, czyli drogę z Sydney do Melbourne, zahaczając po drodze o kilka parków narodowych i dalej kawałek do Great Ocean Road. Potem powrót do Sydney przez Canberrę i Blue Mountains. Moje marzenia o Uluru muszą poczekać do kolejnej wizyty. W jedną stronę jest tam 3,5 tysiąca kilometrów. Australia zaskakuje zupełnie i na każdym kroku.

Pierwszy kontakt to lotnisko w Sydney. Jest tłok i gwar. Pełno Azjatów. Kolejki do kontroli paszportowej. Atmosfera trochę jak w USA. Pierwszy plask: urzędnik emigracyjny. – Po co Pan przyjechał do Australii? – Jakie ma pan Plany? – Hotele? – Auto? – Rezerwacje? – Dlaczego bilet powrotny jest do Dublina a nie do Warszawy? – Gdzie Pan pracuje? – Co Pan robi? – Ma Pan wizytówki? (Jasne, zawsze biorę na urlop cały plik…) – Ile ma Pan pieniędzy? – Myśli Pan, że to Panu wystarczy? (Na pewno nie, po to mam karty…) – proszę pokazać – OK. Może Pan iść. Witamy w Australii!

Lotnisko Sydney Kingsford Smith, Australia
Po 25 minutach czekania, pytań, znowu czekania, kolejnych pytań i przejścia przez kwarantanne jestem w Australii! Zapominam o faszystowskiej kontroli, w porównaniu z którą ta w USA wydaje się dziecinną zabawą. Pędzę na pociąg do Sydney. Po drodze zatrzymuje się i odwracam w kierunku drzwi lotniska. Za nimi widok jak na każdym lotnisku – od Warszawy poprzez Charleroi i Londyn aż do Los Angeles – podjazd, pełno samochodów. Typowy przedlotniskowy bałagan. Musze to zrobić. Prawie wybiegam na zewnątrz zaciągnąć się Australią. Jest listopad a naokoło cieplutko. Palmy, zieleń, słońce zachodzące gdzieś za parkingiem.

Na twarzy banan. Jestem w Australii !!! Marzenie z dzieciństwa spełnione. Zawsze było tu tak daleko. tak drogo. Nareszcie mogę realizować swoje marzenia. To cudowne uczucie. Pijany tą odrobina Australii jadę pociągiem do Sydney. Wysiadam w samym centrum – w Hyde Parku. Jest już po 19:00. Powoli zmierzcha. Wychodzę na powierzchnię. Brudny spocony. Niedomyty po tygodniu a Fidżi. Spalony słońcem. Czuje się trochę jak nurek. Jestem w środku parku. Ściągam plecak. Rozglądam się. Wtedy to się dzieje.

gmach opery w Sydney, Australia

Sydney mnie łapie z całej siły i przytula. Przyciska do siebie. Uwiesza się na mnie niczym koala. Znowu banan. Zaczynam się uśmiechać. Nie do siebie. Do tego miasta. Ono mnie obejmuje. Tuli tak mocno, że czuje się jak w domu. Miłość od pierwszego wejrzenia. Już wiem, ze moje plany ulegną zmianie. Wystarczyła 1 minuta. To bezapelacyjnie najprzyjemniejsze miasto jakie w życiu widziałem. Miałem być w Sydney jeden dzień. Już wiem, że chce zostać co najmniej 2-3. Ale to później. Na deser.

spacer nabrzeżem Sydney - dzielnica The Rocks - Australia

Kolejne zaskoczenie to hostel. Wybieram najtańszy. Pierwszy kontakt to szok. Jestem jedynym turystą. Okazuje się, że pomimo przejść jestem tu najczystszy. Goście to głównie Francuzi, Niemcy i Hiszpanie. Emigracja zarobkowa z Europy. Tak. W większości nielegalna. Przyjeżdżają tu i pracują na budowach, w barach, jako listonosze, na call-center. Mieszkają w takich hostelach miesiącami, bo to i tak najtańsza opcja na nocleg w mieście. Plusem jest to, że ludzie się tam znają, więc atmosfera jest bardzo przyjazna. Minusem jest to jak wyglądają pokoje. W życiu nie widziałem w hostelu większego syfu. Aż do mojej kolejnej wizyty w Sydney.

hostel w Sydney - totalny bałagan, średnia długość pobytu liczona w miesiącach

Na drugi dzień czuję się jeszcze dziwniej. Czysty. Świeże ubrania. Kluczyki od wypożyczonego auta. Naokoło mnie styrani Niemcy kończący w pośpiechu kanapki z jakąś mielonką, lecący do pracy na budowę. A ja lecę na moją australijską przygodę! Albo tak mi się tylko wydaje.

