Cape Point Park - strusie biegają tu wszędzie. Kapsztad, RPA

T.I.A. This Is Africa

Dzisiaj wracam na przylądek. Plan jest taki, że zostawiam samochód i chodzę. Chodzi o to, żeby zaczerpnąć tej magii Przylądka Dobrej Nadziei. Nacieszyć się tym co widziałem z samochodu i podczas częstych ale krótkich postojów. Chcę poczuć to pod nogami. Iść, przedzierać się przez spękaną słońcem ziemię, pośród suchych krzaków. Chcę chociaż przez chwilę być częścią tego miejsca. Branie tego miejsca po kawałku, z auta mi nie wystarcza.

szlak w Cape Point Park, RPA

Miałem szczęście, bo poprzedniego wieczora, cała ekipa w hostelu zbierała się na imprezę. Namawiali mnie długo. Ja byłem twardy, tłumaczyłem, że dzisiaj chce wcześniej wstać i ruszyć na szlak.
– Na jednego… No, co ci szkodzi?
– Piszę, z Dziewczyną…
– Powiedz jej, że Internet wysiadł, odkładaj to i chodź… Idziemy do baru.
– …??? No jaaak ???
– Stary, tutaj mówimy: T.I.A. – This Is Africa. To tłumaczy wszystko.

cape point park - szlaki piesze, Kapsztad, RPA

Okazuje się, że zostanie w hostelu było dobrym pomysłem. Wszyscy, łącznie z obsługą leżą struci, ledwie żywi. A ja o 9:00 rano jestem już na przylądku. Parkuje samochód na pierwszym postoju zaraz za wjazdem – tuż nad Smithswinkel Bay, upewniam się, że NIC nie zostało na widoku i zaopatrzony w dużą ilość wody idę na szlak. Ruszam ścieżką na Kanonkop. Zostawiam za plecami grupy turystów emerytów, którzy zatrzymują się tu jedynie na chwilę. Schodzą kilka stopni na ławeczkę, patrzą na przepiękną zatokę, robią kilka zdjęć, wsiadają z powrotem do samochodów i jadą dalej. Ciekawe czy ktoś w ogóle wie, że tu jest szlak. Nie spotkałem po drodze, ani w ogóle w parku, nikogo kto by chociaż sprawiał wrażenie, że chodzi.

jeden z nadmorskich szlaków na Cape Point, Smithswinkel bay, RPA

W zasadzie sam też nie jestem wzorowym trampem. Wszystko co tu przywiozłem mieści się w małym plecaku podręcznym. Jedne spodnie, jedne trampki, dwa T-shirty, 2 komplety bielizny, aparat i wystarczy. Mimo to staram się trochę poruszać. Szlak nie jest szczególnie wymagający. Ciągnie się wzdłuż całego przylądka aż do samego końca – do Cape Point. Według mapy, w 8 godzin powinienem tam dotrzeć. Czyli zrobię to w 6,5 godziny. Przechodzi mi to przez myśl. Plan prosty: idę do samego końca, na Cape Point łapię stopa z powrotem aż do parkingu, gdzie zostawiłem auto. Jedyny minus to jedna butelka wody i brak jedzenia. Od kiedy taka bzdura może mi przeszkodzić? Po drodze jest Buffelsfontein Visitor’s Centre – tam mogę uzupełnić zapasy. Więc idę.

droga na Kanonkop z górskiej zamienia się w sawanne, Cape Point Park, RPA

Początkowo droga prowadzi przez płaską równinę parku. Mimo że niedaleko biegnie główna droga, czuję się jak w zupełnie odludnym miejscu. Po jednej stronie mam urwisko, poniżej którego rozciągają się szafirowe wody False Bay. Po drugiej rozpościera się morze trawy i krzaków. Jest koszmarnie gorąco i mimo bliskości wody sucho. Czuję, że dosłownie woda ze mnie paruje. Zapach rozgrzanej trawy i krzaków przypomina zapach suchej sauny w połączeniu z nieznanym mi dotąd ziołowym aromatem.

