Dzielnica Shibuya - nieprzebrane tłumy, tysiące neonów i świateł, muzyka - Tokio, Japonia

Tokio. Szalone tłumy Shibuya, Shinjuku i Harajuku.

Tokio wita nas wczesnym popołudniem. Jest świeże, piękne, pełne energii. Od pierwszej chwili powala na kolana swoim niesamowitym tempem życia. Wszystko tu pędzi: ludzie, maszyny, pociągi, rzeka taksówek sunących po ulicach. Miasto przypomina jakąś futurystyczną fabrykę marzeń. A jednocześnie, przy tym wszystkim, jak się bliżej przyjrzeć, jest w nim jakieś ciepło, to miejsce dla ludzi. Błądzimy w ogromnych przejściach podziemnych i przez pół godziny próbujemy się wydostać na powierzchnię. Z dworca przechodzi się do metra, z metra do tuneli pieszych, potem podziemia centrów handlowych, można tak chodzić godzinami po betonowym podziemnym labiryncie.

Tokio - dzielnica Nihonbashi, widok na Tokyo Skytree - Japonia

Kiedy w końcu wydostajemy się na powierzchnię, uśmiecha się do nas słońce ledwo przedzierające się przez rozsiane wszędzie wieżowce. Po małych uliczkach hula mocny wiatr. Idziemy do hotelu prowadzeni przez sylwetkę gigantycznego Tokio Skytree – najwyższej wieży telewizyjnej na świecie i drugiego najwyższego budynku zaraz po Burż Kalifa w Dubaju – górującej dumnie nad panoramą Tokio. Spacer ulicami dzielnicy Nihonbashi ładuje nam od rana baterie. Miasto wydaje się do nas uśmiechać, przytulać na każdym kroku. Jest przyjemnie, żywiołowo. Jakby tymi ulicami płynęła jakaś niewidzialna energia, które udziela się i nam. W hotelu niespodzianka – zamknięty. Check-in od 16:00, mamy więc 5 godzin czekania z plecakami. Perspektywa to kiepska, więc wracamy na Tokio Station i zostawiamy rzeczy w przechowalni. To genialny wynalazek w Japonii. Za kilkaset jenów można się pozbyć ciążącego plecaka i udać na podbój miasta.

Oshiya czyli upychacz - metro w Tokio - Japonia

Pierwszy przystanek to oczywiście Shibuya – najsłynniejsze skrzyżowanie w Japonii. Jedziemy tam kolejką, korzystając z naszego Japan Rail Pass. Komunikacja miejska w Tokio to przejaw japońskiego geniuszu. W ogromnej, kilkunastomilionowej metropolii praktycznie wszędzie da się dojechać kolejką lub metrem. Sieć ma tylko jedną wadę – zamyka się o północy. Dość często więc zdarza się, że ludzie – utknąwszy w pracy lub na imprezie – nie zdążają na ostatni pociąg i muszą nocować na mieście – na przykład w hotelach kapsułowych. W ciągu dnia problemem jest niemiłosierny tłok, szczególnie w godzinach szczytu, ale od tego są upychacze, czyli oshiya – panowie w rękawiczkach, którzy pomagają wchodzić pasażerom do wagonów. Upewniają się przy tym, aby weszło ich jak najwięcej i żaden z nich, ani ich ubranie czy rzeczy nie ucierpiały.

