Tikal Templo 1 Gwatemala

Tikál. Marzenie z dzieciństwa

Dzisiaj jadę na północ. Do Flores. Już prawie półmetek wyprawy. Jestem coraz bardziej podekscytowany. Przede mną najważniejsza część mojej wyprawy – Tikál. Wspaniała i majestatyczna, metropolia starożytnego państwa Majów. Czuje narastające podniecenie, jak przed pierwszą komunią, przed osiemnastką, czy przed pierwszym dniem w nowej pracy. Ten dzień się zbliża. Ten dzień zmieni moje życie. TO już jutro!

 

Tikál to dla mnie nie tylko punkcik na mapie, atrakcja turystyczna, którą trzeba zaliczyć podczas pobytu w Gwatemali. O nie nie. To coś więcej. To marzenie z dzieciństwa. Z czasów pierwszej czy drugiej klasy podstawówki, kiedy zobaczyłem w telewizji serial animowany Tajemnicze Złote Miasta. Pamiętam, że leciał na dwójce w poniedziałki, środy i piątki około drugiej po południu. Nie było powtórek, nie było Internetu, zdalnego nagrywania na wideo też nie. Moje życie kręciło się przez te kilka miesięcy wokół serialu. Leciałem po szkole do domu, żeby zdążyć na serial. Nie było podwórka, nie było zabaw. Nieszczęściem było, kiedy trzeba było gdzieś iść – do lekarza, do dziadków itd. Był płacz, dlaczego akurat wtedy. Każdy stracony odcinek to był mój mały koniec świata. Serial wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Podróż trójki dzieci przez krainę Inków, potem Majów, w poszukiwaniu złotych miast gdzieś w Nowym Świecie. Ten klimat, te przygody. To było moje drugie życie. Tam pierwszy raz zobaczyłem ruiny miast Majów schowane gdzieś w dżungli. Zacząłem czytać, szukać po bibliotekach, encyklopediach (nie było wtedy Google). Trafiłem na nazwę Tikál i jakieś stare zdjęcia. Wiedziałem, że kiedyś tam pojadę. Sześć lat temu spełniło się pierwsze moje marzenie – kolega przywiózł mi z Wysp Tajemnicze Złote Miasta na DVD – wszystkie odcinki. Jutro kolejne – zobaczę Tikál!

mcog

A więc jadę busem do Flores. A raczej do Santa Elena, bo to jest właściwe miasto. Flores to de facto dzielnica Santa Elena położona na wyspie na jeziorze Flores. Z lądem połączone jest 400-metrową groblą. Przejazd trwa – jak to w Gwatemali – oczywiście 8 godzin. Bus odjeżdża – o dziwo – tylko 15 minut spóźniony. Droga jest dość męcząca. Drogi są w nie najlepszym stanie. Trzęsie. Ale jest wesoło. Poznaję sympatyczną parę Niemców – Adama i Lenę. Budzą moją szczerą sympatię pomimo, że oboje są wegetarianami. Mam zwyczajnie wrodzoną nieufność do kogoś, kto nie je schabowego z powodów ideologicznych. Gadamy cały czas. Zazdroszczę im, bo maja oczywiście więcej czasu niż ja – dwa miesiące. W Lanquín byli 4 dni, we Flores chcą zostać też kilka dni. Pocieszam się, że ja za to za bilet do Gwatemali zapłaciłem 3 razy mniej niż każde z nich! Znają trochę polski – przynajmniej jedno słowo, o czym przekonuję się, kiedy roześmiani pokazują mi nazwę przydrożnej restauracji „Restaurante la Curva”. – La curva, he he he… No nie wiem, mnie to jakoś nie śmieszy. W sumie przykro mi się zrobiło, że cudzoziemcy znają zazwyczaj tylko jedno polskie słowo – to najczęściej używane przez naszych rodaków. Faktycznie, słychać je dość często – w Londynie, w Berlinie, w Stavanger. Gdziekolwiek są Polacy. Żal.

img_6736

Krajobraz za oknem się bardzo zmienia. Kończą się góry, doliny, deszczowe lasy. Zaczynają się tropiki bardziej nizinne. Dużo palm kokosowych, przepięknych, kwitnących na różowo, czerwono i biało krzewów – niestety nie wiem jak się nazywają. Ale są boskie. Wjeżdżamy do regionu Petén i przechodzimy przez kontrolę. Ze względu na inny ekosystem regionu – jak się wydaje – niezwykle wrażliwy, obowiązuje tu zakaz wwożenia jakichkolwiek roślin, szczególnie owoców i warzyw. Są podzielone na trzy grupy. Banany należą do ściśle zabronionej grupy, więc nie wolno ich przewozić. Oficerowie służby sprawdzają bagaże i zabierają owoce. Na szczęście zjadłem banany wcześniej. W drugą stronę kontroli nie ma, więc przepyszne banany z Petén można przywieźć do Gwatemali.