Cape point park - szlak pnie się w górę, by po chwili stromo schodzić w dół, RPA

Ta przedziwna formacja roślinna, którą trudno mi nawet określić – czy to jeszcze zarośnięta pustynia? Sawanna? Czy może niski busz? – pulsuje życiem. Faluje delikatnie na wietrze. Krzaki soczyście zielone, bladożółte, popielato-szare. Wszystko to w nieustannym płynnym ruchu. Kiedy tak staję i patrzę naokoło, zaczyna mi się aż kręcić w głowie. Wydaje mi się, że stoję pośrodku falującego oceanu. Z krzaków co i raz coś wyskakuje, wylatuje, skrada się gdzieś niedaleko. Co chwila coś bzyczy, buczy, cyka, trzeszczy. Trawa działa na wszystkie zmysły. Jest zachwycająca i zarazem lekko przerażająca. Najdziwniejsza i najbardziej uzależniająca mieszanka uczuć.

busz w Cape Point Park na przylądku dobrej nadziei, RPA

Droga powoli pnie się do góry. Z czasem zaczynam się wspinać na Judas Peak. Góra ma mało imponujące 319 metrów wysokości, więc droga nie jest zbyt wymagająca. Nagle pojawiają się ogromne skalne schody i zaczyna się wspinaczka. Im wyżej wchodzę, tym piękniejszy widok roztacza się naokoło. Każdy metr powoduje, ze równina pode mną robi się jeszcze większa i jeszcze wspanialsza. Nabiera siły, energii i majestatu. Wchodzę coraz wyżej. Docieram na pod szczyt. Potem znowu schodzę. Droga pnie się na kolejne wzniesienie łańcucha. Znowu szczyt i w dół. I tak dalej. Droga po kolei przecina wzniesienia o charakterystycznym kształcie. Strome zbocze schodzące agresywnie do oceanu i drugie – łagodnie chylące się ku trawiastej równinie.

widok na False Bay ze szlaku na przylądek, RPA

Po godzinie marszu kończy mi się prawie woda. Oznacza to koniec wycieczki i powrót. A więc można być kozakiem, ale w takich miejscach nie ma żartów. Słońce mnie pokonało. Przegraną znoszę łatwo kiedy patrzę na dalszą część szlaku. Droga schodzi w dół i kręci po płaskim. Dalej jest już tylko trawa, krzaki, jakieś zabudowania. Nie wygląda to zbyt ciekawie, więc zawracam bez żalu. Mam szansę na inny szlak. Po drodze zatrzymuję się na jednym ze szczytów i rozglądam się jeszcze raz po okolicy. Zza szafirowej zatoki, gdzieś za delikatną mgiełką majaczy koniuszek przylądka. To kolejne miejsce, które swoją magią zapisuję się w moich wspomnieniach.

znowu docieram nad False Bay, Cape Point Park, RPA

Droga powrotna to zupełnie inny świat niż w przeciwnym kierunku. Tutaj przede wszystkim widzę góry i morze. Suchy grzbiet przylądka praktycznie znika za moimi plecami. Teraz raczy mnie widok na zielone góry Swartkopberge. Kilka razy aż staję. Staję i patrzę. Przypomina mi się fragment książki, którą czytałem jeszcze poprzedniego wieczora: „Nie dlatego patrzę, że mam oczy, lecz jakbym został obdarzony przez ten widok łaską patrzenia”. Nie potrafiłbym tego lepiej opisać. Tym sposobem droga powrotna faktycznie zajmuje mi więcej czasu. Cały mój spacer zamknął się w 3 godzinach.

jadę dalej do przylądka Gifkommetjie, po drodze mijam strusie, RPA

krajobraz parku przypomina nieśmiały raj po apokalipsie, Cape Point Park, RPA

Jadę na drugi brzeg przylądka, do Gifkommetjie. Przedzieram się przez główną drogę i zjeżdżam na jedną z niewielu bocznych drożynek. Tu już nikt nie jeździ. Jest pusto. Na tyle, że żyjące w parku strusie zwyczajnie spacerują sobie po drodze. Przejeżdżający samochód raczej nie robi na nich wrażenia, mimo to zachowują czujność i są nieufne. Tą część parku niedawno musiał nawiedzić pożar. Tu okolica wygląda już jak regularna pustynia. Nie ma trawy ani krzaków. Tylko piasek i porozrzucane czarne kikuty. Pośród nich drepczą nieśmiało wielkie strusie afrykańskie.