The Myth of Tomorrow - mural Okamoto Taro - stacja metra Shibuya, Tokio, Japonia

Na stacji Shibuya tłumy. Remont pobliskiego dworca autobusowego sprawił, że ludzie są jeszcze bardziej ściśnięci i kierowani przy pomocy specjalnych barierek do określonych przejść i tymczasowych szlaków. Tu nie ma błądzenia, ludzie są prowadzeni przez rozstawionych wszędzie panów w mundurach, którzy wskazują drogę i dbają, aby nieuważny pasażer się nie zgubił. W hali stacji uwagę zwraca ogromny, długi na 30 metrów mural – The Myth of Tomorrow. Wygląda nieco jak Guernica Picassa wybuchająca kolorami. Dzieło Okamoto Taro z 1967 roku miało upamiętnić ofiary bomb atomowych zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki. Przez blisko 30 lat mural podziewał się gdzieś w Meksyku, w 2008 roku wrócił do Japonii. Obraz jest elektryzujący, niesamowite jak w tym prącym do przodu tłumie, zgiełku, przy nim panuje cisza. Ludzie zwalniają, przystają, w ciszy patrzą na eksplodujące kolory. Zamyśleni pochylają głowę, oddalają się po chwili, już wolniej, jakby bolesne wspomnienie zwalniało ich na chwilę. Inni jakby się przed obrazem chowali, przemykają blisko pod samą ścianą, aby na nich nie patrzył. Przechodzą mnie dreszcze za każdym razem, gdy go widzę.

Skrzyżowanie Shibuya - największa atrakcja Tokio, Japonia

Skrzyżowanie Shibuya - przechodzimy przez ulicę - na razie nie ma jeszcze tłumów - Tokio, Japonia

Na zewnątrz znowu nieprzebrane tłumy. Shibuya – tu zaczyna się i kończy Tokio. To jest jego centrum. To tu przybywają miliony pielgrzymów, żeby zobaczyć, zrobić zdjęcie i… zdziwić się, że Shibuya jest taka mała. Na wszystkich zdjęciach wydaje się jakby większa, tymczasem to średniej wielkości skrzyżowanie. Jednak jego wyjątkowość nie wynika z wielkości, a z ilości przelewających się nim ludzi – dosłownie. Aby ułatwić ruch, wyznaczono pasy „na skróty” po przekątnych skrzyżowania. Tłumy wydają się nieco sztuczne, z ludzi, którzy dla jakiejś dziwnej przyjemności przechodzą przez ulicę w te i we wte. Najpierw niecierpliwie czekają niczym w boksach startowych na sygnał, po czym ruszają przez skrzyżowanie.

Skrzyżowanie Shibuya - widok z kawiarni Starbucks Shibuya - Tokio, Japonia

Najlepiej cały spektakl ogląda się oczywiście z góry. Jedynym sensownym punktem obserwacyjnym jest Starbucks Shibuya. Przynajmniej w teorii. Kawiarnia na drugim piętrze pobliskiego wieżowca pozwala przysiąść i popatrzeć na tłumy przelewające się przez skrzyżowanie Shibuya. Są jednak minusy – horrendalnie długa kolejka – najpierw po kawę, potem czekanie na stolik, i – paradoksalnie – przy słonecznej pogodzie koszmarne warunki – słońce odbijające się w szybie i upał jak w szklarni. Nie wiem nawet jak, ale udaje nam się znaleźć od razu stolik nad samym skrzyżowaniem. Patrzę i zastanawiam się na ile skrzyżowanie jest zatłoczone samo w sobie, a na ile tłok generują sami turyści, którzy zapragnęli przejść się tym sławnym przejściem. Teraz ruch nie jest zbyt duży – ot zwykłe zatłoczone przejście dla pieszych – i wydaje się być napędzany samymi turystami.

Pomnik psa Hachiko - skrzyżowanie Shibuya - Tokio, Japonia

Trochę wbrew moim oczekiwaniom, patrzenie na ludzi przelewających się przez Shibuya wcale nie ma w sobie żadnej niesamowitości. Takie tłumy raczej mnie nie poruszają. Nie ma w nich nic inspirującego, nie jest to też żadne doznanie estetyczne. Trochę znużeni, jeszcze przez skończeniem kawy, zwalniamy miejsce i wracamy na dół. Przechodzimy oczywiście przez ulicę i nieopodal stacji, zza wianuszka ludzi wyłania się Hachiko – mały pomnik psa akita. Upamiętnia jedną z tych historii o przyjaźni człowieka i psa. Ponoć w latach dwudziestych XX wieku Hachiko przychodził tu codziennie przywitać swego pana wracającego z pracy. Kiedy pan umarł, pies dalej przychodził codziennie w to samo miejsce jeszcze przez dziesięć lat – póki sam żył. Nie wiem ile jest prawdy w tej legendzie, ale to już kolejny pomnik psa, na jaki trafiamy w Japonii.