img_9350

Dojeżdżamy do Sayaxché i nagle postój w kolejce razem z innymi busami, tuk-tukami i masą ciężarówek z krowami, piwem, Coca-Colą i innym „wszystkim”. Niespodzianka. Prom. Na mapie droga wygląda normalnie. Leci droga na północ, przecina Sayaxché i idzie dalej do Santa Elena. OK, jest jakaś rzeka, ale jak na europejskiego ignoranta przystało, naiwnie założyłem, że jest most. Nie ma. Jest prom. I to konkret. Prom to pływający kawałek barki. Bez napędu. Za napęd służą cztery kawałki ogromnych blaszanych beczek czy innych pojemników przyspawane z boków „promu”. Po bokach siedzi dwóch gości i obsługuje 75-konne silniki Yamaha. W ten sposób pływa prom. Ale jak pływa!? Całość wygląda idealnie płynnie, dosłownie jak balet. Jestem pod wrażeniem. Jakież Ci ludzie mają wyczucie. Prom dosłownie sunie przez rzekę. Panowie włączają i wyłączają silniki, kręcą nimi, żwawo przeskakują między beczkami po swojej stronie promu.

img_9365
Druga sprawa to pojemność promu. Czekając na naszą kolej obstawialiśmy ile aut wejdzie na prom. Okazało, się, ze wchodzi kilka razy więcej niż się spodziewaliśmy. To co widziałem, było za dużo jak na mój swobodny polski umysł. Ciekaw jestem co sobie pomyślał Niemiec z Dusseldorfu, którego plecak był spakowany niczym jakiś abstrakcyjny kuferek, gdzie każdy przedmiot miał swoją przegródkę i gumkę, żeby nie latał, T-shirty były zapakowane w próżniowe torebki a skarpetki złożone w coś, czego w życiu jeszcze nie widziałem. Tak sobie generalnie wyobrażam wnętrze szwajcarskiego zegarka w powiększeniu.

Doczekaliśmy się promu. musieliśmy pozamykać okna, bo obok nas stanęły ciężarówki przewożące bydło. A na wysokości naszego okna był akurat otwór, przez który wypływało łajno. Leciało wszędzie z siłą górskiego potoku. Nie wiedziałem, że ciężarówka krów jest w stanie tyle tego wyprodukować. Trochę pobrudziło nam busa. Po chwili, ciężarówka podjechała do przodu, dla lepszego wyważenia promu. Pecha mieli panowie na pick-upie przed nami – otwór był teraz centralnie nad „paką” musieli się szybko ewakuować, a potem myć auto.

img_6808

Potem droga do Santa Elena poszła szybko. We Flores byliśmy ok 17:00. Na miejscu coś na co trzeba cholernie uważać. Szczególnie we Flores. Do busu wsiada „kojot” z San Juan Travel. Biuro mieści się po prawej stronie zaraz przed wjazdem na groble prowadzącą do Flores. Od razu widać – grubszy cwaniak z wielką szramą na twarzy. Niedobrze mu z oczu patrzy. Wita nas we Flores, busik wywozi nas do bankomatu przy jakimś zadupiastym supermarkecie. Cwaniak mówi, że to jedyny działający „cajero” w okolicy, że na wyspie nie ma, nie da się też już wymienić dolarów, bo jest po 17:00 (banki niestety są otwarte do 17:00). Przy okazji zaczyna zachwalać wycieczki do Tikál: sunrise tour, sunset tour, guided tour itd. Ma najtaniej, najlepiej kupić od razu i jechać jutro, bo w niedzielę Gwatemalczycy mają darmowy wstęp i będą tłumy. Oczywiście nic z tego co mówi nie jest prawdą. Cwaniak. Wszyscy niestety łykają jak młode pelikany. Niemcy i Francuzi kupują wycieczki sunrise tour. Czuję trochę presję bo wszyscy już z biletami w dłoniach i wymieniona kasą (kurs bandycki 1USD=Q6, w banku za Q7,6) patrzą na mnie jak na szaleńca. Ja spokojnie mówię, że sobie poradzę. Próbowałem Adamowi i Lenie uświadomić, że gość ich rąbie, ale nie chcieli słuchać. Ich strata. Kojot zajął nam trochę czasu.