 Gifkommetjie - ruszam na szlak w poszukiwaniu wraku, RPA

szlak w cape point park, RPA

Szlak Hoek van Bobbejaan zaczyna się na skarpie, z której rozpościera się przepiękny widok na dolinę i ocean. Droga prowadzi od razu w dół po kamiennych schodach, pośród osmalonych kikutów. Idę dosłownie przez labirynt uschniętych, spalonych, powyginanych roślinnych szkieletów. Wydaje się, ze płonąc zastygły wszystkie w jakichś abstrakcyjnych pozach. Na dole jakby życie wróciło. Jakby dzięki wilgoci znad morza, wszystko odżyło. Tu z powrotem trawa i krzewy odbiły w górę. Jest soczyście zielono. Całość znowu delikatnie tańczy na wietrze.

Hoek van Bobbejaan - szlak w parku cape point, RPA

przylądek dobrej nadziei jest przepiękny, RPA

Droga robi się cięższa. Jest nadal gorąco, ale na niebie pojawiły się chmury. Pogoda zmieniła się dosłownie w kilkanaście minut. Teraz jest gorąco i wilgotno. Do tego na dole jest jeszcze gorzej. Jestem cały mokry. Do tego niemal całkowicie ustał wiatr, który na skarpie nade mną wesoło hulał. Idę wzdłuż brzegu na północ. Szlak ciągnie się przez niski labirynt przepięknych, soczyście zielonych krzaków, których kępki coraz odważniej zarastają piaszczysty pas zaraz za kamienistym brzegiem oceanu. Momentami krzaki robią się tak gęste, że szlak zupełnie się urywa i muszę zboczyć na plażę usypaną z szarych otoczaków.

kamienisty brzeg na szlaku w parku przylądka dobrej nadziei, RPA

szlak chowa się w zielonych krzakach, przylądek, RPA

szlak chowa się w zielonych krzakach, przylądek, RPA

Ta osobliwa dżungla nie dość, że rozrasta się na boki, to jeszcze pnie się coraz odważniej w górę, dosłownie pochłaniając szlak. Momentami droga prowadzi tunelem w krzakach. Wejście wygląda dość przerażająco. Zupełne nie wiadomo co kryje się w środku. Nie pomaga ciągły szelest pobliskich krzaków. W nich po prostu wszystko żyje – szczególnie dużo ptaków i owadów. Ale cóż… do odważnych świat należy. Największym wyzwaniem był pierwszy tunel. Kolejne to pestka.

 Szlak Hoek van Bobbejaan - przenoszę się w czasie i przestrzeni, RPA

Po krzakach z powrotem krzaki. Przynajmniej jest zielono. Docieram do znaku, który kieruje do pobliskiego wraku statku gdzieś niedaleko brzegu. Bez chwili wahania odbijam, żeby zobaczyć zardzewiały szkielet statku sterczący gdzieś roztrzaskany o skały. tak przynajmniej to sobie wyobrażam. w ekscytacji gubię szlak, ale nic nie szkodzi. Widzę brzeg i wiem dokąd się kierować. Staram się zwyczajnie robić wielkie susy nad coraz bardziej rozrzedzonymi kępkami krzaków. Docieram do szerokiej piaszczystej plaży

wrak statku przy brzegu przylądka dobrej nadziei, RPA

Cały czas szukałem wraku. Widziałem tylko jakieś śmieci i złom na przybrzeżnych kamieniach. Po statku ani śladu. Kiedy podszedłem bliżej, coś co wyglądało z daleka jak jakaś lodówka wyrzucona w lesie, okazało się właśnie moim wrakiem. Niestety niespokojne morze przez lada dosłownie rozniosło wrak na kawałki. Szczątki walają się w promieniu kilkudziesięciu metrów. Podejrzewam, że można by znaleźć je nawet dalej. Cóż, chyba poniosła mnie fantazja i moje oczekiwania. Szału nie było ale i tak warto było tu przyjść.

po dotarciu do wraku, wracam szlakiem, Cape point park, RPA

wyjeżdżam z przylądka dobrej nadziei, jadę do Hout Bay, RPA

Droga powrotna to głównie chodzenie na czuja. Początkowo znaki wprowadzają w błąd, bo żeby wrócić na parking, idę początkowo szlakiem oznaczonym jako „overnight” i wymagającym specjalnego pozwolenia. Kompletnie gubię szlak, więc po prostu przecinam wypaloną wyżynę, wspinam się na wzgórze, które widziałem z drugiej strony i docieram do w końcu do parkingu. Całość, łącznie ze zboczeniem na plażę i do wraku, zajmuje mi nieco ponad trzy godziny. Jedyny minus to to, że jestem cały umorusany węglem z osmalonych kikutów, pomiędzy którymi się przeciskałem. To oznacza rychłe mycie i pranie. Szczęśliwy zabieram się więc w drogę do Hout Bay.