centra handlowe i wieżowce w okolicy Shibuya - Tokio, Japonia

Budynki zaprojektowane przez światowej sławy architektów - Shibuya, Tokio, Japonia

Z Shibya ruszamy na północ w kierunku Harajuku – dzielnicy pełnej cosplayerów i ekscentrycznie poubieranych Japończyków. Droga prowadzi przez kolejne centra handlowe, ogromne sklepy, domy towarowe i biurowce zaprojektowane przez najsłynniejszych światowych architektów. Tu Tokio robi się przytłaczające. Tu tłum wydaje się już dzikszy, ogarnięty jakąś niewypowiedzianą żądzą konsumpcji. Samochodów jest więcej i są głośniejsze niż kiedyś. Neony stają się bardziej krzykliwe, z głośników dobiegają głośne nawoływania. To drapieżne Tokio wżera się w mózg. Na szczęście już po chwili znajdujemy się na Cat Street.

Cat Street - dzielnica Harajuku - Tokio, Japonia

Dziwne rzeczy, które można kupić w Japonii - na cat street - Harajuku, Tokio, Japonia

Mała, przyjemna ulica, przy której powyrastały dziesiątki najróżniejszych butików, sklepów i galeryjek z dziwaczną japońską modą. Chodzimy od sklepu do sklepu, przyklejeni do witryn, oglądamy przedziwne kolorowe buty, moje ukochane trampki Converse, które można sobie samemu zaprojektować – niestety za horrendalne prawie 800 zł. Koszmarna japońska moda – skarpetki z falbankami, dziwne za duże płaszcze, wszystko pomieszane ze sobą – dla nas – beż żadnego smaku. Może o to właśnie chodzi w japońskim stylu? Może rzuca wyzwanie wszystkiemu, co dotąd znaliśmy, łączy to, co wydaje się niemożliwe do połączenia. Może tutaj można mieć wszystko? Przynajmniej w modzie. Chyba naiwnie myśleliśmy, że coś kupimy, ale już pierwsze kilka sklepów wyprowadza nas z błędu. Kupić tu coś ciężko, ale trzeba to zobaczyć!

Ramen i tempura - Harajuku - Tokio, Japonia

Już na Harajuku dopada nas głód. Zaczyna się nasz tradycyjny spektakl. Poszukiwanie tego jedynego miejsca. Nie wiem jak to jest, że kiedy jesteśmy najedzeni, co i raz trafiamy na jakieś super miejsca, a kiedy tylko zaczynamy szukać, wszystkie one znikają. Szukamy i szukamy, to nie, tamto też nie… może po prostu chcemy się bardziej przegłodzić? W końcu lądujemy w małym barze z ramenem, sobą, tempurą. O wyborze zawsze decydują szczegóły. Małe, na pozór nic nieznaczące sygnały. Tu zauroczyło nas jak na wietrze z impetem otwierały się drzwi. Barek wydawał się być oazą spokoju w porównaniu z wietrzną ulicą Meiji-dori. Jak dotąd te małe znaki nas nie zawodziły. Zajadamy się pysznym makaronem co i raz słuchając złowieszczego wiatru siłującego się z drzwiami.

santa monica crepes - przysmak Harajuku - japońskie naleśniki - zawinięte w rożek, z lodami i dodatkami - Tokio Japonia