Mój Nissan Micra, którym będę zdobywać Australię

Jazda autem po Sydney to prawie samobójstwo. Ruch lewostronny to nic. Najgorsza jest kierownica po prawej stronie i ręczne zmienianie biegów. Za dużo zmiennych parametrów. Trochę człowiek wariuje. Czuje się jak puszczony po rollercoasterze bez zapiętych pasów. Pierwsza godzina to jazda prawie wyłącznie na jedynce. Albo pilnuje zmiany biegów, albo tego, żeby trzymać się właściwej strony jezdni. Automat jest wygodniejszy. Przyzwyczaję się dopiero po jakiś dwóch dniach.

Widok na Sydeny z Watsons Bay. Australia

Pierwszy punkt to Watsons Bay. Wiedziałem, że chce tam jechać, kiedy zobaczyłem okładkę Lonely Planet East Coast Australia. Prześliczna zatoka z szafirową wodą. Malutka plaża. Złoty piasek. Wokół skały. I widok na całą zatokę z hipnotyzującą panoramą Sydney w oddali. Nie ma słońca. Nie ma szafirowej wody. Ale jest widok na Sydney. Jest w nim coś magicznego. Wprost mnie korci, żeby wrócić, odstawić samochód i wtopić się w to miasto. Naokoło spokojne przedmieścia Sydney. Tak – to miasto to idealne miejsce do życia. Zieleń, spokój, naturalne piękno. Wydaje się, że tempo życia jest tu zupełnie inne, że wszystkie problemy omijają to miejsce szerokim łukiem. Że tu można po prostu żyć. Że tu pracuje się właśnie po to żeby żyć, a nie na odwrót.

Watsons Bay - jedna z dzielnic Sydeny, Australia

Jadę na południe. Od tej pory, moja Australia to droga. Tutaj nie ma warunków do innej turystyki. Transport jest koszmarnie drogi. Jak wszystko inne. Australia zaskakuje po raz kolejny. Przeraża mnie cenami. Jest tu drożej niż w Wielkiej Brytanii. Wizyta w supermarkecie to lekcja pokory. Ale po woli w mojej głowie pojawia się plan co i jak będę jadł. Knajpy odpadają. Nie chce też się żywić w Pizza Hut. Będą steki robione na publicznych grillach, pastrami, bułki… Owoce i warzywa są apokaliptycznie drogie.

Royal National Park, przedmieścia Sydney, Australia

Droga mnie zaskakuje. Spodziewałem się klifów, drogi nad oceanem, fal rozbijających się o brzegi. A tu droga leci przez środek lasu. Potem buszu. Fotoradary. Wszędzie fotoradary i policja. Nawet w środku niczego. Jeżeli znak mówi 100 km/h wszyscy jadą tyle i ani o km/h szybciej. Mandaty są drogie jak wszystko inne. do tego droga jest pusta.

droga w Australii, Nowa Południowa Walia

To droga pomiędzy dwom największymi miastami kontynentu! A zdarza się, że przez godzinę nie mijam ani jednego auta. W środku tygodnia. Co i raz droga zjeżdża nad ocean i mogę się upajać widokami malowniczych miasteczek. Wollongong, Kiama, Nowra. Kilka mniejszych. Wszystkie wyglądają jak senne miasteczka nadmorskie. Ostre, soczyste kolory Pacyfiku, nieba, piasku i trawy podkreślają ich urok.

Plaża w zatoce Jarvis Bay, Nowa Południowa Walia

Zatrzymuje się na chwilę nad Jarvis Bay. To jedno z tych miejsc, w których każdy powinien znaleźć się przynajmniej raz w życiu. Przepiękna zatoka. Skały odsłonięte przez odpływ. Plaże pokryte śnieżnobiałym, delikatnym piaskiem. Automatycznie ściągam buty i idę po piasku. Przed siebie. Od morza wieje świeża bryza. Naokoło szumią drzewa. Zupełnie inne niż te, które znam z Europy. Jak wszystko tutaj.