img_9498
Na wyspę dotarliśmy o 19:00. Nie miałem załatwionego noclegu i już się ściemniało. Postanowiłem zatrzymać się tam gdzie oni – w hostelu Los Amigos. To jeden z tych raczej imprezowych hosteli prowadzonych przez Anglików lub Amerykanów – podobnie jak poprzednie: Fe w San Pedro La Laguna i Zephyr w Lanquin. Nie ma miejsc w dormie, jest tylko dwójka za Q140. To jakieś 60 PLN – moje najdroższe spanie w Gwatemali. Trudno, nie chce mi się szukać dalej, muszę jeszcze wymienić pieniądze – spłukałem się w Lanquin – i załatwić wycieczkę na rano. Biorę pokój – jak się okazuje domek na drzewie bez szyb w oknach, jedynie z bambusowymi roletami. Na drzewie wśród obłędnie pachnących kwiatów (znowu nie wiem jak się nazywały). Pomyślałem, że jestem w niebie. Kolejne dobrze wydane pieniądze. Musiałem się chociaż na chwilę rzucić na obłędnie wygodne – podwójne łóżko – i rozprostować kości.

img_6819

Potem szybka wycieczka w celach organizacyjnych. Oczywiście z bankomatami i kantorem nie ma problemu. Kasę wymienia każde biuro, kursy różne. W centrum handlowym Mundo Maya jest bank Banrural, wymieniający pieniądze do 20:00. To zaraz przy grobli – dosłownie dwa kroki od biura San Juan Travel, gdzie gość mówił, że nie ma w pobliżu żadnych bankomatów i banków. Cwaniak. Samo biuro jest OK, organizuje i tak 90% wycieczek z Flores, wiec niezależnie gdzie się kupi bilet, i tak się jedzie z nimi. Trzeba tylko uważać na takich cwaniaków. Po prostu nie dać sobie wciskać kitu. Przy okazji robię zakupy w supermarkecie – jest taniej niż w sklepach na wyspie. Zapasy na drogę są, jeszcze tylko wycieczka. I tutaj niespodzianka – najtaniej wypadają wycieczki w hotelu. Wszyscy namawiają mnie na oglądanie wschodu słońca z pobudką o 3 rano (Q150 + Q150 za bilet do parku). Mam przeczucie, że to nie jest dobry pomysł, poza tym chce się wyspać. Biorę wycieczkę za Q60 – sam transport do Tikál. To chyba najlepsza opcja, bo innej na dostanie się do parku zasadniczo nie ma.

img_6747

Po drodze do Flores pękły mi moje ulubione okulary. Po długich poszukiwaniach „kropelki” siadam w barze przy piwie i zaczynam operację klejenia okularów. Nie wiedziałem, że to taki super sposób na „zagajenie”. Od razu przysiada się do mnie kilka osób i dopingują. Pewnie się zastanawiali po co kleić okulary skoro można kupić nowe. Bo je lubię. Bo sporo w nich przeżyłem. I będę je kleił dopóki nie będą się składały w 90% z kleju. Dzięki okularom stałem się trochę atrakcją wieczoru i poznałem masę osób. Każdy gadał o Polaku, który po ciemku kleił swoje okulary! Mimo zmęczenia podróżą i całym tym lataniem za Quetzalami, zakupami, klejem i biletami wypijam parę piw z nowo poznanymi ludźmi. To dziwne, ale poczułem się jakbym tu już był co najmniej z tydzień i wszystkich znał. Takie miejsce. Tacy ludzie. Okazuje się, że sporo osób jedzie jutro ze mną do Tikál.