Docieramy w końcu do Takeshita dori – pasażu handlowego, który przypomina rewię mody japońskiej. To miejsce pielgrzymek nastolatków z całej Japonii. Pełno tu dziwnych sklepów, pełnych jeszcze dziwniejszych ubrań, ozdób i gadżetów. My nasze doświadczenie z Takeshita dori zaczynamy od przysmaku, z którego słynie Harajuku – naleśników. Specjalnością tej dzielnicy są tzw. japanese crepes, czyli naleśniki japońskie. To najzwyklejsze cienkie naleśniki, ale zawijane są w rożek i podawane z lodami, bitą śmietaną, owocami, sosami, posypkami i czym tylko dusza zapragnie. Opcji jest nieskończenie wiele. Najpopularniejsze smaki prezentują wszechobecne, pysznie wyglądające atrapy naleśnikowych deserów. Jest słodko, pysznie, jak to z naleśnikami. To żaden smak Japonii, ale kraj kwitnącej wiśni to przecież także to, co zachodnie, przerobione na tutejszą modłę. A kto w Europie wpadłby na zrobienie z naleśników rożka na lody?

Takeshita Dori - Harajuku - Tokio, Japonia

rewia mody Takeshita Dori - Harajuku - Tokio, Japonia

Takeshita dori okazuje się być koszmarnie zatłoczonym pasażem. Faktycznie jest tutaj nieskończenie wiele przedziwnych sklepów, których asortymentu możemy się tylko domyślać, bo patrząc na to i tak nie jesteśmy w stanie powiedzieć co to jest. Do tego dziwnie ubrani ludzie. Coś jakby japońscy hipsterzy, cosplayerzy, jest Mario i Luigi, jakieś dziewczyny ubrane w wiktoriańskie suknie, japońscy „mężczyźni Gucciego”. Gabinet osobliwości, wesoły i pozytywny tłum. Uśmiechnięty, narwany, wygłupiający się. Chodzimy od sklepu do sklepu i oglądamy wystawy, uśmiechamy się do ludzi, walczymy z szalejącym wiatrem. W miarę jak idziemy wzdłuż Takeshita dori, zbliża się wieczór, i za każdym razem, gdy wychodzimy z kolejnego sklepu, niebo robi się coraz mniej błękitne, bardziej złote. W końcu szarzeje i kiedy docieramy do końca ulicy, nie wiadomo kiedy niebo jest już zupełnie czarne. Pasaż zaczyna świecić tysiącami jasnych, kolorowych świateł i neonów. Nagle jakby też przybyło ludzi. Ulica zamienia się w tętniącą życiem arterię, dostarczającą ludzi i ich energię do serca Tokio.

Skrzyżowanie Shibuya - wieczorem jest niemiłosiernie zatłoczone - Tokio, Japonia

Skrzyżowanie Shibuya - tłumy czekające na zielone swiatło - Tokio, Japonia

Kiedy docieramy z powrotem na Shibuya, jestem w szoku. Dotychczas w miarę spokojne, nieco zatłoczone miejsce zamienia się w Armageddon. Przy skrzyżowaniu ludzi jest tak dużo, że wprost przelewają się. Ludzki potok to najbardziej trafne określenie. Dosłownie! Ludzie jak woda, wypełniają każdą, najmniejszą przestrzeń. Tłum dopasowuje się kształtem do otoczenia. Próbują nad nim zapanować policjanci. Są ich dziesiątki. Samochody z kamerami, megafony, znaki. Wygląda to jak ruchomy sztab kryzysowy. Kiedy tłum rusza, popędzają, kierują, wskazują, pokrzykują, słychać gwizdki. Robią wszystko, aby ogromne rzesze ludzi przelały się z jednego chodnika na drugi, aby auta mogły przejechać. Ludzie nie mieszczą się na chodniku. Przejście w tłumie jest niemożliwe. Idzie się z całym tłumem. Porusza, jak jeden wielki organizm, dziwna ludzka materia, bezwładna, przelewająca się po ulicach Shibuya.