Zatoka Jarvis Bay, Nowa Południowa Walia, Australia

Flora i fauna, po nawet krótkim przyjrzeniu, okazuje się zupełnie inna od tego co widzimy wszędzie indziej na świecie. Kilkadziesiąt metrów od brzegu na falach kołysze się mały statek. Obraz, który tworzy w mojej głowie najpiękniejszą pocztówkę wspomnień.

Przytulny hostel dla surferów w Ulladulla, Nowa Południowa Walia, Australia

Na noc zatrzymuje się w Ulladulla. Nie mam planu. Jadę przed siebie. Noclegu szukam na bieżąco. Trafia się jakiś hostel dla surferów. Pusty. Okolica senna. Małe domki poutykane pomiędzy drzewami. Wszystko rozsiane na łagodnych wzgórzach nad samym oceanem. Całość skąpana w delikatnych chmurach wilgoci nadciągającej znad Pacyfiku. Wygląda jakby miasteczko było spowite dymem.

Przepiękna Ulladulla, plaża, po której można po prostu chodzić. Godzinami

Chcę wykorzystać każdą wolną chwilę więc lecę na plażę. Nie żeby się opalać czy kąpać – raczej nie ma do tego warunków. Tutaj wystarczy być nad wodą. Chodzić. Patrzeć. Wąchać. Chłonąć. Nigdy morze nie sprawiało mi takiej radochy.

Jeżozwierz w Ulladulla, Nowa Południowa Walia, Australia
Wracając znad brzegu, w pewnym momencie nie wiem dlaczego, ale się odwracam. Dosłownie koło mnie po trawie wędruje sobie kolczatka australijska. To pierwsze z „dziwnych” zwierząt jakie tu spotykam. Jest po prostu boska!

Kolejne malownicze miasteczko w Nowej Południowej Walii - Narooma - Australia

Kolejny dzień to droga dalej na południe. po drodze zatrzymuje się w Narooma. Przy moście trafiam na sklep rybny, w którym sprzedają swieżutkie ostrygi. Prosto z morza. Od razu dają cytrynę i widelczyk do wyciągania. Wszystko gotowe. Obrane, nacięte. Kusi mnie. Nigdy nie próbowałem ostryg. To jest idealny moment aby spróbować. Mówię sobie, ze za wcześnie. Że to, że tamto… w końcu jadę dalej. Żałuję. To jeden z tych momentów, kiedy mam okazję zrobić coś, czego jeszcze dotąd nie robiłem. Nie wiem dlaczego, ale często wtedy włącza się jakiś bezsensowny mechanizm. Mówię sobie: – zrobię to później. – jeszcze będzie okazja. Gucio prawda! Potem zawsze żałuje. A mogłem to zrobić. Nie warto takich rzeczy odkładać. Nie warto sobie wmawiać, że zrobimy coś później. Żyć! I przeżywać! Kolekcjonować wrażenia. Obrazy. Smaki. Tu i teraz.

sklep ze świeżymi ostrygami w Narooma, Nowa Południowa Walia, Australia

W przewodniku czytam o starym miasteczku Central Tilba. Odbijam więc nieco z drogi i jadę do jednej z pierwszych osad w Australii. Położona jest pośród zielonych wzgórz. Piękne wiktoriańskie domki. Zatrzymuje samochód zaraz za zjazdem z Princes Highway. Poczułem coś w powietrzu. Zapach, który mi się kojarzy z czym innym. Nie z Australią.

Central Tilba - przepiękne miejsce w Nowej Południowej Walii, Australia

Zatrzymałem się z widokiem na zielone wzgórza. Stoję i wącham. Najpierw wydawało mi się, że czuję coś w stylu mieszanki chińskich przypraw do kaczki. Taki mocny aromatyczny miks ziołowy. Czuć go praktycznie w każdym Chinatown na świecie. Najbliżej w Londynie. Każdy kto podróżuje z nosem na miejscu wie o co mi chodzi. To było dziwne. Skąd ma tu pachnieć „chińczykiem” Potem dowiedziałem się, ze to mieszanka eukaliptusa i miejscowych kwiatów. Co mnie jednak zaskoczyło – intensywność tego zapachu. Czułem się jak w kwiaciarni. Był tak mocny i trwały. Czułem go cały czas. A stałem na rozległej pofalowanej pagórkami przestrzeni. Miałem tam tylko zajechać i pstryknąć kilka zdjęć a spędziłem tam kilka godzin snując się po łąkach i pagórkach. Wśród drzew, prześlicznych ogródków. Cały czas upajałem się odurzającym zapachem Tilby. Pierwszy raz w życiu czułem zapach tak intensywnie. Czuje go za każdym razem kiedy wspominam te kilka godzin. Ta pocztówka w głowie jest mocno zapachowa!