img_6749

To ten dzień! Po budka o 4:30, szybki prysznic i do busa. Czuje się jak małe dziecko w Wigilię czekające na pierwszą gwiazdkę. Na sygnał od rodziców, „już!”, nurkuj pod choinkę. Z prezentów dawno już wyrosłem, ale na to czekałem tyle lat. Nareszcie. To dziwne uczucie, ten dziwny moment – nie do opisania – kiedy w końcu realizujesz swoje marzenie. Uśmiech – na twarzy i przede wszystkim w duszy. Wiercenie w busie. Przebieranie nogami. Ta dziwna ekscytacja.
Z Flores do Tikál jest jakieś 60 km. Bus jedzie 1,5 godziny. Ciemno, jeszcze dość chłodno. Droga przez dżunglę. Wszędzie mgła i chmury. Jest wilgotno. Jakiegoż pecha mają ci, którzy pojechali na sunrise tour. Zapłacili dodatkowe Q100 za wcześniejsze wejście i nic nie zobaczyli. Potem wieczorem pluli sobie w brodę, że wstali wcześniej, zapłacili więcej, musieli czekać aż mgła się podniesie i de facto chodzili z nami. Miałem przeczucie! Dojeżdżamy do parku. Nie wierzę. Brama jak z Jurassic Park. Wjeżdżamy do innego świata.

img_9376
Do miasta jedzie się jeszcze jakieś 13 km. Dlatego też samodzielne wyprawy są raczej trudne. Żwiras i Mario napisali mi, że kilka dni wcześniej zapłacili za transport w jedną stronę Q40, z powrotem złapali stopa, ale to dość ryzykowne. Można się nie wyrobić czasowo. Stratny nie byłem. Mimo, że zapłaciłem za sam transport, wszyscy naokoło wykupili wycieczkę z przewodnikiem, więc trzymałem się grupy. Więc byłem przy grupie trochę na sępa. Uznałem to za zadośćuczynienie. Cwaniak z San Juan naciągnął kilkanaście osób z mojego busa, ja naciągnę jego firmę na Q30. Mimo wszystko warto wziąć opcję z przewodnikiem. Bardzo kontaktowy i sympatyczny. Mówię mu, że chciałbym zobaczyć tukana, odpowiada, że zaraz zobaczę. I faktycznie! Po chwili pokazuje nam tukany. Ptaki są absolutnie przepiękne. Co prawda nie takie czarne z żółtym dziobem, ale takie z zielonym. Tak czy siak, są prześliczne! Sylwetkę w locie mają bezbłędną. Zupełnie nienaturalną jak na ptaka. Taki latający banan. Dla samego tego widoku warto było przelecieć 10 tysięcy kilometrów. Ptak wygląda jak poniżej, zdjęcie wziąłem z netu, bo te zrobione przeze mnie niestety nie oddają cudowności tego stworzenia.

tukan

O samym parku. Tikál to chyba największe odkryte dotychczas pozostałości po mieście Majów. Całość zajmuje dziesiątki kilometrów kwadratowych, co pokazuje makieta przy centrum zwiedzających. Miasto rozwijało się przez ponad 1 000 lat, aż w X wieku zostało opuszczone. Od tamtego czasu zarosło dżunglą. Moje zdziwienie: ruiny nie stoją sobie po prostu w dżungli, ale są pod nią – zarośnięte. To co widać, to zaledwie 20%. Reszta jest pod ziemią. Okazuje się, że pagórki, które mijamy to w rzeczywistości zarośnięte piramidy i świątynie. Dopiero od kilkudziesięciu lat prowadzone są „odkrywki”. Stopniowo odsłaniane są poszczególne ruiny.

img_6804

Zbliżamy się coraz bardziej do głównego placu. Spacer przez dżunglę. Bo Tikál jest w środku dżungli. Chodzenie po parku, to chodzenie po najprawdziwszej dżungli. Gęstej, ciemnej, wilgotnej. Trochę złowrogiej. Serce zaczyna mi bić coraz szybciej. Na razie same drzewa, ale wiem, że zaraz TO zobaczę. Poziom ciekawości i ekscytacji osiąga maksimum. W końcu docieramy do Gran Plaza – głównego placu, na którym znajdują się dwie najbardziej charakterystyczne budowle Tikál: Templo I i Templo II. Znane z każdej pocztówki stąd.

img_9416

Staję po środku placu. Przewodnik opowiada. Mówi coś o ołtarzach, o świątyniach o kapłanach. Ale ja go nie słucham. Podchodzę do świątyni. Dotykam kamieni. Muszę ich dotknąć. Serce bije jak szalone. A więc to TO. Nagle wracają obrazy z dzieciństwa, wszystkie niesamowite przygody z Tajemniczych Złotych Miast. Jestem TU. To jest piękne. Widok tak niesamowity, że trudno nawet o tym pisać. Po prostu zachwycam się. Dwa kamienne kolosy naprzeciwko siebie. W środku dżungli.