Widok na miasteczko i zatokę Hout Bay, RPA

Hout Bay wyłaniające się zza gór, RPA

Chapman's drive - przepiękna, malownicza droga z Hout Bay do przylądka dobrej nadziei, RPA
W jakieś 3 godziny – oczywiście z przerwami i postojami w miejscach moich „krzyżyków” – docieram do miasteczka. Wita mnie w swoim stylu. Wiatrem niosącym tony piasku. Momentami wydaje mi się, że jestem w centrum burzy piaskowej. Zdążyłem się zainstalować w otoczonym zasiekami i siatką elektryczną hostelu i zrobić zakupy a wiatr niemal całkowicie ustał. Pozostały po nim jedynie chmury tańczące w oddali nad szczytami pasma Chapman’s Peak. Wyglądało to jak wodospad. Wielka puszysta biała masa spadająca ze szczytów do morza, rozpływająca się w powietrzu gdzieś w połowie.

zachód słońca i chmury spływające z gór pasma chapman's peak. Hout Bay, RPA

Stek z południowoafrykańskiej wołowiny i Piwo Windhoek - przepyszna kolacja z przepięknym widokiem na góry otaczające Hout Bay

Wkrótce po chmurach nie ma już śladu. Tutaj naprawdę pogoda potrafi się zmienić w jednej chwili. Zupełnie jakby ktoś wcisnął magiczny przycisk. Zabieram się za kolację. Po całym dniu chodzenia, należy mi się dobry stek z równie dobrym widokiem. Jedno i drugie mam na wyciągnięcie ręki, więc nawet nie przychodzi mi do głowy szukanie jakiejś restauracji. Jest supermarket, w hostelu jest super wyposażona kuchnia. A więc… Taka moja nagroda za dzisiejszy dzień.

wieczór w porcie w Hout Bay, mieszkańcy miasteczka się bawią, RPA

Wybieram się do pobliskiego portu. Dochodzi z niego gwar i odgłosy zabawy. A w porcie dzieje się IMPREZA. Na pirsie stoją zaparkowane samochody. Drzwi pootwierane, na cały regulator wesoła muzyka. Wokół grille domowej roboty, fajki wodne i co tylko dostępne dla poprawienia humoru. Jedzą, piją, „lulki” palą. Wesoło i żywo. Tu jest życie. Zupełnie inaczej niż w pozostałej części miasta – zamkniętej na cztery spusty za wysokimi murami, zasiekami i drutami pod napięciem – która sprawia wrażenie kompletnie wymarłej. Ludzie są weseli, chcą żeby im robić zdjęcia, zagadują, częstują. Nie chcą nic oprócz dzielenia się radością. To niesamowite ile jest w nich energii i życia.

foka wytresowana tak aby łapać rybę prosto z ust karmiącego, Hout Bay, RPA

zachód słońca w porcie, Hout Bay, RPA

Sam port jest bardzo malowniczy. Szczególnie pod wieczór, w ciepłym świetle zachodzącego słońca. Sennie kołyszące się łodzie i kutry rybackie niesamowicie kontrastują z żywiołową zabawą na pirsie. Na jednej z łodzi, znajduję tutejsze gwiazdy. Ogarnięty człowiek z rybą i łakoma foka. Razem tworzą przeuroczy duet. Gość był w stanie nauczyć fokę wyskakiwać z wody ponad burtę statku tak aby chwytać rybę z wyciągniętej ręki… lub prosto z ust. Mi taki „pocałunek” z foką wydaje się mało ekscytujący, szczególnie, ze mam w pamięci rybną woń tych łakomczuchów. Leniwe czy nie, widać, że dla jedzenia są w stanie się ruszyć. Taki miły akcent na koniec dnia. Padam z wrażeń i zmęczenia.

 

Hout Bay, RPA