Central Tilba - przepiękne miasteczko w Nowej południowej Walii, Australia

Następny przystanek to Eden. Malownicze miasteczko z równie malowniczym portem i punktem obserwacyjnym, z którego można podglądać wieloryby. Mimo zwyczajności, w porcie jest coś co przyciąga. Sam fakt siedzenia na kei i obserwowania ogromnych pelikanów zasadzających się na cokolwiek do jedzenia, rybaków przebierających połów i czyszczących małże jest magiczny.

Eden - miasto wielorybnicze w Nowej Południowej Walii, Australia

Punkt widokowy nie rozczarowuje. Cypelek porośnięty gęstymi, soczysto-zielonymi krzewami i drzewami z widokiem na zatokę i ocean. Tabliczka mówi, że tu mieszkańcy Eden wyczekiwali na wieloryby wędrujące po pobliskich wodach. W polowaniu na wieloryby pomagały ludziom orki, które zaganiały ogromne ssaki wprost pod harpuny rybaków. Ot tak. Australia zaskakuje. Eden to dla mnie także skok adrenaliny. Upojony widokami z Rotary Park, prawie zaliczam dzwona. Zapomniałem, że tu się jeździ po lewej stronie. Na szczęście Australijczycy są czujni.

Punkt widokowy w okolicach Eden w Nowej Południowej Walii, Australia

Nareszcie! Pojawiają się pierwsze oznaki obecności kangurów. Znaki drogowe! Czekałem na nie. Już przy pierwszym zatrzymuje się i robię dziesiątki zdjęć. Z każdej strony. Pod każdym kątem. Selfie z rąsi. Z samochodem. W okularach bez. Od tej pory, mijam te znaki średnio co 10 minut. Nuuuda..

znak - uwaga kangury - przy drodze w Nowej Południowej Walii, Australia

Opuszczam Nową Południową Walię i wjeżdżam do Victorii. Pierwszy przystanek to Mallacoota. W przewodniku zbytnio się nie rozpisują o tej mieścinie. Tymczasem trafiam tu na jeden z największych kempingów jakie widziałem – Foreshore Camping Park – na ponad 200 aut. W kolejnych dniach okaże się, ze mało w życiu widziałem. Mimo, że kemping jest ogromny, jest dość pusto. Stanowię sensację, kiedy okazuje się, że nie mam campera ani namiotu z trzema pokojami i przedsionkiem. Mam tylko czerwoną Micrę. I będę w niej spał.

Mallacoota - Foreshore Camping Park - przepiękne miejsce na nocleg. Zaraz za granicą Nowej Południowej Walii, już w stanie Victoria. Australia

Znajduje idealne miejsce. Nad wodą. Pomiędzy dwoma drzewami. Taki widok jaki chciałbym mieć kiedy będę się kładł spać i kiedy będę wstawał rano. Widok idealny. Z prawej Ocean, z lewej jezioro, przede mną Goat Island. Widok dopełnia woda w niesamowitym kolorze. Nie ma słońca. Są chmury. Mimo to barwa wody jest niesamowita. Taki poszarzony szafir. To miejsce bije energią.

Mallacoota - wieczorny widok na ujście Wallagaraugh River

Jeszcze przed spaniem postanawiam spełnić kolejne z moich marzeń. Chce zobaczyć kangury. Pani w biurze kempingu mówię, że jestem trzeci dzień w Australii i nie widziałem jeszcze kangura. – jedź na pole golfowe, 500 metrów stąd. – Jak je znajdę? – nie trzeba szukać. Są wszędzie. Do samochodu dosłownie doskakałem z podekscytowania i po chwili byłem na polu.