img_9434

Wycieczka się rozpierzchła po okolicznych ruinach. Mamy 45 minut wolnego na zwiedzanie Gran Plaza. Staję po środku, czekam aż wszyscy odejdą. Stoję w miejscu i zaczynam się kręcić w kółko z rozłożonymi rękami. Po co? Nie wiem. Nawet o tym nie myślę. Chciałem chyba, żeby świat zaczął wirować. Podchodzę do Templo II, dotykam kamieni jeszcze raz. Idę wzdłuż i dotykając muru. Chce chyba poczuć te ponad 2 000 lat. Historię tego miejsca. Kolory, kapłanów, ofiary składane na ołtarzach przed świątynią – najpierw owce, potem ludzie. Potem Templo I. Można wejść na górę. Wchodzę na taras. Prześliczny widok na Templo II, cały plac i Acropolis del Norte. Mam małą czarną dziurę, nie wiem kiedy minęło te 45 minut. Wszyscy się znowu zebrali i idziemy dalej. Dalej idziemy do kolejnych ruin. Gdzieś zatopiona w dżungli Templo V, Mundo Perdido – zaginiony świat. Jedna z najstarszych części parku. Piramida taka jak te w Teotihuacán w Meksyku.

img_9443

Kto to postawił? Jak? Po co? W sumie nie do ko}ca wiadomo. Opowieści przewodnika jeszcze bardziej podsycają moją ekscytację. Okazuje się, że w oryginale świątynie były kolorowe, pomalowane z każdej strony na inny kolor. W końcu udajemy się do Templo IV – najwyższego punktu w mieście. Koniec 4-godzinnego programu zwiedzania (jest dopiero 10:00 rano), teraz mamy czas wolny, aż nie przyjedzie powrotny bus. Są dwa: o 12:30 i o 15:00. Oczywiście zostaję aż do trzeciej. Szkoda, że nie da się dłużej. Wspinam się na Templo IV. Widok, który rozpościera się z góry świątyni to kolejny… no właśnie – nie znajduje w polskim odpowiedniego słowa. W angielskim jest określenie, które idealnie to oddaje – jaw dropping – oznacza dosłownie opadającą szczękę. Taki właśnie jest ten widok.

img_9459

Siedzisz sobie na kamieniu, na około Ciebie jak okiem sięgnąć dżungla. Żywa, głośna, słychać ptaki, małpy, setki różnych innych zwierząt. Co jakiś czas ponad dżunglę wystają kamienne świątynie Tikál. Do tego piękna pogoda. Błękitne niebo. Słońce. Znowu się wyłączam. Nie widzę nawet ludzi naokoło. Po prostu siedzę i gapię się w widok jak z obrazka przez jakąś godzinę. Pora na lunch. Wyciągam z plecaka mój obwoźny bufet – upolowane bułki pszenne, pastę fasolową, żółty ser i pomidory – i robię sobie kanapki. Gość obok mnie chciał mnie zawstydzić. Na oko czterdziesto-paro letni Belg, wyciąga kuchenkę turystyczną, jajka i zaczyna w środku dżungli smażyć jajecznicę. Nie zawstydził mnie zupełnie, dochodzę do wniosku, ze jest zupełnie nieprzygotowany i całość go chyba przerasta. Najpierw nie ma czym wytrzeć rąk upapranych jajkami (wbijał je do menażki tak, ze pobrudził się cały), daje mu więc chusteczki turystyczne. Następnie, nie ma czym mieszać owej jajecznicy. Próbuje improwizować zakapslowaną butelką piwa (???), daje mu więc łyżeczką, którą zawsze mam przy sobie. Daje mu jeszcze bułkę i ser. W zamian dostaję jajecznicę smażoną na Templo IV w Tikál. Najlepiej.

img_9457
Nie chce mi się ruszać, ale wiem, że jeżeli szybko się nie ruszę, zaraz do parku zwalą się masy turystów – krzykliwych amerykańskich nastolatków, wszędobylskich Chińczyków z aparatami i innych hotelowców. Taka zasada – wcześnie rano backpackerzy, potem hotelowcy. Snuję się po parku. Zaskakuje mnie, że jest naprawdę duży i chodzenie od jednego miejsca do drugiego zajmuje naprawdę sporo czasu. Na szczęście ludzie rozchodzą się po głównych atrakcjach. W mniejszych punktach, tych poza trasami oficjalnych wycieczek, praktycznie wcale nie ma ludzi.