tłumy na Shibuya - Tokio, Japonia

Dzielnica Shibuya - nieprzebrane tłumy, tysiące neonów i świateł, muzyka - Tokio, Japonia

Pobliska Inokashira dori i inne ulice – głównie piesze są zalane ludźmi. Kolorowy, falujący tłum szczelnie wypełnia ulice. Czuje się jak na jakimś koncercie. Tłum niesie nas z prądem jak rzeka. Ludzka rzeka. Nie można się wyrwać z tego nurtu, nie da się zatrzymać. Po prostu nas niesie przez kolejne zalane światłem neonów pasaże. Mijamy przebierańców, cosplayerów, ludzi śpiewających, skaczących, robiących zdjęcia, pozujących. Zwyczajnie dajemy się ponieść. Naokoło gwar i zgiełk, z mikrofonów atakuje nas dziwna japońska kocia muzyka. Kompletne szaleństwo. Ani śladu tego drapieżnego tłumu sprzed kilku godzin. Nocą na Shibuya budzi się szaleństwo, zabawa, pozytywna energia. Na ogromną skalę. To, co dwa dni wcześniej widzieliśmy w Osace, to pikuś. Tokio to rzeczywiście inna planeta!

Cosplayerzy przy Shibuya - Tokio, Japonia

Cosplayer przy Shibuya - Tokio, Japonia

Centrum handlowe Shibuya 109 - przebrane nastolatki, Tokio, Japonia

W końcu, jakimś cudem, przelewający się kolorowy, głośny tłum nas wypluwa. Udaje nam się zatrzymać i odetchnąć, ochłonąć z wrażenia. Widzimy przed nami kolorową paradę, która powoduje niemal zawroty głowy. Do tego te gwizdki, krzyki z megafonu, wszechobecne neony i syreny radiowozów. I tłum, wszędzie ten obezwładniający, sunący powoli, pulsujący tłum. Okazuje się, że wylądowaliśmy przed jednym z centrów handlowych przy samym skrzyżowaniu – Shibuya 109. Tłum co i raz wypluwa kolejnych przebierańców, którzy znowu znikają – tym razem w czeluściach centrum handlowego. Ciekawi wchodzimy więc do środka. Przedzieramy się przez kolejne piętra gabinetów osobliwości. Pomiędzy stoiskami i sklepami z na pozór normalnymi rzeczami, przechadzają się dziesiątki i setki przebranych i dziwnie ubranych Japończyków. Na samej górze trafiamy na dziwne miejsce przypominające jakiś bajkowy pałac, gigantyczny domek dla lalek. Wszystko różowe, lukrowane. Japonki ubrane w stroje rodem z mangi, siedzą na ławie wyglądającej jak wielki różowy tort i robią sobie zdjęcia. Totalny kosmos!

Shinjuku - ulice w świetle neonów - Tokio, Japonia

ulice Shinjuku nocą - zalane światłem neonów - Tokio, Japonia-2

Kiedy zaczyna się robić dość późno i chcemy odetchnąć od wszechobecnego kolorowego tłumu, ruszamy do niedalekiej dzielnicy Shinjuku. Po wyjściu ze stacji kolejowej witają nas ulice rozświetlone długimi pionowymi neonami we wszystkich kolorach tęczy. Ogromne ekrany LED, kolorowe, podświetlone plakaty, reklamy, witryny ciągle otwartych sklepów i bary. Błądzimy po uliczkach mniejszych i większych, obserwujemy nocne życie Tokio. Ludzi wychodzących z barów, wchodzących na karaoke, tych wychodzących ze sklepów z wypchanymi ogromnymi papierowymi torbami zachodnich marek i tych elegancko ubranych czekających w kolejkach do nocnych klubów.