Mallacoota - spacer po okolicy ujścia rzeki Wallagaraugh River, Victoria, Australia

Szykowałem się na ten moment. Nie mogłem się doczekać. Nic nie jest w stanie przygotować na widok żywego kangura na wolności. To zwierzę to absolutny hit. Nie podobne do niczego. Głowa sarny zamocowana na jakimś tułowiu nie z tej ziemi. Po prostu kosmos. Skakałem ze szczęścia jak głupi. Przyjechałem patrzeć na kangury. Tymczasem to one patrzyły z daleka. Na mnie i na siebie na przemian. Jakby nie dowierzały i pytały się – co to za idiota?

Kangury na polu golfowym w Mallacoota, Victoria, Australia

Kangury. Kilkanaście z nich. w różnych rozmiarach. W różnym wieku. W różnych pozach. Skaczą. Kicają. Leżą. Turlają się. Sposób w jaki się poruszają. Ich sylwetki. To jest abstrakcja. Australia. Całe pole golfowe to ich pastwisko. Oczywiście ani śladu golfistów. Jestem zachwycony.

Kangury obserwujące mnie na polu golfowym w Mallacoota, Victoria, Australia

Mam jeszcze chwilę, chce się przejść po plaży Croajingolong National Park. Dojeżdżając do plaży mijam znaki mówiące o zagrożeniu pożarowym. W ogóle cała Victoria wydaje się śmiertelnie obawiać pożarów. Już wiem dlaczego. Zostawiam auto pod granicą buszu. Generalnie nie zdajemy sobie sprawy co to jest – busz. Do tej pory myślałem, że busz to jakieś krzaki lub wysoka trawa. Busz to niewysokie drzewa. Rosną tak gęsto i są tak suche, że przypominają stos ogniska. Jeden wielki stos suchego drewna, rozciągający się na setki kilometrów. Wystarczy jedna iskra.

W drodze na plaże. Auto zaparkowane przy samym buszu. Mallacoota, Victoria, Australia

Park to inny świat. Przechodzę przez wydmy i ledwo uchodzę z życiem przed chmarami much. Muchy w Australii to prawdziwa plaga. Są okropne. Duże, czarne i upierdliwe. Normalnie mucha siada, ale kiedy zaczynamy machać rękami to odlatuje. Tutejsze mają nas gdzieś. Robią co chcą.

Przepiękna plaża Croajingolong National Park, Mallacoota, Victoria, Australia

Wzdłuż brzegu ciągnie się kilometrami szlak. Można iść kilkadziesiąt kilometrów. Dalej za Lakes Entrance zaczyna się Ninety Mile Beach. I dalej można tak iść i iść. Ja idę tylko parę kilometrów. Ale czuje się jak na bezludnej wyspie. Ani żywej duszy. Mam dwa skojarzenia. Pierwsze to plaża na Helu. Drugie to ostatnia scena z „Planety Małp”, więc podświadomie szykuje się na widok zasypanych resztek Statui Wolności. Atmosfera naprawdę robi wrażenie. Szczególnie kiedy kontempluje się miejsce w samotności.

Spacer plażą Croajingolong National Park, Mallacoota, Victoria, Australia

Ten dzień obfitował we wrażenia. Wieczór na kempingu tez jest taki jaki miał być. Mój plan żywieniowy zakłada wykorzystanie publicznych grillów, które są praktycznie wszędzie. Wystarczy przyjść ze swoim stekiem. Oczywiście Australijczycy maja do tego przyprawy, oliwę i przyrządy do grillowania. Ja radzę sobie mając tylko scyzoryk.

Mallacoota - Foreshore Camping Park - przepiękne miejsce, Victoria. Australia

Na szczęście wino jest tutaj zakręcane a nie korkowane. Kolejny przepiękny dzień. Kolejne wrażenia. Dziesiątki obrazów, wspomnień. Odbieram moją nagrodę. Siedzę na pomoście i sączę Curious Kiwi – przepyszne wino z Nowej Zelandii. Jest po 20:00 w domu dopiero zaczyna się dzień. Biuro, poranna kawa, maile, spotkania. A ja jestem tutaj. Po kolejnym niesamowitym dniu. Czuję, że żyję. I przeżywam. Czuje się, jakby życie, które miałem toczyło się gdzieś z boku, beze mnie. I dobrze mi z tym. Mam urlop. Problemy i tak mnie kiedyś znajdą. Ale jeszcze nie dziś! Dziś jest Australia.

Mallacoota, Victoria, Australia