img_9469

Placa de los Siete Templos – plac siedmiu świątyń, małe świątynie, domki, piramidy. Wszystko spowite dżunglą. Można wejść, przejść, dotknąć, zobaczyć, poczuć. Wracają kolejne obrazy z dzieciństwa. Właśnie tak to sobie wyobrażałem. Ja sam. Naokoło gwarna dżungla. Gorąco, zielono, niesamowicie. W głowie przypominam sobie hipnotyzującą muzykę z filmu. I znowu to uczucie – marzenia. to chyba niedowierzanie. To się chyba nie dzieje naprawdę. A jednak. Dotykam świątyń mających po dwa tysiące lat. Próbuję sobie wyobrazić, jak tu żyli ludzie. Co robili. Co jedli. Dlaczego odeszli. Tak mijają kolejne dwie godziny. Przygnębiony lecę do Visitor’s Center na busa. Okazuje się, że to dalej niż myślałem, więc muszę biec. Chcąc zrobić sobie skrót, natrafiam na jezioro z krokodylami. Może lepiej pójdę normalną drogą.

img_6802

Busy nie czekają, zawsze jest więcej chętnych niż miejsc. A ja chce jeszcze kupić pamiątki. Magnes na lodówkę. Taka bzdura. Być może, ale w nim zaklęte będzie to co przeżyłem tego dnia. To nie jest zwykły kawałek plastiku na drzwiach lodówki. Wybieram wystruganą w drewnie Templo II. Widzę, że to nie chińszczyzna, bo facet struga takie na zapleczu. Miło. Jedno z niewielu miejsc, gdzie da się kupić magnes nie Made in China. To są wspomnienia. To moje spełnione marzenie. Chce o tym pamiętać za każdym razem gdy otwieram lodówkę. Marzenia się spełniają. Moje Tajemnicze Złote Miasta.

Przeszczęśliwy, pełen emocji, obrazów, zapachów, ogólnie niezapomnianych wrażeń wracam do Flores. Czuje się jak po jakimś narkotyku. Cały czas mam w głowie te ruiny. Czarne, brudne kamienie. Korytarze, zakamarki, zapach stęchlizny. Przerażające kamienne maski. Idę na promenadę, nad jezioro. Kupuję piwo i kładę się na murku. Leżę i patrzę na jezioro. Trawię to co dzisiaj widziałem, to co przeżyłem. Uczucie, które mogę określić – WOW. Do tej pory miałem tak raz. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem Grand Canyon. Powalił mnie ogrom przestrzeni i cisza, od której aż bolały uszy. Tutaj przytłoczył mnie majestat 2,5-tysiącletniej stolicy Majów, ukrytej gdzieś w środku dżungli.

img_9502

Obok mnie miejscowe nastolatki kąpią się w jeziorze. Wyglądają jakby chodziły po wodzie, a to tylko zatopiony pomost. Kolejny obraz, który za mną chodzi na tym wyjeździe. Weseli, głośni. Cały czas się śmieją. Z tych co przychodzą tu codziennie po szkole i w weekendy. Nie mają problemów, nie zmartwień. Po prostu łapią chwilę. Albo tylko tak wyglądają. Pomyślałem, że chyba też bym tak chciał. W sumie to dlaczego nie. Zdejmuję koszulkę i siup do wody. Woda idealnie orzeźwiająca pa TAKIM dniu. Pływam i rozkoszuję się chwilą. Wychodzę po jakimś czasie złapać ostatnie promienie słońca, żeby jeszcze wyschnąć. Moment i jestem suchy. Akurat, mogę leżeć dalej. Drugie piwo i zachód słońca. Jest przepiękny. Jezioro, różowe niebo, palmy, wysepka z domkiem, łódka. Kolejna pocztówka do zapisania w głowie.

img_9695

Wracam do hostelu a tam impreza. Miło mi się zrobiło, kiedy grupka Niemców powiedziała, że czekała na „kolesia od okularów”. Chcieli się dowiedzieć jak było w Tikál, bo jadą jutro. potem impreza. Nie za długo, bo nazajutrz znowu 4:30 pobudka i autobus do Belize. To był najbardziej emocjonujący dzień na tym wyjeździe. Byłem bombardowany bodźcami od samego rana aż do nocy. Tikál to absolutne mistrzostwo świata. Pierwsza liga jeżeli chodzi o zabytki. Po prostu trzeba to zobaczyć. Na miejscu uciec od wycieczki, od ludzi, zgubić się w parku, błądzić po ruinach i szukać Majów sprzed tysiąca lat! To jest TO miejsce!

Tikál, Flores, Gwatemala