Nocny spacer ulicami poród neonów - dzielnica Shinjuku - Tokio, Japonia

Specjalność japońska - automat z ramenem Shinjuku - Tokio, Japonia

Znowu zaczynamy się rozglądać za jedzeniem. Jest już późno i w sumie to już nie powinniśmy. Ale jesteśmy przecież na wyjeździe. I już jutro wracamy. No i przecież dużo chodzimy. Jeszcze jeden ramen to przecież nie obżarstwo. Sprawdzamy, oglądamy, zaglądamy do kolejnych lokali. Część już się zamyka, inne otwarte całą noc, tylko czekają na wygłodniałych gości. Jedzenie reklamują zawsze te same, koszmarnej jakości, wyblakłe zdjęcia lub absolutnie zachwycające, błyszczące atrapy, oddające w najmniejszych szczegółach wygląd dania, czasem wręcz je upiększając. Zawsze też są większe niż oryginał. W końcu trafiamy – to tu! – jesteśmy oboje pewni. Przed barem automat, w którym zamawia się ramen. Wybiera bulion, dodatki, rodzaj makaronu i stopień ugotowania. Maszyna połyk banknot 1000 jenów, a w zamian wypluwa kwitek, z którym wchodzi się do środka i podaje pani za barem.

Ramen i pierożki gyoza - kuchnia chińska w Japonii - Shinjuku, Tokio, Japonia

Potem dzieje się magia. Siedzimy za barem. Jest pustawo. Atmosfera lekko senna. Naokoło nas grupki wstawionych Japończyków. Wyglądają jakby już nad ranem wracali z całonocnej eskapady po barach i na dobicie postanowili jeszcze zjeść miskę tłustej zupy z makaronem. Coś jak u nas krucjaty do kebaba o 4 nad ranem. Siedzimy i popijamy zimne piwo patrząc jak za barem kucharz przygotowuje nasze jedzenie. Śledzimy każdy ruch, każdy gest, najmniejszą czynność. Parujący makaron i gorący bulion. Tajemnicze składniki w miskach, buteleczkach, słoiczkach – niczym jakieś eliksiry. Kolorowe dodatki na wierzch. Już prawie… a jednak nie! Jeszcze to, tamto i to. Teraz! Duże parujące miski lądują na barze i po chwili stoją już przed nami. Po chwili dołącza do nich talerzyk ze złocistymi, jeszcze skwierczącymi, przepięknie sklejonymi pierożkami gyoza. Wszystko tak pyszne, że chce się płakać ze szczęścia.

Metro w Tokio - ostatnia kolejka jedzie przed północą. Lepiej się na nią nie spóźnić. Japonia

Najedzeni tymi cudownościami chińskiej kuchni tak popularnymi w Japonii, ruszamy na spacer pomiędzy ścianami kolorowych neonów Shinjuku. Niesamowity japoński żywioł zaczyna powoli dogasać. To może oznaczać tylko jedno – zbliża się północ. Faktycznie! Lecimy na stację, żeby złapać kolejkę do hotelu, który jest oczywiście na drugim końcu miasta. Udaje się cudem. Wpadamy do ostatniej kolejki krótko przed północą. Z nami spora grupa wstawionych Japończyków. W garniturach, z rozwiązanymi krawatami, alkoholowym grymasem na twarzy. Nawet ci, którzy ledwo trzymają się na nogach starają się spokojnie łapać równowagę. W miarę jak wagon pustoszeje, zajmują siedzenia i odpływają. Tu nie ma burd i awantur. Alkohol rozluźnia Japończyków, ale nadal trzymają ich w ryzach ich zasady i charakter. W wagonie panuje cisza, przerywana jedynie łoskotem kolejki. Patrzymy na migające w oknach światła miasta, neony. Przed oczami przelatują nam wszystkie te światy, które składają się na kilkunastomilionową metropolię Tokio. Co za dzień! Tyle wrażeń. Smaków, obrazów, wspomnień. Jesteśmy szczęśliwi!

Tokio, Japonia